Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

czwartek, 30 lipca 2015

Lipiec sprzed paru lat


Lipiec

Gdy słońce jest nisko, fale biorą na swój grzbiet ruchliwy, drgający cień i rzucają go przed siebie - na piasek plaży. Gdy cofają się, cień wsiąka razem z wodą w piasek, zostawiając na gładkiej jego powierzchni falistą nitkę - swój materialny ślad. Można jej dotknąć, nim kolejna fala przykryje ją nowym śladem cienia. Schodzące  słońce wydłuża cienie… nie, nie: ono je podnosi. Cienie pienistych bąbli stają się kopulastymi minaretami (jestem pewny, że to słowo przyszło mi na myśl w związku z Proustem, który gdzieś go użył), które rosnąc, tracą wyrazistość. Mój długi cień przecina wyzłocony piasek plaży, głowa ucieka ode mnie, chowa się w zaroślach na wydmie, ale zaraz niknie cały, zabrany przez słońce dotykające już wody. Tylko zarys fal na piasku zostaje – już bez śladu cienia.

Nie miałem co robić, tylko gapić się na cienie wodnej piany? Zajęcie dobre jak wiele innych, od tyluż innych lepsze, a ja chciałem przeprowadzić pewien eksperyment. Otóż ilekroć patrzę na morze stojąc na plaży, wydaje mi się, że patrzę na nie z wysokości większej od mojego wzrostu. Złudzenie, czy jakiś nieznany mi fenomen fizyczny? Dzisiaj klęknąłem i głowę pochyliłem nisko, tuż nad falami – wrażenie nadal było. A jeśli – myślałem – morze jest w tym miejscu w jakiś przedziwny sposób wygarbione, to przecież nie może tak być z promieniami słońca, więc aby poznać charakter tego zjawiska, należy obserwować cienie na brzegu morza przy zachodzącym słońcu. Obserwowałem. Cień fal był widoczny do końca, morze nie zasłaniało go, więc wybrzuszenie jest złudzeniem – w przeciwieństwie do śladów cienia na piasku:)



Słów parę w związku z letnią lekturą.

“Umrzemy, i to czyni z nas szczęściarzy. Większość ludzi nigdy nie umrze, ponieważ nigdy się nie narodzi. Ludzi, którzy potencjalnie mogliby teraz być na moim miejscu, ale w rzeczywistości nigdy nie przyjdą na ten świat, jest zapewne więcej, niż ziaren piasku na arabskiej pustyni. Wśród owych nienarodzonych duchów są z pewnością poeci więksi od Keatsa i uczeni więksi od Newtona. Wiemy to, ponieważ liczba możliwych sekwencji ludzkiego DNA znacznie przewyższa liczbę ludzi rzeczywiście żyjących. Świat jest niesprawiedliwy, ale cóż, to właśnie myśmy się na nim znaleźli, ty i ja, całkiem zwyczajnie.”

Richard Dawkins “Rozplatanie tęczy”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2001, s.7.

Ty i ja, całkiem zwyczajnie...

Jest w tych słowach coś jeszcze, prawda głębsza niż ta, która nasuwa się sama – o radowaniu się niepowtarzalnym życiem. Już - już wydaje mi się, że chwytam ją, ale ona umyka mi nie dając się rozpoznać. W sumie nic nowego: wiele, naprawdę wiele razy szedłem w dobrą stronę, czułem bliskość czegoś... wielkiego, jasnego, wspaniałego, ale nigdy nie udało mi się przejść tych ostatnich metrów. Jednakże w tej myśli Dawkinsa jest jakieś przekłamanie, tak mi się wydaje, bo logik ze mnie kiepski. Myśl o śmierci jako o szczęściu wydaje się tutaj słuszna, ale tylko w kontekście zaznaczanym przez autora – jako naturalny skutek narodzin, do których mogło nie dojść, ale... Może tak: szczęściarz to ten, który na przykład wygrał w totolotka, ale czy można tak nazwać tego, który wygrywa, gdy wszyscy inni wygrywają dokładnie tyle samo? Szczęście czasami odnosimy do pewnych średnich wartości naszego świata, tego świata, w którym żyjemy, ale nie do średnich matematycznych. Inaczej: trudno nazwać pechowcami tych, którzy nigdy nie istnieli, a są jedynie statystyczną możliwością. Jeśli ten wniosek jest słuszny, to czy odwrotny (czy jesteśmy szczęściarzami z racji swojego istnienia) też takim będzie? Traktowanie tamtych jako potencjalne osoby (a tak jest w tym tekście) wydaje się być tutaj nie tyle naturalną konsekwencją podmiotowości ludzkich języków, co celowym działaniem autora. Ta celowość to chęć wywarcia wrażenia. Owszem, ja też piszę o tych statystycznych możliwościach jak o osobach (tych, tamtych), ale jest to tylko skutek takiej, a nie innej budowy ludzkiego języka, który, zgodnie z naszą psychiczną konstrukcją, wszędzie dostrzega podmioty.

