Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Rudawskie skały


181216
Parking przy schronisku Szwajcarka w Rudawach Janowickich, Przełęcz Karpnicka, Jańska Góra, Rozdroże pod Jańską Górą, skały Rylec i Fajka, Strużnickie Skały, Starościńskie Skały, Piec, Skalny Most, zielonym szlakiem na Husyckie Skały, powrót pod schronisko.



Parę lat temu powiedziałem sobie, że jako tako poznam Góry Kaczawskie, gdy spędzę na ich drogach sto dni. Wtedy ta myśl była chyba tylko zabawą, ale została we mnie jako umowna granica poznania tych gór. Ponieważ do tej symbolicznej setki brakuje mi tylko trzech dni, uznałem, że pora zwrócić większą uwagę na inne sudeckie pasma. Nie biorę rozwodu z moimi górami, są i będą moją pierwszą miłością górską – pamiętaną i odwiedzaną – ale pora dać szansę innym pasmom. Wybrałem Rudawy pamiętając urokliwe skały tych gór; później przyszło mi do głowy, iż na moją decyzję mogła wpłynąć ich bliskość do Gór Kaczawskich – z wielu miejsc Rudaw widać ich szczyty. Mimo prognozowanego deszczu, na wyjazd dał się namówić kolega; ciekawe, czy pojechałby, gdyby celem były Góry Kaczawskie… :-)
O zwykłej porze, czyli o brzasku, byliśmy na parkingu przy schronisku Szwajcarka. Ostatni kilometr jedzie się wyboistą i stromą leśną drogą. Przejazd samochodem osobowym jest możliwy, ale z zachowaniem ostrożności i tylko wtedy, gdy nie ma śniegu; po opadach lepiej zostawić samochód na parkingu przy szosie, na Przełęczy Karpnickiej, chociaż słyszałem, że zdarzają się włamania do pojazdów.
Rudawy są niewielkim pasmem górskim, liczą około 90 kilometrów kwadratowych, a powierzchnia Gór Kaczawskich wynosi 300 kilometrów bez pogórza, więc wszystkie główne szlaki Rudaw przejść można w kilka dni, jednakże ładnych skał usytuowanych nie tylko przy szlakach oraz w ich pobliżu, ale też pochowanych w głębi lasów, jest tak wielka liczba, że poznanie ich wszystkich wymaga czasu i myszkowania po stokach, o czym przekonałem się już pierwszego dnia. Skał na szczycie Jańskiej Góry trudno nie zauważyć, jednakże następne, Rylec i Fajka, nie są tak dobrze widoczne ze szlaku, a w ich odszukaniu mapa niewiele pomaga, jako że niedokładnie wskazuje ich lokalizację. Bardziej pomocne jest wypatrywanie w lesie wydeptanych bocznych dróżek, albo GPS do pieszych wędrówek, który w ręku kolegi bywał naszym przewodnikiem.
Tak, drogi są tam wydeptane. Patrząc na liczne ślady popularności Rudaw, myślałem o moich górach. Odczuwałem radość z powodu pustki kaczawskich szlaków, ale jednocześnie było we mnie jakby przeciwstawne odczucie – zazdrości o popularność zabarwionej żalem do tych wszystkich ludzi, którzy tutaj przyjeżdżają, a tam nie. Radość przeważała: gdy będę mieć dość ludzi na rudawskich szlakach, zawsze będę mógł pójść tak bardzo moimi, a im nieznanymi, dróżkami kaczawskimi.
Skałom należy dać szansę oglądając je z różnych miejsc, ponieważ bywa, iż tuzinkowa przy pierwszym oglądzie grupa skał okazuje się być ciekawą, ładną, a nawet intrygującą, po zobaczeniu jej z innej strony. Skały mają też tak znaną cechę całych gór: potrafią diametralnie, nie do poznania, zmienić swój wygląd w zależności od miejsca naszego patrzenia. Gdy zobaczyłem Rylec sterczący ostrym grotem wysoko nade mną, pomyślałem o trafności nazwy tych skał, jednakże z drugiej strony ich wygląd w niczym nie przypominał rylca, kojarząc się raczej z futurystycznym wieżowcem. 



Fajka natomiast z każdej pozycji jednoznacznie kojarzyła się z masywnym prehistorycznym jaszczurem. Tego rodzaju skojarzenia, a okazji do nich jest mnóstwo, mogą być w tych górach ciekawą zabawą.


Zbocza gór są na ogół bardziej strome niż kaczawskie, niemal wszędzie są zalesione, ale lasy poznane na dzisiejszej trasie są widne, ładne, zachęcające do wejścia na widoczne tu i ówdzie mało używane leśne dróżki. Poznaliśmy jedną z nich, biegnie w pobliżu Jańskiej Góry i jest po prostu urocza.
Szliśmy w gęstniejącej mgle, a kto widział w takich warunkach górski bór świerkowy albo las bukowy, temu trudno zapomnieć widok nieruchomych, czarnych pni niknących w szarościach lub srebrzystościach mgieł, wrażenia dzikości lasu, własnej samotności, ale i zauroczenia tym pierwotnym widokiem. 






