Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

wtorek, 22 kwietnia 2014

Uroda zwykłych dni


Początek marca.
Gdy wstałem, w pokoju było na tyle widno, że nie włączałem światła – po raz pierwszy w tym roku. Niebo na wschodzie miało już jasnozłoty kolor, wyżej płynnie zmieniający się – poprzez odcienie zieleni i błękitu - w granatowy. Gdy wychodziłem do pracy, rąbek słońca wychylił się nad wierzchołki drzew pobliskiego lasu, wpadł do pokoju odmieniając go swoim blaskiem. Stojąc już w drzwiach, stałem i w słońcu; patrzyłem w jasność za oknem i próbowałem zapamiętać tę chwilę.
Dwa miesiące temu, 14 stycznia, w zwykły, chmurny, niczym nie wyróżniający się dzień zimowy szukałem czegoś, czegokolwiek, co dzień ten wyróżniłoby i pozwoliło mi go zapamiętać, ocalając w ten sposób od zapomnienia. Udało mi się: wyróżniłem go tym właśnie szukaniem, które, mi iż było daremne, pozwoliło mi zapamiętać ten dzień. 14 stycznia szukałem jakiegokolwiek jasnego promyka w zimowym dniu, dzisiaj jasne słońce zagościło w moim pokoju. Dwa wyróżnione dni.
Będę pamiętać o nich.

Pierwsze dni kwietnia.
Moja mirabelka pokazała mi pierwsze swoje kwiaty, ma ich cztery, a wszystkie gałązki nabrzmiałe pąkami, pełne wiosny, oczekiwania na biel kwiatów i buczenie pszczół.

Kwiecień.
Gdy wszedłem do campingu po zakończeniu pracy, niskie już słońce zaglądało mi do środka: firanka rozjaśniona była perłowo, a ściana szafy pokryta słonecznymi freskami. Przez chwilę patrzyłem na widok tak bardzo oczekiwany w czasie zimowych miesięcy, ale zaraz poderwałem się chcąc zobaczyć słońce na dworze i spojrzeć na dwa sąsiednie drzewa wyglądające jak otulone zieloną mgiełką; jednak gdy stałem na dworze, chciałem raz jeszcze zobaczyć te słoneczne plamy na szafie i rozjaśnione okno, więc wróciłem. No i tak chodziłem tu i tam nie mogąc się zdecydować gdzie ładniej, aż słońce zaszło, i tylko okrągła i wielka ściana sąsiedniego centrum handlowego jaśniała miedzianym blaskiem.
„Chciałbym, aby wschód słońca zastygł mi na dłoni…” – pisał Drzeżdżon. Słowa te często wspominam, a nawet szepczę je cicho w czasie słonecznego zachodu, bo ja chciałbym, aby właśnie zachód zastygł mi na dłoni. Wschód niech się spełnia, niech stanie się jasnym dniem, a zatrzymać chciałbym te ostatnie chwile słońca, piękne i niepowtarzalne mimo jutrzejszego zachodu. Ilekroć patrzę na zachodzące słońce, jak dzisiaj patrzyłem na plamy jego światła w campingu, czuję przemijanie chwili, nieodwołalność upływu czasu i jego niezmierną wagę; czuję w sobie pragnienie zatrzymania go czarodziejskim zaklęciem. Zatrzymać czas… W czasie krótszym od mgnienia oka innych ludzi zobaczyć, poznać i przeżyć to wszystko, na co zwykły jego upływ mi nie pozwala. Doświadczyć wszystkiego i nasycić się wszystkim, a później mrugnąwszy powiekami uruchomić czas i już bez żalu patrzeć na słońce chowające się za domy jakiegoś miasta.
Chciałbym, aby zachód słońca zastygł mi na dłoni…
Napisałem te słowa i do wieczora dnia następnego czułem bliskość jakichś ważnych myśli, prawdy głębokiej, tajemnicy… nie wiem w końcu czego; czegoś tuż pod poziomem świadomości, ledwie przeczuwanego, ale nie dającego się wysłowić. Czegoś, co jest nastrojem i oczekiwaniem, bliskością i niedokończonym wykluwaniem się. Podoba mi się ten stan tyleż razy przeżywany, mimo iż rzadko coś się z niego wykluwa. Jest on staniem u bram innego świata.
Wieczór tego słonecznego, wiosennego dnia był rześki i gwieździsty, a w campingu cichy i wypełniony słowami, górami (przygotowywałem zdjęcia z gór do umieszczenia ich w internecie) i Dawkinsem opisującym dziwaczne przystosowania jeszcze dziwaczniejszych zwierząt; zaczynam rozumieć jego ideę rozszerzonego fenotypu. Jakże mi to wszystko niepotrzebne, i jakże potrzebne!
Miałem też muzykę tego wieczoru: Pachelbel i Bach.
Teraz dochodzi pierwsza, wstaję pół do ósmej, więc pora zamienić wieczór w noc.
Dlaczego piękny czas tak szybko ucieka?
           

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Lato, praca i dyskusja o miłości z Octavio Pazem

Wróciło do mnie wrażenie z czasów czytania „Pamięci i stylu” Prousta: ekscytacja intelektualna, a przy przewracaniu kartek zdumienie wymieszane z żalem: to już  tak blisko końca?..
Octavio Paz: „Podwójny płomień. Miłość i erotyzm”.
Czytałem znacząc miejsca do przepisania, wracając i znowu przeżywając zdumienie lub uniesienie. Gdy postanowiłem napisać ten tekst, na jego wstęp wybrałem fragment wyjątkowo piękny, a gdy zacząłem go przepisywać, wydał mi się znajomy. Sprawdziłem w Biblionetce: ten sam wybrała Olga, dzięki której dowiedziałem się o autorze i tej jego książce :)
Przeczytałem ciekawe spostrzeżenia o zawiłych związkach przypadku, konieczności i wolnego wyboru, o wpływie stosunków społecznych na miłość, o Platonie też i o Prouście.
Paz oszołomił mnie znajomością literatur i kultur świata, wzbudził podziw dla swojego stylu, w którym poezja wspiera filozofię, ale też wzbudził moje wątpliwości.
Jego słowa: „tchnienie duszy orzeźwia nasze powieki lub rozgrzewa kark” (str. 135) są ładnie wyrażoną prawdą poezji i miłości – niekoniecznie prawdą naukową, i taka też jest zawartość niemal całej książki; wątpliwości, także i zdumienie, a nawet protesty, wzbudziły we mnie słowa autora o duszy i jej związku z miłością, oraz o możliwym wpływie postępu technicznego na ludzkość w przyszłości.
Stąd ten tekst, moja polemika z autorem.
Słowa Paza.:
”(…) czy inteligencja ludzka jest w stanie wytworzyć przedmioty inteligentniejsze od niej samej? Jeżeli będziemy się trzymać logiki, odpowiedź będzie negatywna: aby ludzka inteligencja stworzyła inteligencje wyższe od niej samej, ona sama musiałaby być od siebie inteligentniejsza. Chodzi tu o niemożliwość zarówno logiczną, jak i ontologiczną.” Str. 198

Czy człowiek może podnieść ciężar ponad swoje siły?
Tak sformułowane pytanie już zawiera w sobie przeczącą odpowiedź, a ludzie wieki temu wymyślili bloczek – prosty układ kilku kółek, bez silników, bez jakiejkolwiek maszynerii, a umożliwiający podnoszenie wielkich nawet ciężarów.
Wydaje mi się, że można by i tutaj znaleźć furtkę umożliwiającą udzielenie odpowiedzi twierdzącej na pytanie Paza; zaznaczę tylko, że istnieje wprost proporcjonalny związek inteligencji ze stopniem komplikacji mózgu jako jej „siedziby”, a więc stworzenie mózgu inteligentniejszego oznacza konieczność budowy mózgu bardziej rozbudowanego; u istot żywych neurolodzy wykazali ową proporcjonalność, chociaż nie jest ona tak prosta, jako że w grę wchodzi nie tylko ilość neuronów, ale i ich wzajemne powiązania, niemniej szczur nie będzie mądrzejszy od człowieka także w powodu wielkości swojego mózgu.
Droga prowadząca do tego celu jest znana, bo stosowana przez ludzkość od dawna: to wspomaganie się narzędziami. Do wytworzenia młotka czy siekiery nie trzeba precyzyjnego parku maszynowego, ale mając te narzędzia można pójść krok dalej – zrobić coś, co byłoby niewykonalne bez nich. Ten ciąg wydaje się być nieskończony, a dzisiaj doprowadził do wytworzenia wielordzeniowych procesorów zbudowanych z kilkudziesięciu milionów tranzystorów na maleńkiej okruszynce krzemu, co zrodziło nową gałąź tego ciągu: wspomaganie nie tylko naszych rąk, ale i naszych mózgów w procesie wytwarzania. Wiele ze współczesnych nowości technicznych nie mogłoby powstać bez udziału komputerowych systemów wspomagających pracę ludzkiego umysłu, lub powstałoby znacznie później, na przykład żaden człowiek nie jest w stanie ogarnąć całej struktury tych wielomilionowych procesorów bez wspomagania się komputerami. Co warte tutaj podkreślenia, to fakt wspomożenia nie zewnętrzną inteligencją, kimś inteligentniejszym od nas, a wyrafinowanymi narzędziami posiadającymi pewne cechy naszego umysłu w stopniu daleko od nas doskonalszym – jak pamięć, szybkość wyszukiwania informacji, prędkość dokonywania obliczeń, ale też i zalążki cech wyższego rzędu: myślenia. Pewnie, nie jest ono ani twórcze, ani samodzielne, w całości pochodząc od człowieka, niemniej umożliwia uzyskiwanie z informacji wejściowej danych radykalnie przetworzonych i wspomaganie przez to naszej inteligencji.
Tutaj mała dygresja. Kiedyś skuszony reklamą wszedłem na stronę umożliwiającą zbadanie swojego współczynnika inteligencji. Przez około pół godziny dopasowywałem kaczuszki do piesków, trójkąciki do krzyżyków, później czas się skończył, trzeba było zapłacić wysyłając sms, ale z sieci przychodziła odpowiedź o braku takiego numeru, więc ostatecznie nie było mi dane poznać IQ (ale też nie przeżyłem rozczarowania). Dwie cechy tego badania są warte wspomnienia tutaj: zadania bliskie matematyce i określony czas na ich rozwiązanie. Komputery są tym lepsze, im bliższe matematyce jest ich zadanie (i vice versa też), dlatego łatwo byłoby napisać programy – pewnie nawet takie są – do wyszukiwania brakującej liczby w podanym, a niekompletnym ciągu, albo dopasowującym te kaczuszki. Mając tą swoją oszałamiającą, nieludzką szybkość liczenia, rozwiązałyby wszystkie zadania przed czasem. Bo są tak inteligentne? Nie, one tylko szybko liczą i wyszukują powiązania według zasad wpojonym im przez programistę, człowieka, więc należałoby uznać, że to duet człowiek-komputer jest inteligentniejszy od samego człowieka, a to poprzez powiązanie stopnia rozwoju inteligencji z szybkością wnioskowania.
Jeśli i ten ciąg – wracam do wcześniejszej myśli - da się poprowadzić w przyszłość – stworzenie sztucznego mózgu inteligentniejszego od ludzkiego będzie możliwe.
Inną jest rzeczą czy chciałbym tego, i jakie byłyby konsekwencje dla ludzkości…

Lipiec
Od rana wieje silny, porywisty wiatr. Szare niebo, powietrze szare od deszczu, i nawet targane wiatrem drzewa wydają się być szare. Czuję tęsknotę za słońcem. Dziwną, bo silną, jakby karmioną chmurnymi tygodniami. Myślę, że rodzi się ona z wyobrażenia ciągu jesiennych dni podobnych dzisiejszemu: bez słońca, deszczowych, wietrznych, więc ta tęsknota zabarwiona jest strachem. Jak zwykle w takie dni obiecuję sobie solennie nigdy-przenigdy nie narzekać na upał i silne słońce. To jedno z niewielu danych sobie i spełnionych obietnic. Nie narzekam. Nasiąkam słońcem. Czuję jego rozkoszną pieszczotę na nagim ciele.
Byłem nad morzem, bo jak nie spojrzeć na wściekle pieniące się fale zalewające plażę i strzelające wysokimi fontannami ponad barierki pomostów?
Obserwowałem mewy lecące pod wiatr. Ich wąskie, długie skrzydła złożone w ostrze grotu są odbiciem powietrza i przestrzeni, materializacją idei lotu, doskonałością.
Samolot gwałci przestrzeń, ptak leci.
Wieczorem, w jasnym i suchym pokoju, robię sobie przytulne gniazdko. Nie ma zwariowanej pracy, zmartwień, próżnych nadziei - świat zawęża się do łowionych myśli i słów je wyrażających - czarnych paciorków znaczków tajemnym sposobem pojawiających się na białej płaszczyźnie ekranu. Dobrze mi z nimi, mimo iż tak często są mi nieposłuszni, bo one są moim drugim światem, tym lepszym, dającym siły i oczyszczającym. Są elementem fascynującego aktu tworzenia.