Czyż nie o tym pisał Proust?:

“Rzeczy mają tyle życia, co ludzie, bo choć rozumowanie po fakcie przypisuje każdemu widzianemu zjawisku przyczyny zewnętrzne, to w pierwszym wrażeniu przyczyna nigdy się nie zawiera.? (“Pamięć i styl”, str. 158/9)



Połowa lipca.

Tak wyraźna na swoich krańcach, przy styku nieba i wody, linia horyzontu na całym pozostałym swoim ogromnym półkolu rozdzielała się. Patrząc przed siebie widziałem dwa horyzonty. Daleki kuter rybacki pojawiając się na wyższym, dalszym styku nieba i ziemi, zdawał się spływać ku mnie z wyżyn nieba, z innego świata, przekraczając drugą linię horyzontu w swojej drodze ku przystani.

Od zachodu szło rozpogodzenie; zrazu nieśmiałe, ledwie widoczne jaśniejszym skrawkiem horyzontu, później odważniejsze w odpychaniu ku wschodowi szarogranatowych zwałów chmur, które broniąc się, spuszczały ze swojej wysokości smugi ciemnych dymów chwytających się powierzchni zastygłego, granatowego morza. Oczyszczonym skrawkiem nieba sunęły tuż nad wodą perłowe, długie obłoki o brzegach płonących jaskrawym złotem, rozpalając pod sobą linię horyzontu kolorem niewidocznego słońca.

Zadziwiał kontrast barw i nastroju: jaśniejące i radosne, intensywne kolory żółci, oranżu i jasnych odcieni czerwieni, niżej woda płonąca blaskiem słońca – a obok szarość nieba, granat i ponurość martwej wody.

Słońce pojawiło się na chwilę jaskrawym i wąskim paskiem między chmurą a linią wody, złotem wyścieliło sobie drogę ku mnie, trwało tak przez minutę i znikło za horyzontem nie widząc mojej wyciągniętej ku niemu dłoni.



Po trzech miesiącach nieobecności, w pochmurny dzień środka lata, wszedłem do swojego zimowego pokoju: trwał opuszczony, niemy, szary i zakurzony, a ja, patrząc na kąty tak jednoznacznie kojarzące mi się z zimą, na chmury widoczne przez okno, poczułem dojmujący smutek – jakby lato nagle się skończyło. Usiadłem w fotelu i szukając ratunku skupiłem się na słowach, budując z nich mur wokół siebie, a gdy o godzinie 20.30 wstałem i spojrzałem w okno, poprzez liście mojej mirabelki zobaczyłem, zaskoczony, drzewa oświetlone zachodzącym słońcem. W porze doby, która w zimie będzie głęboką nocą – pomyślałem i poczułem inne, ale też silne i równie dojmujące uczucie jak pierwszy smutek – poczułem radość zaspokojonej tęsknoty i pragnienie oglądania słońca codziennie, w każdej chwili umykającego mi lata.



