Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

piątek, 20 lutego 2015

Słoneczne dni zimowe. Dzień drugi.


Strzyżowiec, Skowron, Płoszczynka, Wapienna, wzgórze na południe od Strzyżowca. Włóczenie się po stokach Czyżyka i po wzgórzach na północ od Strzyżowca.

Wydłużony grzbiet Skowrona przecina lokalna szosa łącząca Strzyżowiec z Czernicą. Wstążka asfaltu szerokości samochodu odważnie pnie się po zboczu tak stromym, że wjechać tam można tylko wtedy, gdy nie ma śniegu, a gdy minie grzbiet, fantazyjnymi meandrami biegnie coraz szybciej do drugiej wioski. Poznałem ją niedawno, a polubiłem od pierwszego przejazdu. Przypomina mi tak samo wąskie i tak samo zagubione wśród wzgórz dróżki w Walii, którymi miałem okazję jechać parę razy i które chciałbym odwiedzić. Takie drogi mają urok swojskości i bliskości, one nie pędzą ślepo jak ich szerokie siostry, one raczej bawią się przestrzenią; nieśpiesznie, rozglądając się, zmierzają do kolejnej wioski ukrytej za grzbietem wzniesienia. Ich wywijasy kojarzą się z tanecznym biegiem roześmianej lejmoniady, nimfy mieszkającej wśród źdźbeł traw na łące.
Samochód zostawiłem na jedynym chyba parkingu w Strzyżowcu, przy kościele, i poszedłem pod górę szosą, którą przed chwilą jechałem. Wiedziałem, że na szczyt Skowrona nie zdążę przed wschodem słońca, chyba że pędziłbym, ale nie zwykłem śpieszyć się na szlaku. Przy drodze rosną dwa samotne, widoczne z daleka drzewa – dąb i lipa. Zawsze mam chwilę czasu dla mijanego strumienia i zawsze jest dobry czas na obejrzenie dużych drzew; gdy odszedłem już od oglądanej lipy, wspomniałem lipę rosnącą na szczycie Dworów, wzgórza na północ od wioski. Rozejrzałem się, po chwili zobaczyłem ją, górującą nad innymi drzewami, wysoką i rozłożystą, a widziałem ją z odległości trzech kilometrów. Odwiedzę cię dzisiaj – obiecałem; nie wiem, czy sobie, czy drzewu.
Ranek podobny był do wczorajszego: czyste kolory górą, dołem oszroniona szarość zimowego krajobrazu. Szedłem wprost na słońce chowające się za obłym szczytem Skowrona; w rytm moich kroków podniosło się i wreszcie zaświeciło mi w twarz, gdy w stanąłem na górze. Oj, ładne widoki miałem! Trawiaste wzgórza z pofałdowanymi stokami ciągną się tam aż po Strzyżowiec, a miejscami jeszcze dalej, po Jezioro Pilchowickie i Bóbr. Na zachodnich ich stokach dzień jeszcze się nie zaczął, na wschodnich światło słońca było zrazu ledwie widoczne, delikatnie zaznaczone, niemal równoległe do ziemi, ale stopniowo rozjaśniało się, a cień na przeciwnych stokach pogłębiał się. Stałem tam chłostany wiatrem, z kapturem naciągniętym na głowę i odwlekałem chwilę zejścia.

Poszedłem drogą biegnącą skrajem lasu chcąc poznać jej bieg, miejsce kończenia się w Płoszczynce. Później była Wapienna ze starymi wyrobiskami wapienia; drzewa wyrosły na  wysokich i stromych ścianach wąwozów wykutych przez ludzi, zacierając ślady ich pracy i przywracając miejsce naturze.
Przeszedłem wzgórzami pod Strzyżowiec i już wchodziłem na zbocze Czyżyka, gdy obejrzałem się i inaczej zobaczyłem bezimienną górę wznoszącą się na południe od wsi, między szosą do jeziora a zielonym szlakiem. Zawróciłem nie tylko dlatego, że zobaczyłem ją ładniejszą, ale także wspomniawszy pewną sobotę sprzed kilku laty, z czasu mojej pobytu w UK: zrezygnowałem wtedy z wyjazdu na klify pod Dover, a okazja już się nie powtórzyła. Pomyślałem, że tamtych wapiennych klifów już zapewne nie zobaczę i że tak samo może być z tą górą.
Cała chyba jest prywatną własnością, bo przegradzają ją druty pastwisk, ale że bydła nie widziałem, a góra kusiła, poszedłem. Od strony Czyżyka zbocze jest dość strome, poprzecinane nitkami dróg i drzew – najprawdziwsze kaczawskie widoki, a ze szczytu roztacza się pełna panorama. Z jednej strony prześwituje między wzgórzami i drzewami tafla Jeziora Pilchowickiego, za nim widać liczne wzgórza izerskie, z drugiej strony dwa wyraźne stożki Sokolików w Rudawach Janowickich. Oczywiście całe Karkonosze, liczne drobiazgi górskie, a bliżej Zadnia i wszyscy jej sąsiedzi.