Paz.:
„Układ nerwowy rozproszony po całym ciele i obejmujący miliony neuronów (…) nie tylko buduje nam świat z cegiełek i kamieni wrażeń (Paz nie przedstawia tutaj swojego poglądu, a omawia prace neurologa Geralda M. Edelmana – uwaga moja), postrzeżeń i pojęć, lecz buduje sam podmiot: naszą istotę i naszą świadomość. (…) Ja jest konstrukcją i zależy od współdziałania między neuronami. Jest tworem koniecznym i niezbędnym: bez niego nie moglibyśmy żyć. I tutaj pojawia się wielki problem: czy w dniu, kiedy człowiek odkryje, że jego świadomość i jego własna istota są tylko konstrukcjami albo sztuczkami, będzie mógł żyć dalej tak jak dotąd? Wydaje się to niemożliwe. Kiedy świadomość zda sobie sprawę, że jest wytworem systemu nerwowego i że jej funkcjonowanie zależy od neuronów, straci całą swoją skuteczność i przestanie być świadomością. Pojęcie świadomości jako wytworu neuronów dotyka nie tylko jednostkowego organizmu – każdego człowieka – ale i całej zbiorowości. Nasze instytucje, prawa, idee, sztuki i wreszcie cała nasza cywilizacja opierają się na pojęciu ludzkiej osoby obdarzonej wolnością. Czy można oprzeć cywilizację na neurologicznym konstrukcie?” 206/208.

Błędnym wydaje mi się pisanie tutaj o świadomości tak, jakby była jakimś osobnym, niezależnym podmiotem: „kiedy świadomość zda sobie sprawę…”. Świadomość jest immanentną częścią człowieka, więc należałoby napisać wprost: „kiedy ludzie zdadzą sobie sprawę…” Wtedy wyraźniej widać kierunek myśli Paza: kiedy zdamy sobie sprawę, że nasza świadomość jest wytworem systemu nerwowego… straci ona swoją skuteczność i przestanie być sobą.
Nieładnym chwytem jest pisanie o cywilizacji ludzkiej w taki sposób, jakby groziła jej katastrofa, a ludziom niewola i barbarzyństwo po uznaniu świadomości jako wytworu systemu nerwowego. Brakuje tutaj jakichkolwiek dowodów na istnienie związków przyczynowych, a całość jako żywo przypomina katastroficzne w wymowie wiadomości rodem z internetowych portali.
Parę lat temu jechałem przez Europę autokarem rozmawiając z sąsiadem. Po kilku godzinach rozmowy, gdy mój rozmówca poznał moje poglądy o duszy, psychice i świadomości, zadał mi pytanie.: To jak to tak? Pan chce żyć jak roślina?
Cóż im obu odpowiedzieć? Tamten autobusowy rozmówca patrzył na mnie podejrzliwie, jakby nagle zaczął żywić wątpliwości w pełnię mojego człowieczeństwa – Paz zdaje się mówić podobnie. Straci swoją skuteczność i przestanie nią być… Ależ ja nadal mam świadomość, i to w normalnym stanie swojej skuteczności, mimo iż uznaję ją za wytwór moich neuronów, i ona, moja świadomość, o tym wie! Jestem też osobą wolną. Wolną na tyle, na ile człowiek – mający swoje obowiązki oraz niezależne od niego ograniczenia - wolnym być może, a moje neurony ani mi jej nie ujmują, ani też nie dodają.
Jaki ma być związek między neuronowym siedliskiem naszej świadomości, a brakiem wolności (no bo chyba autor go widzi, skoro pisze tutaj o ludziach nią obdarzonych), tego nie wyjaśnia, a szkoda, bo chętnie przeczytałbym jego argumenty. Także te o wyższości świadomości tworzonej nie wiadomo gdzie i jak, nad tą „neuronową”. Wobec braku tych wyjaśnień, ostatnie pytanie Paza, te dotyczące oparcia cywilizacji, wisi w powietrzu i jest tylko łatwym chwytem zastosowanym dla wywarcia wrażenia. Wątpliwej stabilności wydaje się być budowla posadowiona na przekonaniach niemożliwych do zweryfikowania, na nawet będących w opozycji do wiedzy.
Cywilizacji nikt nie opiera ani na neuronowym konstrukcie, ani na świadomości tworzonej w jakikolwiek inny sposób. Cywilizacja nasza rzadko kiedy i mało gdzie opierała się też na pojęciu człowieka obdarzonego wolnością, a jeśli już, to wolność ta traktowana była bardzo rozmaicie i bardzo wybiórczo. Nawet w ojczyźnie demokracji. Dla cywilizacji obojętny jest sposób powstania naszej duszy, chociaż w czasach, gdy Kościół był wszechwładny (a o tych czasach wspomina Paz) miało to pewne znaczenie, jednakże raczej ze szkodą, niż zyskiem dla ludzkości, co dotyczy także wzmiankowanych Indian: ich przykład doskonale pokazuje, że lepiej jest dla cywilizacji zostawić w spokoju kwestie istnienia i pochodzenia duszy.
Od cywilizacji wystarczy oczekiwać uznania człowieka za istotę z natury niepodległą drugiemu człowiekowi, uszanowania i zabezpieczenia jego życia, dania mu praw gwarantujących wolności osobiste, a resztą niech się zajmą teologowie i filozofowie. Albo tacy amatorzy jak ja.

Sierpień
Dwa nieodmiennie mnie fascynujące, zupełnie odmienne cudy.:
Kupiłem kartę micro SD. Ostrożnie wyjmuję ją z pudełka, ma wielkość mojego małego paznokcia, to cieniutki kawałeczek krzemu i plastiku, owoc tysięcy lat technicznego rozwoju cywilizacji ludzkiej, i wkładam do czytnika. W ciągu paru sekund kopiuję na nią moje pisane od ośmiu lat teksty, ponad tysiąc stron. Zajmują ułamek tysięcznej części pamięci. W tej maleńkiej kruszynce materii mieści się kilkadziesiąt miliardów komórek pamięci zdolnych zapamiętać zawartość sporej biblioteki! W książce „Powrót z gwiazd” Lem opisuje księgarnię przyszłości: zapisywanie książek na kruszynce kryształu wkładanej do czytnika. Pomysł wcielony w życie, bo przecież liczba sprzedanych książek w wersji elektronicznej przekroczyła, jak słyszałem, liczbę książek wydrukowanych, są już czytniki tych książek, nawet takie, które same czytają nam tekst (czym wzgardził Bregg), a okruch kryształu mieści nie jedną książkę, a całą bibliotekę. Chyba nawet Lem nie potrafił wyobrazić sobie takiej możliwości, skoro jego Bregg kupił całą garść tych pamięci.
Pamięć nie zapisana i pamięć przechowująca ową bibliotekę waży tyle samo, więc jak to jest z tym zapamiętywaniem, skoro pozbyto się papieru i tuszu - materialnych nośników treści książek? Czy zapisuje się samą idee liter i słów? Przecież nie, zapis jest materialny, ale nie tyle poprzez dodanie materii, co zmianę jej stanu, a na dokładkę w wymiarze subatomowym. Czy nie ma tutaj podobieństwa do naszego umysłu? Co powiedziałby Arystoteles oddzielający umysł od ciała na wieść o tej rozmywanej granicy między materią a czystą informacją?
Lubię patrzeć na proces wytwarzania waty cukrowej: sprzedawca kręci w palcach patyczek nad wirującym dyskiem, z którego podnosi się, zrazu niewidoczna, dopiero nieco wyżej materializująca się, biała mgiełka waty, którą przyciąga i nawija na siebie kręcący się patyk. Pojawienie się tej delikatnej, nierealnej mgiełki cukrowej jest cudem fascynującym dzieci od tak wielu już lat! Dorośli mają swoje wytłumaczenie w wirowaniu, w podgrzewaniu, i wydaje się im, że cudu już nie ma, a jedynie prawa fizyki, ale ich dzieci uważają inaczej. Gdy widzę ich zapatrzone twarze, przypominam sobie moją fascynację sprzed lat. Staję więc obok i gapię się razem z nimi na stary cud pojawiania się w czarodziejski sposób waty na kręconym patyku.
 Na rogu jak zwykle stała dziewczyna z pistoletem mrugającym kolorowymi lampkami i wypuszczającym ze swojej lufy serie opalizujących tęczowo baniek mydlanych. W ich powoli opadającej chmurze kręciła się mała dziewczynka, chwytając je wyciągniętymi rączkami. Zazdrościłem jej, chciałem przyłączyć się do niej, ale powstrzymał mnie wstyd: stary facet a wygłupia się – już słyszałem myśli przechodniów. Jestem zły na siebie z tego powodu. Obiecuję sobie, że jutro pójdę tam i będę łapać kolorowe bańki, w nosie mając przechodniów.

Paz.:
 „Teraz chcę tylko zwrócić uwagę, że z czysto naukowego punktu widzenia istnieje jeszcze wiele nie rozwiązanych problemów. Pierwszym i najbardziej podstawowym z nich jest wyjaśnienie i opisanie przeskoku od fizyczno-chemicznej rzeczywistości do myślenia. Heglowska logika znalazła wytłumaczenie, najprawdopodobniej zupełnie urojone: dialektyczne przejście ilości w jakość. Nauka – całkiem słusznie – nie jest zwolenniczką takich logicznych wytrychów, ale i ona nie potrafiła naprawdę przekonywująco wyjaśnić owych domniemanych fizyczno-chemicznych początkowych myśli.
Konsekwencje tego sposobu myślenia były zgubne. Owo przesłonięcie duszy zrodziło wątpliwości – bez żadnej przesady: ontologiczne – na temat tego, czym jest albo czym być może naprawdę osoba ludzka.”
Domniemanych, urojone, wytrychy (a i wzmianka tutaj o heglowskiej dialektyce)… Widać wyraźnie, że Paz nie potrafi ukryć swojej niechęci.
Nie wiem jaki charakter naszych myśli uspokoiłby autora; może myśl jako coś równie niematerialnego, jak dusza pojmowana w kategoriach religijnych, więc transcendentalnych?
Trochę winna jest tutaj współczesna fizyka, która odkryła dwoisty charakter materii (na najniższym znanym poziomie robi się straszne zamieszanie, bo materia jakby niknie, stając się falą, energią – o czym Paz pisze w innym miejscu, i też jakby z utyskiwaniem), rozbiła atomy i określiła masę ich składników, ale czy można obarczać winą fakty nie pasujące do naszych wyobrażeń i nadziei? Że elektrony krążą w naszym mózgu, to fakt potwierdzany każdorazowym zapisem elekroencefalogramu, jak faktem jest tworzenie w mózgu mnogich substancji biorących udział w jego pracy, w myśleniu. Pomijam tutaj twierdzenia wielu ludzi czyniących z naszego mózgu li tylko ośrodek zawiadujący ciałem i odbierającym sygnały ze zmysłów, oraz przenoszących myślenie do niematerialnej duszy, bo trudno z takimi twierdzeniami polemizować. Jeśliby ściśle trzymać się faktów, myślenie jest materialne, dokładniej: nośniki myślenia są materią, chociaż jest jej niewyobrażalnie mało. Doprawdy, nie rozumiem, co tutaj ma być szokującego w taki sposób, w jaki zaszokowany jest autor, chociaż szokujące jest w inny sposób. Nie wiem, dlaczego pisze tutaj o ontologicznych (jak rozumiem, mając na myśli wszechogarniający ich zasięg) – wątpliwościach dotyczących osoby ludzkiej.
Naszego mózgu nie czujemy z żaden sposób. Nie tylko z powodu jego niewrażliwości na ból, ale i dlatego, że nasza świadomość, odczuwanie, nie sięga w głąb naszych procesów myślowych. Mamy do czynienia jedynie z efektami końcowymi – z myślą właśnie. Dokładnie tak samo nie czujemy pracy naszych nerek, w których odbywają się nieustanne, bardzo skomplikowane procesy chemiczne; nie czujemy poruszania się w krwiobiegu armii zwiadowców poszukujących intruzów w naszym organizmie, ale oni tam są, i nawet wszczynają tam prawdziwe, wielkie bitwy, o których tylko nasz czyściciel, układ limfatyczny, mógłby coś powiedzieć, bo my nic nie czujemy.
Nie czuję mnogich operacji obliczeniowych wykonywanych przez mój umysł, nie czuję serii poleceń wysyłanych przez niego do wielu mięśni mojego ciała, nie czuję tego wszystkiego co się w nich dzieje gdy pochylam głowę, by ustami dotknąć jej policzka. Nie czuję, tylko o tym wiem, ale ta wiedza nic mi nie ujmuje, w niczym nie przeszkadza; potrzeba pocałowania żony nadal jest moja i tylko moja, bo zrodziła się z połączenia chwili bieżącej ze wspomnieniem chwili sprzed trzydziestu laty, albo z gestu jej ręki przywołującego wspomnienie schyłku pewnego dnia grudniowego. Wiem, że te wspomnienia są zapisane jako zmiany w sieci połączeń neuronów, ale jakie znaczenie ten fakt może mieć dla mnie? Nie ujmuje temperatury tego ciepełka odczuwanego w piersi.
Piszę na swoim komputerze. Z prawej strony ekranu mam ikonki uruchomionych programów: odtwarzacz muzyki, przeglądarka internetowa, folder ze zdjęciami z tegorocznych wakacji, otwarte zdjęcie dzisiejszego zachodu słońca oglądanego na plaży, no i oczywiście edytor tekstu z ósmymi moimi dopiskami. W tle komputer pobiera wielki plik katalogu firmy produkującej zamki – to w związku z moją pracą. To proste zadania; większy kuzyn mojego laptocika mógłby tworzyć matematyczne modele niezawodności, analizować materię w odległej galaktyce, nadzorować ruch uliczny milionowego miasta, i Bóg wie co jeszcze.
Na najniższym poziomie komputer liczy zera i jedynki, a są to cyfry symboliczne, umowne, bo tak naprawdę jest tylko zorganizowane krążenie elektronów będące prądem elektrycznym. Podstawową jego komórką „nerwową” jest mnożąca bramka logiczna. Ma dwa wejścia, na których pojawiają się cyfry (ściślej: odpowiadające im poziomy napięć) zero i jeden, a na wyjściu pojawia się zanegowany iloczyn: zero razy jeden równa jeden; jeden razy jeden równa się zero. Głupie i bez sensu, prawda? Też tak uważam, mimo iż kiedyś konstruowałem z takich kostek działające urządzenia.
Jak się ma to (celowo) błędne mnożenie zer i jedynek do opisanych wyżej wykonywanych funkcji komputera? Jest bardzo daleko, czyli ma się nijak, niemniej, odtwarzając dla mnie arię z kantaty Bacha, komputer mnoży zera i jedynki. Podaję ten przykład nie z powodu podobieństwa działania komputera i naszego umysłu, bo niewiele go tutaj jest, ale by zobrazować wielkość przemian w skomplikowanych procesach. Przemian zyskujących nową jakość. Może jeszcze inny, mniej związany z tematem, ale dla mnie ważny przez pamięć zdumienia, jakie kiedyś przeżyłem: delikatna, kolorowa, miła w dotyku tkanina, oraz twardy plastik - to przykładowe produkty wytwarzane z czarnej lub brunatnej śmierdzącej mazi zwanej ropą naftową.
Chyba nikt, kto zastanawiał się nad naszym myśleniem, nie oczekuje ani nie sądzi, że gdy wspominamy widziany gdzieś ogromny platan, tworzymy jakąś jego miniaturkę w mózgu. Jego obraz jest tylko na powierzchni naszej świadomości, a co głębiej – tego nie bardzo wiemy, jednak mamy prawo sądzić, że ten trwały zapis w naszej pamięci w niczym nie przypomina drzewa, będąc zapisem symbolicznym.
Przejście ilości w nową jakość jest tutaj wytłumaczeniem jak najbardziej na miejscu, o czym jeszcze napiszę, jeśli tylko skleroza mi pozwoli.