Słyszałem dalekie, nieznane szmery, jakieś stukania, odgłosy dziwnych kroków, jakby skradania się, ale wszystkie te dźwięki były dalekie, nie niepokoiły, dopiero nagły hałas podobny do trzaśnięcie ciężkimi drzwiami otworzył mi szeroko oczy. Nasłuchiwałem, oczekujący, zaniepokojony. Z chwilowej ciszy sączyły się rytmicznie powtarzające się odgłosy… mlaskania?, siorbania? Jakieś pompy? Tutaj? Wsłuchiwałem się w ciemność, bezskutecznie próbując zlokalizować dźwięki, aż w końcu przymknąłem oczy. Usypiając, słyszałem pochrapywanie i odgłosy ciężkich oddechów; później rozległ się nieprzytomny krzyk przez sen, po nim zapadła chwila ciszy momentalnie przerwana głośnymi jękami zmieniającymi się w rzężenie, od których ciarki przebiegły mi po plecach i zrobiło się niedobrze. Sen znowu odleciał ode mnie. Nasłuchiwałem.

Noc w dżungli? Nie, noc w szpitalu.



Czasami deszcz kapie mi do talerza, a wtedy zupa bulgocze jakby się miała gotować, czasami bliskie drzewo dodaje mi parę płatków swoich kwiatów do skąpo tutaj wydzielanych surówek, albo, dla odmiany, wiatr przygna chmurę kurzu przyprawiając mi sos, a bywa też, że oczy zapieką, bo sąsiad użyje pieprzu na wietrze – takie bywają uroki jedzenia posiłków na dworze. W ciągu tego półrocza czekam na słońce, a gdy świeci mam ucztę, chociaż bardziej wzrokową niż smakową.
Wszystko na stole, a już zwłaszcza produkty na talerzu, nabierają barw, masywności i smakowitości, pokazują ukryte normalnie bogactwo drobnych szczegółów swoich faktur, zaskakującą mnogość i nasycenie kolorów, wyrazistość struktur. Przekrojony pomidor, przyprószony czarnymi drobinkami pieprzu, błyszczy czerwienią apetycznej mięsistości przedzielonej miniaturowym jeziorkiem soku z zatopionymi weń ziarenkami nasion, przypomina mi kupiony gdzieś w górach przekrojony agat; kryształki soli, zrazu widoczne jako ostre chropowatości na powierzchni pomidora, nikną, roztapiając się. Skóra wędzonego dorsza błyszczy połyskiem starego bursztynu, a kromka zwykłego chleba staje się przekrojonym labiryntem mniejszych i większych jaskiń o gładkich, jakby wypłukanych, ściankach ograniczonych złocistą lub brunatną granicą skórki. Plasterek świeżego ogórka perli się apetycznie kropelkami swojego soku. Surówka jest kompozycją kształtów i kolorów: matowo połyskujące białe i z ledwie widocznym odcieniem zieleni paski i paseczki kapusty, pomarańczowe robaczki startej marchewki, kostka czerwonego pomidora z wilgotnym miąższem z jednej strony, z drugiej wypina gładką skórkę, na której błyszczy kropelka wody, żółte, połyskliwe i pękate ziarna kukurydzy, plasterek cukini pyszniący się swoim zielono-złotym grzbietem, a wszystko to przetkane ciemną zielenią maleńkich gałązek kopru budzących dalekie wspomnienie świąt i choinki.

środa, 1 lipca 2015

Czerwiec raz jeszcze

Kolejne teksty sprzed kilku lat, wyszperane w moich dopiskach.