Miejsce dopisuję do swojej listy miejsc najładniejszych.
Widziałem też wierzchołek Ptasiej, częstej towarzyszki tej dwudniowej wędrówki. Stawałem gdzieś na stoku czy szczycie pagóra, rozglądałem się wokół i na ogół dostrzegałem ją gdzieś na horyzoncie; bywało, że jej widok był dla mnie niespodziewany. Zdarzało mi się widzieć tylko skrawek jej szczytu, ale przecież znam ją i rozpoznaję dobrze. Ta góra była jak powracające echo, jak tamte słowa Poety o szafranowym kolorze szat bogini Eos, albo jak droga, która idzie ze mną pozostając nieruchomą. Wczorajszy dzień rozpoczął się wschodem słońca między drzewami tej góry, wschodem oglądanym w pobliżu Mojego Wzgórza, a dzisiaj widok tak ładnego północnego stoku Ptasiej był ostatnim widokiem oglądanym w ten weekend, gdy o zachodzie stałem na Rząśnickiej Przełęczy, żegnając dzień i moje góry.
Poszwendałem się po odkrytym zboczu Czyżyka, pomyszkowałem trochę w poszukiwaniu przejścia na wydłużoną polanę śródleśną kończącą się blisko szczytu, ale nie znalazłem. Kłopot z takimi miejscami polega na zarośnięciu wąskich przejść młodym lasem tak dokładnie, że jeśli nie wiadomo gdzie wejść w gąszcz, długo można przedzierać się chaszczami. Gdy będę wybierać się tam kiedyś, obejrzę dokładnie satelitarne zdjęcia, wyznaczę odległość polany od charakterystycznego miejsca na brzegu lasu i wtedy powinienem trafić bez pudła na tą ukrytą polanę i dalej na szczyt.
Późniejszy dopisek: oglądałem lasy Czyżyka na zdjęciach googli, polana pokazywana na mapie już nie istnieje, zapewne zarosła lasem wiele lat temu, o czym producent mapy jeszcze nie wie, jak i nie wie o wielu innych faktach dotyczących tych gór.
Wracam na zbocze Czyżyka. Tak, to prawda: nie miałem ochoty iść pod górę przedzierając się gęstym lasem. Świeciło słońce, wolałem pójść na drugą stronę doliny, do tamtej wielkiej lipy i widokowego miejsca opodal. Wyszukałem jeszcze dogodne zejście do szosy z łąk na zboczu Czyżyka, przeciąłem główną ulicę wioski i poszedłem w stronę lipy.


Szedłem drogą celującą w niebo i drogą schowaną wśród głogów, szedłem drogą wysadzaną starymi czereśniami lub kamieniami, a gdy któraś z nich wiodła mnie na manowce, zostawiałem ją i wchodziłem na pola. Niosłem na ociężałych butach ich lepką ziemię, idąc łąkami zostawiałem ją na trawach, a dalej znowu trafiałem na drogę i szedłem nią, kuszony jej niknięciem na zakręcie przy starej, ogłowionej wierzbie.
Przywitałem się z lipą, a wyżej, przy brzozowym zagajniku, urządziłem przerwę mając przed sobą rozległy i ładny widok – kolejne miejsce do mojej listy.


Miałem na nogach wysokie, masywne buty. Założyłem je na wyrost, bo przeznaczone są na najcięższe warunki, na mróz, głębokie śniegi i błota, na piargi, ale założyłem je chcąc sprawdzić moją przeróbkę – dodanie pary języków. Modyfikacja sprawdziła się, ale tak wymęczyłem nogi wczorajszą jedenastogodzinną wędrówką w tych butach, że dzisiaj uznałem, iż dziewięć godzin na szlaku wystarczy. Schodziłem powoli, nie najkrótszą drogą (chyba miałem do siebie trochę żalu o ten wcześniejszy powrót), patrząc wokół w staraniu nasiąknięcia słońcem i słonecznymi widokami, a na parkingu byłem dwa kwadranse przed zachodem słońca. 


Jechałem na wschód widząc słońce w lusterku. Gdy minąłem grzbiet Skowrona i zacząłem zjazd do Czernicy, dzień się skończył, ale gdy wjeżdżałem na Rząśnicką Przełęcz, słońce znowu wzeszło. Zatrzymałem się tam żeby popatrzeć jeszcze chwilę na rozległy stok Ptasiej; z tamtego miejsca wydaje się większy, bardziej stromy, a dolina u stóp głębsza; to jeden z moich ulubionych widoków.
Ten dzień, dzień dwóch zachodów słońca, ostatecznie skończył się w Sokołowcu.
Miałem plan na zakończenie weekendu, plan kulinarny: zjeść w przydrożnym barze chińskim kaczkę po pekińsku; specjalnie z tego powodu zrobiłem na dzisiaj mniej kanapek.
Kaczkę zjadłem, była dobra, chociaż zupełnie inaczej przyrządzona niż znana mi kaczka po pekińsku z innej restauracji chińskiej, więc chyba jednak nie wiem, jak smakuje kaczka rzeczywiście pekińska.

