Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzikie róże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzikie róże. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 stycznia 2026

W słoneczny dzień zimy

 180126

 

Przed południem bateria w telefonie odmówiła współpracy, musiałem sięgnąć po duży zewnętrzny akumulator, ale po paru godzinach i on zaprzestał dawania energii, co zdarzyło się mu po raz pierwszy. Aparat włożyłem na kwadrans pod swetry, po zagrzaniu włączył się i działał. Zdjęcia robiłem rzadziej i szybko chowałem aparat do wewnętrznej kieszeni aby grzać go ciepłem ciała. Plastry ogórka w kanapkach dziwnie stwardniały, w butelce z wodą pływały lodowe krupy, a po przyjściu do samochodu okazało się, że pilot nie działa.

Nie, to nie jest opis mojej wyprawy na Kamczatkę, a na Roztocze, tyle że w prawdziwie zimowy dzień. Kiedy nad ranem jechałem eską, termometr nad jezdnią wskazywał minus 16 stopni. Nic wyjątkowego, pamiętam zimy z temperaturą utrzymującą się całymi tygodniami w pobliżu 20 stopni, ale wtedy nie było smartfonów z miniaturowymi bateryjkami służącymi nie tyle zasilaniu tych urządzeń, co uczynienia ich cieńszymi o kolejny milimetr.

Jeden dzień patrzenia na błękit nieba przez okno wystarczył do wygonienia mnie na roztoczańskie pola. Nauczony przedwczorajszym doświadczeniem pojechałem do Gródek wiedząc o licznych drogach pod tą wsią, z których część była nawet utwardzona. Miałem nadzieję na zobaczenie ich odśnieżonymi, ponieważ obiecałem sobie nie zapuszczać się na pola zasypane dziewiczym śniegiem. 

 

W rezultacie szedłem tam, gdzie wiodły mnie wygodniejsze drogi i najczęściej wracałem po śladach. Bliżej wioski drogi były odśnieżone, częściej jednak szedłem koleinami wygniecionymi w śniegu. Było wygodniej, ale tylko w porównaniu do marszu przez kopny śnieg. Jeśli koleiny były wąskie, musiałem podpierać się kijami dla utrzymania równowagi, a kije, pozbawione talerzyków, oczywiście wbijały się aż do ziemi i stawiały opór przy ich wyciąganiu. Dna szerszych kolein, zrobionych wielkimi kołami ciągników rolniczych, były śliskie i bardzo nierówne, z wygniecionymi bruzdami głębokiego bieżnika opon, ale nogi nie zapadały pod kolana. Przerwy miałem bez siadania, trwające tyle tylko czasu, ile potrzebowałem na wypicie herbaty, więc udało się przejść całkiem pokaźny dystans. Byłem nim zaskoczony.






 Rankiem widziałem szadź na drzewach i badylach. Nie była spektakularnie wielka, ale i taka przyciągała wzrok swoją misterną konstrukcją i blaskiem. Z nią, z szadzią, jest tak, jak chyba z wszystkimi dziełami matki Natury: aby dostrzec ich piękno, trzeba się nad nimi nachylić; patrzeć szeroko otwartymi oczami i chcieć zobaczyć. Przypomniały mi się słowa Arystotelesa: „
We wszystkich tworach natury tkwi coś cudownego.” Coś cudownego tkwi także w naszej umiejętności pisania, skoro umożliwia poznanie myśli człowieka żyjącego 2400 lat temu.

Nie poznałem nowych miejsc, całą dzisiejszą drogę znałem z wielu wcześniejszych wypraw, ale przecież nie dla odkrywania nowych pojechałem na Roztocze, a dla zimy. Rozglądając się, wiele razy widziane miejsca budziły wspomnienia, a pamięć podsuwała obrazy jakże odmienne od dzisiejszych!


 
Na przykład na tej szerokiej drodze między plantacją aronii a brzeziną znalazłem kiedyś wiele grzybów, a tą drogą, teraz niemal niewidoczną pod śniegiem, ale o pamiętanej urodzie, kiedyś poszedłem widząc w głębi kwitnące czereśnie.

Kwitnące czereśnie… Zobaczę je już za trzy miesiące, ale dzisiaj ten czas pełni wiosny i kwitnienia wydaje się tak bardzo odległy, że aż nieprawdopodobny. Nie popędzam czasu, już nie. Niech ta zima trwa ile jej przypisane, niech trwa tak długo, bym zdążył nacieszyć się jej urodą, trudniejszą przecież do dostrzeżenia i docenienia, a dopiero wtedy, gdy czas się dopełni, niech zakwitną dzikie czereśnie.

Obrazki ze szlaku

 Koniec drogi. Najwyraźniej ktoś jeździł samochodem terenowym bez konkretnego celu, dla przyjemności. W takich miejscach zawracałem, a to z powodu wyraźnie widocznej na zdjęciu głębokości śniegu.

