Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

poniedziałek, 26 lutego 2018

O niekoniecznie zbawczej roli myślenia

230218

O książkach
Słyszałem niedawno pouczającą i nieco humorystyczną historyjkę o pewnym popularnym autorze książek fantasy. Otóż gdy rozmawiano z nim o finansowych warunkach zgody na nakręcenie filmu na podstawie jego książek, zażyczył sobie udziałów w zysku, jaki film przyniesie. Ponieważ film był źle nakręcony, niedorównujący dobrej prozie, zysków nie przyniósł, dlatego gdy później firma zajmująca się tworzeniem gier komputerowych poprosiła go o zgodę na wykorzystanie jego pomysłów, zażądał konkretnej kwoty, a nie procentowych udziałów. Gra okazała się światowym szlagierem, ale znaczne profity znowu ominęły autora. Ostatnio mówi się o nakręceniu w USA filmu na podstawie… tej gry komputerowej. Ciekawe, czy nasz autor będzie na liście płac.
Coraz częściej znajduję informację o nakręceniu filmu na podstawie fabuły gry komputerowej, a i doniesienia o napisaniu książki się zdarzają.
To oczywiste przekręcenie kolejności, a więc i ważności, wszak do tej pory pierwszą była książka, film z reguły kręcono wtedy, gdy powieść okazała się bestsellerem, natomiast uznawanie sukcesu gry jako dobrego wskaźnika opłacalności filmu czy książki jest znamieniem ostatnich lat.
Daje się tutaj zauważyć przemiana, której się obawiam. Książka przestaje być wzorem, nośnikiem wartości, środkiem przekazu myśli i idei. Nie sukces książki jest miarą opłacalności przyszłego filmu, a komputerowa gra. Bliżej teraz książce do tych licznych gadżetów, którymi chce się wycisnąć dodatkowe pieniądze z dochodowego pomysłu.

Telefony i słowa
Najbardziej pasujący mi telefon nie jest już produkowany ani nawet naprawiany, kupiłem więc typowego smartfona. Tamten nieodżałowany staruszek miał porządną klawiaturę qwerty, na której dość szybko pisałem dwoma, trzema palcami, oraz niezły edytor tekstu, nowsza odmiana jedno i drugie miała znacznie gorsze, a jak ma smartfon, to wszyscy wiedzą. Jeśli do tego faktu dodać wielką popularność komputerów bez klawiatury, wyraźnie widać odchodzenie od pisma. Akurat tutaj rozumiem producentów, którzy dają ludziom to, co chcą. Mamy więc wiele w naszych komputerkach, ale litery są na tej liście na dalekim, właściwie na ostatnim miejscu.
Aparat fotograficzny noszony przez każdego i zawsze jest przydatny w wielu sytuacjach, ale to, co nierzadko widuję, budzi moją niezgodę. Tam, gdzie informację można precyzyjnie zapisać w paru słowach, robi się zdjęcie, które nie zawsze jest czytelniejsze do słów. Któregoś razu dałem szefowi odręcznie, ołówkiem (a moje pismo trudno przeczytać; upewniałem się, czy zapis jest dla niego czytelny) zapisaną kartkę z paroma wymiarami, razem może kilkanaście słów i liczb; dane te miały być wysłane mailem. Ze zdumieniem, ale i odrobiną rozbawienia, patrzyłem na wygładzanie karteluszki, na robienie kilku zdjęć, ich oglądanie i wybieranie wyraźniejszego, na koniec wysyłanie zdjęcia jako załącznik do pustego e-maila.
Pisanie coraz częściej jest kłopotem dla ludzi. Wielka sztuka, którą ludzie doskonalili przez tysiąclecia, na naszych oczach jest zapominana. Boli mnie wzruszanie ramionami nad traceniem zdolności rozumienia pisma. Trudno mi się pogodzić z tą obojętnością ludzi, z jakże łatwym i szybkim odchodzeniem od zwyczaju używania liter.

Telefony i milimetry
Znajomy używający bardzo często telefonu podzielił się ze mną ciekawym spostrzeżeniem: telefony były i są z kabelkami. W samochodzie ma ładowarkę – tłumaczył – oczywiście w pracy oraz w domu też, i korzysta nich przy każdej okazji. Tyle że, dodam od siebie, kiedyś kabelkiem płynęły nasze słowa, teraz prąd do bateryjki. Dlaczego nie wyposaża się telefonów w większe baterie? Ponieważ ludzie chcą mieć cienkie telefony, słyszę. Otóż nie zgadzam się z takim wytłumaczeniem. Przy niemałej powierzchni obecnych telefonów, po ich pogrubieniu o 2 milimetry wielkość miejsca na baterię wzrosłaby przynajmniej dwukrotnie, a telefon nadal byłby cienki. W początkach ery telefonów mobilnych modna była nokia 450, pierwszy telefon prawdziwie kieszonkowy; kosztował, nota bene, 4500 zł. Można było podłączyć do niego standardową baterię lub, bez żadnych przeróbek, dwakroć większą, która sporo pogrubiała telefon. Większość użytkowników, łącznie ze mną, kupowała większe baterie, ale wtedy był wybór, którego obecnie producenci nas pozbawili, na dokładkę wmawiając nam, że właśnie tego chcemy. Telefon musi mieć 8 mm grubości i ważyć 8 deko, bo dziesięciomilimetrowy i dziesięciodekagramowy jest be.
I ludzie w to wierzą, a nawet zaczynają uznawać takie poglądy za swoje własne.

Elektronika i samochody
W moim samochodzie jest coś, co nazywa się klimatronik: skomplikowany zespół czujników, silników, przekładni i komputerowy sterownik na dokładkę. To wszystko w miejsce dwóch czy trzech zwykłych mechanicznych pokręteł do ustawiania temperatury w samochodzie. Ten mój nie działa zbyt dobrze, ale gdy usłyszałem możliwy koszt naprawy uznałem, że... właściwie działa bardzo dobrze.
Z każdym rokiem w samochodach przybywa elektroniki. Dawniej rewolucją był cyfrowo sterowany wtrysk paliwa w miejsce gaźnika, później ABS, czyli elektroniczno-hydrauliczny nadzór nad hamowaniem, a teraz jest systemów tyle, że chyba tylko redaktorzy motoryzacyjnych magazynów znają je wszystkie. Nawet otwieranie okien czy bagażnika, nie mówiąc o zawieszeniu czy przeniesieniu napędu, nadzorowane jest specjalistycznymi komputerkami.
Co mamy w zamian? Według mojej oceny niewiele istotnie przydatnych funkcji, dużo więcej bajerów obliczonych na zaszokowanie klienta, jak otwieranie bagażnika machnięciem nogi czy domykanie drzwi siłownikami. Mamy ślepą uliczkę. Wszechobecność elektroniki spowodowała nie tylko konieczność wykonywania prostych napraw w warsztacie, ale i unieruchomienia samochodu mechanicznie sprawnego z powodu złego działania jakiegoś programu komputerowego lub jego najzwyklejszego zawieszenia się. Każdy z nas zna z autopsji lub z opowiadań zdarzenia, które szokowałyby, gdyby nie ich powszechność. Wiezienie samochodu na lawecie z powodu spalonej żarówki, która unieruchomiła swoim zwarciem niezawodną jakoby elektronikę, przejście w tryb awaryjny w momencie wyprzedzania, uparte informowanie komputera o zepsutej sondzie, bezzasadna odmowa uruchomienia silnika – przykładów mnożyć.
Podobnie jak w przypadku cieniutkich telefonów codziennie ładowanych, przekonuje się nas, że tego właśnie chcemy – i, podobnie jak tam, nie zgodzę się.
Owszem, bajery nieco poprawiają wygodę, to i owo zdejmują nam z głowy, ale tylko nieco, tylko to i owo, a dzieje się to znacznym kosztem cen samochodów i napraw, a nade wszystko ich zwiększonej zawodności.