Słoneczne dni zimowe


 Trzy dni przed wyjazdem.

Narzekałem na brak ekscytacji w czasie nocnej jazdy w góry, a dzisiaj, zobaczywszy wielkie słońce w prognozie pogody na najbliższy weekend, poczułem radość i… ekscytację. W sobotę wstanę wcześniej, wszak dzień już wyraźnie dłuższy, i pojadę powłóczyć się w okolicy Mojego Wzgórza (może taką nazwę ustalę dla tego pagórka pod Modrzewiami?), po stokach Babińca i… i jeszcze gdzieś. Gdzie oczy mnie poniosą.

Teraz zajmę się moimi butami, w których mam wykonać pewną zmianę konstrukcyjną. Gdy pracuję przy butach, jestem bliżej gór.



Dzień pierwszy.



Z Czernicy do Mojego Wzgórza. Dalej Babiniec, Posępsko, Mała Bystrzyca i Bystrzyca. Zachodnimi zboczami wzgórz Księża Góra, Buczyniec i Dziób pod Radomiłowice, przejście przez Przeździecki Las pod Bełczynę, Sołtysia Czuba, Pustak, Posępsko, Babiniec, Moje Wzgórze, Czernica.


W szacie o barwie szafranu spłynęła Eos na ziemię…

Te słowa Homera przypomniały mi się, gdy dzisiaj patrzyłem na Eos ubraną właśnie tak, jak on ją kiedyś widział: w peplos o barwie jaśniejącego, świecącego szafranu. Jej samej jednak nie zobaczyłem, ale na pewno była, tylko nie widziałem jej zza wzgórz Chrośnickich Kop.

Rzadko można oglądać zimowy świt tak wyrazisty i kolorowy, jak widziałem dzisiaj. Ciemność tylko odrobinę ustąpiła, dalsze wzgórza stały czarne, bliższe do czerni dodawały trochę szarości, a stok wokół mnie był szarosrebrzysty od szronów na starych trawach. Tak było nisko, niebo natomiast miało barwy nasycone, czyste, bez śladu zamgleń i tak głębokie, że nieboskłon widziałem większym niż zwykle, wydawał się ogromny. Barwy nie do opisu przeze mnie, była ich tam cała paleta – od ciemnego granatu, niemal czerni, na zachodzie, poprzez wszystkie odcienie niebieskie, błękitne, szmaragdowe - do bursztynów, świecącego szafranu i złota nad czarną linią wzgórz na wschodzie.



Pierwsze jasne plamy słońca zobaczyłem daleko: na wschodnim zboczu Szyszaka, na grani Śnieżnych Kotłów i jeszcze cienki sierp światła na Śnieżce. Patrzyłem na zmiany kolorów delikatnej mgiełki okrywającej Karkonosze: do początkowych ciemnosrebrzystych, miejscami nawet szarych odcieni, poprzez fiolety zmieszane z czerwienią, później nieco jaśniejsze róże, w końcu oranż.

Gdy słońce wypłynęło nad drzewa Ptasiej, stok Mojego Wzgórza zalała powódź ciepłego światła. Niebo jaśniało tracąc kolory, a na Śnieżce mrugało światło. Nie wiem co tam świeciło. W czystym powietrzu wyraźnie widziałem budynki na Kotłach, Szrenicy i oczywiście na Śnieżce.



"Chciałbym, aby wschód słońca zastygł mi na dłoni. Miałbym wtedy w tym bursztynowym ziarenku wieczność, spętaną, jak to tylko możliwe. Spętana wieczność….”



To często wspominane przeze mnie słowa Jana Drzeżdżona, mało znanego pisarza, który kiedyś zauroczył mnie nimi.




Wiedząc o prognozowanej słonecznej pogodzie, budzik ustawiłem na nieco wcześniejszą pobudkę i ledwie parę minut po szóstej wjechałem na podwórze domu Konopka w Czernicy, gdzie miałem zarezerwowany nocleg; dzięki uprzejmości gospodyni domu zostawiłem tam samochód i kilka minut później poszedłem czarnym szlakiem ku Wleniowi. Wschód słońca zastał mnie pod wsią Modrzewie, w pobliżu małego, bezimiennego wzgórza, które postanowiłem nazywać Moim Wzgórzem, chociaż moim jest tylko przez odczuwaną sympatię do miejsca.

Ustalona pętla wędrówki biegła w większości znanymi mi drogami; tymi górami przeszedłem około półtora tysiąca kilometrów, trudno więc o trasę zupełnie mi nieznaną; dzisiejszą ustalałem tak, żeby iść odkrytymi stokami, mając swój cień za towarzysza i rozległe widoki wokół.

Miałem chęć rozgościć się na Moim Wzgórzu, ale zimno poranka pognało mnie w drogę; posiedziałem wracając, popołudniu. Marsz rozgrzał mnie i zimno już nie kąsało gołych nóg. Nota bene: mógłby w końcu ktoś wymyślić kalesony, które można by zakładać i zdejmować bez rozbierania się. Byłbym pierwszym klientem.

