Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ostrzyca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ostrzyca. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 października 2026

Sudety jesienią, cz. III

 

260926 do 011026

Śledztwo

Któregoś dnia wspomniałem strumyk poznany gdzieś w Sudetach kilka lat temu, i od razu pojawiła się chęć ponownego jego zobaczenia w czasie jesiennego pobytu w górach Pani Śnieżki. Pamiętałem wiele szczegółów, ale o najważniejszym zapomniałem: gdzie płynie strumyk. Oporna pamięć stopniowo podsuwała mi drobiazgi, z których wyłoniły się Twardocice, wioska na Pogórzu Kaczawskim. Strumień miał płynąć gdzieś w pobliżu. Co dalej? Zapytałem komputer o strumień w tekstach opisujących wędrówki, a maszyna podsunęła mi setki stron tekstów z tym słowem. O co pytać, by nie dostać tak mało precyzyjnej odpowiedzi? Próbowałem tak i siak, w końcu przypomniałem sobie, że w pobliżu wznosi się zielony pagór na którym widziałem sarny. Wydały mi się wtedy wyjątkowo pięknymi zwierzętami. Idąc tym tropem, pytałem maszynę stosując słowa kluczowe w rodzaju „piękna sarna”, aż w końcu znalazłem. Byłem tam 14 lutego 2021 roku. Wykreślonej trasy nie miałem, ale jest dość dokładny jej opis, a mając go, właściwe miejsce znalazłem szybko. Całe poszukiwania trwały… nie patrzyłem na zegarek, ale myślę, że do dwóch godzin. Czy znalezienie jakiegoś tuzinkowego strumyka, jednego z tysięcy w tych górach, było tak ważne? Oczywiście nie było ważne, ale zadziałał tutaj znany mechanizm psychologiczny: skoro zacząłem poszukiwania, mam je przerwać z powodu trudności? Inicjatorem była ciekawość, później już ciekawość wspomagana pewnym przymusem nie pozwalającym się poddać.

Pojechałem do Twardocic, przytuliłem samochód do ruin opuszczonego domu bo tylko tam mogłem, i poszedłem.  

Droga do strumienia była jeszcze ładniejsza od mojego obrazu zapisanego w pamięci, okolica też, mimo że będąc płaską nie przypomina pogórzańskiej, a strumień… Tam, gdzie się go spodziewałem, gdzie linia drzew była taka, jaką zapamiętałem, nie ma nawet śladów strumienia. Więc gdzie? Był po mojej prawej stronie, a niewiele dalej zieleniło się niewielkie nagie wzgórze… Poszedłem przez las, a kiedy wyszedłem na otwartą przestrzeń zobaczyłem wzgórek. 
Tak, to na pewno ten! Na jego zboczu znalazłem źródło innego strumyka. Idąc z przeciwnej strony, właśnie od wzgórza, znalazłem poszukiwany strumień. Był raptem 200 metrów w bok od pierwszego przeszukanego miejsca.
 Poza tym, że zarósł chwastami (a tak jest wszędzie), nic się nie zmienił. Początek jaru jest suchy, dalej pokazuje się woda – tak jak pięć lat temu. Niewiele jej, stoi, nie płynie, ale jest. Poszedłem brzegiem przedzierając się przez zarośla, a po paru dziesiątkach kroków strumyk znikł. Wsiąkł w ziemię. Widziałem suche kamieniste dno, a po dwudziestu metrach i ten ostatni ślad znikł. Nie ma strumyka.

Nie żałuję, broń Boże, wszak przeżyłem ciekawą przygodę i byłem tam, gdzie chciałem być, ale ponownie uświadomiłem sobie, że wracając po latach trzeba być przygotowanym na różne niespodzianki, nie zawsze dobre.

Ruszyłem w kierunku kilku znanych mi wzgórków. Oficjalnym celem były odwiedziny, ale może bardziej chodziło o drogi, bo te w okolicach Twardocic są po prostu ładne. Ich cechą wyróżniającą jest duża ilość ocieniających je dębów.

 Parę razy przechodziłem drogą, z której widziałem łagodne, niewielkie wybrzuszenie pól, a na szczycie dwa drzewa widziane na tle nieba.  

Budziła się we mnie myśl o podejściu do tych drzew, ale dopiero tego dnia się zdecydowałem. Oto seria zdjęć z mojego marszu polem wprost na dwa drzewa i Ostrzycę. 

 Miejsce okazało się być ładniejsze w bliska niż z daleka, a rośnie tam nie dwa a trzy drzewa i są to dęby, jakżeby inaczej.