Wrzesień
Dzisiaj już w południe czułem na stopach zimny okład – rezultat człapania po błotnistym placu. Lato okazywało mi w ten sposób litość wiedząc, że jutro muszę wyjechać, a przy deszczowej pogodzie łatwiej mi będzie opuszczać miejsce tak jednoznacznie kojarzące się latem. Opuszczałem też swoje letnie mieszkanie, luksusowe, bo mające ponad 20 metrów, pamiętające urlopowy pobyt tutaj mojej rodziny, i przenosiłem wszystko do pokoiku wielkości pięciu metrów, brodząc w błocie, w deszczu. Pościel doniosłem mokrą, ręcznik wysunął się z piramidy niesionych rzeczy i wpadł w błotnistą kałużę. Stałem nad nim nie wiedząc co robić, i pewnie zostawiłbym go tam, w tym błocie, gdyby nie przypomnienie sceny z przed kilkunastu lat: jako ostatni wyjeżdżałem z placu, i nim wsiadłem do samochodu, przeszedłem się po nim aby upewnić się, czy wszystko zostało zabrane; wtedy właśnie przeżyłem pamiętaną do dzisiaj chwilę. Otóż wodząc wzrokiem po ziemi, zobaczyłem leżącą tam brudną szmatę i nagle pomyślałem o żonie, tak bardzo intensywnie, z gwałtownie obudzoną tęsknotą. Byłem zaskoczony intensywnością tego przeżycia i dopiero po chwili zrozumiałem przyczynę: ta szmata była kiedyś jej koszulą nocną, a gdy dożyła swoich dni, dostałem ją jako czyściwo do pracy.
Udało mi się nachylić i podnieść ręcznik nie przewracając trzymanej piramidy.
Gdzieś posiałem latarkę, w pokoju w naczepie nie działało światło, nie mogłem znaleźć skarpetek (na drugi dzień odnalazły się w plastikowej misce w której przechowuję wszystkie elektroniczne drobiazgi), łazienka była już nieczynna, nie mogłem ich wyprać (przez chwilę rozpatrywałem możliwość wyprania w kałuży, ale uznałem, że bardziej się zabrudzą), miałem tylko jedną butelkę wody gazowanej – na ranną kawę i na wieczorne umycie się. Do czajnika wlałem jej tyle, aby zalać grzałkę, w pozostałej wodzie umyłem twarz, ręce i stopy. Palce u nóg miałem białe i zimne, skórę zmarszczoną od wilgoci. Źle mi się usypiało. Nie umyte ciało lepiło się, a wspomnienie całodniowej kotłowaniny w pracy nie chciało opuścić mojej głowy. Na drugi dzień skarpetki zdjęte z grzejnika były troszkę sztywne i mocno chropawe, ale ciepłe i suche. Buty wytrzymały przyspieszone suszenie przy grzejniku, nie szczerzyły na mnie zębów, ale sznurówki były sztywnymi patyczkami zaschniętego błota. Przez okno widziałem chmurny ranek. Kilka dni temu siedziałem przy tym stole jedząc wyśmienicie wędzonego dorsza, a przez okno zaglądało słońce, zalewając stół, naczynia na nim, dorsza i mnie, silnym i ciepłym blaskiem…

Wrzesień
Muszę pamiętać co zabrać do samochodu: portfel z dokumentami, długopis, tarczki tacho, czekoladę i świeże śliwki bo mi się zmarnują, wodę, papier toaletowy, ksero trasy wyznaczonej przez szefa, telefon, drugie okulary.., co jeszcze? Klucze. Żebym nie pogubił się z kluczami: które mam zostawić w kontenerze, by czekały tam do następnego lata, a które zabieram ze sobą? Wiem: powinienem jeszcze zabrać GPS, a więc też uchwyt i ładowarkę. Czy w tej ciężarówce działa gniazdko zapalniczki? Szef mówił, że „na Marzenkę” źle się jedzie, bo ona wyprowadza nie wiadomo gdzie. Ciekawe, kiedy swojej Marzence poświęcił trochę czasu, kiedy pogłaskał ją po ekranie? Właśnie, to co się dziwi? Moja nie wyprowadza mnie na manowce, ona mnie lubi.
Pożegnać morze – myśl z innego świata. Wzruszyłem ramionami: za pożegnanie muszę uznać przedwczorajsze moje łażenie po plaży.
Mam jechać skrzyniową, długą ciężarówką z podłączoną naczepą na wózku, więc jako przyczepą; przeszedłem się wzdłuż zestawu, mierzył 28 dużych, metrowych kroków. O dziewięć metrów przekraczał normę dla zestawu dwóch pojazdów. Tutejsza norma, cholera.
Stare Renault ma przebitkę biegów z przesunięciem, jak tamte Mercedesy w Anglii, ale w nich przesunięcie biegów działało perfekcyjnie, tutaj na chybił trafił. Ruszyłem ostrożnie, z połówki drugiego, a gdy chciałem przełączyć na czwarty, włączyła mi się wysoka skrzynia, silnik szarpnął i zgasł. Jeszcze raz: drugi niski, czwarty niski, przebitka, dźwignia powinna stać teraz na wprost pierwszego wysokiego. Pchnąłem ją i ostrożnie popuściłem sprzęgło, silnik odezwał się normalnym, chrapliwym głosem. Dobrze. Pojechałem. Sześćset bez mała kilometrów w jedenaście godzin z jedną przerwą na obiad w przydrożnym barze gdzieś w okolicach Ujścia. Z nad morza w góry. Czy będę miał czas, by wejść na Chełmiec?
Nie miałem.
Pokój wyglądał tak, jakby stado małp urządziło sobie w nim alkoholową imprezę. Biurko przywiązane do łóżka (na stałe przykręconego do podłogi) stało, ale zawartość szafy leżała na podłodze, co tylko moją jest winą, bo zwyczajnie zapomniałem zamknąć na klucz jej drzwi. Pod kamaszami chrzęścił rozsypany cukier, przy szafie leżały podkoszulki, rolki papieru toaletowego, pusta torba i coś tam jeszcze. Poupychałem wszystko na półkach, szybko, na chybił trafił, a wieczorem szukałem szczoteczki do zębów i pasty. Tubkę znalazłem między czystymi podkoszulkami, a szczoteczkę dopiero wtedy, gdy dałem nurka po łóżko. Nie miałem czym zamieść podłogi, mozoliłem się robiąc to zwiniętą szmatą, znajdując przy okazji sandał zaginiony w zamierzchłych czasach. Na szczęście komputer schowany pod poduszkę i opatulony kołdrą leżał tam nadal, ale jednak westchnął z ulgą gdy go stamtąd wyciągałem. Książka Paza zniosła podróż ze stoickim spokojem, leżąc sobie na łóżku.
Nie mogłem znaleźć swojego prywatnego telefonu. Zostawiłem go gdzieś? Wypadł mi z dziurawej kieszeni, której nie mam kiedy załatać? Gdy bezradnie grzebałem po nie rozpakowanych reklamówkach i torbach, przyszła mi do głowy genialna myśl: zadzwonić do siebie z telefonu służbowego. Dźwięk dobiegł mnie z kąta łóżka, z głębi torby w której, jak się okazało, rozsypał mi się tytoń i patyczki do uszu, tworząc mieszankę trudną do uprzątnięcia. Gdy już usiadłem i zajrzałem do skrzynki pocztowej, miałem chwilę uciechy przy lekturze listu od synowej – były w nim cytaty z anteny wiadomego radia. Dobra rozrywka, ale później poczułem niesmak: takie intelektualne i emocjonalne zero jest idolem dla tak wielu ludzi! Płakać mam teraz, czy śmiać się dalej?

Wrzesień
Na stronie 196 swojej książki Paz wymienia kroki procesu doprowadzającego nas do myślowych rezultatów, na przykład do stworzenia idei – pojęcia, którego najwięksi filozofowie nie byli w stanie w pełni zdefiniować – jak zaznacza autor. Następnie pisze:
„Maszyna (myśląca – dopisek mój) rozwiązuje ten problem: chodzi tu o pewien moment w łańcuchu operacji materialnych realizowanych przez drobne cząsteczki poruszane prądem elektrycznym.” Str 196.