Radość słońca i drogi, radość wędrowania i wiatru we włosach. Nie, zapędziłem się, czapkę zdjąłem dopiero w południe, ale wszystkie odczuwane cząstkowe radości tamtego ranka składały się na tą jedną, kapryśną i stanowczo zbyt rzadko odczuwaną, radość życia. Cudny stan także z powodu trudności wskazania przyczyny tej radości, mimo iż jest się nią wypełniony. Idę, czuję siebie, oddycham, patrzę na świat wokół i widzę go pięknym. To wszystko i nic więcej nie jest potrzebne. Dlaczego nie może być tak zawsze, albo chociaż przez chwilę, ale codziennie? Dlaczego szarość tak nas przygniata?
Przystawałem na zboczu Babińca, a gdy minąłem Bystrzycę, dłuższą chwilę posiedziałem w pewnym urokliwym miejscu poznanym dwa lata temu, miejscu, o którym myślałem idąc tam. Jest na zachodnim zboczu Buczyńca i jak się okazało, nic nie straciło ze swojej urody. Jeszcze jedno moje miejsce.



Nieco dalej na północ, na stoku Dzioba, jest na mapie zaznaczona droga w poprzek leśnego kompleksu. Nie znam tamtych okolic, w las wszedłem według mapy i od razu trafiłem nosem na druciane ogrodzenie szkółki leśników, ale po jej obejściu drogę znalazłem. Oczywiście jej przebieg niewiele miał wspólnego z mapą, duktów jest tam plątanina, ale świeciło słońce i według niego wybierałem drogi na rozstajach.

Nie podobała mi się ta droga: wzdłuż niej powycinano drzewa, leżą tam jeszcze niewywiezione konary i wzgardzone gałęzie, straszą pniaki ze świeżymi ranami cięć, a sama droga jest rozjeżdżona jak czołgowisko. Trudno pogodzić mi się z ekonomiczną koniecznością, gdy patrzę na wycinkę wielkich i zdrowych drzew, a widziałem tam ślady niedawnego wycinania okazałych jaworów. Dla mnie duże drzewo ma w sobie tajemną magię, jakby duszę miało – może hamadriadę w nim mieszkającą. Takiego drzewa nie powinno się wycinać.

Wyszedłszy z lasu, szedłem rozległymi polami ładnie podzielonymi nitkami drzew, a gdy w końcu zobaczyłem dachy domów, mruknąłem do siebie: powinna to być Bełczyna. Była. Gdy już połapałem się w którą stronę mam iść, przypomniałem sobie polną dróżkę prowadzącą na zbocze Sołtysiej Czuby.



Miło jest wędrować znanymi drogami. Ściana lasu porastającego Pustak zagradza mi drogę, ale wiem, że gdy dojdę do rogu łąki, zobaczę zapomniany dukt, który po paru minutach wyprowadzi mnie na drugą stronę wzgórza, na łąki pod Posępskiem, z których zobaczę Babiniec.

Poszedłem północnym stokiem tej góry, przez las, nieco okrężną trasą, ale chciałem sprawdzić przebieg pewnej drogi. Otóż parę lat temu szedłem tędy, nie było jeszcze wtedy tej poznanej dzisiaj szerokiej i równej drogi wybudowanej zapewne dla wywozu drewna, coś pomieszałem z kierunkami i w rezultacie zamiast pod Babińcem, wyszedłem pod Pasternikiem, ale poznany wtedy las był tak ładny, że kiedyś specjalnie pomylę drogi żeby pójść tam. Chciałbym też wejść raz jeszcze w las którym płynie Kamiennik, bo ładny to las, a kręty strumień płynie malowniczym jarem.

Gdy minąłem szczyt Babińca i stanąłem na skraju rozległych południowych stoków tej góry, było ciepłe, słoneczne popołudnie. 


Zgodnie z planem nie poszedłem najkrótszą drogą, a po prostu wędrowałem po zboczach idąc tam, gdzie długo nie byłem, gdzie podobało mi się, gdzie oczy mnie niosły. Zaniosły w urocze zagajniki brzozowe okolone zielonymi polami, między prześwietlone słońcem ostatnie drzewa lasu, zaniosły też do Zapomnianych Skał (to także nazwa własna) w niewielkim lasku blisko Janówka, skał poznanych parę lat temu. Miałem czas, więc poszedłem zobaczyć, czy stoją. Stoją.

Przed zachodem słońca pomyszkowałem po szczycie Mojego Wzgórza, w efekcie znalazłem ustronny i nieco dziki kącik, a w nim pionowe urwisko. Ma co prawda tylko dwa metry wysokości, ale jest. Zachód był równie klasyczny jak wschód słońca: z woalem delikatnej mgiełki, coraz bardziej czerwony i granatowy, nostalgiczny, z łuną zachodu podkreśloną świecącą obwódką chmur okrywających horyzont i świetlistymi kreskami śladów samolotów.




