Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

piątek, 4 kwietnia 2014

Góry Kaczawskie. O cieniu sięgającym nieba

Dzień trzydziesty siódmy, luty.
Wieś Jastrowiec, Grudna, wieś Lipa, Marciniec, Głogowiec, Wysoka, wieś Pogwizdów, Jastrowiec.

Plan na pierwszy dzień weekendowej wędrówki miałem ustalony tylko w zarysach, na drugi dzień wcale, co jak zauważyłem, staje się normą. Po prostu biegając oczyma po mapie w końcu decyduję: pojadę tam i połażę po okolicy. Dzisiaj pojechałem do Jastrowca, samochód zostawiłem na parkingu Chaty Morgana, gdzie planowałem nocleg, i o zwykłej porze, czyli o pierwszym brzasku, poszedłem ku wiosce Grudno, gdzie miałem umówione spotkanie z ładnym wzgórzem.
Grudnej nie od razu zidentyfikowałem, bo sąsiednie wzgórze, Owcza, wydawało mi się niższe, a według mapy powinno być wyższe. Tak po prawdzie to do końca nie miałem pewności. Kręciłem się idąc ku wzgórzu, kręciłem się na nim, kręciłem mapą. Przenosząc wzrok z okolicy na mapę, wątpiąc w swoje analizy i porównania, znowu pomyślałem o GPS. O dziwo: tym razem z niechęcią, bo to urządzenie dając mi błyskawiczną i pewną odpowiedź, prowadziło za rękę pozbawiając satysfakcji ze znalezienia, które w tej chwili wydawało mi się nieodłącznie związane z wędrowaniem. Piłem kawę (a kawa pita na szczycie, niechby tylko małego wzgórza, o świcie, smakuje wybornie) gdy słońce wyszło ponad Wapniki, a wtedy wszystkie wątpliwości związane z nazwą wzgórza przestały mieć znaczenie. 


Zieleń pól wokół rozjaśniła się i nabrała intensywności, zarysy odległych wzgórz wyostrzały się, wszystkie kolory nabrały głębi i nasycenia, a mój cień, właśnie pojawiający się na jasnej płaszczyźnie pola, miał przynajmniej sto metrów długości. Nigdy jeszcze nie widziałem tak długiego swojego cienia - jakbym głową sięgał nieba.
Chciałem zostać dłużej na szczycie, ale, jak to zwykle bywa w takich chwilach, pogoniło mnie pragnienie zobaczenia innych, równie ładnych, a może ładniejszych, widoków, które niewątpliwie czekają na mnie. Poszedłem im na spotkanie.
Polami i łąkami doszedłem do wsi Lipa, przeciąłem linię zabudowy i poszedłem ku wzgórzu określonemu na mojej mapie jako dawny wapiennik; mapa nie podaje nazwy wzgórza. Widok z niego jest panoramiczny, wyładniały słońcem, usiadłem więc na szczycie wyrobiska i pożądliwym wzrokiem gapiłem się na masyw Marcińca przede mną. 



Pod szczytem widać było polanę; pójdę tam – postanowiłem. Z mapy dowiedziałem się, że od wioski prowadzi pod górę szlak, nawet udało mi się znaleźć jedno drzewo z jego znakiem, ale że później szukanie stało się bezowocne, zająłem się mapą. Polanę znalazłem, a z niej daleki, bardzo daleki widok aż po Jawor i Legnicę. Niewiele dalej, pod samym szczytem, na małej polance wystawionej ku południowemu słońcu, przy dukcie przecinającym cały masyw, rosną dwa wielkie buki, a między nimi stoi duży szałas- karmnik. Wygląda jak chatka Baby Jagi. 