Słońce. Słońce i upał.
Wczoraj cały dzień pracowałem na dworze bez koszuli, czując rozkoszną pieszczotę słońca na ramionach. Dzisiaj w nocy przyjechaliśmy do nowego miasta, mój camping stoi wśród drzew, na skraju sosnowego lasu, tuż przy zakręcie leśnej drogi. Po pracy, krótko przed zachodem, poszedłem poznać ją, mimo zmęczenia stóp maltretowanych ciężkimi kamaszami w czasie wielogodzinnej pracy. Moje wyjście w czasie rozsiadania się kolegów przy piwie i głośnych rozmowach, jest jednym z wielu objawów mojej letniej gorączki nienasycenia słońcem i ciepłem. Latem. Poszedłem zobaczyć złoty blask słońca niknący na wierzchołkach drzew, pobyć chwilę sam, złapać do kolekcji chociaż kilka letnich kadrów. Wróciłem coś tam niosąc w swojej pamięci; gdy dołożę je do innych, pieczołowicie przechowywanych, może razem pozwolą mi na ten cud, którego chciałbym dla każdego mojego dnia: wyróżnienia go i zapamiętania.
Czuję w sobie bunt przeciwko oznakom powszednienia widoków błękitnego nieba, zielonych drzew, odczuwania ciepła słońca na nagim ciele. Jestem niecierpliwy i surowy dla siebie, oskarżając się o małą wrażliwość na uroki lata, gdy pod koniec dnia uświadamiam sobie, iż kolejny dzień minął nie zostawiwszy w mojej pamięci takich śladów, jakich chciałbym dla siebie, a chciałbym codziennego zachłystywania się latem, takiego przeżywania, które wystarczyłoby mi na długi czas zimna i ciemności, a nade wszystko takiego, które zaspokoiłoby moją niecierpliwą zachłanność.
Już za dwa tygodnie Czas wejdzie na swój szczyt; postoi tam chwilę, ot, aby tylko rozejrzeć się wokół, i zacznie swoje schodzenie. Zrazu słonecznym stokiem, ale później mroczną i coraz mroczniejszą doliną. Nie potrafię zatrzymać go, nie znam właściwego zaklęcia, mogę tylko wciąż na nowo podejmować próby zatrzymania go w sobie. Więc próbuję.

Proust pisał o czarze zespolenia się wrażeń teraźniejszości i przeszłości, a ostatnio u Herberta znalazłem słowa o pełni życia możliwej do osiągnięcia tylko przy połączeniu czasu przeszłego z teraźniejszym. Coś w tym jest, pomyślałem, gdy dzisiaj znowu, jak często w ostatnim czasie, pochyliłem się nad przeszłością niczym nad perłą wielkiej wartości.
Jest jeszcze zespolenie chwili z myślą, realności zewnętrznej z wewnętrzną, urocza nastrojem i siłą przeżywania chwila zjednoczenia mojej psyche ze światem wokół mnie. Nie wiem skąd ona, ta chwila. Istota, praprzyczyna, tkwi we mnie, jak zawsze, ale co ją wywołuje? Na co dzień moje postrzeganie i przeżywanie tylko ślizga się po powierzchni zjawisk, nie wnikając w ich głębię; zachowuję się tak, jakbym murem się odgradzał od siebie samego i od świata. Może do przywołania tych chwil wystarczy usunięcie tego muru we mnie? Nie wiem. Żeby poznać przyczyny, muszę wnikliwiej słuchać siebie.
Są też czarowne chwile krążenia myśli wokół… czegoś nieznanego, jakiejś tajemnicy. Są chwile, w których przeczucie, a może po prostu pragnienie lub nadzieja, każą spodziewać się w tej tajemniczości ukrytego piękna, odkrycia czegoś ważnego: prawdy, olśnienia i radości. Myśl pozostaje bezradna, ale nie zniecierpliwiona, radośnie krążąc wokół jądra, zafascynowana, mimo iż przypomina trochę tę ćmę latającą wokół świecy.
Jestem liczykrupą, chytrusem zgarniającym do siebie i pieczołowicie przechowującym takie chwile.

Dochodziła północ, gdy jako ostatni wjechałem na docelowy parking; na niebie widoczna jeszcze była łuna zachodu – niech będą błogosławione dni czerwcowe. Gdy otworzyłem drzwi campingu, małe drzewko zajrzało do wnętrza swoją ciekawską gałązką; rano rozpoznałem w nim lipę; sięgała mi piersi, a już cała była w kwiatowych pąkach.
W campingu ciasno i bałaganiarsko, przeprowadzkowo: środkowa część podłogi, jedyny wolny metr powierzchni, w czasie przejazdu do kolejnego miasta wolnym nie jest. Stoi na nim chłodziarka zdjęta z półki, leży duży grzejnik, a w progu znajdują miejsce dla siebie zwój przewodu zasilającego i drewniany kloc. W jednym kącie łóżka kładę komputer, w drugim czajnik, natomiast wieża jeździ stojąc w zwykłym swoim miejscu, przyciśnięta do blatu gumą.
Przy świetle latarki znalazłem mydło i ręcznik, poszedłem do wozu z łazienką i umyłem się (w okrojonym, „przeprowadzkowym”, zakresie: twarz, dłonie i stopy) w zimnej wodzie ledwie ciurkającej ze zbiornika na dachu.
Z piwem w ręku usiadłem na progu wozu. Noc orzeźwiała przyjemnym chłodem pełnym zapachów i ptasich śpiewów; słyszałem je usypiając. Ranek skropiony był rosą, z bliskiego lasu dobiegał głos wilgi, jeden z najpiękniejszych głosów ptasich, zawsze kojarzący się z wilgotnym lasem i z ciepłymi zapachami lata.
Rok temu w innym parku, w innym mieście, przeszukiwałem internet zwątpiwszy nagle w swoją dobrą identyfikację śpiewu wilgi; od tamtych wieczornych poszukiwań, w czasie których przesłuchałem dziesiątki ptasich głosów, śpiew wilgi wydaje mi się jeszcze ładniejszy i bardziej mój.
Łączka przeznaczona na zaplecze lunaparku sąsiadowała ze stawem, na którym rosły duże kępy białych i różowych lilii wodnych, natomiast na brzegu rozsiadły się wierzby o pięknie falistych gałęziach; pod jedną z nich, w jakże ładnym miejscu, ustawiono mój camping.