Chciałbym mieć dom. Zbudowałbym go z kamienia, cegły i drewna. Miałby spadzisty dach z pokojem na poddaszu i dużą werandę, z której mógłbym, siedząc w wiklinowym fotelu, patrzeć na deszcz. Chciałbym mieć w nim wielką bibliotekę i kominek, w którym mieściłyby się grube pnie drewna. Wokół domu posadziłbym brzozy, najpiękniejsze drzewa, ale rosłyby tam też wielkie dęby i lipy, bzy i głogi i dzikie róże. Karmiłbym sarny podchodzące pod dom i wiewiórki biegające po dachu, czytałbym lub patrzył na ogień w kominku, chodziłbym po górach i słuchał Bacha. Z okien mojego domu widziałbym Chrośnickie Kopy, wschody i zachody słońca…

Wybrałem już miejsce na ten mój dom, jest na zboczu Mojego Wzgórza.



Ponownie nocowałem u Bożeny w jej Konopce, i jak poprzednio w towarzystwie jej gości spędziłem miły wieczór.

piątek, 6 lutego 2015

Lutowa wędrówka


Ze wsi Strzyżowiec do wsi Wrzeszczyn, Kowalowe Skały, elektrownia Wrzeszczyn, wzgórze Cichoń, wieś Siedlęcin, Wzgórze Sosny, Zadnia, Strzyżowa, Strzyżowiec.

Boczną szosą, z tych ledwie mieszczących na swojej szerokości samochód osobowy, szos potrafiących bardzo stromo piąć się po zboczach wzgórz, przejechałem z Czernicy do Strzyżowca i zaparkowałem pod kościołem. Idąc na południe, chciałem wejść na bezimienne, ale spore wzgórze pod wsią, niżej minąć wschodni jęzor Jeziora Pilchowickiego i idąc stokami wzgórz dojść do Kowalowych Skał.
Prawie mi się udało, ale po kolei.
Przed wschodem byłem na wzgórzu pod wioską. W jaśniejącym, drżącym powietrzu czułem radosne oczekiwanie na słońce. Tak, radosne i drżące. Nie wiem dlaczego, nie wiem czym ten ranek różnił się od tyluż innych, ale tak właśnie było: powietrze emanowało radością pogodnego poranka, czułem jego przyjemne wibracje. Radość udzieliła się chyba nie tylko mnie, ale i zwierzętom: w pobliżu muczały krowy, a z wioski w dole dobiegało pianie koguta i głosy indyków nieco podobne do śpiewu mew – dźwięki w wyjątkowy sposób pasujące do atmosfery tego ranka. Słońce wyskoczyło szybko znad grzbietu sąsiedniego wzgórza, łąkę zalała powódź światła nasyconego ciepłymi barwami, a przede mną pojawił się mój długi cień.
Witaj dniu:)


Stałem dłuższą chwilę rozglądając się, nim ruszyłem ku ścianie lasu.
Dnem lesistego jaru płynie strumień, domyślałem się, że gdybym poszedł jego brzegiem, doszedłbym do jeziora. Może kiedyś tak zrobię, ale dzisiaj przekroczyłem go i nieco dalej, w szachownicy łąk i zagajników, zaplątałem się nieco, zbytnio oddalając się od południowych brzegów jeziora. W rezultacie niespodziewanie dla siebie doszedłem do szosy pod wzgórzem, które nie od razu zidentyfikowałem jako Cichoń. Ładne to wzgórze, o czym miałem okazję przekonać się później, gdy obchodziłem je w czasie powrotu. Kowalowe Skały są wzgórzem tak słabo zaznaczonym w rzeźbie terenu, że nie od razu rozpoznałem je, a warto było. Otóż gdy minie się obłą wypukłość szczytu idąc na północ, niewiele dalej dojdzie się do brzegu lasu. Niemal płaski do tej pory teren łąki nagle urywa się i stromo, niemal urwiskiem, spada sto metrów w dół, wprost do rzeki, która w tym miejscu wyjątkowo głębokim przełomem przedziera się między wzgórzami. Zbocze najeżone jest malowniczymi skałami, drzewa na najwyższych z nich są powykrzywiane wiatrami, między ich gałęziami prześwituje tafla wody w dole.
Miejsce dopisuję do listy miejsc szczególnie ładnych. Swoją drogą: piszę tak mimo że nie mam takiej listy; może zacząć ją tworzyć?..


Pokręciłem się jeszcze po krawędzi lasu szukając innych skał (później zorientowałem się, że aby zobaczyć je z góry, musiałbym stać na samej krawędzi skalnych urwisk) w końcu zszedłem do elektrowni wrzeszczyńskiej. 