O kosztach utrzymania samochodu
Napiszę coś, co niektórych dziwi; słyszę jednak i podobne zdania. Otóż przeciętnego Polaka tak naprawdę nie stać na nowy lub niewiele używany samochód, o ile przyjmie się dwa warunki: na nowy samochód średniej klasy (czyli kosztujący 100, albo niewiele mniej, tysięcy złotych) nie można oszczędzać kilka lat lub tyleż lat go spłacać, ponieważ ekonomicznego sensu w takim postępowaniu nie ma, a niewielu z nas jest w stanie wydać takie pieniądze po rocznym, na przykład, oszczędzaniu. Drugi warunek, to nieprzekraczanie rozsądnych kosztów utrzymania samochodu w stosunku do dochodów. Przed chwilą sprawdziłem ceny. Nowy opel astra kosztuje od 60 do 90 tysięcy, natomiast dziesięcioletni 15 - 20 tysięcy, a to znaczy, że na samą amortyzację wydajemy pięć lub więcej tysięcy złotych rocznie. W przypadku droższych samochodów ta kwota wzrośnie nawet parokrotnie; podobnie, gdy wymieniać będziemy pojazd częściej. Trudno więc się dziwić małej liczbie nowych samochodów kupowanych przez prywatne osoby. Przecież jeśli dodam paliwo na przeciętny przebieg roczny i parę innych niezbędnych wydatków, kwota przekroczy 15 tysięcy; a są jeszcze naprawy – nie tylko wymiana zużytych opon czy klocków, ale i wariującej elektroniki.
Piszę o tym nie dla wykazania naszej małej zamożności, bo ta jest znana większości Polakom z autopsji, ale z powodu tej elektroniki. Kiedyś przyszła mi do głowy myśl o budowaniu samochodów pozbawionych tych wszystkich bajerów, a za to wyraźnie tańszych. Słyszałem opinię, że nikt nie kupowałby takich samochodów, ale na podstawie mojego własnego stanowiska i odbytych rozmów myślę, że jednak nabywcy byliby. To ci spośród przeciętnie zarabiających, którzy w nosie mają fajerwerki i błyskotki, a chcą mieć w miarę cichą i wygodną, a nade wszystko niezawodną i w rozsądnej cenie, maszynę do przemieszczania się, a nie do pokazywania swojego statusu, przedłużania męskości czy prób upodobnienia się do zamożniejszych.
Skoro nie byłoby potrzeby drogiego opracowywania nowego modelu, tylko odchudzenie istniejących, dlaczego nie są produkowane? A może faktycznie ma rację mój syn mówiący mi, iż w swoich oczekiwaniach i preferencjach znacznie odstaję od średniej, co tutaj znaczy, że bardzo niewiele osób ma takie oczekiwania jakie ja mam.
Mimo tych jego słów dołączam listę elektronicznych gadżetów do cieniutkiej jak listek bateryjki w telefonie i razem kładę obok naszej podległości polityce wielkich koncernów.