Nie wiadomo dokładnie jak nasz umysł tworzy myśl, ale można podejrzewać, że i u nas powstanie idei jest rezultatem przeprowadzenia określonego łańcucha operacji materialnych, o czym pisałem. Różnica w innym miejscu: dla maszyny nie mającej świadomości rzecz się kończy na sformułowaniu idei, która to ani ją cieszy, ani martwi, ani nie jest z niej dumna – po prostu osiągnęła cel swoich działań i zatrzymuje się; u człowieka jest dokładnie odmiennie, co czyni różnicę istotną.
Trudno mi zrozumieć opór przed przyjęciem do wiadomości materialnej bazy naszych myśli i materialnych ich nośników, bo dla mnie jest to sprawa normalna i naturalna, i w niczym mi nie ujmująca, a nawet odwrotnie, bo podnosząca moje umysłowe umiejętności we własnych oczach. Łatwiej zrozumieć mi stanowisko Arystotelesa, a to przez wzgląd na wiedzę nieporównywalnie mniejszą za jego czasów, ale Paz i tyluż innych?
Dla umysłu, dla jego tworów, a więc wrażeń, myśli i świadomości, nie ma znaczenia jego budowa. Gdyby nasz mózg był zbudowany nie z białka, a ze związków krzemu, albo jeszcze inaczej, może myślelibyśmy szybciej, może wolniej, może inaczej, ale nie wiedzielibyśmy o tym, czym myślimy, nie „czulibyśmy” tego krzemu w głowie dokładnie tak, jak nie czujemy naszych neuronów. Ten brak odczuwania jest powszechny u nas. Przecież nie czujemy reakcji chemicznej wymiany gazów w naszych płucach, a jeśli przyszły lekarz pozna je dokładnie, to ta wiedza nie pozbawia go przyjemności oddychania, rozkoszy wciągania leśnego powietrza wczesnym rankiem – a to pierwszy z brzegu przykład, jeden spośród tak wielu.
Świadomość jest czymś fascynującym: rzecz materialna, nasz mózg, jest w stanie stworzyć coś zasadniczo nowego i odmiennego od siebie, bo niematerialnego: wiedzę, idee, uczucia, a nadto wie, że tworzy, że działa. Jest tworem tajemniczym, ale dla mnie nie aż tak tajemniczym, jak widzi to Paz.
Jego słowa:
„Jeżeli świadomość jest projekcją jakiegoś mechanizmu, dlaczego ta projekcja i sam mechanizm znikają i stają się niewidoczne? Albo innymi słowy, jeśli patrzę na siebie w lustrze, widzę swój obraz; jeśli myślę, że myślę – to znaczy jeśli zdaję sobie sprawę z tego, co robię – nie widzę i nigdy nie zobaczę swoich myśli. Myślimy i myśląc zdajemy sobie sprawę, że myślimy, a jednak nie widzimy tego, że myślimy. Dlaczego więc impulsy elektryczne poruszające różne części, z których składa się umysł, zamiast zmienić się w widzialne i słyszalne kształty, stają się niewidocznymi i pozbawionymi rozciągłości myślami?” str. 197.
Wiemy, że myślimy, a jednak nie widzimy myślenia, dlaczego więc impulsy elektryczne nie stają się widoczne… Konia z rzędem dam temu, kto wyjaśni mi, o co chodzi tutaj autorowi.
Jako darwinista mogę udzielić mu może nieprecyzyjnie trafionej, ale za to krótkiej odpowiedzi: nie widzimy naszych myśli, nie czujemy pracy naszego umysłu, bo umiejętność taka nie była nam przydatna w naszych staraniach o potomka. Nam, i żadnej ziemskiej istocie. Co prawda do tego nie jest też potrzebny tak nadmiarowy i elastyczny mózg, ale przydaje się do utrzymania życia, co w sumie na jedno wychodzi. Z podobną przyczyną niewiedzy mamy do czynienia i świadomie – użytkując wytwory naszej cywilizacji: przeciętny kierowca nie wie (bo i po co mu ta wiedza) co to właściwie jest ten wielopunktowy wtrysk paliwa.
Świadomość nie jest charakterystyczna tylko dla ludzi.
Dżdżownicę trudno posądzać o posiadanie czegokolwiek ponad garść odruchów na stałe wpisanych w jej prosty system nerwowy, ale co powiedzieć o tak inteligentnych zwierzętach jak szympansy, delfiny czy psy? Przecież one odbierają świat zewnętrzny w sposób wysoce zróżnicowany, pojmują go na swój sposób i niewątpliwie przeżywają; mają pamięć, potrafią uczyć się, odczuwają ból, radość, strach, przywiązanie. Nie bardzo rozumiem, jak można odbierać psu czy słoniowi świadomość. Moja córka przez szereg lat miała szczury, teraz po mieszkaniu plącze się sierściuch o imieniu „Kotek”; patrzę na te zwierzęta, widzę je w wielu sytuacjach i wiem, że one też mają świadomość, chociaż w trudny do określenia sposób mniej rozwiniętą od ludzkiej, no i brakuje im umiejętności abstrakcyjnego myślenia, ale tego nie twierdzę z całą stanowczością, bo cóż my, ludzie, możemy wiedzieć o tym, co się dzieje w głowach zwierząt tak bliskim nam genetycznie… Widok psa tęskniącego, albo szalejącego z radości, powinien czynić na nas wielkie wrażenie, bo ta jego tęsknota jest dowodem posiadania pamięci, uczuć wyższych nad instynkt rozrodu i zaspakajania głodu, oraz posiadania świadomości. Jest dowodem naszego bliskiego pokrewieństwa.
Jeśli przyjrzeć się zwierzętom zwracając uwagę na takie ich umiejętności, trudno nie zauważyć rozwojowego ciągu – od istot najprostszych jak drożdże, poprzez ową dżdżownicę ku szympansowi, podobieństwo do ludzi jest coraz większe. Tym większe, że wspierane uderzającym podobieństwem, tożsamością właściwie, budowy naszych ciał na poziomie komórkowym. Reasumując: najwyraźniej świadomość powstaje przy osiągnięciu dostatecznego stopnia komplikacji systemu nerwowego, przy czym jest to proces ciągły, bez oddzielających barier, wydaje się być podległy powszechnym prawom ewolucji, co razem oznacza, że różne zwierzęta posiadają ją rozwiniętą w różnym stopniu – człowiek w największym, co jest właśnie owym przejściem ilości w jakość.
Naturalnym wydaje mi się następujący wniosek: największym osiągniętym, nie największym możliwym do osiągnięcia stopniu rozwoju świadomości. Jak widziałaby świat istota o świadomości bardziej rozwiniętej od naszej, trudno sobie wyobrazić. Wszystko, co przewyższa ludzi w swoich funkcjach umysłowych, jest dla nas niewyobrażalne – jak sam Bóg i z tego samego powodu.
Kwestia posiadania świadomości przez zwierzęta jest bardzo ważnym zagadnieniem, ponieważ niweluje mur między nami a nimi, oraz wyraźniej wskazuje na powiązanie stopnia rozwoju mózgu z umiejętnościami wyższymi, umysłowymi. Nie jesteśmy wyjątkowi, chociaż najwięcej posiadamy. Cóż z tego wynika? Według mnie uwidacznia się nielogiczność twierdzenia o posiadaniu przez ludzi duszy nieśmiertelnej, oraz o posiadaniu duszy (rozumianej jako wytworu mózgu) tylko przez ludzi. No bo skoro ja ją mam, to dlaczego nie ma jej kotek o imieniu Kotek – fakt, istota głupsza ode mnie, ale przecież myśląca i czująca... Z kolei wiązanie posiadania wcielonej duszy z rozwojem umysłu, ze stopniem IQ, zbytnio zbliża nas do jakiejś boskiej eugeniki, a rykoszetem pozbawia duszy osoby niepełnosprawne umysłowo.
Arystoteles twierdził, że zwierzęta posiadają dwojaką duszę, a ludzie trzy jej rodzaje, co jak dla mnie jest prawdziwsze i sprawiedliwsze od twierdzeń chrześcijan, tyle że nie ograniczałbym duszy zwierzęcej li tylko do działalności wegetatywnej i zmysłowej. Jego twierdzenie jest rezultatem wyniesienia człowieka na piedestał – ponad ziemskie istoty, i stąd zapewne ta ostra granica, której w istocie nie ma.
Jeśliby trzymać się twierdzenia o daniu nam duszy, to zaraz pojawia się pytanie o moment tego dania: w której chwili rozwoju naszego gatunku ono nastąpiło i według jakich kryteriów zdecydowano, skoro jesteśmy dziećmi niepostrzeżenie postępującej ewolucji? Oczywiście pytania bez odpowiedzi, ale jakoś tak dziwnie nasuwa się tutaj myśl o osiągnięciu odpowiedniego rozwoju umysłowego ludzkości, łącząc w ten sposób ludzkiego ducha z wielkością i możliwościami człowieczego mózgu. Ewolucja nie zna podziałów na etapy, więc albo duszę mamy razem z naszymi zwierzęcymi kuzynami, albo dał ją nam (i wtedy można twierdzić, że tylko nam – jak twierdzą chrześcijanie) Bóg według swoich własnych kryteriów; może uznał, że w swoim rozwoju przekroczyliśmy jakiś próg ustalony przez niego.
Jeśli nasza dusza nie od niego pochodzi, to czy wtedy mogłaby być wieczna i niezależna od ciała? Czy byt śmiertelny może stworzyć coś wiecznego?
Tak nawiasem mówiąc: jeśli ta wieczna dusza ma być mną, to ja za tą jej wieczność dziękuję. Jak dla mnie (a wiem co piszę, bo siebie znam) jest ona, ta wieczność, stanowczo zbyt długa. Konstrukcja psychiczna człowieka wieczności nie zniesie, niechby ona rajem była; jeśli znosić ma ją nasza dusza, musi ona mieć nieludzkie cechy psychiczne, ale czy wtedy można by mówić o niej „ja”? Inaczej: jaki byłby związek między tym niematerialnym tworem o właściwościach obcych człowiekowi – a człowiekiem? A przecież osoby wierzące w posiadanie nieśmiertelnej duszy mówią więcej, bo mówią o tożsamości. Wyjściem jest uznanie istnienia jakiejś totalnej przemiany duszy po śmierci jej nosiciela, albo uznanie, iż dusza nie posiada moich, mnie właściwych, a więc ludzkich, cech psychicznych. W obu przypadkach trudno jednak mówić, iż ten byt nieśmiertelny jest mną. Jest trzecie wyjście: uznanie duszy za boskie tchnienie, za cud ożywiający ludzkie ciało – ponad wszystkie wyjaśnienia naukowe (które wtedy mogłyby być stopniowym odsłanianiem tajników boskiej konstrukcji), ale tym bardziej uwidacznia się bezosobowy charakter duszy i swoista niesprawiedliwość: przecież to raczej ja, a nie ożywiające mnie tchnienie, powinienem wziąć rajską nagrodę za swoją wiarę w Stwórcę.
Chciałbym przeczytać zdanie Paza na ten temat. Może wtedy zrozumiałbym, jak on wyobraża sobie miłowanie takiej duszy w kochanej osobie.
Nota bene: zawsze dziwiło mnie, dlaczego Bogu zależy na uwierzeniu w niego. Tak bardzo zależy, że wieczność daje w nagrodę za wiarę. Gdyby był człowiekiem, pomyślałbym, że jest próżny, ale znowu mówią, że Bóg pozbawiony jest wad, więc nie wiem co myśleć...

Gdy czytam, że „Dusza – lub jeśli wolimy ją tak nazwać: ludzka psychika – jest nie tylko rozumem i intelektem, lecz również wrażliwością”, zgadzam się i przytakuję, ale oto w innym miejscu trafiam na takie słowa.:
„Miłość zakochanego obejmuje ciało i duszę. Można by nawet powiedzieć, że gdyby nie było przyciągania przez ciało, zakochany nie potrafiłby kochać ożywiającej to ciało duszy.” 134.
„Ogólnie rzecz biorąc, wstępnym warunkiem miłości jest pojęcie osoby, a to z kolei zakłada istnienie wcielonej duszy.” 134.
Czytając pomyślałem, czy aby autor nie chce mnie – osobie nie wierzącej we wcielenie duszy ożywiającej moje ciało – odebrać umiejętności kochania. Może jednak nie, chciałbym jednak wiedzieć, dlaczego, na jakiej podstawie, uzależnia istnienie osoby, a więc podmiotu, od istnienia wcielonej duszy. Bo mnie się wydaje, że plecie tutaj banialuki.
Chciałbym zwrócić uwagę na dwa znaczenia wyrażenia „wcielona dusza” w rozważaniach dotyczących ludzi tutaj, na Ziemi. Jedno oczywiste, ale rzadko, właściwie nigdy nie jest używane: każda dusza jest wcielona, bo poza ciałem jej nie ma, chyba że ktoś wierzy w istnienie niematerialnych bytów, i tutaj ma się na myśli duszę jako naszą psychikę; drugie znaczenie, uznawane niejako automatycznie, w domyśle mówi o wcieleniu duszy w nasze ciało przez Stwórcę, więc raczej o czymś, co nas ożywia. Nie wiem, o jakiej duszy pisze tutaj Paz, ale mam prawo przypuszczać, iż myślał o duszy danej nam przez Boga, a na pewno o tej duszy, która miałaby być niezależna od naszego mózgu. Błędna jest myśl autora zawarta w drugim cytacie, ponieważ nie można tu czynić założenia o istnieniu duszy wcielonej, nie ma potrzeby czynić żadnego założenia dotyczącego duszy, jako że w miłości osoba to ciało i osobowość, nie ciało z wcieloną i ożywiającą duszą.
Dziwna dwoistość autora: uznaje on, iż uczucie jakie można żywić do ojczyzny lub do Boga nie jest miłością, a jednocześnie każe kochać duszę. Czy można kochać coś tak dziwnego, bo niewidocznego, niematerialnego, nieśmiertelnego, właściwie nieziemskiego, jak dusza ożywiająca ciało? I jeszcze czynić z tego warunek istnienia miłości?
Jeśli słusznym jest oddzielenie miłości od Stwórcy, od idei, od pojęcia, od swojego ulubionego zwierzęcia, to także należy oddzielić ją od duszy. Kochać można – a mówimy tutaj o miłości takiej, jaka istnieje między mężczyzną a kobietą… nie, szerzej: między dwiema osobami – tylko kogoś sobie równego: drugiego człowieka, a człowiek - powtarzam raz jeszcze - to jego ciało i jego osobowość. To jest święta dwójca miłości.
Kiedy kochałem, biegłem do niej, i ani mi w głowie była myśl o jej duszy nieśmiertelnej, bo po prostu erotyczna miłość nie zawiera w sobie uwielbienia duszy kochanej osoby. Tej duszy, o której mówią religie: boskiej, nieśmiertelnej, owego tchnienia życia w nas. Kocha się kształt jej nosa, ruch jej ręki, uśmiech, łzę uronioną nad leżącym, kocha się jej ramiona zaplecione na karku, zarys jej biodra wyłaniający się z mroku, tembr głosu i sposób zdejmowania skarpetek, ale nie tak rozumianą duszę.
Ból, radość, euforia, rozkosz, smutek. Wspomnienia i nasze widzenie świata i ludzi. Tęsknota. Miłość. Tęsknota raz jeszcze, bo jest arcyludzka.
Oto nasza dusza, nasza przestrzeń życiowa, wewnętrzna realność, nasza Psyche.