Mniejsza od pilchowickiej, ale też czyniąca wrażenie, zwłaszcza ogromem prac poniesionych dla uzyskania końcowego produktu – prądu. Na internetowej stronie właściciela elektrowni dowiedziałem się, jaką moc mają jej maszyny, a gdy pomnożyłem te wielkości przez cenę energii, uznałem, że sama produkcja prądu byłaby tutaj (jak i w innych bobrzańskich elektrowniach) nieopłacalna, że w grę zapewne wchodzi także bezpieczeństwo powodziowe całej okolicy.
Poszedłem ścieżką nad brzegiem jeziora wypatrując dogodnego miejsca do wejścia na szczyt zalesionego zbocza; w mapy wynikało, że las rośnie tutaj tylko wąskim pasem przydrożnym, a dalej są otwarte przestrzenie i wzgórze Cichoń, które planowałem obejść. Maleńki strumyk wyżłobił w zboczu spory jar, usiadłem na brzegu drogi i pijąc herbatę patrzyłem na dźwięczną stróżkę wody przecinającą drogę i wpadającą do Bobru rozlanego tutaj w jezioro. Pomyślałem o pobliskiej elektrowni, że woda tego strumyka też będzie miała udział w wytworzeniu tam prądu, że dzięki niej gdzieś w Polsce zapali się jedna żarówka lub rozjaśni ekran komputera, na którym może ktoś będzie pisać słowa budzące radość u adresata. Do głowy przyszła mi myśl o wszechogarniających związkach tworzących życie społeczności ludzkich.
Pójdę wzdłuż strumienia, zobaczę jego źródło – postanowiłem.
Nie jest długi, zaczyna się kilkaset metrów dalej i nieco wyżej, na zboczu Cichonia, w zagłębieniu porośniętym trawami mokradeł, niżej ginie wśród traw, znowu pokazuje się, jakby niezdecydowany czy istnieć dalej, dopiero w połowie swojej długości staje się wyraźny. Wokół stoku widoki bardzo ładne! 



Kolejne miejsce do zapisania w złotej księdze Gór Kaczawskich, chociaż… Mam dwa opasłe tomy encyklopedii Sudetów, tomy poświęcone Górom Kaczawskim i Pogórzu, w obu tomach nie ma hasła Cichoń; ponieważ encyklopedia jest tak obszerna, że wymienia wzgórza mniejsze od tego, wydaje się, że rejon tej góry nie jest uznawany na obszar Gór Kaczawskich czy Pogórza. Nie wiem, według jakich kryteriów ustalane są te granice…
Stałem na stoku tej góry w piękny, bo słoneczny, dzień i z satysfakcją rozpoznawałem liczne wzgórza, nawet tak niewiele widoczne, jak Leśnica wystawiająca swój szczyt ponad wydłużony grzbiet Srebrnej. Och, wcale nie jestem takim znawcą!: na horyzoncie niebieścił się masyw, którego nazwy nie byłem pewny, wahając się między Dudziarzem, Lubrzą i Górami Ołowianymi.
U stóp Wapiennej dostrzegłem małe wzgórze; gdy zobaczyłem je po raz pierwszy, a wzgórze widziałem stojąc wyżej, na zboczu Wapiennej, bardzo spodobało mi się. Wiedziałem, że dzisiaj pójdę poznać je bliżej. Schodziłem do Siedlęcina polną drogą, później szedłem na przełaj wprost na tamto wzniesienie; gdy byłem bliżej i zobaczyłem na szczycie samotną, malowniczo wykrzywioną sosnę; góreczkę nazwałem Wzgórzem Sosny. Widziałem tam stary dom pięknie wkomponowany w zbocze, z jego okien zapewne jest wspaniały widok którego zazdroszczę mieszkańcom, a sosna na szczycie okazała się być wdzięcznym obiektem fotografowania.

Poszedłem ku Zadniej. W pobliżu jest bezimienne wzgórze z obłymi zboczami: gdy stoi się na szczycie, nie widać podnóża ani całego zbocza, a jedynie jego najbliższy fragment. Dlatego schodząc w stronę Zadniej, nagle stanąłem na wprost stada krów. Moja obawa o całość własnego tyłka wyraźnie wskazuje na brak u mnie zadatków na torreadora.
Na stokach Zadniej też pasą się stada, ale akurat poszły sobie gdzieś dalej, mogłem więc wejść na szczyt i podziwiać widok znany już, ale przecież nadal cieszący oczy.

Słońce zniżało się, poszedłem więc na Strzyżową, wzgórze blisko już wioski w której zostawiłem samochód. Stałem na szczycie i patrzyłem wokół. Zjadłem ostatnie kanapki, wypiłem resztkę herbaty i nadal patrzyłem. Wiedziałem, że gdy zejdę między domy wioski, słońca, tak rzadkiego gościa zimowych dni, już nie będę widzieć.
Z karkonoskich szczytów powoli schodziły opalizujące chmury, a gdy odsłoniły Śnieżkę, zobaczyłem punkcik jej budowli. Kolory powoli zmieniały się, a delikatna, prześwietlona słońcem, mgiełka czyniła z drobniejszych elementów widzianych obrazów ledwie domysły, które po niewielu minutach znikały bez śladu. 

Gdy światło zachodzącego słońca osiągnęło szczytowy moment swojego nasycenia i w chwilę później zaczęło tracić barwy, wszedłem na drogę wiodącą do wioski.


Mały jubileusz: sześćdziesiąty dzień na kaczawskich szlakach.