Gdy doszliśmy w pobliże Lwiej Góry, do mgły dołączył śnieg, a widoczność spadła do dwudziestu metrów. Prawie pionowa ściana Starościńskich Skał wyłoniła się z mgły nagle, od razu wielka. Stanąłem przy niej i zadarłem głowę: na twarzy czułem zimne ukłucia płatków śniegu, a szczytu nie widziałem – niknął we mgle i w wirze śniegowych płatków. Niemała ściana wydawała się w tych warunkach ogromną, nieba dotykającą. Skały wołały, zachęcały do wejścia na szczyt, jednak uznaliśmy, że w takich warunkach – przy padającym śniegu i tak małej widoczności – wchodzić nie będziemy.
Chcieliśmy zobaczyć sąsiednie grupy skalne Starościńskich Skał, ale mój pryncypał namieszał mi w głowie telefonem (GSM – błogosławieństwo i przekleństwo, czyli dwa w jednym): rozmawiałem idąc, a nim skończyłem rozmowę, byliśmy na tyle niżej Skał – a i pora była późna – że ich zobaczenie odłożyliśmy na inny dzień.
Z dna doliny szlak wznosi się płytkim wąwozem wydeptanym przez ludzi i wypłukanym przez wodę. Idzie się skalistym dnem strumienia, jak nierzadko bywa w wyższych górach, miejscami stąpając po kamieniach wystających nad nurtem – urokliwe, prawdziwie górskie miejsca. Pozazdrościłem Rudawom, ponieważ w Górach Kaczawskich raczej nie spotyka się takich. Chwil odruchowego porównywania obu pasm górskich i zazdroszczenia Rudawom ładnych miejsc, miałem wiele tego dnia.
Zalety skał Piec docenić można przy dobrej widoczności, a że takiej nie było, należy mi wrócić tam, natomiast Skalnemu Mostowi, sąsiedniej grupie skał, mgła nie przeszkadzała. Prezentował się większy, niż zapamiętałem go będąc tutaj sześć lat temu. Podchodziłem coraz bliżej, coraz bardziej zadzierając głowę na szczyty skał, na zaklinowane między dwiema ścianami kamienie tworzące ów most, powtarzając w myślach zdumione pytanie: to ja tam byłem? Obszedłem wtedy skały i od tyłu, wykorzystując niewielką wysokość i urozmaiconą rzeźbę ściany, wdrapałem się na szczyt i doszedłem do mostu, robiąc mu zdjęcie z góry. Pamiętam, że nogi mi drżały, gdy zszedłem. Dzisiaj nie próbowałem tam wejść, ograniczając się do podziwiania skał z dołu, a wrażenie czyniły duże.
Oto zdjęcie mostu wykonane z góry w 2010 roku.


A tutaj zdjęcia z ostatniego wyjazdu.




Na parkingu – byliśmy tam krótko przed końcem dnia – mój towarzysz zaproponował pójście na Husyckie Skały stojące w pobliżu przełęczy między Sokolikami. Zmierzchało się, gdy doszliśmy tam. Szara godzina końca mglistego dnia zimowego ma urok, który może dziwić, ale któremu z przyjemnością się poddaję. Jest w nim nostalgiczny smutek końca, poczucie oddalenia od cywilizacji i zdania tylko na siebie. Kolega myszkował gdzieś niżej, a ja dłuższą chwilę stałem sam na skałach. Świat wokół widziałem pierwotnym, dzikim i surowym. Podobał mi się.
Jazda leśną drogą po zmroku, gdy w świetle reflektorów nierówności stawały się czarnymi, bezdennymi dziurami, budziła obawy o całość zawieszenia mojej vectry, ale i przydała uroku wyprawy ostatnim minutom w Rudawach.
Wrócę tam już na początku stycznia.



sobota, 17 grudnia 2016

Deszcz, wiatr i nietoperze


111216

Radzimowice, Owczarek, Bielec, Lisie Skały, Chmielarz, Dłużek, Rogacz, Marciniec, Droga Pragowa, stoki Bukowinki, Żeleźniak, Radzimowice.



Na wyobrażenie wstawania nad ranem, pojawiła się we mnie myśl o czytaniu i pisaniu przez całą niedzielę. Zapowiadano deszcz, a w pokoju będę mieć ciepło i sucho, wyśpię się w końcu i zajmę zaległymi tekstami... To nie ja snułem takie myśli, to ktoś drugi, kto kusił mnie lenistwem.