Ostrzycę widziałem wiele razy z różnych miejsc trasy. Będąc najwyższą i najbardziej charakterystyczną górą, jest panią dużej części rozległego Pogórza Kaczawskiego. Niżej zamieszczam kilka zdjęć Ostrzycy widzianej tego dnia.

 Ze wzgórz bliskich wiosce najwyższym jest Świątek. Ten, nie ta Świątek. W naszym języku to słowo oznaczało dzień święty (stąd Zielone Świątki). Potwierdza to historia wzgórza: dawno temu miała tam stać świątynia. Kiedyś byłem na tej górce, nawet wszedłem na bazaltowy szczyt. Jest kolejnym w tych górach nekiem. Potwierdziła to AI Google:

»Z punktu widzenia geomorfologii to izolowane wzniesienie twardzielcowe stanowi pozostałość dawnego komina wulkanicznego, w którym zakrzepła płynna lawa bazaltowa. Wulkan ten był aktywny w okresie paleogenu lub neogenu (około 15–35 milionów lat temu), podobnie jak wiele innych obiektów w tym rejonie.« 

Świątek.

A propos świątyń!

W Twardocicach jest kościół ewangelicki w ruinie. Nie ma dachu ani części ścian zewnętrznych, na poszarpanych szczątkach murów rosną drzewa. W miarę cała jest tylko kościelna wieża. Kiedy byłem tam po raz pierwszy, jakieś 10 lat temu, na szczycie stał pochylony szkielet kopuły wieńczącej wieżę.

Parę lat później już jej nie było.
Ostatnie zdjęcie jest z 2025 roku. Dzisiaj zobaczyłem las rusztowań i nową kopułę na wieży.
Stosowne tablice informują o koszcie pierwszego etapu remontu w wysokości 500 tys zł. Mam mieszane odczucia. Wydaje się pół miliona (na początek!) na nowe zwieńczenie wieży zrujnowanego kościoła, który i tak ruiną zostanie, a w tym czasie szpitale ograniczają zabiegi z powodu braku pieniędzy. Na jednym ze zdjęć widać pęknięcia muru nad otworem okiennym. Korzenie drzew tam rosnących i zamarzająca w zimie woda z czasem powiększą szczeliny a wtedy fragment mur straci spoistość i runie. Chyba że zabezpieczy się je wydając kolejne setki tysięcy albo miliony. Bardzo mi szkoda tej budowli. Kiedyś obejrzałem ją dokładnie, była zbudowana solidnie i bogato wykończona, ale teraz rozlatuje się – jak wiele podobnych budowli w Sudetach. Czy stać nas na uratowanie ich wszystkich z publicznej kasy? Czy stać będzie na późniejsze ich utrzymywanie? Wątpię.

O chrześcijanach będących budowniczymi i właścicielami tej świątyni przeczytacie tutaj. 

Obrazki ze szlaków pod Twardocicami. Zmieniam organizację: do tej pory opisy zdjęć były pod nimi, teraz daje je wyżej, aby czytelnik przewijając wpis w dół wiedział, na co patrzy.

Drogi w okolicy wioski.

 Wzgórki Jedlnia, Skowronek i Chmielec oraz widoki z nich.

 
Współczesny siewnik jest- zaskakująco skomplikowaną maszyną. Kiedy robiłem zdjęcie tej maszynie stojącej na brzegu pola, z kabiny ciągnika wysiadł kierowca, podszedł do mnie i zaczęliśmy dłuższą rozmowę o problemach rolników, o suszy i… literaturze.
 Wiele starych budynków stoi w wioskach sudeckich tuż przy szosie. Powierzchnię mieszkalną tego domu szacuję na jakieś 400, może nawet 500 metrów. Dla kogo dom mieszczący kilka dużych mieszkań? Remont kosztowałby miliony, a w rezultacie mieszkańcy siedzieliby w salonie na kanapie odległej o pięć metrów od przejeżdżających ciężarówek.

Kolejny dom przy jezdni. W nim owa kanapa stoi chyba dwa metry od pasa ruchu ciężarówek, a jeździ ich tamtędy sporo.

 Wąwóz dokładnie taki, jak na Roztoczu.

Miejsca wędrówek. 

środa, 6 grudnia 2023

Pogórzańskie krajobrazy

 191123

Będąc w północnej części Pogórza Kaczawskiego trudno powiedzieć, że było się w górach. Niewątpliwie w Sudetach, ale nie w górach, skoro na najwyższy szczyt okolicy wchodzi się w 10 minut, a między rzadko rozrzuconymi pagórkami są rozległe i prawie płaskie pola.