Równo cztery lata temu, w mglisty i mroźny dzień, byłem w tych górach po raz pierwszy; czy uwierzyłbym wtedy, że tak szybko staną się one moją pasją? Chyba nie, i właśnie w tej nieprzewidywalności życia jest jego nie najmniejszy urok.
Dzisiaj wyszedłem z Czernicy i czarnym szlakiem doszedłem pod Wleń. Dalej już bez szlaków: Szubieniczna, wieś Nielesto, elektrownia Pilchowice II, wieś Potoki, zboczami Czyżyka do Strzyżowca, z tej wioski zboczami wzgórz do Nielesta, powrót i dalej ścieżkami w pobliżu Zadniej do Czernicy.

Senność. Czy powieki mogą tyle ważyć? Kiedy ja się wyśpię i będę jechać bez usypiania za kierownicą?
Senność i zakręty szosy. Na jednym z nich, prosto przede mną, zobaczyłem pierwszą oznakę końca nocy: odrobinę ciemniejszy od nieba zarys mijanego wzgórza; bardziej po zakrętach drogi niż kształtach zboczy poznałem Wielisławkę.
W czasie pierwszych wyjazdów nad ranem w góry, po paru ledwie godzinach snu, czułem ekscytację, teraz na krętej drodze uderzam się w policzki żeby nie przespać zakrętu drogi. Ekscytacja poszła sobie gdzieś, niewierna, ale na szczęście została przy mnie radość wędrowania. Kiedy więc się wyśpię? Nie teraz, może wtedy, gdy z jakichkolwiek powodów nie będę mógł chodzić.
Gdzie jechać? Po trzech tygodniach nieobecności w moich Kaczawach odpowiedź była jasna. Plan ułożony na sobotę realizowałem dwa dni (niedzielny przekładając na inny wyjazd), a to z powodu urody poznanych miejsc; urody, której – prawda to znana – nie można smakować w pośpiechu.
W pracy muszę skupiać się na setkach spraw, myśleć o rzeczach, które osobiście nie interesują mnie nic a nic, za to na szlaku mogę pozwolić sobie na zagapienie się, pójście tam, gdzie mi się podoba, albo przegapienie drogi którą miałem iść – i tak też jest dobrze!
Parę lat temu szedłem czarnym szlakiem z Czernicy, ale skręciwszy nie tam gdzie powinienem, wyszedłem na Babiniec; dopiero dzisiaj wróciłem na tamto rozdroże. Droga w stronę Babińca skręca w prawo, lubię ją, wyższymi jej fragmentami szedłem parę razy, a na wprost prowadzi szlak do Wlenia – droga równie widokowa jak tamta jej sąsiadka, co okazało się dzisiaj. Wiedzie po łagodnych stokach, z tyłu otwierają się coraz dalsze widoki, a gdy w pobliżu domów Modrzewi, w najwyższym jej miejscu, odwróciłem się, zachłysnąłem się urodą widoków i bogactwem szczegółów. Najbardziej ujął mnie widok małego wzgórza przytulonego do stoku dużej góry na wschód od wioski; niestety, ani ta duża góra, ani tym bardziej mała góreczka, nie mają swoich nazw, szkoda, bo z tą małą wiążą mnie miłe chwile tam spędzone i ładne widoki. Któregoś dnia dostrzegłem to małe wzgórze, wtedy już mi znane, ze stoku Ptasiej i specjalnie poszedłem przywitać się z nim jak ze znajomym.
Idąc dalej, kilka razy miałem wątpliwości co do swojego aktualnego miejsca i identyfikacji wzgórz, ale trudności te, jak i zdarzająca się niepewność, stwarzają wrażenie samodzielnej wędrówki bezdrożami, mają więc swój urok i dają odrobinę satysfakcji, zwłaszcza gdy odnajdzie się szukane miejsca.
Schodzę ze wzgórza które (prawie) na pewno jest Szubieniczną. Jeśli tak, to gdzieś tutaj powinna być droga – czytam mapę. Jest. 


Może odrobinę inaczej usytuowana, ale jest. Niżej wchodzi w las, dobrze, tam powinna ona dojść do szosy i kamieniołomu. Idę zaciekawiony, wypatrując między drzewami wyrwy w ścianie wzgórza – starego kamieniołomu. 

Tym razem był, i to naprawdę ładny pionowymi, malowniczymi ścianami, ale nierzadko, zwłaszcza gdy wyjdę z lasu, długo kręcę mapą i głową nim dopasuję otoczenie do rysunków mapy; wtedy czasami wyrywa mi się zaskoczone: to ja jestem aż tutaj?
Elektrownia na Bobrze nie była przystankiem „po drodze”, była jednym z celów dzisiejszej wędrówki.

W rejonie Gór Kaczawskich, ściślej na ich granicy z Izerami, jest kilka elektrowni wodnych na Bobrze. Największą, w Pilchowicach, widziałem, podziwiałem jej zaporę, ale jak wyglądają pozostałe, czasami malutkie, elektrownie? W ten weekend widziałem dwie spośród nich, ale przyjdzie czas i na pozostałe, bo dla mnie te budowle są interesujące, nawet pociągające, z dwóch powodów: jako obiekty inżynierskie i jako miejsca magicznego wytwarzania prądu elektrycznego, tajemniczej energii, do której tak się przyzwyczailiśmy, że nie dostrzegamy jej wyjątkowości.
Nikt jej nie widział, gniazdko z prądem czy bez niego wygląda dokładnie tak samo; ta energia nie ma zapachu ani ciężaru, nie można jej nalać kanisterek ani zważyć woreczek, bo nie ma nic do ważenia i mierzenia, no bo czy coś tak niepojętego, jak strumień elektronów, jest „czymś”? To wielkie nic, tą czystą energię, można za naciśnięciem guzika zamienić w światło, w ciepło, w zimno, w ruch, a wszystko to na tysiące sposobów; ta energia napędza telefony i tablety, aparaty foto i odtwarzacze mp3, komputery wyświetlające film i te sterujące pracą silnika w samochodzie, ale też ta energia może w mgnieniu oka wytworzyć ogień, w którym będzie się topić stal.
Tak, tak: wystarczy poruszać przewodem w zmiennym polu magnetycznym, żeby wytworzyć w nim prąd, ale skąd tak naprawdę się on bierze i czym jest?? – myślałem stojąc dzisiaj przy oknie budynku elektrowni. Pode mną głośno szumiała woda napędzająca turbiny, a pośrodku hali maszyn tkwiły nieruchomo czerwone maszyny zamieniające czarodziejskim (przecież!) sposobem energię płynącej wody na prąd.

Wszedłem w las, drapałem się pod górę po stromym stoku, a na otwartą przestrzeń wyszedłem nad wsią Potoki, nieco za bardzo na zachód od spodziewanego miejsca, ale przecież świeciło słońce, w dole widziałem malowniczą wieś, a po drugiej stronie doliny zapraszało mnie odkryte zbocze Czyżyka.


 Wzdłuż stoku biegła falista nitka dróżki – widok nieodmiennie pociągający. Poszedłem tam. Droga bardzo widokowa, prawdziwie kaczawska. 




Szedłem nią zwalniając, nie chciałem żeby już się skończyła, dlatego gdy w pobliżu Strzyżowca zobaczyłem nitkę innej drogi na rozległych stokach wzgórz na północ od wsi, skręciłem ku nim i przeszedłem je aż do Nielesta i z powrotem. Jest tam miejsce z tych najbardziej lubianych, budzących mój zachwyt wyrażany mimowolnym okrzykiem „o, kurcze!”: będąc już dość wysoko, przy ścianie lasu, wychodzi się z brzozowego zagajnika wprost na wielki przestwór łąk, lasów i wzgórz z horyzontem zamkniętym odległą ścianą Karkonoszy. 



Krajobraz pogodnej i łagodnej zimy: na polach przeważały kolory zieleni podkreślonej słońcem, zieleni która nieco wyżej, pod szczytami lub w cieniu lasów, przyprószona była śniegiem, i tylko najdalsze szczyty miały biało-granatowe, zimne barwy zimy.
Wśród wielu oglądanych tam wzgórz stoją niedawni znajomi skupieni wokół Zadniej, a blisko na stoku rośnie samotna, pokaźna i sędziwa lipa. Widziałem ją w słońcu, na polu zielonym oziminą i jednocześnie białym od śniegu, w ładny dzień; podobała mi się, ale gdybym tak mógł posiedzieć pod nią w czas jej kwitnienia!

Ładnie tam jest, będę wracać w tamte strony.
Z niechęci marszu szosą i z chęci odwiedzenia Zadniej, wybrałem drogę prowadzącą podnóżem; idąc nią minąłem górę i przeszedłem wąski cypel lasu kierując się w stronę Czernicy.


 Na skraju lasu zatrzymałem się dla wypicia resztki herbaty; szarzało, domy wioski otulał mrok, wiatr niósł drobny, suchy śnieg ostro uderzający w twarz. Nostalgiczna pora dnia, ale i przyjemna, gdy cel wędrówki już blisko.
Wyszedłem na szosę i zaplątałem się. W lewo, czy w prawo do Konopki, domu w którym miałem zarezerwowany nocleg? Po studiowaniu mapy wyszło mi, że w prawo, zapytany kierowca powiedział, że w lewo. Z niepewnością, ale jednak posłuchałem się mapy; po kilometrze marszu przez wioskę okazało się, że poszedłem w dobrą stronę.
Bożena, moja gospodyni i właścicielka Konopki, przywitała mnie jak starego znajomego, a po zajęciu pokoju zaprosiła na lampkę wina. Nie byłem jedynym gościem, jak się okazało; w miłym gronie spędziłem parę godzin, dopiero późna pora i myśl o jutrzejszym wczesnym wstawaniu kazały mi podziękować na gościnę i położyć się spać.
Do wielu nitek łączących mnie z Górami Kaczawskimi, chyba pora na inne – łączące mnie z ludźmi tam mieszkającymi.