Precyzja języka a komputery
W mojej pracy dość często koresponduję z firmami w sprawie usług lub towarów przez nich oferowanych, obserwując przy tej okazji dużą i ciągle narastającą trudność ludzi w jasnym wyrażeniu swoich myśli na piśmie i w zrozumieniu czytanych słów. Nonszalancki stosunek do klienta mającego jakieś pytania czy wątpliwości jest normą, i to starej już daty, której kapitalistyczna walka o klienta nie zmieniła, a jedynie pokryła cienką warstwą błyszczącego lakieru. W ostatnich latach tej niedbałości wobec języka, także pisanego, szybko przybywa. Można by strony całe zapisywać przejawami językowego uwstecznienia ludzi, ale moim zamierzeniem przy pisaniu tego tekstu było tylko zasygnalizowanie pewnych przemian, a nie pisanie elaboratów, więc wspomnę o tekstach technicznych tłumaczonych z języków obcych, ponieważ z nimi mam nierzadko do czynienia zawodowo.
Niezrozumiałe dziwolągi słowne, zwykłe reklamówki zamiast istotnej treści, brak odpowiedzi na pytania lub odpowiedź nie na temat, sprzeczne informacje – to tylko kilka przykładów, niestety typowych, w treściach stron firmowych.
Jest na blogu tekst o tego rodzaju moich przygodach, z niego wklejam fragment otrzymanego listu związanego z przesyłką kurierską:
„Użytkownik HEWLETT PACKARD zażądał wysłania tej wiadomości w celu powiadomienia o przesłaniu do firmy UPS poniższych informacji o przesyłce elektronicznej. Wysyłka fizycznych paczek mogła faktycznie nie zostać zlecona firmie UPS.”
Na szczęście prywatnie nie mam już do czynienia z firmami posługującymi się takim bełkotem, w pracy jednak mam inaczej. To, z czym najtrudniej mi się pogodzić, to nie same błędy, wszak i ja je czynię, ale absolutna, totalna obojętność ludzi na ich popełnianie. Kilka razy wskazywałem moim rozmówcom błędy, i to wcale nie ortograficzne czy stylistyczne, a merytoryczne, dotyczące istotnych treści technicznych, albo błędy w budowie zdań czyniące ich treść nieczytelną – jak w tych przykładowych zdaniach wyżej – ale nigdy nie poprawiono błędów i jedynym rezultatem uwag było silnie wyczuwalne złe nastawienie rozmówcy lub po prostu jego milczenie.
Doszedłem do dwóch przyczyn takiego stanu rzeczy: pierwszy stary jest jak świat, mianowicie niechęć ludzi do wskazywania ich błędów. Drugi dawniej był mało znaczący, zwłaszcza wśród ludzi lepiej wykształconych, obecnie jednak szybko nabiera znaczenia, a jest nim obojętność na jakość słownego wyrażania swoich myśli.
Dawno zrezygnowałem z wysyłania takich wskazówek, w końcu na stronę tej czy innej firmy zajrzę, załatwię co mam do załatwienia i na tym koniec. Jest jednak miejsce, gdzie styczność z nieporadnością językową mam na co dzień, zwłaszcza w czasie wolnym, a okoliczności nie pozwalają mi z nich zrezygnować: to programy komputerowe. Przykładów można wymieniać bez końca, a wszystkie byłyby miejscami źle, bo nielogicznie, nieprecyzyjnie nazwanymi lub znajdującymi się w przypadkowych miejscach menu, jednak podam tylko dwa przykłady, wcale nie najbardziej znaczące, a po prostu ostatnie dwa przykłady.
W nowym systemie operacyjnym znalazłem ikonkę powszechnie i od wielu lat używaną jako symbol wyłącznika zasilania, a gdy kliknę na nią, otwiera się lista, na której funkcja wyłączenia komputera nazwana jest „zamknij”. Przez dziesięciolecia funkcja wyłączenia komputera nazywana była wyłączeniem komputera, no jak inaczej miałaby się nazywać. Cóż, może się nazywać jego zamknięciem. Drobiazg, powie ktoś? Dla mnie o tyle drobiazg, że dzięki wcześniej widocznej ikonce zorientowałem się co naprawdę oznacza przycisk, ale jednocześnie bardzo poważna sprawa, ponieważ niepozwalająca, albo przynajmniej bardzo utrudniająca, posługiwanie się logiką w obsłudze programów. No bo skoro wyłączenie urządzenia nazywa się zamknięciem, to właściwie spodziewać się można wszystkiego. I tak jest, bo oto z wielkim trudem, korzystając z pomocy syna, skopiowałem via internet zakładki przeglądarki internetowej ze starego na nowy komputer. Tyle że nie było ich, dopiero syn je znalazł. Ja szukałem tam, gdzie logika i spodziewanie mi nakazywały, mianowicie pod przyciskiem nazwanym „pasek zakładek”, a one były w „menu zakładki”. Gdzie tutaj jakaś logika? Myślę, że tym bezradnym pytaniem doszedłem do istotnego powodu szybkiego opanowywania obsługi programów przez dzieci: one nie doszukują się w prztykologii logiki, a po prostu prztykają gdzie się da i tym sposobem trafiają.
W obsłudze programów jest istotny pierwiastek powiązania między użytkownikiem a programistą, powiązania tykającego sfery psychiki i ducha, ponieważ do skojarzeń programisty użytkownik musi się nagiąć, wytłumić swoje odruchowe skojarzenia, nauczyć się innych odruchów, jakże często obcych i niezrozumiałych, aby móc obsługiwać dzieło umysłu nieznanej osoby – program komputerowy. Gdy czytana książka okazuje się być dla mnie niejasna, źle napisana, przestawiająca poglądy czy wartościowania obce mi, po prostu ją odłożę, nie ma nic ani nikogo, kto mógłby wywierać na mnie presję. W przypadku programistów i owoców ich myślenia jest inaczej, ponieważ albo nie ma wyboru, albo jest między złym i niewiele się różniącym (owszem, dobre programy też się zdarzają, ale rzadko). Fakty te powinny mobilizować firmy software’owe do tworzenia jak najprzejrzystszych programów, ale po co mają zadawać sobie ten trud, skoro i tak mają klientów…
Mają klientów z paru powodów, chociażby z powodu znikomo małej konkurencji piszącej przyjazne programy.
Coraz mniej jest ludzi, którzy potrafią napisać jasne i proste wyjaśnienia, przecież dlatego mało kto zagląda do funkcji pomocy w programie, a nawet jeśli zajrzy i trafi na rzetelne wyjaśnienie, to może mieć kłopot jeśli jest osobą nienawykłą do czytania, ponieważ człowiek, który nie czyta przez lata, przeczytać nadal potrafi, ale miewa kłopoty ze zrozumieniem. To fakt potwierdzony badaniami.
Niejako z drugiej strony bardzo wielu ludzi tak dalece przywykło do kłopotów z programami, że taki stan rzeczy traktują jak coś normalnego.
Nie jest to normalne.

O zbawczej roli myślenia
„Nie ma nic bardziej zbawczego niż rozmyślać ile wycierpiał za nas Bóg-Człowiek.
Św. Augustyn.”
Te słowa przeczytałem na tablicy ogłoszeniowej kościoła.
Myślałem, że Kościół wreszcie zrezygnował z oddziaływania na wiernych takimi okropnymi „myślami”...
Czy ludzie tej organizacji przyjmą kiedyś do wiadomości, jakie spustoszenie czynią w psychice ludzi, zwłaszcza dzieci, budząc w nich poczucie winy?
Czy zrozumieją, jak paskudnymi malują siebie i swojego Boga pisząc takie sentencje?
Czy znajdzie się ktoś, kto wytłumaczy Kościołowi, że coraz częstszym skutkiem „nauk” tego rodzaju jest wzruszenie ramionami lub grymas niesmaku?

środa, 14 lutego 2018

W odwiedzinach u znajomych

110218
W Górach Kaczawskich: Chrośnica, Leśniak, Okole, Pańska Wyskoczka, Chrośnica, Lastek, Chrośnica.


W czasie karuzelowego sezonu, będąc na permanentnym głodzie wędrówek górskich, wymyślam zajęcia lub zakupy związane z górami, aczkolwiek niekoniecznie z rozsądkiem. Mam dwie półki w szafie zastawione butami górskimi, oczywiście wszystkie są tradycyjne, czerwonosznurówkowe, ale przejawy mojej tęsknoty bywają i inne, równie dziwne. W sobotę, robiąc cotygodniowe zakupy, pomyślałem, że może mało mam woreczków śniadaniowych, a używam je tylko szykując się do wyjazdów na łazęgi. Kupiłem paczkę, a w pokoju, rozpakowując zakupy, zobaczyłem, że mam już dwie paczki woreczków, zapas na dwa lata. W pudle pod biurkiem mam różności związane z butami, wśród nich zapas czerwonych sznurówek na całe życie, a w szafie tyleż skarpet trekkingowych.
Z ciepłym, wyrozumiałym uśmiechem przyjmuję te swoje zakupy, widząc w nich przejaw tęsknoty, a tę mam za cechę bardzo ludzką i... nobilitującą.
Ileż to razy gmerałem w szafie nie mogąc się zdecydować, które buty mam założyć na najbliższą wędrówkę; nadmiar bywa równie kłopotliwy jak niedobór, ale lubię te moje niezdecydowanie, te chwile wyciągania kolejnych butów z szafy i ich oglądania. Przedwczoraj wybrałem buty, nasmarowałem je specjalnym tłuszczem, założyłem czyściutkie sznurówki i odstawiłem, gotowe na niedzielny wyjazd. Wczoraj zmieniłem zdanie, wybierając inne buty. Tamte odłożyłem do szafy obiecując im założenie ich za tydzień.
Uwaga a propos: nie zakładajcie na łazęgę skarpet bawełnianych, bo po przemoczeniu są zimne i długo schną. Zwolennikom nowoczesności polecam skarpety z coolmaxu, tradycjonalistom z wełny.

