Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

piątek, 6 lutego 2015

Lutowa wędrówka


Ze wsi Strzyżowiec do wsi Wrzeszczyn, Kowalowe Skały, elektrownia Wrzeszczyn, wzgórze Cichoń, wieś Siedlęcin, Wzgórze Sosny, Zadnia, Strzyżowa, Strzyżowiec.

Boczną szosą, z tych ledwie mieszczących na swojej szerokości samochód osobowy, szos potrafiących bardzo stromo piąć się po zboczach wzgórz, przejechałem z Czernicy do Strzyżowca i zaparkowałem pod kościołem. Idąc na południe, chciałem wejść na bezimienne, ale spore wzgórze pod wsią, niżej minąć wschodni jęzor Jeziora Pilchowickiego i idąc stokami wzgórz dojść do Kowalowych Skał.
Prawie mi się udało, ale po kolei.
Przed wschodem byłem na wzgórzu pod wioską. W jaśniejącym, drżącym powietrzu czułem radosne oczekiwanie na słońce. Tak, radosne i drżące. Nie wiem dlaczego, nie wiem czym ten ranek różnił się od tyluż innych, ale tak właśnie było: powietrze emanowało radością pogodnego poranka, czułem jego przyjemne wibracje. Radość udzieliła się chyba nie tylko mnie, ale i zwierzętom: w pobliżu muczały krowy, a z wioski w dole dobiegało pianie koguta i głosy indyków nieco podobne do śpiewu mew – dźwięki w wyjątkowy sposób pasujące do atmosfery tego ranka. Słońce wyskoczyło szybko znad grzbietu sąsiedniego wzgórza, łąkę zalała powódź światła nasyconego ciepłymi barwami, a przede mną pojawił się mój długi cień.
Witaj dniu:)


Stałem dłuższą chwilę rozglądając się, nim ruszyłem ku ścianie lasu.
Dnem lesistego jaru płynie strumień, domyślałem się, że gdybym poszedł jego brzegiem, doszedłbym do jeziora. Może kiedyś tak zrobię, ale dzisiaj przekroczyłem go i nieco dalej, w szachownicy łąk i zagajników, zaplątałem się nieco, zbytnio oddalając się od południowych brzegów jeziora. W rezultacie niespodziewanie dla siebie doszedłem do szosy pod wzgórzem, które nie od razu zidentyfikowałem jako Cichoń. Ładne to wzgórze, o czym miałem okazję przekonać się później, gdy obchodziłem je w czasie powrotu. Kowalowe Skały są wzgórzem tak słabo zaznaczonym w rzeźbie terenu, że nie od razu rozpoznałem je, a warto było. Otóż gdy minie się obłą wypukłość szczytu idąc na północ, niewiele dalej dojdzie się do brzegu lasu. Niemal płaski do tej pory teren łąki nagle urywa się i stromo, niemal urwiskiem, spada sto metrów w dół, wprost do rzeki, która w tym miejscu wyjątkowo głębokim przełomem przedziera się między wzgórzami. Zbocze najeżone jest malowniczymi skałami, drzewa na najwyższych z nich są powykrzywiane wiatrami, między ich gałęziami prześwituje tafla wody w dole.
Miejsce dopisuję do listy miejsc szczególnie ładnych. Swoją drogą: piszę tak mimo że nie mam takiej listy; może zacząć ją tworzyć?..


Pokręciłem się jeszcze po krawędzi lasu szukając innych skał (później zorientowałem się, że aby zobaczyć je z góry, musiałbym stać na samej krawędzi skalnych urwisk) w końcu zszedłem do elektrowni wrzeszczyńskiej. 


Mniejsza od pilchowickiej, ale też czyniąca wrażenie, zwłaszcza ogromem prac poniesionych dla uzyskania końcowego produktu – prądu. Na internetowej stronie właściciela elektrowni dowiedziałem się, jaką moc mają jej maszyny, a gdy pomnożyłem te wielkości przez cenę energii, uznałem, że sama produkcja prądu byłaby tutaj (jak i w innych bobrzańskich elektrowniach) nieopłacalna, że w grę zapewne wchodzi także bezpieczeństwo powodziowe całej okolicy.
Poszedłem ścieżką nad brzegiem jeziora wypatrując dogodnego miejsca do wejścia na szczyt zalesionego zbocza; w mapy wynikało, że las rośnie tutaj tylko wąskim pasem przydrożnym, a dalej są otwarte przestrzenie i wzgórze Cichoń, które planowałem obejść. Maleńki strumyk wyżłobił w zboczu spory jar, usiadłem na brzegu drogi i pijąc herbatę patrzyłem na dźwięczną stróżkę wody przecinającą drogę i wpadającą do Bobru rozlanego tutaj w jezioro. Pomyślałem o pobliskiej elektrowni, że woda tego strumyka też będzie miała udział w wytworzeniu tam prądu, że dzięki niej gdzieś w Polsce zapali się jedna żarówka lub rozjaśni ekran komputera, na którym może ktoś będzie pisać słowa budzące radość u adresata. Do głowy przyszła mi myśl o wszechogarniających związkach tworzących życie społeczności ludzkich.
Pójdę wzdłuż strumienia, zobaczę jego źródło – postanowiłem.
Nie jest długi, zaczyna się kilkaset metrów dalej i nieco wyżej, na zboczu Cichonia, w zagłębieniu porośniętym trawami mokradeł, niżej ginie wśród traw, znowu pokazuje się, jakby niezdecydowany czy istnieć dalej, dopiero w połowie swojej długości staje się wyraźny. Wokół stoku widoki bardzo ładne! 