 Gdy stawiałem drewniany klocek służący mi za stopień, zauważyłem małe, różowe kwiatki. Kolorem i wielkością przypominały iglice, ale płatki miały podwójne, z wcięciem, ładniejsze (niech mi iglica wybaczy). Wieczorem rozpocząłem poszukiwania, ale nie dość że tutaj, w tej małej mieścinie, internet działa z szybkością żółwia, to jeszcze znalazłszy mnogość kwiatów podobnych, nie byłem pewny wyboru, po prostu poplątało mi się wszystko, a sprawdzić nie mogłem, bo pod wieczór kwiatki schowały się złożywszy płatki. Dopiero na drugi dzień, po zrobieniu zdjęć dla porównań, uzyskałem pewność: to bodziszek kosmaty. Faktycznie, pod małym kwiatkiem i na jeszcze mniejszych pąkach jest owłosienie, ale mało widoczne. Teraz widzę te roślinki co krok, a łatwo je rozpoznać po charakterystycznym kształcie liści; w tym swoim widzeniu znajduję kolejne potwierdzenie mojego starego odkrycia: im więcej się wie, tym więcej się widzi, więcej rozumie; widzi się świat bardziej złożony i piękniejszy.
Bodziszek. Zapisuję nazwę i kwiaty do mojej listy.

Rozebrałem stary, wielopozycyjny przełącznik trzyfazowy. Patrzyłem na mnogość poplątanych przewodów i styków jak sroka w kość, nim po dobrej godzinie, macając palcami i miernikiem, zobaczyłem w tej plątaninie prawidłowości i sens. Satysfakcjonująca chwila.

Dzisiaj odebrałem kupioną na allegro książkę, to powieść o Safonie. Wydano ją w 69 roku, kartki są z byle jakiego, pożółkłego już papieru, ale była fachowo oprawiona przez introligatora; na pierwszej i ostatniej stronie ma dodane ładne akty kobiece. Nie wiem jak odbiorę powieść, ale samą książkę już polubiłem.
Lata sześćdziesiąte, lata mojego dzieciństwa; dekada, o której mówi się, że była biedna i szara; jeśli porównam pamiętane obrazy ulic, domów i sklepów z obecnym wyglądem ulic, to faktycznie, różnica jest ogromna, ale tę książkę wydano właśnie wtedy, nie teraz, gdy społeczeństwo jest o tyleż zamożniejsze i bardziej je stać na taki luksus. Parę lat temu, także na allegro, kupiłem cenną dla mnie książkę z tragediami Ajschylosa w świetnym przekładzie Stefana Srebrnego, a wydano ją w 54 roku, więc w latach jeszcze biedniejszych.

Wytarty, niby pieniądz zły
w wędrówce długiej z rąk do rąk,
fałszywy jużeś stracił blask,
już otoś cały czarny – patrz!