Unieruchomiony samochód. Drogą, na której stał, przejeżdżał wielki traktor zostawiając za sobą dwie szerokie koleiny i nienaruszony śnieg między nimi. Widać to wyraźnie na wcześniejszym zdjęciu. No i stało się to, co stać musiało: osobowy pojazd po prostu zawiesił się brzuchem na śniegu. Rozmawiałem z kierowcą, czekał na wezwaną już pomoc.

 

Ule. Wiem, że pszczoły nie przesypiają zimy, a zbite w kłąb czekają na wiosnę odżywiając się swoimi zapasami. Utrzymują wewnątrz ula odpowiednią temperaturę, ale jakim cudem im się to udaje, nie mam pojęcia.

 Owoce dzikiej róży, piękny akcent kolorystyczny i wspomnienie najdłuższych, najpiękniejszych dni roku. Zerwałem kilka i zjadłem. Były wyjątkowo smaczne i mięsiste.

 Bałwan przy drodze ułożony, jak myślę, z brył śniegu odgarniętego pługiem z wioskowej uliczki.

 Dwa wyjątkowo duże orzechy włoskie. Z daleka bardziej stare topole przypominały, ale na zdjęciu nie widać ich wielkości. Po sąsiedzku rośnie majestatyczna lipa. Zwróciłem na nią uwagę z powodu lodowej czapy od góry i brązowego przybrania lotkami nasiennymi niżej. Słowem: dwukolorowa lipa.

 Trzcinnik. Właściwie nie wiem, dlaczego ta roślina mi się podoba, szczególnie właśnie w zimie, kiedy wystaje ponad śnieg.


 Skry. Tak zatytułowałem te zdjęcia, a chciałem uchwycić na nich owe jakże piękne świecenie lodowych kryształków odbijających światło słońca. Widać je, ale są mizerną namiastką świetlnego spektaklu tam oglądanego. Na zdjęciach drobiny światła są nieliczne, nieruchome, rozmyte i pospolicie białe, a ja widziałem ich punktową, ostro rysowaną jaskrawość, tysięczne gaśnięcie i rozpalanie powodowane najmniejszym moich ruchem. Widziałem barwę, której nie można nazwać po prostu białą – była chłodnym, ale przeczystym diamentowym lśnieniem.

 







Ranek, późne popołudnie i zachód. Ledwie dwa dni wcześniej oglądałem pokaz umiejętności malarskich Pani Zimy, a dzisiaj utwierdziła mnie w przekonaniu, że, mimo podobieństw, koniec każdego słonecznego dnia zimowego jest inny, niepowtarzalny i wyjątkowy.

Trasa: na północ i na południe od Gródek.

Statystyka: 19 kilometrów w 8,5 godziny.

















wtorek, 2 grudnia 2025

Pierwsza zimowa

 241125

 Eos ustępowała miejsca rydwanowi Heliosa, gdy mijałem linię zabudowy wioski idąc wprost na czarną ścianę lasu. Między drzewami jaśniała szybko wznosząca się kula naszej gwiazdy. Kiedy odwróciłem się, na białej płaszczyźnie pola zobaczyłem swój niewyraźny jeszcze, długi cień. Śnieg na każdej wystającej nierówności pola i na obrzeżach moich śladów odbijał światło słońca, a w zagłębieniach, w koleinach drogi, na dnie dołków wygniecionych moimi butami, jeszcze widoczne były niebieskoszare kolory świtu.

Mogłem pojechać na Roztocze dzień wcześniej, w niedzielę, ale wiedząc o zapowiadanych opadach przestraszyłem się jazdy bocznymi, zaśnieżonymi szosami. Pojechałem w poniedziałek licząc na przetarcie dróg, i bez niespodzianek przyjechałem do Cieślanek na zachodnim Roztoczu. Parę miesięcy temu poznałem właścicieli gospodarstwa i drogi widocznych na zdjęciu, mam zgodę na parkowanie u nich, ale widząc śnieg i kałuże pokryte cienkim lodem uznałem, że bezpieczniej będzie zostawić samochód w zatoczce przy wioskowej ulicy.

Kiedy ruszyłem w drogę, był pogodny ranek, parę stopni na minusie. Śniegu było jakieś 10 centymetrów, ale po zimnej nocy był sypki, a więc nie utrudniał marszu tak jak mokry i ciężki, chwytający się butów. Wiał przenikliwy zimny wiatr; tak kąsał moje uszy, że musiałem naciągnąć na głowę kaptur i zapiąć go szczelnie pod szyją. Robię tak tylko wtedy gdy muszę, bo pod kapturem czapka często mi się przesuwa i ustawicznie słyszę głośny szelest materiału. Na szczęście miałem na sobie pół szafy i masywniejsze buty mieszczące stopy w dwóch grubych skarpetach. Nie zmarzłem, nie przewróciłem się, poślizgów wiele nie było, a dużo słońca i prawdziwie zimowych widoków. Widziałem zimę, za którą tęsknię w szare, chmurne i zapłakane dni, zimę po prostu piękną.