Kolejne miejsce do zapisania w złotej księdze Gór Kaczawskich, chociaż… Mam dwa opasłe tomy encyklopedii Sudetów, tomy poświęcone Górom Kaczawskim i Pogórzu, w obu tomach nie ma hasła Cichoń; ponieważ encyklopedia jest tak obszerna, że wymienia wzgórza mniejsze od tego, wydaje się, że rejon tej góry nie jest uznawany na obszar Gór Kaczawskich czy Pogórza. Nie wiem, według jakich kryteriów ustalane są te granice…
Stałem na stoku tej góry w piękny, bo słoneczny, dzień i z satysfakcją rozpoznawałem liczne wzgórza, nawet tak niewiele widoczne, jak Leśnica wystawiająca swój szczyt ponad wydłużony grzbiet Srebrnej. Och, wcale nie jestem takim znawcą!: na horyzoncie niebieścił się masyw, którego nazwy nie byłem pewny, wahając się między Dudziarzem, Lubrzą i Górami Ołowianymi.
U stóp Wapiennej dostrzegłem małe wzgórze; gdy zobaczyłem je po raz pierwszy, a wzgórze widziałem stojąc wyżej, na zboczu Wapiennej, bardzo spodobało mi się. Wiedziałem, że dzisiaj pójdę poznać je bliżej. Schodziłem do Siedlęcina polną drogą, później szedłem na przełaj wprost na tamto wzniesienie; gdy byłem bliżej i zobaczyłem na szczycie samotną, malowniczo wykrzywioną sosnę; góreczkę nazwałem Wzgórzem Sosny. Widziałem tam stary dom pięknie wkomponowany w zbocze, z jego okien zapewne jest wspaniały widok którego zazdroszczę mieszkańcom, a sosna na szczycie okazała się być wdzięcznym obiektem fotografowania.

Poszedłem ku Zadniej. W pobliżu jest bezimienne wzgórze z obłymi zboczami: gdy stoi się na szczycie, nie widać podnóża ani całego zbocza, a jedynie jego najbliższy fragment. Dlatego schodząc w stronę Zadniej, nagle stanąłem na wprost stada krów. Moja obawa o całość własnego tyłka wyraźnie wskazuje na brak u mnie zadatków na torreadora.
Na stokach Zadniej też pasą się stada, ale akurat poszły sobie gdzieś dalej, mogłem więc wejść na szczyt i podziwiać widok znany już, ale przecież nadal cieszący oczy.

Słońce zniżało się, poszedłem więc na Strzyżową, wzgórze blisko już wioski w której zostawiłem samochód. Stałem na szczycie i patrzyłem wokół. Zjadłem ostatnie kanapki, wypiłem resztkę herbaty i nadal patrzyłem. Wiedziałem, że gdy zejdę między domy wioski, słońca, tak rzadkiego gościa zimowych dni, już nie będę widzieć.
Z karkonoskich szczytów powoli schodziły opalizujące chmury, a gdy odsłoniły Śnieżkę, zobaczyłem punkcik jej budowli. Kolory powoli zmieniały się, a delikatna, prześwietlona słońcem, mgiełka czyniła z drobniejszych elementów widzianych obrazów ledwie domysły, które po niewielu minutach znikały bez śladu. 

Gdy światło zachodzącego słońca osiągnęło szczytowy moment swojego nasycenia i w chwilę później zaczęło tracić barwy, wszedłem na drogę wiodącą do wioski.


3 komentarze:

  1. Myślałam, że w górach leży więcej śniegu, a tu tyle co na Wybrzeżu ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj, Ruda.
    Może dlatego, że słowo „góry” w odniesieniu do Gór Kaczawskich jest trochę na wyrost; szczyty, na których ostatnio byłem, nie mają nawet pięciuset metrów wysokości; zresztą, takie przeważają w tych górach. Tydzień temu nie było śniegu, ale przecież wiesz, że nawet przy tak niewielkich różnicach wysokości, różnice w ilości śniegu mogą być znaczne. Pamiętam, jak której zimy jechałem pod górę przez Komarno: w dole, na wysokości Jeleniej Góry, była jesień, a wyżej, blisko szczytu Skopca, tam kończy się wioska, świerki stały ośnieżone.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem coś o tym. Ileż to razy na Pogórzu Izerskim jest wiosennie, a do mojej chatki nie da się dojechać z powodu zasp na drodze.

      Usuń