Biorę ten tom w rękę inaczej niż inne książki, uważniej i z szacunkiem dla wieku tomu i wspaniałej jego treści – tej napisanej przez starego Greka, jak i Polaka młodszego od niego o ocean czasu – przedziwne spotkanie dwójki mądrych ludzi - bo dzięki nim obu mogę przeżyć chwile wzruszenia rzadkiego rodzaju.
Podziękowania winny jestem także tym, którzy w swojej mądrości zdecydowali o wydaniu w tamtych czasach książki, o której wiadomo było z góry, że dotrze do nielicznych i zysku nie przyniesie. Ich mądrość w uznaniu przewagi pewnych wartości nad zarobkiem.
Kto teraz wyda Ajschylosa czy powieść o Safonie? Wydawca książki o twarzach Greya? A czyż mogę go potępiać? Wszak wydawnictwo zostało stworzone jako firma mająca przynosić dochód, jak to w kapitalizmie.
Może i są wydawane takie pozycje, ale zapewne w mocno okrojonym zakresie - jako wymagana lektura szkolna. Swoją drogą: czyż nie jest kiepskim pomysłem zmuszać nieprzygotowane dzieciaki do takich lektur, jak „Antygona”? Ilu spośród nich dostrzeże piękno w tej tragedii, a ilu lektura definitywnie zniechęci do czytania?
Nota bene: zawsze wyżej ceniłem Króla Edypa spośród dzieł Sofoklesa. Antygona idzie tam, gdzie dojść się spodziewała, Edyp wbrew sobie zmierza – jak zmierzał całe życie - ku przepaści.

Patrzę na lilie wodne; są duże, mięsiste, wyraziste, otwarte do słońca, piękne. Nazwa nenufary nie podoba mi się, jest taka… nadęta, a nazwa naukowa, grzybienie białe, jest jeszcze gorsza, jakby chodziło o rodzaj mchu lub grzybów. A lilia to lilia – królewski kwiat. Robiłem im zdjęcia z brzegu stawu, z pełnym przybliżeniem, ale ciągle były zbyt daleko. Gdybym miał łódkę lub kajak…
A w campingu mam mrówki! Ze ściany szafy zrobiły sobie szeroką autostradę, a ja zmieniam ją w grobowiec, bezlitośnie rozgniatając je (to skutek wyobrażenia nocy spędzonej w jednym łóżku z nimi). Kucharka poradziła mi rozlać ocet wokół kół, zrobiłem to, ale wygląda na to, że mrówki nie wiedzą o konieczności unikania zapachu octu…
Ze sceny dobiega mnie podrygujący rytm i zapewnienia o wiecznej miłości, co razem nazywa się disco polo, jeśli dobrze pamiętam.

Gdy po wielogodzinnej jeździe wysiadłem z busa na naszym placu w Ustroniu, przywitał mnie gorący zapach rumianku, zapach lata i Grecji. Z rozkoszą wciągnąłem go do dna płuc i rozejrzałem się. Kolejka stała smutna, zarośnięta chwastami, wydawała się być opuszczona przed wielu laty; szpaler jarzębin szwedzkich wygrzewał się w słońcu, a górą śmigały moje jaskółki.


Po raz pierwszy od 10 miesięcy otworzyłem drzwi kontenera mieszkalnego i ponownie, jak przed rokiem, miałem silne wrażenie budzenia pomieszczeń z ich długiego snu. Podniosłem żaluzje i wzrokiem ogarnąłem pokój. Tu i tam leżały drobiazgi zostawione przez żonę lub dzieci, w kątach parę pająków utkało pajęczyny. Wciągnąłem w siebie powietrze pamiętające pobyt tutaj mojej rodziny i poczułem ciepło w piersi.