„… wielką duchową i moralną nędzą liberalnych demokracji jest ich emocjonalna obojętność. Pieniądze zawłaszczyły sobie erotyzm, bo wcześniej dusze i serca uległy wysuszeniu.” 181.
Właśnie! Oto jest przyczyna, albo jedna z przyczyn – po co mieszać do tego pochodzenie naszej duszy? Zgoda na emocjonalną obojętność, na szkodliwe panowanie pieniądza nad sferą miłości i erotyzmu ludzkiego, ale związku między naukowymi twierdzeniami o pochodzeniu naszej duszy a stanem jej wysuszenia nie widzę, a i autor nie pisze o nim w swojej książce. Jest tylko lament i straszenie produkowaniem ludzi na zamówienie firm i rządów.
Płacimy za dostępność dóbr. Za możliwość posiadania wszystko mającego telefonu, aparatu foto (jeszcze skuter wodny musimy kupić, koniecznie!), kina domowego, samochodu, za możliwość w miarę taniego i szybkiego podróżowania po świecie, za modny i absurdalnie drogi ciuch. Aby to wszystko było w naszym zasięgu, produkcja musi być tania, podaż i popyt masowy. Aby taki był, musi być konkurencja zmuszająca firmy do obniżania kosztów i do wiecznej gonitwy, a przez nie i reklama. Nota bene: reklama ma też za zadanie przekonanie nas do kupienia czegoś, co nie jest nam potrzebne, albo do uczestnictwa w czymś, co nas nie interesuje, oczywiście o ile chcemy być trendy; „Nie widziałeś tego?! Nie byłeś tam?! Nie masz tego?! Co za obciach!” Płacimy więc też oglądaniem reklam (w większości debilnych i wysoce szkodliwych), a jest ich mnogość, bo je oglądamy i jesteśmy pod ich wpływem, a więc są skuteczne, opłacalne dla zleceniodawców. Za możliwość kupienia komputera po tygodniu pracy, albo samochodu za kilkumiesięczny dochód, płacimy nerwową pracą, biegiem, alienacją, częstym uprzedmiotowieniem w pracy; płacimy widzeniem nas jako żywe narzędzia i jako konsumentów, i sami jakże często widzimy bliźniego jako przeszkodę lub środek w staraniach o zysk. To ten nasz raj konsumpcyjny wysusza nam serca, z uczucia i z erotyki czyniąc dochodową gałąź przemysłu – nie neuronowe pochodzenie naszej świadomości.
Po namyśle stwierdzam, że ta pogoń za rzeczami jest jednak wtórna, jest skutkiem. Co pierwotną przyczyną? Najogólniej mówiąc: brak innych celów. Nasz konsumpcjonizm jest widomym dowodem bezsilności religii i wewnętrznej słabości wielu ludzi. No bo skoro małej będąc wiary nie bardzo potrafią nadać swojemu życiu sensu mniej związanego z dobrami doczesnymi, a nadto nie umieją w subtelniejszy sposób wypełnić swojego czasu…
Wypada mi zaznaczyć, że owa pogoń za dobrami, nasze dni zabiegane i zapracowane, często są po prostu na nas niejako wymuszone; co prawda człowiek tak naprawdę niewiele potrzebuje do życia, ale przecież gdzieś musi zatrzymać swoje ograniczanie potrzeb - nie każdy może być Diogenesem, a i nasz klimat uniemożliwia mieszkanie w beczce. Dla wielu ludzi konieczność zapewnienia podstawowego utrzymania, więc wyżywienia, ubrania i utrzymania niechby najskromniejszego mieszkania, zajmuje dużo czasu i dostarcza wielu trosk. Ci ludzie dalecy są od konsumpcjonizmu w ścisłym znaczeniu tego słowa, mimo iż tak wiele ich wysiłku związanego jest z dobrami materialnymi.

„A gdyby tam, po drugiej stronie, niczego ani nikogo nie było? Wówczas człowiek byłby skazany i musiałby się nauczyć żyć z tą straszliwą prawdą.” – stwierdza Paz.

Ona nie jest straszliwa; oblicze tej prawdy tylko czasami bywa smutkiem, bywa żalem, na co dzień będąc raczej koniecznością, ale bywa też oczywistością, a nawet litością.
Ludzie wierzący uważają, że jeśli wiara w byt po śmierci rozpada się, człowiek traci wszelki sens życia – co jeszcze jest zrozumiałe – ale uważają też, że taki człowiek zmieni się w zwierzę swoim barbarzyńskim zachowaniem lub zwierzęcą formą życia dla samego życia, co trudno mi zrozumieć, mimo iż znam ich drogę rozumowania. Jest tutaj jakaś dziwna, niczym nie uzasadniona wiara w dobroczynną moc wiary, jest także wyraźna dla mnie forma poniżenia ich Boga. Tutaj odpowiadam im: wasza wiara w duszę nieśmiertelną może być pomocna osobie, społeczeństwom ludzkim raczej się nie przysłużyła dobrze, o czym dobitnie świadczy historia. Mój przyjaciel napisał mi kiedyś jakoś tak: kiedyś zdziwisz się ty i wielu innych, widząc Boga. Z kontekstu wynikało, iż nie uznaje on wiary za czynnik zbawczy, a ludzkie serce, w czym góruje nad swoimi współwyznawcami, którzy właśnie w ten sposób poniżają swojego Boga.
Historia tej religii przechowała fragment rozmowy dwóch hierarchów (nie pamiętam szczegółów): jeden z nich powiedział drugiemu o swojej chorobie i bliskiej śmierci, na co ten zakrzyknął: „Co za wspaniała wiadomość! Zazdroszczę ekscelencji!” Wierzył. Po prostu wierzył w spotkanie z Bogiem po śmierci, chociaż wiara jego była niemal nadludzka (może i w jakiejś mierze nieludzka), bo zrywająca wszystkie, tak liczne, silne i często wzniosłe, więzy łączące nas z życiem, a jednak takiej wiary można było mu zazdrościć, bo mając ją, czy miałyby znaczenie jakiekolwiek uciążliwości ziemskiego bytowania, zwłaszcza wobec posiadania wiary, która ma być gwarantem zbawienia? Czy warto kłopotać się czymkolwiek, a już szczególnie brakiem wszystko mającego telefonu i urlopu w Tajlandii? Tyle że jakoś nie widzę owej obojętności wśród wyznawców Chrystusa, włącznie z ich kapłanami, a nawet wprost przeciwnie: rzuca się w oczy zachowanie odwrotne – jakby nasze ziemskie życie było wszystkim, co mają i mieć będą. Mijają się też w ocenie wpływu braku wiary na jakość życia, ponieważ WŁAŚNIE z powodu posiadania tylko tego jedynego życia tutaj i teraz, jedyne co można zrobić i czym odpowiedzieć konieczności ostatecznego końca, to życie prawe i godne. Bez możliwości wyspowiadania się, odpowiadając przed surowym i pamiętliwym sędzią: przed własnym sumieniem.
Jesteśmy częścią życia naszej planety, i nie ma w nas nic, co czyni nas niezależnymi od praw życia i śmierci, a tylko przez posiadanie najwyższej wśród ziemskich stworzeń świadomości i przez możliwość abstrakcyjnego myślenia nie potrafimy pogodzić się z kresem naszych dni. Celem życia, każdego życia, jest jego kontynuacja. Naszego też, więc żyjmy godnie, bo to wszystko, co zrobić możemy.
Bardzo smutna może być świadomość zupełnego zniknięcia tego mikrokosmosu, który budujemy w sobie przez całe życie. Świadomość końca budzi w nas protest, każe szukać pocieszenia. No i mamy go: to, co w nas najlepsze, nie umiera, a trafia w ręce Boga by żyć wiecznie – pozwalam sobie posłużyć się tutaj słowami Prousta. Piękna, podnosząca na duchu idea. Dlaczego jej nie wyznaję? Chrześcijanin powiedziałby, że Bóg nie obdarzył mnie łaską wiary, ja przyznam się do dokuczliwej wady: nie potrafię wierzyć wbrew rozumowi, mimo iż wiara ze swojej istoty jest pozarozumowa. Wierzyć mogę w coś, co nie przeczy wiedzy, logice, sercu, zdrowemu rozsądkowi w końcu. Moje serce nie pozwala mi uwierzyć w kochającego i miłosiernego Boga wysyłającego swojego syna na krzyż, zdrowy rozsądek w uznawaniu jego i syna za jedną osobę, wiedza w kreację, logika w wieczność mojej duszy.

Wrzesień
W świcie czerwcowym jest uroda i radość życia młodości: od pierwszych swoich chwil jest pogodny, słoneczny, uśmiechnięty, ochoczo dzielący się swoją chęcią przeżycia kolejnego ładnego dnia. Jesienny świt budzi się zamglony, nachmurzony, płaczliwy – brzydki, i chociaż później, gdy już przetrze oczy i zrobi makijaż, potrafi pokazać swoją dojrzałą urodę wysokiej próby, brakuje mu tej pierwszej, spontanicznej radości, tego uroku młodości zawsze ładnej, nawet gdy wstaje niewyspana.
Dzisiaj świt wstał zamglony, wilgotny i niezdecydowany, jakby dzień nie wiedział jeszcze, czy być uśmiechniętym, czy nachmurzonym, ale pozwalając słońcu rozegnać mgłę i rozświetlić maleńkie kropelki rosy nanizane nocą na pajęcze nitki, widocznie uznał, że dzisiaj będzie tym ładnym dniem przełomu lata. Stałem i gapiłem wokół zamiast zbierać grzyby: między drzewami błyszczały się diamentowe zapory pajęczyn, z pod nóg podrywały się do skoków obudzone miniaturowe żabki, resztki mgły spłonęły perłowo w smugach światła między drzewami, a leśna dróżka uśmiechnęła się do mnie. Wrześniowe grzybobranie.
Pękaty okaz przykrył się liściem, inny po prostu siedział cichutko pod kapeluszem udając, że go nie ma; kolejny schował się wśród trawy wysokiej i nie dawał się z niej wyciągnąć, a gdy usilnie nalegałem, w końcu zgodził się dać mi daninę - swój  kapelusz. Tutaj rosły podgrzybek przytulił się do chropawego pnia sosny, a tam ponad kobierzec mchu wystawały zrośnięte kapelusze braci syjamskich.
Żal mi było wracać po dwóch tylko godzinach, z wielką chęcią zostałbym w lesie do popołudnia, ale o 10 zaczynałem pracę, a przecież musiałem jeszcze nawlec grzyby na nitki; akurat ta czynność nie sprawiała mi kłopotów, ale nawleczenie nitki na igłę owszem, zmuszając mnie do brania poprawki czasowej. Pokrojone grzyby, niemal wyłącznie młode podgrzybki, zmieściły się na czterech nitkach metrowej długości. Wiszą teraz nad grzejnikiem rozsiewając swój intensywny zapach przywołujący nostalgiczne wspomnienia wigilijnych kolacji.