Rano byłem jakiś taki… niewydarzony. Spać mi się chciało okrutnie, głowa ciążyła, myśli się plątały niechciane – słowem: jechałem bez entuzjazmu, ale wierzyłem, że gdy już pójdę, droga i dal wezmą mnie w posiadanie. Tak było, ale moje niewydarzenie odzywało się jeszcze parę razy tego dnia.
Najpierw samochód przytuliłem do pobocza szosy, ale nim wysiadłem uznałem, że tutaj, na zakręcie, nie mogę parkować, więc pojechałem nieco dalej i zaparkowałem u wylotu leśnej drogi. Wysiadłem i rozejrzałem się. Kurcze, ten opel nie jest wiele wart, ale dla mnie jest cenny, a chcę zostawić go na takim odludziu? Zjechałem do wioski i zaparkowałem na stałym swoim miejscu. W efekcie wyruszyłem w drogę z opóźnieniem, ale że dzień wyraźnie już dłuższy…
W lesie, w niekorzystnych warunkach oświetlenia, zrobiłem kilka zdjęć aparatem, i wyciągnąłem swój nowy nabytek, smartfon z dobrym aparatem foto. Uruchomiłem go, ale nim prztyknąłem zdjęcia, maszyna wyświetliła mi komunikat, że się wyłącza. Nacisnąłem coś niewłaściwego? – oto pytanie człowieka, któremu przyciski zawsze sprawiały kłopoty. Przy drugiej próbie maszyna poinformowała o problemie. Brak prądu. Nie naładowałem baterii, skleroza.
Ale to jeszcze nic, największą niespodziankę miałem pod wieczór.
W ciągu dnia czas sprawdzałem na ekranie aparatu, nie mogąc sprawdzić w telefonie. Schodząc do wioski uznałem, że mam dość czasu, by przeciąć dolinę i po drugiej stronie wejść na ulubione zbocze Lastka. Nawet jeśli się spóźnię z powrotem, trafię, drogi znam. Poszedłem, a miejsca zobaczyłem takie, jakimi widziała je moja pamięć. Słońce już zaszło (a tam zachodzi wcześnie, zasłaniane łańcuchem wzgórz), pół godziny brakowało do siedemnastej, jakby odrobinę ciemniej się zrobiło, czas dojścia do wioski oceniłem na dobre pół godziny, pora więc na powrót. Zaraz na początku zejścia zobaczyłem dużego psa, z wyglądu właściwie przypominał nieostrzyżoną owcę, ale o sympatycznym wyglądzie. Bieg do mnie machając ogonem i głową, więc najwyraźniej w dobrych zamiarach. Gdy już przywitaliśmy się należycie, podeszła do nas jego właścicielka.
Zaczęliśmy rozmowę, która nie wiadomo kiedy skończyła się we wsi, na podwórzu jej domu.
Pozdrowienia dla Chrośniczanki :-)
Niewiele dalej miałem samochód, a gdy usiadłem i włączyłem stacyjkę, zobaczyłem zegar: pokazywał godzinę 16.20. Zamrugałem oczami nim zrozumiałem, że w aparacie miałem ustawiony czas letni.
Zdążyłbym jeszcze odwiedzić skały po drugiej stronie szczytu – pomyślałem i westchnąłem nad moją coraz częstszą gamoniowatością.

Zalesiony masyw Leśniaka i Okola jest drugim co do wielkości w tych górach, ale rzadko go odwiedzam właśnie z powodu lasów, więc i braku widoków, aczkolwiek na szczycie Okola jest popularny punkt widokowy. 



Na szlaku widziałem kilka ludzkich tropów – tak właśnie pomyślałem, nie śladów, a tropów; patrzyłem na nie z wyrzutem, bo któż to łazi po moich górach?
Cóż, na ścieżkach kaczawskich widuje się ślady saren, nie ludzi.
Szlak wiedzie grzbietem masywu, a mija się wiele skał, w tym kilka dużych. Górą obsiadłe są drzewami, niżej omszałe, niektóre cofnięte do drogi, zapomniane, stoją tam tak dawno, że starymi już były, gdy młody Bolko zalecał się do księżniczki Emnildy. Przez kilka lat nieobecności tutaj zapomniałem, jak wiele ich jest i jakie robią wrażenie.
Szedłem wiatrołomem – smutny widok lasu najpierw powalonego nawałnicą, później dobitego przez ludzi. Z ziemi sterczą postrzępione kikuty pni, niektóre chylą się na pół wyrwane z ziemi, albo leżąc mierzą w niebo bezradnie rozcapierzonymi pazurami korzeni. Pnie zostały pocięte i wywiezione, ale wokół zostały sterty gałęzi i wzgardzone strzępy rozerwanych pni; pod nimi głębokie koleiny podbiegają wodą. Trudno się idzie taką drogą, także dlatego, że i ona sama, rozjechana i poraniona, traci naturalny swój urok. Trochę niesamowite są takie miejsca, jakbym na miejscu zbrodni był.


Nie sposób ominąć dwóch najwyższych szczytów, sama droga do nich zaprowadzi, chociaż pod Okolem potrzebna jest uwaga. Szedłem szlakiem, później zostawiłem go i skręciłem w stronę głównego mojego celu, małej górki wyrosłej na stoku dużej góry. Po chwili zobaczyłem znaki szlaku – spotkaliśmy się idąc innymi drogami? Zapewne tak. Jednak niewiele dalej szlak gdzieś mi się zapodział, później znalazłem go na rozdrożu, którego nie ma na mapie ani w mojej pamięci; biegł w lewo, a ja idąc w prawo spotykałem go prowadzącego na bok, i tak było parę jeszcze razy. Mętlik. Otóż zmieniono bieg tego szlaku, zostawiając jednak stare oznaczenia, czyli zrobiono bałagan. Nie lubię chodzić kaczawskimi szlakami, ponieważ logika ich oznakowania przypomina mi logikę obsługi wielu programów komputerowych; może autorów łączy jedna szkoła?
W moich górach spotyka się górki mające takie same nazwy, bywają też podobne: nad Trzmielową Doliną wznosi się Wysoczka, natomiast na zboczu Okola pęcznieje mała Pańska Wysoczka. Takich górek, w większości bezimiennych, jest przynajmniej setka, ale akurat tę związałem ze sobą swoimi literackimi fantazjami i dwukrotnymi odwiedzinami. Dojście na szczyt od dołu pamiętam dokładnie, od góry niezbyt, więc oczywiście wybrałem trudniejszą drogę: schodząc szukałem dojścia w labiryncie leśnych dróżek. Sporo ich przybyło, kilka znikło, a to za sprawą maszyn leśników, jednak skały szczytowe znalazłem dość szybko. Otaczające je świerki sporo urosły, zakrywając skały całkowicie. To dobrze – pomyślałem – będą tylko moje, jednak gdy siedziałem tam, spokoju nie dał mi widok sporego młodniaka rosnącego po sąsiedzku. Jak na młode drzewka są dość wysokie... Za wysokie – stwierdziłem w końcu. Kiedyś próbowałem przejść tamtędy, ale las był zbyt gęsty, więc dzisiaj wyszukałem obejście i… Nie mam wysokościomierza, ale wiele wskazuje na ukrywanie się szczytu właśnie tam. Połowa wzniesienia jest odkryta, lasek wykarczowano otwierając ładny, daleki widok. Mogłem przyjrzeć się torowi narciarskiemu na Łysej Górze wznoszącej się vis a vis, po drugiej stronie doliny; porównując kąt widzenia toru do kąta widzianego na mapie, próbowałem upewnić się, czy stoję na szczycie. Wyszło mi, że owszem, a więc tamte skały są bocznym wzniesieniem. 