Wieczorem, na brzegu morza, doznałem powracającego rokrocznie radosnego zdumienia długością czerwcowego dnia. Każdego roku patrzę na zegarek oglądając czerwcowy zachód słońca – już blisko pół do dziesiątej, a słońce nadal świeci! Gdy wspomnę o tym za pół roku, w moim zdziwieniu będzie – tak jest każdego roku - niedowierzanie; będę wiedzieć o godzinie czerwcowego zachodu, ale wiary dawać nie będę.
Stałem na pomoście, a niskie słońce ścieliło pod moje stopy ścieżkę drżącą migotliwym światłem.
Patrzyłem oczarowany, patrzyłem tak, jakbym widział coś takiego po raz pierwszy… ach, nie!: równie piękną ścieżkę widziałem po raz pierwszy w życiu. Była zmiennością i radością momentalnych rozbłysków świetlistości na drobnych falach - jakbym patrzył na krople złotego deszczu wybuchające świecącym złotem w zetknięciu z powierzchnią wody, albo na ognie sztuczne, które lecą w górę maleńkimi kropkami, a tam pękają bajecznymi błyskami i nikną by ustąpić miejsca kolejnym, żyjącym przez mgnienie, diamencikom światła. Schodzące ku morzu słońce skracało ścieżkę odsuwając ją ode mnie, aż w końcu straciła cały swój czar, stając się zwykłą smugą słonecznego światła odbitego w wodzie.
Na koniec i ona znikła, wciągnięta przez chowające się w wodzie słońce.
Zbliżała się północ, gdy zgasiłem światło i w tym samym momencie noc czerwcowa weszła do pokoju przez odsłonięte okno. Niebo miało przeczystą, ciemnoniebieską, barwę dołem rozjaśnioną schodzącą ku morzu łuną zachodu. Patrzyłem w okno usypiając.

Po pracy poszedłem na spacer bocznymi, znanymi mi i lubianymi, uliczkami miasteczka. Mniej tutaj ludzi niż na głównej ulicy, pełnej straganów, barów, reklam i hałasu, mniej zakupów, więcej spokojnego mieszkania.
Szedłem nieśpiesznie rozkoszując się urlopową atmosferą wczesnego wieczoru letniego dnia. Zaglądałem przez bramki do posesji ukrytych wśród drzew i krzewów, oddzielonych od ulicy ścianami zieleni, pełnych zakamarków i chłodnego cienia, liczyłem pąki kwiatów dzikiej róży i zielone jeszcze owoce głogów, wąchałem tarty w dłoniach liść orzecha włoskiego wychylającego na chodnik swoje gałęzie, znajdując w jego zapachu wspomnienia z dzieciństwa; patrzyłem na jaskółki i słuchałem ich ostrego świergotu.
Kilka lat temu gdzieś tutaj widziałem krzew z pięknymi i bardzo dużymi kwiatami; wydzielał rozkoszny zapach, egzotyczny i świeży. W następnym roku nie znalazłem domu przed którym rosły w donicach te kwiaty. Każdego następnego lata chodziłem tamtą uliczką nie tylko dla zwykłego spaceru, ale i w nadziei znalezienia tego tajemniczego krzewu.
Dzisiaj znalazłem dom z poszukiwanym krzewem; okazało się, że w dość gęstej tam sieci wąskich uliczek i jeszcze węższych przejść między domami, pomyliłem miejsca; domek stoi na końcu ślepej uliczki, którą chyba tylko mieszkańcy są w stanie odnaleźć. Chwilę rozmawiałem z właścicielem poznając nazwę rośliny: to datura, czyli nasz swojski bieluń.
W internecie dowiedziałem się, że datura wydziela brzydki zapach, ale jest podobna roślina, mianowicie brugmansja, czyli trąby anielskie, nazywając bardziej po ludzku, i ta pachnie. Szukałem więc brugmansji. Krzewy zaczynają kwitnąć, będę tam przychodzić.

Zapragnąłem posłuchać Patetycznej. Wysłuchałem jej. Jest patetyczna i jest piękna.

Napisane w lecie.
Wiersz z książeczki czytanej wnuczce.:

Dzień był srebrny
i deszczowy
i deszcz padał brylantowy.
Każdy się przed deszczem chował,
tylko mnie ktoś zaczarował!
Stałam na tym deszczu,
stałam,
aż w ten deszcz się zaplątałam!
W srebrne nici
i tasiemki,
w brylantowy
sznurek cienki,
w mokre wstążki,
w srebrną wełnę,
w srebrne sieci
deszczu pełne.
Zaplątałam się po uszy!
Kto mnie teraz
z miejsca ruszy?

„Deszcz” Doroty Gellner.

Dla odmiany te, jakże dawno temu napisane, słowa:

„(…) Z tobą zły los zniosę,
jak zniosłem dobry.”

Tezeusz do Heraklesa w „Oszalałym Heraklesie” Eurypidesa.