Pojechałem wiedząc, że będę żałować niedzieli w fotelu; pojechałem wspomniawszy tyleż pięknych dni wiosennych i letnich spędzonych w pracy, gdy odczuwając głód drogi obiecałem sobie jeździć w każdą niedzielę, niezależnie od pogody.

Plany trasy jak zwykle zmieniałem kilka razy, w końcu po ostatnich wyjazdach w pogórze pojechałem w środek moich gór, chcąc zobaczyć wyższe szczyty i bardziej strome zbocza. Wybrałem okolice Żeleźniaka właśnie dla tych stromości, ale też z powodu oddalenia od szos i ludzkich siedzib rozległego masywu rozciągającego się na północ od tej góry. Chcąc iść długo przed siebie, a nie kręcić się po okolicy, ułożyłem pętlę ze startem i metą w Radzimowicach. 



Dziwna to wioska i to z kilku powodów. Jest w niej bodajże siedem domów zamieszkałych plus parę pustych, do remontu; tak maleńka wioska ma swojego sołtysa, co świadczy o bogatej przeszłości i o odmianach losów miejscowości; obie drogi do niej prowadzące są szutrówkami, w zimie w zasadzie nie do przejechania bez łańcuchów na kołach, albo (i) napędu 4WD. Stojąc na małym ryneczku wioski i rozglądając się wokół, można odnieść wrażenie przebywania w innym świecie. Tam jakby inaczej liczono czas, a i pieniądze chyba też. Tej wiosce bliżej do kaczawskich szczytów niż do dolin i szos, zarówno w sensie dosłownym, jak i w przenośni.

Nie padało, gdy przyjechałem, a ruszyłem w drogę, gdy tylko rozwidniło się. Widoczność była dobra, nie wiało, stałem więc dłuższą chwilę na szczycie bezimiennego, a bardzo widokowego, wzgórza tuż przy wiosce. To jedno z tych miejsc przegapionych przez autorów map kaczawskich, miejsc zasługujących na wielkie słoneczko punktu widokowego. Docenili go mieszkańcy wioski: stoi tam ławka, a i krzesło parę razy widziałem.

Nim zanurzyłem się w las za Owczarkiem, szedłem powoli, rozglądając się, ciesząc się widokami, które tam, na odkrytych zboczach między tym wzgórzem a wioską, są wyjątkowo ładne.

Idąc z dna doliny zboczem Bielca, z tyłu wyrastają na olbrzymiejącym horyzoncie góry – kolejne miejsce zasługujące na słoneczko. Gdzieś tam zaczęło kropić. Zgodnie z prognozami, pomyślałem. Może więc z zgodnie z nimi deszcz ustanie po dwóch godzinach? Nie przestał, a niewiele później do deszczu dołączył wiatr. Z plecaka wyciągnąłem pelerynę. To okrycie świetne chroni przed deszczem, nawet całodniowym i obfitym, ale gdy wieje, peleryna zmienia się w świetnie działający żagiel. Na szczęście większość drogi wypadła lasami.

Właściwie lubię iść lasami w deszczu, ale gdy jest bezwietrznie. Lubię słuchać melodii układanych moimi krokami i kroplami deszczu, tych tysięcznych szmerów i szelestów dobiegających zewsząd. Na kapturze grają pierwsze deszczowe skrzypce, odpowiada im cichszy szmer peleryny, groty kijów wybijają, niczym talerze, ostrzejszy rytm na kamykach drogi, a na trawach wokół mnie i na liściach deszcz szepcze swoją niekończącą się opowieść muzyczną, a ja idę zasłuchany w dźwięki i w siebie.

Dzisiaj wiatr pochylał świerki, sypał na mnie wyłamanymi gałązkami, chwilami ryczał nade mną szarpiąc koronami drzew, ale zapiętego pod szyją kaptura nie był w stanie zerwać, mimo usilnych prób. Zemstę wziął na połach peleryny i na moich okularach; zmoczone, zsunąłem na koniec nosa i patrzyłem nad nimi.

Dobre pół godziny drogi od Wojcieszowa i sto metrów powyżej tego miasteczka, spotkałem człowieka, rzadkość na kaczawskich drogach, jednak nie był on turystą: wyszedł na spacer z psem. Chwilę rozmawiałem z nim, zapytałem, czy na szczycie wzniesienia jest skrzyżowanie dróg. Nie byłem pewny drogi, wydawało mi się, że przede mną jest skrzyżowanie leśnych dróg i tam powinienem skręcić w prawo, by iść w stronę Chmielarza i Dłużka (na mapie podana jest niewłaściwa nazwa Dłużec). Mój rozmówca to potwierdził, co sprawiło mi satysfakcję, jako że byłem tam tylko raz, a dróg jest dużo. Powiedział też o jaskini.

–Wielka jest. Taka! – otwartymi ramionami zobrazował wielkość – I są tam nietoperze.