 
Po co to wszystko? Czy nie lepiej byłoby kupić GPS? Nie lepiej. GPS używałem już dawno jadąc samochodem, ale nie chcę wędrować z maszyną w ręku i być przez nią prowadzonym. Jej bezbłędne wskazówki zaprzeczałyby idei moich włóczęg, zmieniając je w marsz do celu. Nie chcę tak. Szukanie drogi i niepewność znalezienia mają urok, a nade wszystko są moje; nie zamienię ich na maszynową pewność.
Wiele już razy przekonałem się o odmienności widoków tej samej drogi w zależności od kierunku wędrówki. Dzisiaj doświadczyłem tego na południowych zboczach masywu, w czasie drogi powrotnej do wioski. Kilka lat temu szedłem tędy w drugą stronę, dzisiaj zobaczyłem urocze łąki podgórskie i nieznane widoki w górach nieźle mi przecież znanych.


 Takimi łąkami, w takim otoczeniu, chciałbym iść do zmierzch a rano od nowa, ale zobaczyłem dróżkę, a ona skusiła mnie. Tak, dałem się jej podejść, zostawiłem bezdroża rozległych łąk i wszedłem na drogę ciekawy gdzie mnie zaprowadzi. Nie były to manowce, a wioska. Mając czas, poszedłem na drugą stronę, w Chrośnickie Kopy, ale o tej przygodzie już opowiedziałem.

Przy innej okazji pisałem o nieżałowaniu żadnego wyjazdu w góry, nawet gdy cały dzień szedłem w deszczu. Dzisiaj słońce towarzyszyło mi przez kilka godzin, widziałem dzikie skał i odległy horyzont, wiele gór wokół, a każda z moimi śladami, i jeśli czegoś żałuję, to tylko chwil okazanego zniecierpliwienia i nienależytego uświadamiania sobie wyjątkowości mojego dnia.













czwartek, 8 lutego 2018

Słoneczna wędrówka

040218
Z Komarna w Górach Kaczawskich: Przełęcz Komarnicka, Ziemski Kopczyk, górne Komarno, Ogier, Kobyła, Źróbek, Przełęcz Widok, powrót do wioski niebieskim szlakiem.


Odwiedzone miejsca i góry są mi dobrze znane, byłem tam kilka razy, ale chętnie przystałem na propozycję Janka, ponieważ trasa jest jedną z najładniejszych w moich górach. Nadto jest łatwa i na niemal całej swojej długości prowadząca odkrytymi zboczami lub grzbietami, a często zmieniające się widoki są po prostu piękne. Zwłaszcza w taki dzień, jak dzisiejszy – słoneczny, bezwietrzny, z niewielką ilością świeżego śniegu i niebem tak głęboko błękitnym, jak tylko w zimie się zdarza.
Najkorzystniej zaparkować samochód na końcu wioski Komarno, wtedy jest się wysoko, blisko górskich grzbietów, i w kwadrans można dojść w miejsce idealne do oglądania wschodu słońca. 


Tylko trzeba dojechać. Wioskowa uliczka jest wąska, kręta i bardzo stroma; między pierwszymi a ostatnimi domami wioski jest ponad dwieście metrów różnicy wysokości. Parę lat temu jechałem tamtędy po świeżym śniegu, samochód ledwie się wtoczył na górę, dzisiaj nie dał rady. Mimo ostrożnego dawkowania gazu koła raz i drugi straciły przyczepność i opel stanął. Na szczęście hamulce utrzymały pojazd i mogłem zjechać nieco niżej, na szersze pobocze. Przyznam, że gdy już zgasiłem silnik, ręce mi drżały. Wieczorem asfalt ulicy był czarny, więc ze zjazdem nie było kłopotów.
Pod pierwszym szczytem byliśmy krótko po wschodzie słońca, a widoki stamtąd są na obie strony grzbietu, niemal panoramiczne. Niskie, jasne światło, świeży śnieg, kontury dalekich i coraz dalszych szczytów, a wokół nas świetlistość i radość wchodząca w nas z czystym, rześkim powietrzem. Kiedyś będąc tam w chmurny dzień zamarzyłem o posiedzeniu na brzegu drogi biegnącej opodal w ciepły i słoneczny dzień; w rok czy dwa lata później udało mi marzenie spełnić; to były dobre chwile. Są częścią mozaiki wspomnień tworzących mój własny obraz tej góry i jej okolic.
 



Wolną była dzisiejsza wędrówka, często przerywaliśmy ją patrzeniem w dal, pstrykaniem zdjęć i okrzykami radości. W tym celował Janek, kierując lustrzankę wszędzie tam, gdzie słońce namalowało coś ładnego i wykrzykując swoje oszołomienie widokami. W powietrzu wisiała delikatna mgiełka, jak to nierzadko się zdarza przy słońcu po mroźnej nocy, więc na dalekim horyzoncie, tam, gdzie Karkonosze i Izery, widoczność się zmieniała. Bywało, że w ciągu minuty odsłaniały się górskie pasma, by niewiele później ukryć się za zwiewnym woalem. Falista linia grzbietów karkonoskich biegnie dość wysoko na niebie o ile są widoczne, więc gdy zza mgiełki wyłoniły się zaśnieżone, oświetlone słońcem, Śnieżne Kotły – i tylko one – wydawały się wisieć na niebie bez połączenia z ziemią. Widok tych ogromnych formacji skalnych pojawiających się niespodziewanie zdumiewał; zatrzymywaliśmy się i w podziwie patrzyliśmy.