Całkiem niedawno w rozmowie z przyjacielem (jednego go mam, i mam nadzieję mieć zawsze), wspomniałem dwie chwile z dawnych lat: mój bieg do żony i uroczą dla mnie chwilę, gdy zdejmowała skarpetki, takie króciutkie, do kostki, i cienkie jak pończochy. Nie wiem dlaczego ta jej zwykła czynność zauroczyła mnie tak bardzo, że miło upływu dziesiątków lat pamiętam ją i wspominam. Wspomnienie to dało początek naszej rozmowie o duszy.
Mój przyjaciel przedstawił mi swoje rozumienie duszy; za jego zgodą wklejam tutaj fragment otrzymanego listu.:
>> Mam niejasne wrażenie, że "dusza" to nie to samo co "psychika ludzka". Bo psychika jest czymś tylko moim, moim i charakterystycznym dla mnie, nikt inny takiej nie ma. A dusza - jak dla mnie - nie ma cech. I dla mnie dusza to ani rozum, ani intelekt, ani wrażliwość, ani nawet związek tych trzech. Nie umiem określić, co rozumiem pod tym hasłem, to coś zupełnie innego. Musiałbym pomyśleć. Wstępnie zaryzykuję, że dusza to raczej coś jak byt, a nie jak rozum. To coś wyższego, niż rozum. Myślę, że dusza nie mówi o tym, że jestem inteligentny, dowcipny, zakompleksiony, otwarty, ciekawy, niepewny, tchórzliwy - dusza to nie jest zespół cech.<<
Ten opis zaintrygował mnie i spodobał mi się swoją mieszanką bezradności i wnikliwości jednocześnie, na powierzchni której daje się zauważyć niewyraźne odbicie Stwórcy, co jest dla mnie zrozumiałe, jako że mój kumpel jest chrześcijaninem.
Słowa Paza: >> Bez duszy – obojętnie, jak byśmy nazwali to tchnienie, które z każdego mężczyzny i z każdej kobiety czyni osobę – nie ma miłości, ale nie ma też miłości bez ciała.<< 218/219.
Obaj zdają się mówić podobnie: dusza jest jakimś tajemnym darem od Boga, iskrą czy tchnieniem, cząstką jego mocy nam udzielonej. Chętnie uwierzyłbym w posiadanie takiego boskiego daru – z przyczyn oczywistych – ale teraz myślę o możliwym związku między miłością a faktem posiadania owej duszy, związku tym trudniejszym do znalezienia, że w innych miejscach Paz bardzo przekonywująco pisze o seksualizmie (a więc o zmysłach i ciele) jako korzeniach naszych miłości. Tym, co zamienia fizyczne przyciąganie we wzniosłą miłość, jest nasza kultura, wyobraźnia, wrażliwość, pragnienie, wolność wyboru w końcu, na którą zwrócił mi uwagę autor, a nie są to cechy duszy rozumianej jako boskie tchnienie. Autor wydaje się to potwierdzać pisząc o Psyche, więc, jak rozumiem, o psychice.:
>> Z całą pewnością przejście od seksualizmu do miłości cechuje nie tyle wzrastająca złożoność, co interwencja pewnego czynnika, który nosi imię pięknej greckiej księżniczki: Psyche.<< 110. Właśnie. O jakiej więc duszy pisze autor –  nie bardzo wiem. 
Jeśli prawdziwe jest wyobrażenie duszy przez przyjaciela, nasuwają się dwa wnioski: o byciu raczej mało tożsamej z nami ziemskimi pisałem wyżej, oraz nie mogłaby być warunkiem naszej miłości i jej podmiotem.
Paz natomiast wydaje się utożsamiać (tutaj i nie tylko) duszę z naszą psychiką, ale znowu w innych miejscach ubolewa nad neuronowymi źródłami duszy, a nawet pisze taką perełkę.:
„Biolodzy wciąż jeszcze dyskutują, czym jest albo czym może być życie. Dla niektórych jest to słowo pozbawione znaczenia: to, co nazywamy życiem, jest tylko zjawiskiem chemicznym, rezultatem połączenia kilku kwasów. Przyznam się, że te uproszczenia nigdy mnie nie przekonywały.” Str. 110.
Może inaczej: to sam Paz uprościł fakty, bo tak mu pasowało, bo może czuje niechęć do uznania naszego ewolucyjnego pochodzenia, a może – co prędzej – chciałby mieć coś, co jest tylko ludziom właściwe, co wzniosłoby jego i ludzkość ponad ziemskie życie. Taka jest chyba przyczyna jego wahania: nie bardzo mu pasuje obraz religijny, ale i naukowy też nie, bo nie potrafiąc negować faktów, jak potrafią robić to ludzie wierzący, chciałby ocalić chociaż boskość i nieśmiertelność ludzkiej duszy. 
Nie wiem, kim ma być ten ktoś, kto życia pozbawia znaczenia po poznaniu ewolucji i chemii naszych organizmów, ale i tutaj myli się Paz, zajmując pozycję bliską religijnej: wśród wierzących najwięcej jest ludzi uważających, iż wyjaśnianie tajemnic życia degraduje je, sprowadzając je do chemii. Co ciekawe: ci sami ludzie biorą przypisaną im przez lekarza chemię w pastylkach na dolegliwości swojego ciała, a nawet umysłu, i jakoś nie odczuwają tej degradacji.
Wyjaśnienie pewnych - bo wszak dalece nie wszystkich – tajemnic życia nie odbiera temuż życiu wspaniałości, nie czyni je mniej fascynującym ani mniej wyjątkowym, a w moim odbiorze jest nawet dokładnie na odwrót: fascynacja wzrasta wraz ze wzrostem wiedzy, a zależność ta dotyczy wszystkich dziedzin nauki, nie tylko tych, które zajmują się człowiekiem, czy szerzej – życiem. „Rezultat połączenia kilku kwasów”… - co za argument! Równie dobrze można by powiedzieć, że komputer jest krzemowym liczydłem, albo że gwiazdy to takie duże świece. I że tracą swoje piękno z chwilą dowiedzenia się o procesie zamiany wodoru w hel.

Na stronach 209 i 210 pisze Paz o naszej kulturze jako tej, która usiłowała usunąć duszę, oraz zaczęła traktować człowieka jako mechanizm, z czym zgadzam się tylko częściowo. Owszem, lekarze mają skłonności do traktowania człowieka jako mechanizmu: wysłuchają dolegliwości, zdiagnozują brak określonych związków chemicznych w naszym ciele, wypiszą receptę na brakującą chemię, i wołają „następny!” Można by ich tłumaczyć sposobem kształcenia, przepracowaniem (skoro lekarz w przychodni musi przyjąć czterdziestu pacjentów w ciągu dnia), ale przyczyną najważniejszą jest nabożna cześć oddawana nauce, tej od szkiełka i oka, tej mającej skłonność oddzielania ciała od psychiki, zapominającej, iż jedno i drugie ma na siebie niebagatelny wpływ. W tym zgadzam się z autorem, ale czy na pewno nasza kultura stara się (Paz użył czasu przeszłego; nie wiem, czy to pomyłka tłumacza, czy może autor uważa, że teraz coś się w tej materii zmieniło) usunąć duszę? Ci lekarze też jej świadomie nie usuwają (przy czym tutaj możemy mówić tylko o psychice, jako że lekarz w swojej pracy raczej nie bierze pod uwagę duszy ożywiającej ciało) mimo iż traktują człowieka jak maszynę chemiczną, a wielu z nich wierzy w duszę wcieloną. Swoją drogą jesteśmy tą maszyną, tyle że nie tylko, ponieważ osoba, jak tyle razy zaznaczał autor, to ciało i psychika. Nasza kultura (ściślej jej część – nauka) jedynie podważyła boskie pochodzenie duszy, podejmując wysiłki zmierzające do zbadania i wyjaśnienia życia w sposób racjonalny, bez uciekania się do nadprzyrodzoności, do boskiego tchnienia ożywiającego. Osoby religijne mogą razić takie próby, mogą nie przyjmować do wiadomości rezultatów tych wysiłków; mają do tego święte prawo, i na szczęście nikt nie zmusza ich do rezygnacji zarówno ze swojej wiary, jak i niewiary. Próby były, w odwrotną stronę, ale – znowu na szczęście - są już one przeszłością.

Wrzesień
Stary DAF podskakiwał na dziurawej i wąskiej drodze do Żagania, uciekał mi z jezdni, a naczepa jechała skosem, zamiatając prawymi kołami pobocze i kołysząc się mocno na boki; wycieraczki nie działały, ale na szczęście zaczęło padać dopiero w mieście. Wjazd między drzewa parku wziąłem na wyczucie, w lusterkach widząc jedynie błyszczące krople.
Stałem przy kabinie sikając na koło. Ciemność i szum drzew ponad szmerem deszczu. Szumiały jakoś inaczej. Nie wiem... Szumiały jak ogromne drzewa?.. myśli mi się rozłaziła. Zmęczenie? Raczej zniechęcenie. Przez deszcz. Jutro ten równy, zielony plac zamienimy ciężkim sprzętem w czołgowisko i znowu brodzić będę w błocie – pomyślałem krzywiąc się. Który raz tutaj jestem? Czwarty? Chyba nic się tutaj nie zmieniło, cóż znaczy rok dla tych ogromnych platanów.. Kontury ich wielkich koron majaczyły w ciemności. Jutro odwiedzę was – obiecałem im i sobie, biorąc się za wyciągnięcie chol… bardzo ciężkich schodów do pokoju. W słabym świetle latarki odpiąłem biurko od łóżka, przesunąłem je pod ścianę, przeniosłem wianuszki grzybów nad zimny teraz grzejnik, wyłuskałem komputer spod poduszki, i dałem nurka pod kołdrę. Usypiał mnie werbel deszczu i odgłosy przyjeżdżających kolejnych ciężarówek: cichy, daleki, kołyszący się pomruk diesla stopniowo zbliżał się i narastał, a gdy był już głośny i bliski, dudniący, słychać było ostre syknięcie powietrza w hamulcach;  w chwilę później charkot silnika milkł, a momentalną ciszę przerywało kłapnięcie drzwiami – jak wystrzał. Po chwili w cicho dobiegające mnie odgłosy rozmów  znowu wplątywał się daleki pomruk silnika…

Wrzesień
Nie uważam, aby pojawienie się despotów w rodzaju Stalina czy Hitlera było rezultatem zagubienia naszej duszy, rozdarcia owej duchowo-cielesnej jedności ludzkiej osoby, jak twierdzi Paz. Tacy Dżingis Chanowie u władzy pojawiali się zawsze, a główną różnicą na niekorzyść ludzkości była technika będąca do dyspozycji tych dwóch: dwudziestowieczna technika umożliwiająca masowe ludobójstwo. Aż strach pomyśleć, co mógłby zrobić wspomniany władca Mongołów, albo inny Asurbanipal, gdyby mieli karabiny maszynowe, bombowce, oraz współczesne środki nadzoru i transportu…
Obawy Paza o przyszłość ludzkości mają wielkie oczy. Produkcji ludzi, czego tak boi się Paz, nie ma i nie będzie - nie tylko z powodów technicznych czy ze względu na opór różnych organizacji (tutaj słuszny i zrozumiały). Wydaje mi się, że można zastanawiać się nad możliwością produkowania w przyszłości w pełni autonomicznych, wysoce inteligentnych automatów, ale nie ludzi. Trudno mi tutaj wyłuszczyć wszystkie argumenty, wiedzy mi brakuje przede wszystkim, miejsca chyba też, powiem więc krótko.:
Nasza ludzka psychika kształtuje się od dzieciństwa i poprzez dzieciństwo, całe nasze życie ją kształtuje; związki między psychiką a ciałem z jego zmysłami są tak wszechogarniające, ontologiczne, jakby zapewne napisał Paz, że z całym przekonaniem można powiedzieć, iż bez ciała i bez zmysłów nie byłoby naszej psychiki, a i świadomości takiej, jaką ją mamy też. Nie byłoby ludzi takich, jacy są.
Nie wiedząc co to strach, miłość, tęsknota, radość, ból i pożądanie, nie znając smaku zielonego jabłka ani pieszczoty słońca na nagim ciele, nie będzie się człowiekiem, więc produkcji ludzi nie będzie.

Czy myśląca maszyna zbudowana na wzór komputerów może mieć świadomość? Raczej nie. Nie przy tak sztywnym, jednoznacznie wyznaczonym, matematycznym oprogramowaniu narzucającym ścisłe działanie od operacji a do operacji b. Tak nie pracuje żaden żywy mózg, przy czym nie mam na myśli fizycznej strony myślenia, operacji dokonywanych poniżej świadomości, co „oprogramowanie”. My czujemy gorąco lub głód, działamy pod presją wykluczających się wzajemnie nakazów, albo sami nie wiemy czego właściwie chcemy, jesteśmy wolni w swoich decyzjach w sensie umiejętności przekraczania wszystkich zakazów, nasza pamięć jest zawodna i podległa naszym oczekiwaniom i tęsknotom, a tę jej cechę mam za bardzo ważny element tworzenia ludzkiej osobowości. Obecny komputer, mimo iż tak uniwersalny, pod tymi względami przypomina najprostsze zwierzęta: bez umiejętności uczenia się, całkowicie podległe wszechwładnym instynktom. Daje się zauważyć pewne zmiany, oczywiście poza szybkością dokonywanych obliczeń, ale wszystkie one, te zaczątki nauki czy myślenia, nie są własnością komputera, a programisty.
Paz cytuje słowa neurologa Olivera Sacks – gotową odpowiedź:
„Jeżeli chcemy stworzyć teorię takiego myślenia, jakie naprawdę funkcjonuje u żywych istot, musi być ona całkowicie odmienna od każdej teorii inspirowanej przez komputer. Powinna się opierać na systemie nerwowym i na zewnętrznym życiu żyjącego organizmu, na funkcjonowaniu jego uczuć i intencji […] na jego postrzeganiu przedmiotów, ludzi i sytuacji […] na owej zdolności istot wyższych do abstrakcyjnego rozumowania i do uczestniczenia – poprzez język i kulturę – w świadomości innych.” Str. 201/202, skróty nie moje.
Bardzo ważnym warunkiem jest wymienione przez Sacks’a  owe „zewnętrzne życie żyjącego organizmu” - jednoznacznie wskazujące na posiadanie ciała jako warunku myślenia podobnego do ludzkiego. Uważam, że jest też warunkiem posiadania ludzkiej pamięci, a poprzez nią i świadomości. Podobną myśl wyraził Arystoteles w swoim traktacie „O duszy”, pisząc o utracie pamięci życia przez duszę opuszczającą ciało jako rezultacie tegoż exodusu.
Wszystko razem raz jeszcze wskazuje na niemożność produkowania czegoś podobnego ludziom.