 


 Częściej stałem niż szedłem patrząc na przemiany barw śniegu w pierwszą godzinę dnia. Wcale nie jest śnieżnobiały, nie. W cieniu widziałem go lekko niebieskiego z dodatkiem szarości, a tam, gdzie dotykało go niskie słońce, miał pomarańczowy odcień zmieniający się w miarę podnoszenia słońca poprzez intensywną żółć do ciepłej bieli. Brakuje mi umiejętności malarza potrafiącego nazwać te wszystkie odcienie barw, a zwłaszcza ich połączeniu z czystą, chłodną, krystaliczną jasnością świeżego śniegu.

Wrócę jeszcze do tematu poruszonego niedawno, mianowicie do roztoczańskich miedz. Wrócę, ponieważ właśnie kształt i duża ilość miedz wyróżniają Roztocze spośród innych wyżynnych krain Polski.

 Dwa boki tego niewielkiego pola na zboczu pagórka ograniczone są miedzą mogącą służyć jako przekrój wszystkich ich rodzajów. Zaczyna się od najzwyklejszej granicy pól, ale dalej zwiększa swoją wysokość, pojawiają się pojedyncze, charakterystycznie pochylone, drzewa, wyżej miedza poszerza się, pojawia się zwarta ściana tarniny, a nad nią wznosi się masywne, duże drzewo. Trzeci bok sąsiaduje z nieuprawianym polem zamieniającym się w lasek z gęstwiną najróżniejszych roślin zielnych, krzewów i drzew. Takie miejsca są schronieniami dla zwierząt. Często widuję niskie przejścia w tarninowych ścianach, a w najustronniejszych zakątkach ślady ich leżenia. Wyżej, w koronach krzewów, budują gniazda ptaki. Takie miejsca są bardzo potrzebne dla ekosystemu: tętnią różnorodnym życiem, chronią gleby, zatrzymują wody opadowe i… upiększają Roztocze.

Uwaga o języku. Coraz częściej słyszę słowo „ekosystem” w odniesieniu do systemu finansowego, komputerowego, każdego. Używane jest, jak mniemam, w znaczeniu wielkiego, rozbudowanego czy skomplikowanego systemu, co jest po prostu błędne i najzwyczajniej głupie. Jest wynikiem dewaluacji nadużywanego słowa „system”. No bo skoro szufelka z uchwytem do zmiotki nazywana jest systemem zamiatania, a puszka farby z pędzlem systemem malowania, to jak nazwać prawdziwy system, czyli złożony układ współpracujących elementów składowych? No i mamy nowe znaczenie „ekosystemu”. Tylko jak teraz będziemy nazywać system ekologiczny?

Obrazki ze szlaku

 Dzikie róże na wysokiej niesymetrycznej miedzy. Czerwień ich owoców na tle białych pól była pięknym akcentem kolorystycznym.

 Moje ślady na polu. W zagłębieniach, pod miedzami, śnieg sięgał ponad kostki.

 Śródpolny zagajnik. Takie miniaturowe lasy są twierdzami Natury, których nie sposób przecenić.

 Czereśniowa miedza. Czereśni rośnie tam kilkanaście, jedna przy drugiej. Mam nadzieję na zobaczenie tych drzew w czasie kwitnienia. Pamiętam, jak do nich trafić.

 

Wielopienna lipa. Moja znajoma od dnia, w którym specjalnie poszedłem do niej i liczyłem pnie, a ma ich kilkanaście.

 Brzezina. Podoba mi się wyraźny kontrast: cały obraz jest czarno-biały poza kilkoma żółtymi liśćmi brzozy. W takiej scenerii ich barwa wydaje się wyjątkowo ładna.

 Zwiewna, zgrabna i powabna znajoma.




 Zimowe krajobrazy.



 W odwiedzinach u znajomych.







 Słońce i śnieg.


 Pola pod śniegiem. Skiby przeoranej ziemi stały się malowniczymi muldami śnieżnymi. Białe, skrzące się płaszczyzny obsianych pól poznaczone są tropami zwierząt, głównie saren i ptaków, ale widziałem też trop łosia.

 


Cichy las zimowy.


 Chmurny przedwieczór.

Trasa: wokół wsi Cieślanki na zachodnim Roztoczu

Statystyka: udało mi się przejść 15,5 km w czasie ośmiu i pół godziny.