Szliśmy tak, jakbyśmy się umówili nie dojść. Celem, czy raczej punktem zwrotnym naszej drogi, była Przełęcz Widok, ale widoki mieliśmy przez prawie cały czas. Gdzie się śpieszyć?
Bez słów i umawiania się uznaliśmy, że nieważne gdzie dojdziemy, śpieszyć się nie będziemy, skoro każdy zakręt drogi, każdy wzgórek, odsłaniał inne widoki.
Nie cel, a droga jest ważna.
Później uświadomiłem sobie oczywistość tej sentencji – bardzo życiowej, odległej od wszelkiego filozofowania.
Do celu można nie dojść, może nie spełnić oczekiwań a nawet rozczarować, albo dać krótkotrwałą satysfakcję i poczucie niespełnienia. Do celu wiedzie droga, czasami długa, zajmująca wiele naszego czasu, trudno więc uznawać ten czas za poczekalnię naszych nadziei, ponieważ tym samym wyjmujemy go z naszego życia. Prawdziwie nasz czas to nawet nie tyle cel, co właśnie droga.
Oczywiście łatwo o takie wartościowanie gdy idzie się grzbietami kaczawskich wzgórz, dal i miłego kolegę mając za towarzyszy, ale wcale nie trudniej gdy idzie się lasem ku odległemu szczytowi góry. Czy trudniej poza świątecznym czasem wędrówek? Trudniej. Bywają okresy, gdy muszę od nowa uświadamiać sobie fakt najoczywistszy: że każdy dzień, także ten koślawy, jest mój, cenny i nie do powtórzenia. Na szczęście efekty dostrzegam. Prace te traktuję jako powinność należną sobie samemu i swojemu życiu, nie chcąc zostać u celu z pustymi rękoma.
Janku, Tobie dedykuję te myśli.
O przewodnictwie w moim wykonaniu:
Jęzor lasu schodzi nisko zboczem Trzmielowej Doliny, łatwiejsze i szybsze od jego obejścia jest przejście lasem, co robiłem kilka już razy. Pewnie wszedłem w las, a na rozstaju zatrzymałem się, bezradnie patrząc na trzy wąsko rozchodzące się drogi. Którą szedłem ostatnio? Nie pamiętając wybrałem trochę po omacku, poszliśmy i wyszliśmy dobrze, ale niezupełnie tam, gdzie planowałem. W sumie drobiazg, ale dość charakterystyczny dla mojego zapominalstwa. Dla równowagi i sprawiedliwości wspomnę te miejsca i przejścia, na które trafiałem jakbym był u siebie na podwórzu. Byłem u siebie. Będąc w tych górach, jestem coraz bardziej u siebie.
Na stoku Ogiera rośnie kępa brzóz i różany krzew – miejsce wybrane przeze mnie na spotkanie dwojga bohaterów napisanego opowiadania, więc moje, podwójnie moje miejsce; zawsze je odwiedzam będąc w pobliżu, a bywa wtedy, że fantazja miesza mi się z rzeczywistością. 


 
Nieco dalej rośnie kępa starych, pokrzywionych czereśni, drzew pamiętanych z powodu oglądanego kiedyś ich kwitnienia i widoków – Karkonoszy z jednej strony, i najpiękniejszej doliny kaczawskiej z drugiej. Pamiętam chwilę mojego zapatrzenia na odległe góry i zwieszające się nade mną ukwiecone gałęzie. Dzisiaj do brzóz i czereśni dodałem najładniejszy, najkształtniejszy i wielki głóg rosnący w pobliżu tamtych drzew. Drobiazgi, prawda? Owszem, ale wszak z nich właśnie składają się nasze obrazy, o nie zaczepia się pamięć przywołując wspomnienia, a z nimi to, co najcenniejsze: dawne wrażenia splatające się z chwilą bieżącą.
Drogi przyprószone świeżym śniegiem, a na nim iskry zapalane słońcem, daleka mgiełka rozjaśniona światłem, szczyty wzgórz coraz dalszych i coraz mniej widocznych, błękitniejących na tle błękitu, brzozowe zagajniki i znowu pijane przestrzenią dróżki, kilka rosłych świerków rozchylających ramiona niczym tancerka swoją suknię, i stok Trzmielowej Doliny wybiegającej spod konarów lipy rosnącej na brzegu lasu.
Po drugiej stronie doliny widzieliśmy Gackową, górę znaną mi i opisywaną; miałem chęć zabrać tam Janka, ale czasu mieliśmy za mało. Patrząc na jej niezalesiony stok, a widzieliśmy go z odległości trzech kilometrów, pokazywałem koledze drogę pod lasem wysadzaną bukami i samotne świerki rosnące na łące pod szczytem; nawet z tej odległości były ładne i obaj mieliśmy chęć zobaczyć je z bliska.
A dalej, dużo dalej, na stoku rudawskiej góry Jastrzębia Turnia, którą niedawno oglądaliśmy stojąc pod nią i zadzierając głowy; jeszcze dalej i wyżej kropka budynku na grani Śnieżnych Kotłów, majestatycznych nawet z kilkunastokilometrowej odległości. Nieznanymi drogami skojarzeń wspomniałem jesienny wyjazd na Roztocze sprzed dwudziestu lat i chwilę słuchania koncertu skrzypcowego Brahmsa na szczycie wzgórza. Jakby w odpowiedzi przez moment wplotły się w moje myśli najcudniejsze dźwięki skrzypiec z koncertu Beethovena.
Ta chwila wydała mi się symboliczna: dwadzieścia lat włóczenia się po polach, lasach i górach spięte dźwiękami czarodziejskich skrzypiec.
Dzień wykorzystaliśmy cały, do samochodu schodząc już po zachodzie. Minął stanowczo zbyt szybko, ale wierzę, że kiedyś nauczę się zaklęcia zatrzymującego dobry czas.












Te zdjęcia przysłał mi Janek.



Trzmielowa Dolina i Wysoczka. Dla Chomika strzałką zaznaczyłem Lipową Dolinkę. W głębi widać niebieskie od odległości Sokoliki, a jeszcze dalej majaczą Karkonosze.