Zapytałem o szczegóły, podziękowałem i poszedłem. Jaskinia na Chmielarzu?? Przegapiona nie tylko przeze mnie, ale i przez mapy? Była tam, gdzie mówił, tyle że nie jaskinia, a znana mi pozioma sztolnia wykuta w zboczu Chmielarza. W latach pięćdziesiątych szukano tam rud zawierających uran, a to na polecenie naszego ówczesnego Wielkiego Brata miłującego pokój przy pomocy bomb atomowych. Byłem tutaj parę lat temu: do sztolni można było wejść, owszem, ale parę metrów dalej korytarz przegradzała potężna krata. Była i dzisiaj, ale w niej otwarte były małe drzwiczki. W przedsionku zostawiłem pelerynę i kije, na głowę założyłem latarkę, drugą wziąłem do ręki (zakląłem przypomniawszy sobie, iż tej jesieni nie ładowałem akumulatorów), i przecisnąłem się przez otwór w kracie, plecak ciągnąc za sobą. Nim zanurzyłem się w ciemność, sprawdziłem, czy klapa może się zatrzasnąć. Tak, miałem pietra. Nie nadaję się na grotołaza, ale poszedłem… właściwie to nie wiem dlaczego. Zobaczyć nietoperze? Poczuć pierwotny strach i pokonać go? Pewnie tak. Może też chciałem tam być. Tak po prostu.






Trwożliwie oglądałem się do tylu, niemal do końca drogi widziałem jasne wejście, a widok ten dodawał mi otuchy. Promień światła nie sięgał końca korytarza, dno było równe, a na kanciastych skałach ścian i sklepienia lśniła wilgoć. Nietoperzy nie widziałem, skupiony na patrzeniu przed siebie. Jeden boczny korytarz, później drugi i następny; skręciłem w nie. Nie miałem chęci tam iść, chciałem wracać, ale każdy z tych korytarzy przeszedłem do końca. Sto, albo niewiele mniej, metrów od wejścia zobaczyłem wodę na dnie głównego korytarza. 



W poprzek ułożono tam wał z kamieni i pokryto go folią, najwyraźniej specjalnie dla spiętrzenia wody. Pomacałem kijem, 20 centymetrów wody, dalej jakby więcej, czyli stałem na końcu mojej drogi. Rozejrzałem się: skały miały ładny, czerwonawy kolor, na sklepieniu zaczęły się tworzyć stalaktyty, były białe, miały koronkowe obramowanie podobne do korzenia mlecznego zęba, a najdłuższe przekraczały centymetr wielkości. Za kilkaset lat będzie tutaj ładnie – pomyślałem. 





Uświadomiłem sobie, iż nie czuję lęku. Zgasiłem światła. Ciemność, jakiej nie doświadcza się na dworze, ciemność absolutna, bezdenna. Ciemność wypełniona dźwiękami kropel wody spadających ze sklepienia.

Wracając, zobaczyłem nietoperze. Było ich sporo, wystarczyło spojrzeć w górę. Największe wisiały na swoich mysich łapkach, a były wielkości pięści. Najmniejsze raczej przytuliły się skał, niż wisiały, i były wielkości piąstki mojej wnuczki, gdy była małą dziewuszką, a te średnie chyba już szykowały się do balu karnawałowego, przybrane w srebrzyste stroje.







Z ulgą (jednak!) przelazłem przez kratę i spojrzałem na dwór: zobaczyłem drzewa i deszcz. Piękny widok. Ubierając się zauważyłem, jak bardzo jestem wybłocony. Gdzie ja tak wypaciałem plecak?

W tych lasach jest istny labirynt dróg, nie zawsze miałem pewność wyboru właściwej, ale później ta wybrana okazywała się być tą szukaną. Płytka przełęcz między Chmielarzem a Dłużkiem jest odkryta, widoki z niej, także z bliskiego szczytu tej drugiej góry, są ładne, ale dzisiaj niewiele widziałem: przez krople deszczu na szkłach okularów dostrzegłem ledwie mgliste zarysy bliższych szczytów, a dalsze nie były widoczne. Na szczycie urządzono miejsce biwakowania: jest stół i są ławki, także tablice informacyjne z opisem widzianych szczytów. Autor tekstu chyba zbyt optymistycznie oznajmił koniec niewiedzy turystów o tym szczycie; ja wolałbym, żeby został nieznany, miałbym te widoki dla siebie, a i butelek rzuconych w krzaki byłoby mniej.

Następnym szczytem jest zalesiony i mało wypiętrzony Rogacz. Będąc tam parę lat temu, zwróciłem uwagę na ładne buki, w tym roku także przyciągały mój wzrok i kazały się fotografować. 


Lubię iść tamtą drogą wiodącą wysoko wzdłuż rozległego masywu, pod szczytami gór, których prawie nikt nie odwiedza, gór samotnych i cierpliwie czekających na moje przybycie. Podoba mi się oddalenie od ludzkich siedzib, świadomość, iż jestem tam sam, na odludziu, że prędzej spotkam dzika niż człowieka.