Czasami przyczepi się mnie jedno wspomnienie z jakiejś wędrówki, jeden obraz, i dla nich wracam. Dzisiaj chciałem zobaczyć samotne drzewa w okolicy wzgórza Świątek i ponownie wejść na jego szczyt. Chciałem po prostu popatrzeć na lubiany krajobraz kaczawskiego pogórza.

Pogoda była… listopadowa. Padało, przez trzy godziny szedłem w pelerynie. Chroni od deszczu, owszem, ale z telefonem (pełniący przecież także rolę aparatu fotograficznego) są kłopoty, ponieważ krople wody na ekranie powodują głupienie tego urządzenia. Często musiałem wkładać je pod bluzę i wycierać o siebie by łaskawie zgodziło się reagować na polecenia. Trudno też zrobić przerwę, skoro dla wypicia herbaty czy zjedzenia kanapki trzeba zdjąć plecak, a tym samym i pelerynę.

Świątek, najwyższa (ale bynajmniej nie wysoka) góra okolicy mierzy 330 metrów n.p.m., ale wysokość względną (od podnóża), ma niewielką, na oko oceniam ją na 40, może 50 metrów. Nie góruje więc wyraźnie nad okolicą, ze szczytu niewiele widać pomiędzy drzewami, ale za to z drogi okalającej górkę widoki są ładne. Stojąc tam patrzyłem na rozległe pola wystrojone małymi wzgórkami i samotnymi drzewami. Warto wejść na tę górkę nie dla kaczawskiej korony, do której się zalicza, a dla wrażenia, dla świadomości bycia w samym środku komina starego wulkanu – w zamkniętym teraz, zastygniętym wejściu do piekieł.



 

 Ta góra była kiedyś znacznie wyższa, ale czas daje radę nawet skałom. Bazalty na szczycie tej góry są dowodem wylewania się tam magmy z gardzieli otwartej aż do głębokich wnętrzności Ziemi. Teraz, po upływie milionów lat, rośnie na niej las. Jest mieszany, z przewagą klonów zwyczajnych i jaworów, sporo jest buków, trochę dębów, tu i ówdzie widać sosnę. Lasy liściaste były od zawsze w Sudetach, chociaż ich skład nieco się różnił w zależności od pasma albo konkretnej góry. Na kaczawskich górkach spotykam buczyny, grabiny i dębiny, ale rzadko w stanie czystym, a domieszki bywają różnorodne: obok pospolitych jak lipy, klony, świerki, modrzewie czy brzozy, spotyka się rzadsze jak daglezje lub całkiem egzotyczne jak jarzęby brekinie. Akurat ten wyjątkowo rzadki gatunek zdobi las mieszany z przewagą dębów i grabów na górze Nad Groblą.

Na wielu wędrówkach widuję w oddali jedną, charakterystyczną dla okolicy górę. Wznosząc się nad inne zachowuje się tak, jakby potrafiła zmieniać swoje posadowienie: pojawia się bliżej lub dalej, a nawet z różnych kierunków; czasami widoczna jest cała i pokaźna, czasami wydaje się malutka albo tylko swój czubek pokazuje nad bliskim garbem ziemi. Bywa, że parę godzin widzę ją przed sobą, a wtedy powoli, w miarę zbliżania się do niej, góra rośnie, a nawet potężnieje. Jest górą dnia. Dzisiaj była nią Ostrzyca – bazaltowy ostaniec w kształcie regularnego stożka. Jest najwyższą górą Pogórza Kaczawskiego i jego symbolem. Dodam jeszcze, że na Pogórzu Wałbrzyskim takim górskim motywem dnia często bywa Trójgarb, a z obu pasm nierzadko widuję inną odległą i wyjątkową górę – Ślężę.








O domach słów kilka

 Stare poniemieckie domy niszczeją, zwłaszcza te duże. Nieliczne znalazły właściciela chcącego je remontować, jak ten, z wymienionymi oknami. Trudno się dziwić, bo po co komu dom mający pięćset metrów powierzchni i wymagający bardzo drogiego remontu, ale racjonalne wytłumaczenia nie zmieniają odczuwania: domów nadal szkoda. Kiedyś ludzie włożyli w ich budowę mnóstwo potu i pieniędzy; jak czuliby się, gdyby wiedzieli, że te ich wymarzone, te tak bardzo potrzebne im domy, będą niszczeć nikomu niepotrzebne?