Usiadłem przy nim na beli siana i na wprost, po drugiej stronie lesistego i głębokiego parowu, zobaczyłem Żeleźniaka; ze swoimi wystającymi drzewami szczytowymi wyglądał tak, jakby miał zmierzwione włosy na czubku głowy. Obok, między dwoma konarami buku, usadowiła się biało-niebieska Śnieżka, wyraźnie widoczna w przejrzystym powietrzu. Było ciepło i słonecznie, było ładnie. Wypiłem kubek herbaty i poszedłem na szczyt wznoszący się tuż za szałasem. Stoją na nim świerki widziane z daleka, z wielu kilometrów, oraz skała wychodna z przytulonym do niej kamiennym… murem? Tak to wygląda, ale nie powiem o nim nic więcej, bo nie wiem jakiej budowli miałby być ruiną. Między drzewami prześwitują dalekie widoki na północ.
Kusiło mnie przejście lasami między Głogowcem a Grudną, poszedłem więc duktem biegnącym tuż przy chatce na wschód, z zamiarem ominięcia Bukowinki i wyjścia z lasów na południe od niej, a później przejście obok Głogowca, zanurzenia się w lasy za nim i marsz w stronę Grudnej. Szybko doszedłem do skrzyżowania dróg, których przebieg niewiele miał wspólnego z nitkami na mapie, jak zwykle. Kierując się słońcem, wybrałem drogę na wprost; później zorientowałem się, że idę Drogą Pragową, czyli w dobrym kierunku. Wyszedłszy z lasu szedłem polną drogą nim roztopiła się na łąkach. Zatrzymałem się i rozejrzałem: za mną właśnie minięty bokiem stary znajomy, Głogowiec, przede mną bliski już las, a tuż obok miedza i brzoza; dobre miejsce do odpoczynku – pomyślałem. 

Lubię takie miejsca, lubię brzozy i miedze. Pamiętam je z dzieciństwa: pachnące ziołami, czasami z wydeptaną ścieżką albo z cichymi gruszami rosnącymi na nich. Siedziałem więc pod brzozą, czując na głowie dotyk jej gałęzi. Na wprost, na krańcu horyzontu, niebieściły się zbocza Gór Wałbrzyskich, a nade mną leciał długi, falujący i krzyczący, klucz dzikich gęsi. Czy tym ptakom nie pomyliło się coś? - pomyślałem. Już przylatują? W połowie zimy?
Zaznaczonego na mapie duktu przez las w kierunku Grudnej nie ma, a istniejący wyprowadził mnie na zbocza Wapników. OK., powiedziałem sobie, kiedyś przejdę tym lasem według słońca, a teraz minę wioskę, wąskim przesmykiem lasu przejdę Wysoką i wyjdę na otwarte przestrzenie pod Gorzanowcami. 


Tym razem obyło się bez niespodzianek i wyjścia w niespodziewanym miejscu. Co prawda ze szczytu Wysokiej nie widać dali, właściwie nic stamtąd nie widać, ale za to niewiele niżej, po wschodniej stronie wzgórza, po wyjściu z lasu na otwartą przestrzeń, szepnąłem do siebie: ojej, jak tutaj ładnie. Usiadłem na miedzy, na granicy pól i lasów, piłem herbatę i patrzyłem, patrzyłem. Zielone pola opadają tam łagodnymi stokami na zalesione dno płytkiej doliny, a po jej drugiej stronie następne pola wspinają się ku domom Gorzanowic. Jakże ładną, czystą i świeżą, jest zieleń tych pól! Jakby wiosna już była, a zboża zaczęły swój wyścig ku słońcu. 




Na dno doliny zszedłem brzegiem pól, buty mając oblepione tłustą ziemią, i poszedłem do Pogwizdowa. Ładna to wioska, chociaż i w niej widać opuszczone, rozpadające się budynki. Ale przy ulicy płynie strumyk dźwięczny, prędki, kamienisty, ładny.

Nogi czuły kilometry drogi, ale chciałem jeszcze sprawdzić polną drogę, którą niedawno szedłem z Grobli do Jastrowca. Gdzieś na wysokości Pogwizdowa zgubiłem ją, więc teraz przekroczyłem szosę i wszedłem na łąki kierując się w stronę lasów porastających wąwozy. Drogę odnalazłem i skręciłem ku Jastrowcu. Dzisiaj po dokładnym sprawdzeniu okolicy stwierdziłem, że droga po prostu tam się kończy, jak to nierzadko bywa z polnymi drogami. Idąc brzegiem jakiegoś małego strumyka, doszedłem do wsi kończąc dzisiejszą wędrówkę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz