Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

piątek, 20 lutego 2015

Słoneczne dni zimowe. Dzień drugi.


Strzyżowiec, Skowron, Płoszczynka, Wapienna, wzgórze na południe od Strzyżowca. Włóczenie się po stokach Czyżyka i po wzgórzach na północ od Strzyżowca.

Wydłużony grzbiet Skowrona przecina lokalna szosa łącząca Strzyżowiec z Czernicą. Wstążka asfaltu szerokości samochodu odważnie pnie się po zboczu tak stromym, że wjechać tam można tylko wtedy, gdy nie ma śniegu, a gdy minie grzbiet, fantazyjnymi meandrami biegnie coraz szybciej do drugiej wioski. Poznałem ją niedawno, a polubiłem od pierwszego przejazdu. Przypomina mi tak samo wąskie i tak samo zagubione wśród wzgórz dróżki w Walii, którymi miałem okazję jechać parę razy i które chciałbym odwiedzić. Takie drogi mają urok swojskości i bliskości, one nie pędzą ślepo jak ich szerokie siostry, one raczej bawią się przestrzenią; nieśpiesznie, rozglądając się, zmierzają do kolejnej wioski ukrytej za grzbietem wzniesienia. Ich wywijasy kojarzą się z tanecznym biegiem roześmianej lejmoniady, nimfy mieszkającej wśród źdźbeł traw na łące.
Samochód zostawiłem na jedynym chyba parkingu w Strzyżowcu, przy kościele, i poszedłem pod górę szosą, którą przed chwilą jechałem. Wiedziałem, że na szczyt Skowrona nie zdążę przed wschodem słońca, chyba że pędziłbym, ale nie zwykłem śpieszyć się na szlaku. Przy drodze rosną dwa samotne, widoczne z daleka drzewa – dąb i lipa. Zawsze mam chwilę czasu dla mijanego strumienia i zawsze jest dobry czas na obejrzenie dużych drzew; gdy odszedłem już od oglądanej lipy, wspomniałem lipę rosnącą na szczycie Dworów, wzgórza na północ od wioski. Rozejrzałem się, po chwili zobaczyłem ją, górującą nad innymi drzewami, wysoką i rozłożystą, a widziałem ją z odległości trzech kilometrów. Odwiedzę cię dzisiaj – obiecałem; nie wiem, czy sobie, czy drzewu.
Ranek podobny był do wczorajszego: czyste kolory górą, dołem oszroniona szarość zimowego krajobrazu. Szedłem wprost na słońce chowające się za obłym szczytem Skowrona; w rytm moich kroków podniosło się i wreszcie zaświeciło mi w twarz, gdy w stanąłem na górze. Oj, ładne widoki miałem! Trawiaste wzgórza z pofałdowanymi stokami ciągną się tam aż po Strzyżowiec, a miejscami jeszcze dalej, po Jezioro Pilchowickie i Bóbr. Na zachodnich ich stokach dzień jeszcze się nie zaczął, na wschodnich światło słońca było zrazu ledwie widoczne, delikatnie zaznaczone, niemal równoległe do ziemi, ale stopniowo rozjaśniało się, a cień na przeciwnych stokach pogłębiał się. Stałem tam chłostany wiatrem, z kapturem naciągniętym na głowę i odwlekałem chwilę zejścia.

Poszedłem drogą biegnącą skrajem lasu chcąc poznać jej bieg, miejsce kończenia się w Płoszczynce. Później była Wapienna ze starymi wyrobiskami wapienia; drzewa wyrosły na  wysokich i stromych ścianach wąwozów wykutych przez ludzi, zacierając ślady ich pracy i przywracając miejsce naturze.
Przeszedłem wzgórzami pod Strzyżowiec i już wchodziłem na zbocze Czyżyka, gdy obejrzałem się i inaczej zobaczyłem bezimienną górę wznoszącą się na południe od wsi, między szosą do jeziora a zielonym szlakiem. Zawróciłem nie tylko dlatego, że zobaczyłem ją ładniejszą, ale także wspomniawszy pewną sobotę sprzed kilku laty, z czasu mojej pobytu w UK: zrezygnowałem wtedy z wyjazdu na klify pod Dover, a okazja już się nie powtórzyła. Pomyślałem, że tamtych wapiennych klifów już zapewne nie zobaczę i że tak samo może być z tą górą.
Cała chyba jest prywatną własnością, bo przegradzają ją druty pastwisk, ale że bydła nie widziałem, a góra kusiła, poszedłem. Od strony Czyżyka zbocze jest dość strome, poprzecinane nitkami dróg i drzew – najprawdziwsze kaczawskie widoki, a ze szczytu roztacza się pełna panorama. Z jednej strony prześwituje między wzgórzami i drzewami tafla Jeziora Pilchowickiego, za nim widać liczne wzgórza izerskie, z drugiej strony dwa wyraźne stożki Sokolików w Rudawach Janowickich. Oczywiście całe Karkonosze, liczne drobiazgi górskie, a bliżej Zadnia i wszyscy jej sąsiedzi.


Miejsce dopisuję do swojej listy miejsc najładniejszych.
Widziałem też wierzchołek Ptasiej, częstej towarzyszki tej dwudniowej wędrówki. Stawałem gdzieś na stoku czy szczycie pagóra, rozglądałem się wokół i na ogół dostrzegałem ją gdzieś na horyzoncie; bywało, że jej widok był dla mnie niespodziewany. Zdarzało mi się widzieć tylko skrawek jej szczytu, ale przecież znam ją i rozpoznaję dobrze. Ta góra była jak powracające echo, jak tamte słowa Poety o szafranowym kolorze szat bogini Eos, albo jak droga, która idzie ze mną pozostając nieruchomą. Wczorajszy dzień rozpoczął się wschodem słońca między drzewami tej góry, wschodem oglądanym w pobliżu Mojego Wzgórza, a dzisiaj widok tak ładnego północnego stoku Ptasiej był ostatnim widokiem oglądanym w ten weekend, gdy o zachodzie stałem na Rząśnickiej Przełęczy, żegnając dzień i moje góry.
Poszwendałem się po odkrytym zboczu Czyżyka, pomyszkowałem trochę w poszukiwaniu przejścia na wydłużoną polanę śródleśną kończącą się blisko szczytu, ale nie znalazłem. Kłopot z takimi miejscami polega na zarośnięciu wąskich przejść młodym lasem tak dokładnie, że jeśli nie wiadomo gdzie wejść w gąszcz, długo można przedzierać się chaszczami. Gdy będę wybierać się tam kiedyś, obejrzę dokładnie satelitarne zdjęcia, wyznaczę odległość polany od charakterystycznego miejsca na brzegu lasu i wtedy powinienem trafić bez pudła na tą ukrytą polanę i dalej na szczyt.
Późniejszy dopisek: oglądałem lasy Czyżyka na zdjęciach googli, polana pokazywana na mapie już nie istnieje, zapewne zarosła lasem wiele lat temu, o czym producent mapy jeszcze nie wie, jak i nie wie o wielu innych faktach dotyczących tych gór.
Wracam na zbocze Czyżyka. Tak, to prawda: nie miałem ochoty iść pod górę przedzierając się gęstym lasem. Świeciło słońce, wolałem pójść na drugą stronę doliny, do tamtej wielkiej lipy i widokowego miejsca opodal. Wyszukałem jeszcze dogodne zejście do szosy z łąk na zboczu Czyżyka, przeciąłem główną ulicę wioski i poszedłem w stronę lipy.


Szedłem drogą celującą w niebo i drogą schowaną wśród głogów, szedłem drogą wysadzaną starymi czereśniami lub kamieniami, a gdy któraś z nich wiodła mnie na manowce, zostawiałem ją i wchodziłem na pola. Niosłem na ociężałych butach ich lepką ziemię, idąc łąkami zostawiałem ją na trawach, a dalej znowu trafiałem na drogę i szedłem nią, kuszony jej niknięciem na zakręcie przy starej, ogłowionej wierzbie.
Przywitałem się z lipą, a wyżej, przy brzozowym zagajniku, urządziłem przerwę mając przed sobą rozległy i ładny widok – kolejne miejsce do mojej listy.


Miałem na nogach wysokie, masywne buty. Założyłem je na wyrost, bo przeznaczone są na najcięższe warunki, na mróz, głębokie śniegi i błota, na piargi, ale założyłem je chcąc sprawdzić moją przeróbkę – dodanie pary języków. Modyfikacja sprawdziła się, ale tak wymęczyłem nogi wczorajszą jedenastogodzinną wędrówką w tych butach, że dzisiaj uznałem, iż dziewięć godzin na szlaku wystarczy. Schodziłem powoli, nie najkrótszą drogą (chyba miałem do siebie trochę żalu o ten wcześniejszy powrót), patrząc wokół w staraniu nasiąknięcia słońcem i słonecznymi widokami, a na parkingu byłem dwa kwadranse przed zachodem słońca. 


Jechałem na wschód widząc słońce w lusterku. Gdy minąłem grzbiet Skowrona i zacząłem zjazd do Czernicy, dzień się skończył, ale gdy wjeżdżałem na Rząśnicką Przełęcz, słońce znowu wzeszło. Zatrzymałem się tam żeby popatrzeć jeszcze chwilę na rozległy stok Ptasiej; z tamtego miejsca wydaje się większy, bardziej stromy, a dolina u stóp głębsza; to jeden z moich ulubionych widoków.
Ten dzień, dzień dwóch zachodów słońca, ostatecznie skończył się w Sokołowcu.
Miałem plan na zakończenie weekendu, plan kulinarny: zjeść w przydrożnym barze chińskim kaczkę po pekińsku; specjalnie z tego powodu zrobiłem na dzisiaj mniej kanapek.
Kaczkę zjadłem, była dobra, chociaż zupełnie inaczej przyrządzona niż znana mi kaczka po pekińsku z innej restauracji chińskiej, więc chyba jednak nie wiem, jak smakuje kaczka rzeczywiście pekińska.

4 komentarze:

  1. Bardzo ciekawe opisy i zdjęcia, jeśli mogę zapytać skąd zainteresowanie tymi jakże pięknymi ale niedocenianymi (przez bliskość Karkonoszy...) górami Kaczawskimi, jestem mieszkańcem okolic które Pan w lutym odwiedził, następnym razem można sie ze mną skontaktować przez:http://fotopolska.eu/3027,user.html?galeria_zdjec

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za odwiedziny. W internecie jest miły zwyczaj zwracania się do siebie po imieniu. To dobry zwyczaj, wygodny. Mieszkałem trochę w UK, tam wszyscy do wszystkich mówią na ty, podobało mi się to.
      Skąd zainteresowanie Górami Kaczawskimi… A żebym ja to wiedział! Czasami myślę, że może wzięło się z dzieciństwa spędzonego na Wyżynie Lubelskiej. Pofałdowane pola widziane wtedy przypominają trochę stoki kaczawskich pól i łąk. A może po prostu wolę szwendać się bezdrożami i polnymi dróżkami? Dość, że niskie góry bardziej mi odpowiadają, niż góry typu alpejskiego.
      Zajrzałem na podany adres, oglądałem zdjęcia starego Lublina. Ojej, to moje rodzinne miasto… Dziękuję za propozycję. Może udałoby się spotkać gdzieś w okolicach Strzyżowca?… Dzisiaj też byłem w Kaczawskich, myszkowałem wokół wioski Chrośnica.
      Dariuszu, gdy będę wybierać się w Twoje okolice, dam znać.

      Usuń
  2. Witam i pozdrawiam...w niedzielę 23 X . spotkaliśmy się przypadkiem w Chrośnicy, gdzie odbyliśmy miłą rozmowę na temat pasji wędrowania, historii i mojej - fotografowania, jak widać powyżej, prawie rok temu napisałem komentarz...Ciekawe przypadki się czasem zdarzają...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzień dobry, Dariuszu.
      To już nie przypadek, trzeba więc spotkać się nam. Jeśli nie masz planów na długi weekend w przyszłym tygodniu, zapraszam na wspólną łazęgę. Jak Ci wspomniałem, od 11 do 13 listopada będę w Górach Kaczawskich. Wybierz dzień bardziej Ci pasujący, spotkalibyśmy się na parkingu przy kościele, na przykład. Liczyłbym na pokazanie mi Twoich ulubionych miejsc w okolicy i na długą rozmowę w drodze.
      Co odpowiesz?

      Usuń