piątek, 2 lutego 2018

Zimowe wejścia na ośmiotysięczniki

010218
Kiedyś widziałem w internecie zdjęcie, które tak mi się spodobało, że częstokroć wspominam go przy okazji myśli o górach. Widać było na nim sylwetkę człowieka stojącego na ostrej skale szczytowej, a wokół roztaczały się góry alpejskiego typu z dziesiątkami szczytów – aż po horyzont. Niskie słońce, ciepłe barwy, wrażenie patrzenia na cudny, bajkowy świat. Wydawało się, że ten człowiek właśnie przekroczył bramę Edenu i patrzy na dany mu przez Boga świat do podziwiania.
Właśnie, do podziwiania…
Z różnych powodów ludzie chodzą w góry, a motywy nierzadko są ze sobą splecione i chyba nie ma miłośnika gór, który dobrze wie co go ciągnie na szlak, jednakże wydaje mi się, że można pokusić się o podział przyczyn na dwie grupy różniące się dość wyraźnie. Idzie się dla piękna lub dla emocji. Tak, tak: te powody przenikają się, wiem i wspomniałem o tym wyżej, jednak podział utrzymam z powodu własnych preferencji i pamięci rozmów z ludźmi chodzącymi w góry. W skrajnych swoich przejawach linia podziału oddziela tych, którzy nie pójdą, bo niebezpieczeństwo nie podnieca ich i przeszkadza w kontemplacji, od tych ludzi, którzy potrzebują pewnej, dla siebie właściwej, dawki niebezpieczeństwa, aby wyjście w góry nabrało dla nich sensu i uroku.
Dla tych drugich naturalnym ciągiem będą wyjazdy w coraz wyższe góry.
Wiadomym jest, że wyjście w góry wymagające umiejętności wspinania się, także z użyciem specjalistycznego sprzętu, związane jest z chęcią zmierzenia się z trudnościami, z ograniczeniami naszych organizmów – i pokonania ich. Także z poczuciem satysfakcji i ze sprawdzeniem się. Pytanie, które niedawno sobie zadałem, dotyczy istnienia granic zarówno niebezpieczeństwa, jak i trudności.
Odruchowo uznaję, iż nie powinno ich być, wszak właśnie te nieistnienie miało niemały udział w osiągnięciach ludzkości, zwłaszcza w chwilach przełomowych, w zamierzeniach wyjątkowych, jednak po chwili przychodzi druga myśl – pytanie o cel, sensowność, o cenę.
Do tej pory wszystko jest dla mnie zrozumiałe i akceptowane, dalej już nie bardzo.
W spuszczeniu się w batyskafie w głębinę morską czy w wystrzeleniu w kosmos, sensowność i celowość dostrzegam mimo wielkiego niebezpieczeństwa, nie dostrzegam w zimowym wejściu na ośmiotysięcznik. W tym przedsięwzięciu widzę jedynie pragnienie bycia pierwszym, zrobienie czegoś, czego nikt jeszcze nie dokonał. Akceptowałbym i takie cele, gdybym nie dostrzegał jeszcze chęci popularności, podziwu, ilości poniesionych kciuków i zapewne też kasy, a nade wszystko gdyby nie okrutna cena. Znaczna część himalaistów umiera w górach. Wystarczyłoby przewertować internet by dowieść, iż ich ilość nie jest liczona w pojedynczych procentach, a w znacznie większej ilości.
Myślę sobie, że jeśli facet ma żyjących rodziców, ma żonę i dzieci, zwłaszcza dzieci, nie powinien szafować swoim życiem tak rozrzutnie, tak nonszalancko, jak to robią ludzie idący w zimie na ośmiotysięczniki. Myślę, że powinien pomyśleć o tych, którzy może będą narażać swoje życie idąc mu na ratunek. Jeśli obie te kwestie połączyć, ujawnia się cecha, którą widzę blisko samolubstwa.
W jaką stronę zmierza himalaizm? Inaczej pytając: gdzie himalaiści będą chodzić, gdy już wszystkie wysokie góry zaliczą w zimie? Może będą czekać na wyjątkowo silne burze śnieżne, a później licytować się szybkością wiatru i stopniami mrozu? Może opracowane będą tabele do przeliczania stopni trudności? A może ustali się top lista według czasu wejścia na wszystkie ośmiotysięczniki? Oczywiście w stylu alpejskim i w zimie, no bo co za trudność wejść tam w lecie z zakładaniem obozów...
To, co obecnie robią ci ludzie, to nie wyczyny a szaleństwo.

Niedawno czytałem o tragicznym wejściu na jeden z najwyższych szczytów (nie pomnę nazw i nazwisk, ale nie są one tutaj istotne): jeden z himalaistów został w lodowej rynnie, a że jest ona jedyną drogą w górę, uczestnicy następnych wypraw musieli iść dosłownie po nim.
Oto współczesna wersja powiedzenia o dążeniu do celu po trupach.

PS
Przedstawiłem swoje widzenie i swoją ocenę, a nie prawdę objawioną i niepodlegającą dyskusji. Jest oczywiste inne ocenianie wyczynów tych ludzi i chętnie przeczytam uzasadnienia.

czwartek, 1 lutego 2018

Dzień w Górach Izerskich

280118

Z parkingu przy Zakręcie Śmierci na drodze 358 żółtym szlakiem na Wysoki Kamień via Czarna Góra. Dalej czerwonym szlakiem do Wysokiej Kopy via Zwalisko.

Powrót tą samą trasą.



Decyzja wyjazdu w Góry Izerskie była wspólna: uznaliśmy, że co prawda jazda będzie długa, ale we dwóch decyzję podjąć łatwiej niż samemu, a i podróż milej minie. Mój towarzysz nie znał tej trasy, ja chciałem przypomnieć sobie dawno nie widziane miejsca.

Wędrówka była prawdziwie zimowa: zaśnieżonym szlakiem szliśmy w zamarzającym deszczu i we mgle, przy sporym wietrze. Dali nie zobaczyliśmy, ale nie narzekam. Byłem, gdzie być chciałem po raz pierwszy od ośmiu lat, rozmawiałem z dawno nie widzianym kolegą i… po prostu podobało mi się to zimowe włóczenie. Mój towarzysz żartując powiedział, że mogliśmy siedzieć w ciepłym pokoju, a zdecydowaliśmy się na wstawanie w nocy, parogodzinną jazdę i łażenie po deszczu i w zimnie. Dlaczego? Trudne pytanie.

Dla mnie, zimowego łazika, niesprzyjające warunki są jakby przypisane do wędrówek, wszak o tej porze roku opady, chmury czy wiatry nie są rzadkością, ale to spodziewanie tylko w części tłumaczy decyzję wyjazdu i pozytywną ocenę wyprawy.

W złym dla mnie czasie mówię sobie, że jadąc na łazęgę uciekam od kłopotów, od nielubianych ludzi i pracy, ale przecież wiem, że tak tylko bywa, i to raczej rzadko. Smutek zimowego krajobrazu przyciśniętego burymi chmurami odciska się we mnie nostalgią, którą… chyba lubię. Może z powodu współgrania nastrojów, może swoim wyciszeniem i nakierowaniem na słuchanie?

Czasami myślę, że tajemnica tkwi w nierzadkim i raczej odruchowym ujmowaniu się za słabszym, brzydszym, nieporadnym, nieudanym, przegrywającym, niepozornym. Prędzej zbliżę się do nieudacznika niż do człowieka, któremu wszystko się udaje, bardziej wzruszy mnie niepozorna iglica niż ogrodowa róża, a zapłakanego dnia po prostu mi szkoda. Z biegiem lat coraz bardziej cenię czas, a za stracony mam dzień swoich złości, narzekań, nicnierobienia. Dzień pozytywnie oceniony odwdzięcza się stając się dobrym dniem – i vice versa.

Bywa, że zwykły dzień, taki jak tysiące naszych niepamiętanych dni, pamięć zachowa wbrew spodziewaniu, niechby tylko w jednej jego chwili, w jednym wrażeniu, widoku, myśli czy w geście. Bywa, że dzień uznawany przez nas za wyjątkowy ginie w niepamięci, a chwila z tego zwykłego szarego dnia trwa i jest dla nas cenna.



Będąc poprzednio na Wysokim Kamieniu, a było to w słoneczny dzień czerwca 2010 roku, widziałem górę, która mi się spodobała. W wyborze dzisiejszej trasy jej wspomnienie chyba miało swój udział, skoro namawiałem na start z parkingu przy Zakręcie Śmierci i pójście szlakiem wiodącym przez szczyt Czarnej Góry.