 

Smutny jest obraz zrujnowanego kamiennego domu.

 Na tym pogórzu nie zliczę domów, z których zostały resztki ścian sterczących jak oskarżenie wśród zarośli z czarnego bzu. To dziwne, jak bardzo ta roślina upodobała sobie ruiny na miejsce swojego życia. Kamienna ściana z otworem okiennym z którego wychylają się gałęzie wygląda rozpaczliwie i... dziwnie. Ma się wrażenie zamiany ról: martwa kamienna ściana jest stroną poszkodowaną, cierpiącą, a żywa roślina zajmująca miejsce kobiety lub dziecka w oknie jest jeśli nie wprost niszczycielem, to przynajmniej tym, który z ruinacji korzysta.


 
 

Oto widok budzący moje zdziwienie i pewnego rodzaju zniesmaczenie: mieszkanie ludzi wśród ruin. Jak na ironię drzwi wejściowe ocalały. Kto je kiedyś otwierał? Czyje dłonie tysiące razy chwytały klamkę?


 

Na tych zdjęciach utrwaliłem rzadki widok: gruntownie remontowany dom przysłupowy. Obok nowych belek widziałem stare, do cna spróchniałe; nie wiem, jakim cudem ten dom się nie zawalił.


 

Na ruinach kościoła szwenkfeldystów nadal widać jego dawną świetność. Szkoda, że katolicy nie przejęli tej świątyni, może wtedy mógłbym zobaczyć ją taką, jaką była w czasach swojej świetności. Swoją drogą dziwne i niepojęte są dla mnie, osoby areligijnej, te ostre podziały na wrogie sobie ugrupowania wewnątrz chrześcijaństwa. No bo skoro wierzą w tego samego Boga, cóż znaczą jakieś drobiazgi, zwłaszcza, że najczęściej nie są ani logiczne ani do udowodnienia. Tych, którzy zbudowali tę świątynię, wypędzono z kraju, teraz ich potomkowie mieszkają w USA, tam mają swoje kościoły, wychowują dzieci, pracują i płacą podatki, chociaż mogli tutaj, w swoim kraju, a że byli zaradni i pracowici, to widać po okazałości ruin.

O twardocickim kościele i chrześcijanach szwenkfeldystach można przeczytać tutaj, tutaj  i na pewno w wielu innych miejscach internetu.


Pałac w Twardocicach i duże budynki gospodarcze dawnego folwarku są teraz własnością prywatną. Budynek nie jest ruiną, ale remontu już wymaga. Czy ktoś, kto gospodarzy na okolicznych polach, wyremontuje pałac? Po co? Jaki więc los czeka tę wielką (i niezbyt ładną) budowlę? Czy taki, jakiego doczekały dziesiątki pałaców kaczawskich, czyli powolnego zamieniania się w ruinę?

 Są i nowe duże domy, na przykład ten, mieszczący świetlicę, a widziałem też okazałą szkołę z przedszkolem, ale wolałbym, aby świetlicę urządzono w jednym z tych starych domów poniemieckich.

Obrazki ze szlaku

 Ze zbiorem tych opieniek spóźniłem się kilka dni; są zbyt wyrośnięte.

 Dąb staruszek zmęczony życiem.





 Kilka brzóz przy polnej drodze i słońce. Wiele nie trzeba, by znaleźć piękne miejsca i nie chcieć odchodzić od nich.




 Samotne drzewa na polach.




 


 

Skowronek i Jedlnia, wzgórki kiedyś wypatrzone na mapie i poznane, dzisiaj odwiedzone.

 Kamiennik ma dobrze dobraną nazwę: szczyt tej górki jest kamienisty i dość stromy.

 Ośrodek Grapa na wzgórzu Obora. Dużo budynków, jeden z nich jest wielki, zajmowany obszar też nie mały. Z czego oni się utrzymują?

 Wiele widziałem krzewów trzmieliny, ładnej nawet w ciemny i deszczowy czas listopada.

Dzisiaj zebrałem ostatnie w tym roku kanie. Na drugi dzień wyjechałem do domu mając ważną sprawę rodzinną, i zjadłem je wspólnie z żoną i synem.

Trasa: wokół Twardocic na Pogórzu Kaczawskim. Wejście na wzgórza Kamiennik, Obora, Świątek, Jedlnia, Skowronek.

Statystyka: na szlaku byłem prawie 9 godzin, a przeszedłem 20,5 km w ciągu 6,5 godziny.