Tak jak chciałem, przeszedłem całą Drogę Pragową – aż na brzeg lasu w pobliżu Lipy, najdalszy punkt mojej trasy. Las przeszedłem szosą i idąc południowymi zboczami Bukowinki podszedłem pod Żeleźniak. Miałem rezerwę czasu, wszedłem więc w lasy z zamiarem obejścia góry i zobaczenia pewnej ładnej drogi na północnym zboczu. Szedłem świerkowym, gęstym, dostojnym borem. Drzewa odrzuciły wszystkie niskie gałęzie czyniąc las jaśniejszym i przejrzystszym, a ich strzeliste pnie wyrastają na dwóch zboczach tworzących u zbiegu jar. Nic tam nie rośnie, tylko świerki – między drzewami leżą uschnięte gałązki i igliwie. Ilekroć patrzę na wysokie drzewa rosnące na stromych zboczach, doznaję zdziwienia: jak one wytyczyły pion i jak go utrzymują?

Na kolejnych rozdrożach znowu miałem wątpliwości, ale nieco dalej ponownie poczułem satysfakcję: w zarysie zbocza widocznego między drzewami rozpoznałem podejście na szczyt Żeleźniaka, a więc byłem na dobrej drodze. Ta, którą chciałem odwiedzić, już nie istnieje. Rok temu ta mało widoczna, zielona dróżka zauroczyła mnie nagłym, niespodziewanym otworzeniem dalekiego horyzontu; już miałem iść dalej swoją drogą, gdy zobaczyłem między drzewami ślady nieużywanej dróżki. Poszedłem tam, a niewiele metrów dalej, tuż za grupą drzew skrywających początek drogi, otworzył się rozległy a niespodziewany widok na głęboką dolinę i masyw Marcińca po jej drugiej stronie. Dróżka trawersowała strome i odkryte zbocze, a sto metrów dalej znikała w lesie.

Teraz ta uśpiona, zielona droga została rozjeżdżona spychaczem, poszerzona tak, żeby mogły nią jeździć ciężarówki. Zamiast trawy są kamienie, z których sterczą resztki siłą wyrwanych korzeni i zmiażdżone kawałki drewna. Na poboczu leżą pniaki i całe drzewa; ich wyciągnięte ku górze gałęzie zdają się niebu wskazywać swoją krzywdę.

Poczułem się ograbiony. Podniosłem wzrok wyżej: wiatr gnał na świerki Żeleźniaka kłąb białoszarej mgły. Pomyślałem, że ilekroć tutaj byłem, padał deszcz, ale lubiłem to miejsce, a teraz nie wiem, kiedy wrócę.

Pół godziny później wszedłem do wsi, kończąc ośmiogodzinną deszczową włóczęgę.








Czy zmokłem, pytała Maria. Nie, chociaż pod peleryną ubranie było wilgotne. Zdały egzamin kupione z demobilu wojskowe rękawice nieprzemakalne, buty też były dzielne. Nigdy, w żadnych warunkach, nie zmarzłem w czasie swoich wędrówek, poza okresowym odczuwaniem zimna w palcach stóp i rąk. W plecaku zawsze noszę zapasowy sweter i dodatkowe skarpety, także trzecią parę rękawic, kominiarkę i oczywiście pelerynę. Na największe mrozy zakładam „zestaw podwójny”: dwie pary podkoszulków, a najlepsze są z dobrej wełny, takież dwa swetry, dwie bluzy polarowe i wiatrówkę. Na nogi kalesony i dwie pary grubych skarpet. Jest to ubranie zapewniające komfort do minus 30 stopni, lub minus 20 z wiatrem. Raz zdarzyło mi się iść przy sporym wietrze i temperaturze minus 17. Nie zmarzłem, ale musiałem uważać na palce rąk i nie wystawiać twarzy na wiatr.

Ubiór dobieram według mojej maksymy: iść na łazęgę zawsze warto, nigdy nie warto marznąć na szlaku.



Dołączam mapę z trasą zaznaczoną niebieską linią. Jej zygzaki niekoniecznie świadczą o moim zbaczaniu z drogi, raczej o drgnieniu palca przesuwanego po touchpad’zie, a jej wykonanie zawdzięczam instrukcjom Janka, bez których nie ruszyłbym z miejsca.