Wrzesień
Obecna swoboda obyczajowa spowodowała wyraźną trywializację w kontaktach między ludźmi odmiennych płci. Trudniej teraz o czar inności, świeżość przeżywania, skoro dziewczynę można „poderwać” na ulicy i zaraz wymienić się numerami telefonów, a jutro wylądować w jej łóżku; nie to, żebym był temu przeciwny, skąd, w końcu jestem facetem, ale uważam, że ta łatwość nie pozostaje bez wpływu na kształt tych kontaktów, sposób przeżywania uczuć i widzeniu miłości w swoim życiu. Piszę o tym, ponieważ jest to jedna z przyczyn zmian w naszym widzeniu miłości, zmian nie mających – według mojej oceny - związku ze zmianami pojmowania duszy ludzkiej.
Autor wskazuje na przełom w pojmowaniu tego uczucia, jaki dokonał się w Prowansji w XII wieku, i jakby przeciwstawia obecną sytuację miłości tamtym wyobrażeniom i czasom. Czy słusznie? Ilu wtedy ludzi przyswoiło sobie ten nowy, wzniosły ideał miłości, ilu jej hołdowało, skoro zmiany objęły jedynie feudalne dwory, i to zapewne nie wszystkie i nie wszystkich ich mieszkańców? Jak przeżywali miłość zwykli ludzie? Łatwo to sobie wyobrazić, jeśli ma się pojęcie o warunkach ich życia, tych prawnych, ekonomicznych i obyczajowych, a związki między tymi czynnikami a miłością przekonywująco opisał Paz (w formie przeciwstawienia wspomniał też o kopulacji i prokreacji jako miłości wieśniaczej). Miłość była i jest elitarna: są ludzie przeżywający swoje życie nie zaznając wielkiej miłości, tej jedynej; nie wydaje mi się, aby teraz miałoby być mniej takich miłości niż kiedyś, w wymienianych przez autora złotych dla uczucia okresach, oraz aby dla mniejszej ilości osób miłość była najważniejszą cechą życia. Wiem, że określenie „nie wydaje mi się” nie jest żadnym argumentem, ale jaki miałby on być? Czy wynikiem jakiejś ankiety? Paz też nie ma takich wyników.
Współczesny obraz życia uczuciowego ludzkości jest zafałszowany łatwością przekazywania informacji i dążeniem do zysku; środki masowego przekazu tworzą sobie i zleceniodawcom potrzebne wzorce upowszechniając to, co najłatwiej się sprzeda, tworząc wrażenie niezbyt optymistyczne poprzez uwypuklenie przeciętności, a nawet miernoty, która teraz i w przeszłości była najliczniejsza. Zmiana, jaka nastąpiła, to stanie się tej licznej grupy społecznej ważnym konsumentem; konsekwencją tegoż jest sprzyjanie ich gustom w najbardziej wpływowych mediach, co z kolei utrwala je i ośmiela. Doszło do czegoś, co wydawało się niemożliwe: swoją niewiedzę, swój brak zainteresowania, nieuctwo i prymitywizm, zaczyna się uznawać za styl bycia, a nie za powód do wstydu, ale z drugiej strony wszyscy ludzie mogą mieć kontakt z najwznioślejszymi wzorcami zachowań i wartościowania, czego nigdy wcześniej nie było – i wielu (uważam, że z powodu powszechnej dostępności znacznie więcej niż w kiedykolwiek) te wzorce przejmuje, przygotowując swoją psyche do pięknego przeżycia miłości.
Na kogo przyszła ta wyjątkowa chwila, kogo serce było gotowe i stęsknione – ten kocha, z miłości tworząc wzniosły ideał życia i nie poddając się szkodliwym wpływom naszego wieku. W tej niezależności siła miłości i jej nadzieja na przyszłość.

Przygotowania do zimy. Z dopisków

Październik
Dwa drobne zdarzenia, ale z tych moich, pamiętanych - na rozpoczęcie kolejnego tomu dopisków.
Dzisiaj widziałem jaskółki! Latały nad polem wyraźnie polując na owady, a że wolno jechałem polną dróżką, miałem możliwość upewnić się, bo w pierwszej chwili po prostu nie wierzyłem. Nie pamiętam, abym kiedyś widział je po połowie września, więc patrzyłem na nie jak na miraż jakiś, zwid utworzony przez zwodniczą jesień. Patrzyłem na nie z radością i niedowierzaniem, a myśl moja zacięła się na jednym słowie: jaskółki, jaskółki...
Byłem też w lesie. Wszedłem na małą polankę, na której stały ule. Gdy patrzyłem na nie próbując wyobrazić sobie prawdziwe barcie, takie z pni drzew, nagle z góry spadł silny wiatr, targnął drzewami, sypnął na mnie gradem żołędzi i poleciał gdzieś dalej, Poświst jeden, a ja nagle poczułem się daleko od domu, samotny w wielkim i niegościnnym mi lesie. Zapragnąłem już, natychmiast, schronić się w swojej chacie, rozpalić ogień w kominku i usiąść tuż przy nim.
Wrażenie bycia głęboko w wielkim lesie i myśl o chacie były nagłe, ale silne i tak realistyczne, że gdy minęły i rozejrzałem się, świadomość bycia blisko samochodu była dziwna. Jakbym tajemnym sposobem przebył mile i wieki.

Październik
Na dworze wściekły wiatr miecie w twarz piasek i  krople deszczu, a do okna stuka mirabelka, ta sama, która w kwietniu zaglądała mi w okno chwaląc się swoim kwitnieniem. Nadal zielona, cudnie wyglądająca rano, gdy tuż przed wyjściem do pracy widzę ją przez okno na tle różowego świtu; myślę, że teraz jej stukanie w szybę jest prośbą o wpuszczenie - jak wtedy było prośbą o pochwałę jej urody.
W kuchni na ścianie wisi zdjęcie wąskiej uliczki starego miasta; dzisiaj patrzyłem na nie tak, jakbym oglądał je po raz pierwszy: jest wieczór, stylowe lampiony wiszące na rogach domów świecą ciepłym blaskiem odbijającym się od mokrego bruku jezdni, pusta ulica, światła w kilku oknach, nieliczni przechodnie.
To dziwne - pomyślałem -  że podoba mi się ta uliczka i wyczuwalny nastrój późnej jesieni lub zimy.
Ciemność, ulice mokre od deszczu i bezlistne drzewa - brr!! Jak może mi się podobać?
Podoba mi się, i tym razem wiem dlaczego. Otóż z rezygnacji i z braku siły do dalszej walki.
O tej porze jesieni, w połowie października, gdy tyle jeszcze wyraźnych śladów lata wokół, gdy drzewa w najpiękniejszych kolorach, gdy minęło ledwie kilka dni od ostatniego spotkania z jaskółkami, a paciorki grzybów schną na grzejniku, jeszcze nie pogodziłem się. Jeszcze przeżywam etap buntu i prób dostrzegania tylko ładnych cech wczesnojesiennej przyrody, tych, które czasem tworzą złudzenia zatrzymania czasu. Ta walka kosztuje, a płacę za nią upartą i zwodniczą nadzieją na dłuższy niż zwykle i ładniejszy wrzesień w tym roku, może nawet na jakiś cud eliminujący zimę z kalendarza, płacę niepokojem wyganiającym mnie na otwarte przestrzenie gdy tylko zobaczę słońce, a na koniec płacę zawodem i smutkiem.
Gdy koniec miesiąca ogołoci drzewa z liści i już nie można się oszukiwać, gdy daremne staje się zaprzeczanie, niemożliwe niedostrzeganie, gdy jest się w szczytowej fazie tego samooszukiwania się nie będącego niczym innym jak tylko próbą ratowania się, oglądania wstecz i wspominania lata, cała ta wielka budowla mozolnie klejona w ciągu kilku ostatnich tygodni składa się jak domek z kart, i oto nagle jestem na samym dole. Stoję tutaj, rozglądam się zdziwiony, bo wcale nie czuję buntu, już go nie ma we mnie, a jedynie łagodnie smutna rezygnacja: trudno, mówię sobie i jesieni. Skoro przyszłaś, jesteś i długo będziesz tutaj, skoro po tobie przyjdzie jeszcze zima, dobrze się stało, że jestem tutaj, tak niziutko, na samym dole, bo stąd nie da się zsunąć jeszcze niżej, a więc tutaj będę bezpieczny. W ciemny, wietrzny i mokry wieczór wymoszczę dla siebie jakiś kącik i zaszyję się w nim pogodzony, a więc i uspokojony, karmiąc się drobiazgami przez was niezauważonymi lub lekceważonymi, a może po prostu istniejącymi poza waszą władzą - jak tym ciepłym światłem latarni na rogu starej kamieniczki.
Będę bezpieczny. Dam radę. Przetrwam.
Dzisiaj, gdy spojrzałem na tę fotografię, nagle poczułem potrzebę, może nawet jakąś przewrotną przyjemność, znalezienia się w swojej zimowej norze, ale też wiem, że to tylko chwila słabości, że jeszcze nie pora, bo gdy jutro zaświeci słońce, dalej będzie trwać ten mój swoisty taniec z przyrodą. Może zimy nie będzie, a jeśli nawet, to przyjdzie wyjątkowo późno i będzie łaskawa? Ta odradzająca się corocznie nadzieja tkwi głęboko we mnie; jest nieśmiała, cicha, boi się nawet wypowiedzenia siebie w myśli, ale jednocześnie jest bardzo uporczywa i skuteczna w wyszukiwaniu faktów ją żywiących, a mnie mamiących. Więc zajmuję wskazane przez nią przyczółki obronne tak, jakbym miał je utrzymać aż do przyjścia wiosny, a po tygodniu lub dwóch cicho, bez słowa, wstydliwie opuszczam je i zaraz - nie pamiętając odwrotu - zajmuję następne, które tak samo jak tamte wydają się nie do zdobycia przez zimę. Wiem, że każdy następny będzie słabszy, a na koniec będą tylko złudzeniem lub oszukiwaniem się, ale buntuję się przeciwko tej wiedzy, nie chcę jej przyjąć ciągle licząc na cud września spotykającego się z kwietniem. A przecież wiem, jaki będzie ciąg dalszy, ten, który teraz wydaje się mi żałosny! Wiem, że za miesiąc, za dwa, przyniesie pocieszenie, nawet odrobinę piękna. Odrobinę, bo też ze znalezionych drobinek uroku późnej jesieni i zimy będę budować murek ochronny wokół mojej norki, ale tak dopiero będzie, bo teraz myśl o znalezieniu uroku grudniowego dnia traktuję jak zdradę tych wszystkich dni słonecznych, z których odejściem tak trudno mi się pogodzić.

Listopad
W dzisiejszy pogodny ranek drzewko za oknem, ubrane w nieliczne już żółte liście, stało ciche na tle błękitu wschodniego nieba, zasłuchane i zapatrzone w słoneczną pieszczotę, jakby chciało zapamiętać ostatni dzień słoneczny przed swoim snem zimowym, nasycić się słońcem raz jeszcze. Ten wielki dąb na skraju lasu już nie czuje słońca na swoich konarach: jak późno obudził się na wiosnę, tak wcześnie usnął, oszczędnie gospodarząc swoimi siłami.
Chodziłem po lesie nie szukając już śladów pełni ciepłej jesieni, a po prostu rejestrując obrazy tworzone listopadowym słońcem: kontrasty kolorów i kształtów, plamy światła, błyski kropel wody wiszących na gałęziach i uwięzionych w trawach. Na polance, w pełnym słońcu, czując przyjemne ciepło słońca na twarzy, poczułem się jak to drzewko pod moim oknem - przez chwilę nasiąkałem słońcem.
I słuchałem siebie. Dziwna zależność, ale przecież istniejąca faktycznie: w czasie spaceru myśli się lepiej i lepiej słyszy się swoje myśli.

Listopad
Siadając w fotelu zobaczyłem pogodny, granatowy zmierzch za oknem. Przez chwilę próbowałem skupić się na czytaniu (ponownie Czas odnaleziony, te tak ważne chwile w bibliotece Guermantesów), ale myśl o zobaczeniu kolorów tego zmierzchu szybko zwyciężyła. Poszedłem. Zmrok jesienny, jeśli tylko jest pogodnie, ma jemu tylko właściwą barwę: górą niebo jeszcze jaśnieje, na jego tle widać czarne, nieruchome drzewa, dołem ciemność otula szelest liści pod nogami, a z nieba spływa urokliwa, budząca nieokreśloną tęsknotę, granatowa poświata.




środa, 9 kwietnia 2014

Góry Kaczawskie. Kwitnący krzew i polne kwiaty

Czterdziesty piąty dzień w tych górach, wczesna wiosna.
Wioska Komarno, Ziemski Kopczyk, Wysoczka, Ulina, Źróbek, Kobyła, Ogier, Trzmielowa Dolina, Komarno.