piątek, 9 grudnia 2016

Moje miejsca pod Wielisławką


041216
Wielisławka, Gozdno, Wielisławka, źródło Piekiełka, okolice Owczarni i Czeszki, powrót pod Wielisławkę.



Kilka lat temu, w słoneczny i kolorowy dzień wczesnej jesieni, szedłem leśną drogą prowadzącą zboczami Wielisławki. Wyszedłszy na otwartą przestrzeń, zobaczyłem drogę biegnącą brzegiem lasu pod górę, omijającą dąb i ginącą za drzewami. Poszedłem tam poszukać jej, a minąwszy drzewo obejrzałem się. Stałem tam długo, oczarowany, odchodziłem i wracałem nie mogąc odejść. Widok zauroczył mnie; chwila przeżytego wtedy piękna jest we mnie i – mam nadzieję – zostanie. W minione lata wracałem w tamto miejsce kilka razy, na ogół w mniej ładne dni od tamtego. Któregoś ponurego dnia zimowego wydało mi się to miejsce takie… zwykłe. Stałem tam z poczuciem smutku, może też oszukania. Po chwili obudził się we mnie protest – mój przeciwko mnie samemu. Broniłem urody miejsca dostrzegając w moim jego widzeniu podobieństwo do kobiety: kochając, widzi się ją taką, jaką była w tamtej odległej chwili zauroczenia nas, a jeśli zdarzy się czas zdjęcia okularów uczucia i zobaczenia znamion upływu lat, na pomoc przychodzi pamięć tamtej chwili – a w tle niezliczona ilość chwil późniejszych – i wtedy uświadamiamy sobie, iż przecież to ona, dziewczyna sprzed lat, ta sama, nie inna –  a wtedy znowu widzimy jej piękne oczy patrzące na nas.
Od tamtego dnia wracam do tego miejsca jak do towarzyszki moich kaczawskich lat.
Będąc w pobliżu góry dwa tygodnie temu, uświadomiłem sobie, że nie znam wszystkich dróg po sąsiedzku, a na tych znanych nie byłem od roku czy nawet od dwóch już lat. Pojechałem z zamiarem zobaczenia świtu z mojego miejsca i całodniowego myszkowania po okolicy.
Samochód zostawiłem na podwórzu kilku domów przy starym młynie w Wielisławiu Złotoryjskim pod Sędziszową. Dużo się tam zmieniło: stary, zaniedbany duży dom został wyremontowany, jest w nim teraz restauracja i agroturystyczne noclegi. 


Coraz częściej, nota bene, agroturystyczne są te usługi tylko z nazwy, w istocie będąc hotelami; niektóre z nich są eleganckie i drogie, nie dla takich wędrowców, jak ja. Posesja stoi tuż przy górze, obok budynków przepływa Kaczawa, do Organów jest około trzysta metrów, do jaskini ze dwieście – słowem: dobre miejsce na początek drogi.
Specjalnie wyjechałem wcześniej, chcąc być na zboczu z drugiej strony masywu, przy moim miejscu, o świcie. Gdy wszedłem na kamienistą ścieżkę skosem pnącą się po zachodnim zboczu Wielisławki, spojrzałem na zegarek: była 6.40. Niebo nieco rozjaśniło się, ale w dole, między drzewami, tyle widziałem, żeby nie zejść z drogi, ale gałęzi i kamieni, o które potykałem się, nie widziałem. Zbocza są tam strome, miejscami kąty ich nachylenia przekraczają 50 stopni, wokół stoją czarne i milczące drzewa, pod nogami szeleszczące liście ukrywają nierówności, ciemność i pustka wokół, jako że bliską szosą nikt nie przejeżdżał. Mocno napierając na kije, szybko nabierałem wysokości, ale nie wiem, czy potrzeba rozgrzania się bardziej mnie goniła w tę mroźną noc, czy chęć wyjścia z ciemnego lasu na otwarte przestrzenie. Parę lat temu gdzieś tam zakręciłem się totalnie: idąc między drzewami, zobaczyłem na śniegu ślady moich butów, prowadziły w przeciwną stronę. Nie wiem, jakim sposobem zrobiłem koło, ale dzisiaj szedłem jak po sznurku.
Do tej pory uważałem, że moje miejsce jest na wschodnim stoku Wielisławki, ale po tym, co widziałem dzisiaj, uznałem, że to już raczej Gajowa, drugi szczyt w masywie Wielisławki, jednak moja sudecka encyklopedia nie potwierdza tej informacji. Nic to, w końcu mało to ważne, jako że niewiele metrów dalej niewątpliwie jest stok tej znanej góry. Na miejscu byłem przed wschodem. 



Niebo nabierało kolorów, było już na tyle widno, że aparat robił zdjęcia, chociaż po każdym pstryknięciu długo coś majstrował przy nich; bezskutecznie, jak się później okazało. Siwym i grubym szronem mróz okrył trawy, a mnie zmusił do założenia drugich rękawic. Piłem herbatę chodząc w pobliżu mojego miejsca, kręciłem się szukając swoich dawnych śladów, robiłem nowe i patrzyłem na wschodzące słońce. 




Dwukrotnie w ciągu dzisiejszego dnia widziałem rzadki widok i dość nietypowy: rozłożoną mapę oświetloną poziomymi promieniami słońca – teraz wschodzącego, a na zboczu Czeszki zachodzącego. Minimalny ruch ręki zmieniający poziomą płaszczyznę mapy krył ją w cieniu.
Przed sobą miałem rozległy przestwór łagodnie fałdowanych pól, a na nich nitki zarośli i kępy drzew; jedno z nich zwróciło moją uwagę wysokością i ładnym kształtem. Jakie to drzewo? Z odległości setek metrów rozpoznam jedynie topolę włoską, więc poszedłem poznać je. Będąc bliżej zobaczyłem brązową mgiełkę na koronie drzewa i pomyślałem o lipie. To faktycznie była lipa, a mgiełkę tworzyły trzymane przez drzewo lotki z nasionami.



Dzisiaj kilka razy przechodziłem przez śródpolne zarośla, albo omijałem je nie mogąc znaleźć przejścia. Czasami bywa, że na brzegu, zwłaszcza od południowej strony tych jakże malowniczych kęp, rośnie gęstwina krzewów po prostu nie do przejścia, bo jak przekroczyć splątane pędy różanych krzewów i malin? W sukurs tym roślinom przychodzą krzewy tarniny, głogu, a nierzadko i czarnego bzu, razem tworząc ściany tak gęste, że zajrzeć do środka trudno, nawet gdy są bez liści. Jeśli już znajdzie się przejście, jest nią ścieżynka zrobiona przez zwierzęta, do przejścia na czworaka. Jeśli kępa jest szersza, jej środek zajmują drzewa. Nie zauważyłem przewagi któregoś ich gatunku: rosną tam dzikie czereśnie i lipy, osiki i jesiony, dęby i grusze. Na miedzach wszystkie te rośliny rosną wąskim pasem podcinanym rolniczymi maszynami, ale na stokach zbyt stromych do zaorania, albo wokół skał wychodnych lub starych kamieniołomów, także nad strumieniami lub na nieużywanej, zapomnianej przez ludzi drodze, wszędzie tam wykształcają ów piętrowy schemat zajmowania swoich miejsc. Wnętrze tych mini lasków jest ciemne i nie ma w nim wielu roślin – chyba tylko nieliczne są w stanie rosnąć w tak głębokim cieniu. Ziemia bywa tam mokra, bagnista, ale nierzadko leżą tam omszałe złomy skalne lub kupy kamieni zebranych z pobliskiego pola; zdarza się, iż wśród zarośli zieją dziury w ziemi albo sterczy naga ściana odsłoniętej skały nieużywanego wyrobiska. Bywa też, niestety, że leżą tam sterty śmieci. Te trudno dostępne miejsca są mieszkaniem wielu zwierząt: najliczniejsze są ptaki, nierzadko duże ich stada, ale i sarnę można tam spotkać, bliżej lasu i dzik się schowa, a dzisiaj spod moich nóg zając poderwał się do ostrego biegu.
Ruszyłem w poplątaną wędrówkę okolicznymi polami i drogami.
 





 Przeszedłem moją ulubioną drogę w obie strony i wszedłem w las, by na jego skraju, nieco z boku, odwiedzić miejsce ładne i pamiętane, a stamtąd poszedłem do Gozdna, małej wioski po drugiej stronie lasu, przypomniawszy sobie, iż będąc tam kiedyś, nie obejrzałem wielkich lip rosnących przy szosie.
Ostatnie kilkaset metrów przed wioską szedłem szosą, lekko pod górę. Patrzyłem właśnie w dal, na odsłaniane opadającą szosą szczegóły odległego horyzontu, gdy zobaczyłem szczyt Wilczej Góry wyłaniający się z asfaltu na środku szosy: niemal pionowa ściana urwiska przykryta jest kępą drzew niczym głowa punka stojącymi włosami. Zatrzymałem się, góra też stanęła. Przysiadłem, góra schowała się za… nie, ona schowała się w asfalcie, przecież widziałem, a gdy stanąłem na palcach, i góra wyżej wychyliła się ponad powierzchnię szosy. Wracając, taką samą zabawę ze mną w chowanego podjęła Śnieżka, czego nie spodziewałem się po królowej Sudetów.
Przy głównej ulicy wioski rosną nie tylko lipy, widziałem tam też pokaźne kasztanowce i proste, strzeliste, jasne buki. Jeden z nich wyglądał wyjątkowo ładnie: trzymał na końcach gałązek mnóstwo brązowych, pękniętych na cztery strony kolczastych kulek nasiennych. Obok stała największa lipa. Na zboczu Wielisławki widziałem tablicę z informacjami o drzewach, po jej przeczytaniu wiem, iż lipa kwalifikuje się do uznania jej za pomnik przyrody, gdy ma obwód pnia przekraczający 3 metry; średnicę tego drzewa oceniłem na nie mniej niż metr, więc warunki spełnia, jednak tabliczki nie zauważyłem.
Gdy stałem pod drzewami z głową zadartą, podbiegł do mnie pies wielkości wilczura; nie wiem, jakiej rasy. Obwąchał mnie i kręcił się przy mnie; po chwili podbiegł inny, temu najwyraźniej nie spodobałem się, co okazywał hałaśliwym zachowaniem. Ten pierwszy naskoczył na szczekacza, który natychmiast przybrał poddańczą pozycję i zaraz wycofał się. Milczący został. Wcześniej myślałem o powrocie lasami, ale teraz uznałem, że nie warto chować się w lasy w słoneczny dzień i zawróciłem. Pies ruszył za mną. Zatrzymałem się, on też.
– Chcesz iść ze mną?
Nic nie odpowiedział, zrobił wokół mnie parę kółek i pobiegł. Przez kilka kilometrów, aż do młyna pod Wielisławką, tak było: wybiegał na przód, albo znikał gdzieś z boku, po chwili wracał, szedł przy mnie i znowu biegł gdzieś. Byłem już blisko mojej góry, gdy zatrzymałem się na herbatę. Po chwili przybiegł. Podszedł do mnie blisko, powąchał kubek z herbatą, spojrzał na mnie i przysunął się bliżej. Tarmosiłem go po uszach i karku; odsunął się dopiero wtedy, gdy przerwałem. Wyciągnąłem kanapkę, pies raz i drugi wciągnął powietrze, więc wyjąłem z kanapki plaster wędliny i podałem mu.
-Weź – powiedziałem, i dopiero wtedy ostrożnie wyjął wędlinę spomiędzy palców.