Ciemność jest płaska i pusta, nie ma głębi a tym samym i dali, ciemność jest tuż przy mnie. Gdybym zgasił światła samochodu i wysiadł z niego, dotykałaby mnie - niemal materialna. Świt nie jest zwykłym końcem ciemności, jest dawaniem światu przestrzeni, różnorodności i kolorów.
W pierwszych chwilach wyłaniają się zarysy gór na pojawiającym się właśnie horyzoncie; kolorów jest wtedy mało, właściwie tylko szarości i niemal czarny granat, inne pojawiają później jako uzupełnienie głębi. Gdy granatowe niebo staje się ciemnoniebieskie, później błękitne, jednolite kontury gór nabierają indywidualnych rysów, zapełniają się charakterystycznymi dla siebie szczegółami; za pierwszymi wyłaniają się dalsze, za nimi jeszcze jedne - w miarę jak pojawia się dal przesuwająca horyzont aż po niewidoczne już szczyty w kolorze nieba. Krótko przed wschodem słońca metamorfozie ulegają mgły, które wyłoniwszy się z ciemności szare, teraz, oczyszczone rozproszonym światłem świtu, jaśnieją; bliższe układają się w pasemka waty wiszące nad domami w dolinach, dalsze jednolitą, półprzezroczystą kurtyną otulają góry na horyzoncie. Pierwsze szybko znikają rozgrzane promieniami słońca, drugie długo jeszcze świecą mlecznosrebrzystą poświatą, przez którą ledwie widoczne, o ton tylko ciemniejsze, faliste lub postrzępione linie każą domyślać się odległych gór.
Kiedyś, stojąc na zboczu Ziemskiego Kopczyka w zimowy dzień, zapragnąłem posiedzieć na brzegu biegnącej tam polnej drogi, pod krzakiem głogu; siedzieć i patrzeć w dal – nic więcej i aż tyle. Dzisiaj, w ciepły i słoneczny dzień wiosny, poszedłem tam spełnić swoje pragnienie. We wsi Komarno, na końcu szosy, zaparkowałem samochód i gdy otworzyłem drzwi, usłyszałem wielogłosowy, radosny i radośnie nastrajający, dźwięczny, prawdziwie wiosenny, śpiew ptaków.
To będzie dobry dzień – pomyślałem. Taki też był.
Założyłem ochraniacze, wziąłem plecak i poszedłem. Był wczesny i chłodny ranek, w cieniu trawy były srebrzystomatowe od szronu, ale na słońcu już błyszczały tysięcznymi kroplami wiszącymi na źdźbłach. Nie szedłem szlakiem, bo ten biegnie także przez las, a ja chciałem cały czas czuć słońce na twarzy. Rzadko opisuję topografię dróżek wychodząc z założenia, iż ich szukanie powinno być nieodłączną częścią wędrówek i nie ostatnim ich urokiem, ale tym razem opis podam.:
Idąc prosto polną drogą, przedłużeniem asfaltu szosy biegnącej wzdłuż wioski, po stu paru metrach dojdzie się do skrzyżowania dróg: gdybyśmy skręcili w lewo, dojdziemy w pobliże szczytu Folwarcznej, a po skręceniu w prawo pójdziemy lekko pod górę brzegiem młodniaka. Na skraju lasu biegnący tą drogą szlak niebieski skręca w lewo, my skręcamy w prawo; dosłownie po chwili wyjdzie się na otwartą przestrzeń, a niewiele później, na wprost, wśród łąk, widać będzie niewielkie, zalesione wzniesienie – to szczyt Ziemskiego Kopczyka. Będąc blisko niego, ponownie dojdziemy do niebieskiego szlaku: w lewo na Barańca i Skopca, w prawo na Dudziarza. Widoki tam są piękne, urozmaicone i na obie strony grzbietu wniesienia; to jedno z moich ulubionych miejsc Gór Kaczawskich. Od samochodu idzie się ledwie kwadrans, ale droga ta nie jest zaznaczona na mapie; wiele ładnych dróg jest na niej pominiętych, wiele jest zaznaczonych nieistniejących. Miejsce szczególnie polecam miłośnikom koni: niemal na pewno zobaczycie je swobodnie pasące się na południowym zboczu.


Posiedziałem, pogapiłem się i posłuchałem swoich myśli szwendających się samopas; tłem muzycznym były dźwięk strumyka i śpiew ptaków. Cały dzień dzisiejszy towarzyszyły mi odgłosy strumieni i śpiewy ptaków, szczególnie urocze w ciszy, w czasie częstych dzisiaj przerw. W planach miałem niemal wyłącznie znane mi miejsca wybrane dla ich urody, którą posmakować chciałem w niezwykłych dla mnie, zimowego włóczęgi, warunkach, bo w dzień ciepły i słoneczny.
Dopiero wracając do szosy zauważyłem przy drodze na Przełęcz Komarnicką samotne, uschnięte drzewo, z którego ktoś zrobił artystyczną kompozycję: do nagiego, gładkiego pnia drzewa przymocowane są buty układające się z ślad zmierzający wprost ku niebu.
Szedłem w stronę Trzmielowej Doliny słuchając cichego szumu wiatru w uszach, wiatr miałem też we włosach; dobrze iść z gołą głową w słoneczny dzień wiosenny. Gdzieś od lasu dobiegał śpiew ptaków, tuż przy mnie krążył nisko buczący owad; na brzozach widziałem zieloną mgiełkę rozwijających się liści, Karkonosze zasłaniała mlecznoniebieska mgiełka wisząca w powietrzu od rana, a dzięcioł wypuszczał długie serie uderzeń chwaląc się przed partnerką swoją sprawnością.  Udało mi się zobaczyć śpiewającego skowronka, ale nim wyciągnąłem aparat, nim ustawiłem zbliżenie i znalazłem ruchliwą drobinkę obiektywem, śpiewak schował się w słońcu.









Przywitałem się z Wysoczką, moją dobrą znajomą, poszedłem też do Lipowej Dolinki. Nie ma takiej na mapach, to moja własna nazwa małej doliny odchodzącej od Trzmielowej. U jej początku, na zboczu Wysoczki, rośnie okazała lipa od której nadałem nazwę dolinie, obok kilka brzóz i wiele głogów.
Stara to lipa, zachłannie łapiąca słońce gałęziami pochylonymi aż do ziemi, z dużą dziuplą w pniu. Zwleka z wypuszczeniem liści. Głogi rosnące obok zielenieją się, brzozy w sąsiedztwie też stroją się zieloną mgiełką maleńkich listków, tylko ona jeszcze czeka, zbiera siły grzejąc się w słońcu.
Przy niej kwitną fiołki i śliczne, jak panna młoda w bieli, zawilce; później widziałem cały ich kobierzec nad strumieniem u stóp Źróbka. Urokliwe miejsce.
Kiedyś miałem przejść polną drogą łączącą Komarno z Dziwiszowem, przeszedłem dzisiaj. Środkowa część tej drogi wiedzie lasem, i jest jedną z tych nielicznych dróg, w których trudno znaleźć ślady urody, do czego przyczynili się leśnicy, rozjeżdżając ją na kształt czołgowiska.
Wyszedłem w pobliżu wzgórza na którym rośnie dąb polny, oczywiście poszedłem odwiedzić go, ale głównym celem miało być znalezienie drogi, jednej z tych zapomnianych i zarastających dróg, którą widziałem w mroźny i śnieżny dzień rok temu i która bardzo mi się podobała. Nie wiem, czy moja pamięć idealizuje tamto miejsce, czy niedokładnie szukałem, czy może tamta urocza dróżka po prostu przyśniła mi się, a ja pomieszałem jawę ze snem, dość że pewności odnalezienia nie mam. Za to mam powód do następnych odwiedzin starego dębu.
Samotnie rosnący krzew mirabelki w sąsiedztwie dębu miał na sobie szaty godowe: tysiące kwiatów w najpiękniejszym czasie pierwszych dni kwitnienia. Stał cały w bieli i w buczeniu pszczół, w zapachu słodkim, ciepłym, ale jednocześnie orzeźwiającym. Takim, który z rozkoszą wciąga się do dna płuc i nie ma się dość.


Gdy w końcu oderwałem się od drzewka i tamtego ładnego miejsca, idąc pod górę po stoku Uliny parę razy trafiałem na kobierce kwiatów polnych. Klękałem wtedy i nachylony tuż na nimi patrzyłem i robiłem zdjęcia: biało-żółte bratki polne, tylko wielkością, na pewno nie urodą, ubodzy krewni ogrodowych bratków; wspaniałe zawilce, którym nadałbym przymiotnik „królewskie”, gdyby nie były takie drobne; podbiał, ziele zwykłe, ale gdy patrzy się na ten pięknie symetryczny kwiat, na setki jego płatków idealnie żółtych, ponownie ogarnia mnie zdumienie.





Przyroda jest tak bardzo rozrzutna, że patrząc i dostrzegając jej królewskie gesty, nieodparcie pojawia się w myślach pytanie o przyczynę i adresata: dla kogo tyle piękna wokół? Jeden kwiat z tam rosnących wystarczy do budzenia zdumienia i bezradności będąc doskonale pięknym, a są ich tam tysiące!
Przeszedłem strumień Bełkotkę, piłem z niego wodę mającą lekko gorzki smak liści, i poszedłem w odwiedziny do końskiej rodziny: do Źróbka, Kobyły i Ogiera. Na pierwszych dwóch wniesieniach dużo stoi połamanych brzóz – efekt zimowych wiatrów niosących w mroźne dni wilgoć osadzającą się szadzią na drzewach. Widziałem je któregoś słonecznego zimowego ranka, wyglądały baśniowo pięknie, ale wiele z nich nie wytrzymało ciężaru…
Siedziałem na Źróbku, w słońcu, w wiosennym, przyjemnym wietrze; zza Krzyżowej wychylała się Gackowa, ciągle czekająca na mnie, a po prawej kusiła mnie łąka spływająca po pochyłości Przełęczy pod Kobyłą. 


Dałem się skusić; szedłem brzegiem lasu, mijając bielejące w cieniu drzew łachy śniegu – wspomnienie minionej pory. Przełęcz jest kolejnym miejscem wartym wielkiej gwiazdki widokowej na mapie, natomiast wierzchołek Ogiera jest zarośnięty. Z jego północnego zbocza widać dolinę z Podgórkami, a z południowego roztacza się wspaniały widok na górną część Trzmielowej Doliny i na okolice Wysoczki. Na tym zboczu, na skraju lasu, mam swoje miejsce widokowe, jedno z tych najbliższych mi i najpiękniejszych. W pobliżu rośnie kępa brzóz, a przy nich głóg; brzozy, zwieszając wiotkie ramiona, przeplatają swoje liście z liśćmi głogu. Gdy patrzy się na nie, można odnieść wrażenie wyrastania czerwonych jeszcze owoców głogu z brzozowych gałązek.
Przyjdę do was jesienią – szepnąłem. Właściwie coś we mnie szepnęło, nie ja, to było odruchowe, jak obietnica złożona dobremu znajomemu, i w tej chwili uświadomiłem sobie, że przecież żegnam się z tymi brzozami, z Trzmielową Doliną, w kaczawskimi górkami, na ponad pół roku. Łzy stanęły mi w oczach. Szedłem z nimi na powiekach, aż wiatr je osuszył.
Stok opada tam wprost na przecinającą dolinę drogę, którą prowadzi niebieski szlak, a na skraju lasu rośnie druga znana mi i odwiedzana lipa; stojąc pod jej konarami, mam wrażenie wybiegania otwartej przestrzeni doliny właśnie stąd, spod tego drzewa, jakby ono opiekunem było granicy lasu i tamtych łąk.


Czereśnia oglądana w maju, w porze kwitnienia, dzisiaj pąki kwiatowe miała jeszcze zielone. Straciła jeden z dwóch konarów, najwyraźniej nie utrzymując jego ciężaru, spróchniała i zmęczona latami. Będąc niżej, znowu spotykałem strumienie. Jest ich tam dużo i każdy nuci swoją kuszącą melodię. Jednemu z nich, poznanemu poprzedniego roku małemu, ale dźwięcznemu i szybkiemu, strumieniowi ukrytemu głęboko wśród traw, dałem się skusić. Siedziałem na brzegu gasząc pragnienie jego wodą, słuchając muzyki wiosennego dnia: szumu wiatru, śpiewu ptaków i szmeru strumienia.
Do samochodu miałem godzinę drogi, do zachodu słońca ponad dwie, szedłem więc wolno i nie najkrótszą drogą, często zatrzymując się. Nie chciałem jeszcze kończyć tej włóczęgi, zamykać dnia w samochodzie; chciałem wykorzystać każdą jego chwilę aż do ostatniej.
Na ile potrafiłem, zrobiłem to. Zamglone, czerwone i zmęczone, słońce dotykało drzew, gdy ruszyłem fordem w dół, do swojego drugiego świata.