Doszliśmy do góry, okrążyliśmy ją, a na zachodnim zboczu zszedłem z drogi (tej samej, na której potykałem się nad ranem) chcąc zobaczył dół na zboczu. Otóż parę lat temu runął strop jaskini, a na zboczu utworzyło się zapadlisko. Będąc tam ostatnio zapamiętałem wrażenie, jakie na mnie zrobiło to miejsce – jakbym na wejście do piekieł patrzył: obcość, niesamowitość, odpychanie, ciemność i zimno, przeciwieństwo życia i słońca. Poszedłem tam chcąc poczuć to wszystko raz jeszcze. Głęboka jama jest ogrodzona, na dnie leżą zwalone drzewa, a między ich korzeniami zieje czarna dziura. Podniosłem głowę – między gałęziami drzew zobaczyłem błękit nieba.
Przeszedłem podwórze młyna i szosę, psa nie było. Druga strona pola kończyła się uskokiem, miałem nadzieję, iż nie płynie tam strumień. Nie, wody nie było, zszedłem na dno i wtedy, między drzewami, wśród traw, zobaczyłem szynę kolejową. Patrzyłem na nią zdumiony.
Dobra stal, nie rdzewieje – pomyślał technik we mnie, a ja słuchałem łagodnego, zamyślonego smutku budzącego się we mnie. Tego samego, który nawiedza mnie gdy widzę opuszczone, niepotrzebne dzieła ludzkich rąk. Patrząc na szynę pomyślałem o ogromie prac potrzebnych do wytopu tej stali i do wykonania całej tej linii kolejowej, która teraz jest tylko pasem lasu w nienaturalnym zagłębieniu terenu.
Za torami zaczynała się długa łąka wznosząca się zboczem góry Czeszka. Gdy tylko wyszedłem spomiędzy drzew, usłyszałem szczekanie psa z tyłu. Obejrzałem się: trzysta metrów za mną i nieco niżej stały zabudowania młyna, ale psa nie zobaczyłem. 


Pomyślałem, że to „mój” pies żegna się ze mną.
–Mnie też było miło – odpowiedziałem mu.
Poznałem wygodne przejście na ładne i lubiane pola między wzgórzami Owczarnia i Czeszka. 



Nieśpiesznie, rozglądając się, przeszedłem okoliczne drogi i zajrzałem na dno Piekiełka, strumienia głębokiego i ładnego swoją dzikością. Źródło jest suche, maleńka strużka wody pojawia się nieco niżej, wyciekając z dna koryta. Któregoś dnia przejdę całą długość strumienia, a łatwe to nie będzie: zbocza jaru są strome, wiele tam zwalonych drzew i wykopów zrobionych przez poszukiwaczy agatów; buły agatowe można znaleźć idąc zboczem, tyle że trzeba pewnej wprawy, aby odróżnić je od grud ziemi.
Gdy słońce dotykało już lasów, wyszedłem na otwartą przestrzeń; stojąc na zboczu Czeszki, na skraju lasu i pól, żegnałem ten ładny dzień grudniowy.
Dzień słońca, lip, zarośli śródpolnych, milczącego czworonożnego towarzysza, dzień odnowienia moich związków z Wielisławką.