Nota bene, ten zakręt na szosie jeśli zasługuje na swoją nazwę, to chyba tylko z powodu wypadku, do którego być może na nim doszło. Przejeżdża się go spokojnie i bezpiecznie trzydziestką, a nawet szybciej. W moich górach są bardziej niebezpieczne, ot, chociażby na wschodnim podjeździe na Rząśnicką Przełęcz.

Na Wysokim Kamieniu jest wyjątkowa budowla, i to z paru powodów: jest prywatnym schroniskiem (a w naszym kraju to rzadkość), które nie jest schroniskiem, ponieważ nie można się w nim schronić, jako że przed wieczorem jest zamykane, a właściciel jedzie sobie do swojego schroniska w mieście. Budowla byłaby niebrzydka, gdyby nie przytłaczająca ją okrągła baszta, a ordynarna blacha dachu na ładnych kamiennych murach dopełnia obrazu budynku. Tuż obok powstaje okazała wieża widokowa. Budowana jest z kamienia w stylu wieży obronnej; może być ładna, jeśli nie zostanie sknocona przy pracach wykończeniowych.




Na trasie spotkaliśmy dwoje młodych ludzi, szli na dach Gór Izerskich, a w planach mieli jeszcze dzisiaj wejść na Skopca, najwyższy szczyt Gór Kaczawskich, chcąc w tym roku zdobyć Koronę Gór Polski. Kiedyś też zamierzałem to zrobić, zostało mi ledwie kilka szczytów, ale uznałem, że korona jest bardzo niewygodnym i niepraktycznym nakryciem głowy: nie dość, że ciężka i piłuje w czoło, to i nazbyt jest przewiewna, ale nie wykluczam dokończenia dzieła. W czasie rozmowy dowiedziałem się o rekordzie wynoszącym 76 godzin czasu wejścia na wszystkie szczyty. Niecałe cztery doby. Dobry wyczyn sportowy i jako taki godny pochwały, ale czy jest w nim coś nadto? Ideą odznaczenia PTTK zwanego „Koroną Gór Polski” było propagowanie turystyki górskiej, więc poznawanie gór; odznaka miała być jedną z form potwierdzenia owej znajomości.

Odnoszę wrażenie, że coraz więcej ludzi ogranicza ducha „Korony” do samej litery regulaminu: wejścia na szczyt. Nie podoba mi się to, mimo iż ludzie ci i tak są pewnego rodzaju elitą, skoro jednak idą w góry nie ograniczając się do ich obejrzenia na googlach.

Czerwony szlak przebiega niecały kilometr od punktu uznawanego za szczyt Wysokiej Kopy. Piszę tak, ponieważ w zasadzie szczytu tam nie ma. Jest zarastająca sporymi już świerkami rozległa podmokła łąka, na której obecnie trudno dopatrzeć się najwyższego punktu.





Gdy byłem tam kilka lat temu, świerki sięgały pasa, więc widać było ukształtowanie terenu, teraz drzewa nas przerosły i o wejściu na szczyt dowiadujemy się z tabliczki zawieszonej na świerku, a trafić łatwo, ponieważ wiedzie tam wydeptana ścieżka. Ze szlaku wszystkie ślady tam skręcały, dalej droga była dziewicza, co można było stwierdzić z całą pewnością patrząc na zalegający śnieg. Zwróciłem uwagę na ten szczegół, ponieważ skojarzyłem go z tamtą parą i rozmową o szybkim zdobywaniu wszystkich szczytów naszych gór. Przez cały dzień wędrowania moimi górami najczęściej nie spotykam człowieka – za wyjątkiem szlaku na Skopiec, szczytu zaliczanego do Korony Gór Polski; tam często widuję turystów.

Nie bardzo wiem dlaczego odczuwam niezgodę i odrobinę obcości, skoro i ja myślałem o koronie. Może dlatego, że nie jeździłem samochodem jak najbliżej szczytu, jak tamci dwoje, którzy planowali pojechać pod Przełęcz Komarnicką, a z niej na Skopca jest 30 minut w spacerowym tempie.

Odczuwam też samolubną radość: moje góry są bezpieczne, wszak nie ma tam nic do zdobywania, sprawdzania czy bicia rekordów. Ludzie odfajkują Skopiec i pójdą sobie zostawiając mnie sam na sam z Górami Kaczawskimi.

Rozległe, słabo zaznaczone szczyty izerskie z płytkimi dolinami między nimi sprzyjają powstawaniu mokradeł. Wystarczy niewielka niecka ze skalistym dnem bez odpływu wody, by w rezultacie tworzyły się torfowiska, a przynajmniej podmokłe łąki. Wiedziałem o tym, przecież wiedziałem, ale, gamoń, tak byłem pewny swoich butów, że widząc przed sobą podchodzące wodą zagłębienie w śniegu, postawiłem tam stopę. But zagłębił się kilka centymetrów, ale gdy zrobiłem drugi krok, usłyszałem mlaśnięcie i teren wokół mnie błyskawicznie się podniósł. Takie miałem wrażenie, ale wiadomo, że to ja stałem niżej wpadłszy po biodro, ponieważ pod grubą warstwą śniegu było podmokłe miejsce. Na kolanie poczułem zimny okład, ale na szczęście nie zastanawiałem się jak to miewam w zwyczaju, nie rozglądałem ani nie analizowałem sytuacji, tylko odruchowo wbiłem pięści w śnieg i wyrwałem się z bajora. Mając ciasno zapięte ochraniacze, w ciągu sekundy woda nie wleje się do butów nawet jeśli sięga pod kolana, co zdarzyło mi się sprawdzić w czasie przechodzenia strumienia po dnie. Zdążyłem, w bucie miałem sucho, a spodnie na kolanie szybko wyschły.

Mgła odebrała nam dal, ale dodała uroku skałom i lasom. Zwłaszcza skałom: pod zapłakanym niebem, we mgle, wśród nagich i czarnych drzew, z łachami śniegów, ich surowa uroda jak zawsze czyni na mnie wrażenie.

Zwróciliśmy uwagę na liczne porosty rosnące na drzewach. Kiedyś wydawało mi się, że są oznaką choroby drzew, teraz wiem, że jest zupełnie inaczej: drzewom nie szkodzą, nic od nich nie biorąc i niewiele ważąc, a ich obecność świadczy nie o chorobie, a o czystości powietrza. Porosty rosną wszędzie, w najbardziej skrajnych warunkach, na przykład na skałach w wysokich górach. Znoszą siarczyste mrozy i długie susze, nie znoszą przemysłowych zanieczyszczeń, jak na przykład tlenków siarki i azotu. Kolorowe kępy porostów na drzewach i skałach izerskich są dowodem na duże zmiany, jakie zaszły w naszym podejściu do przyrody od czasu klęski ekologicznej lat osiemdziesiątych, gdy w Górach Izerskich nie tylko prosty, ale i bardziej od nich wytrzymałe drzewa umierały zatrute wyziewami przemysłu. Pocieszająca jest szybkość odnawiania się ekosystemów, wszak stoją jeszcze kikuty drzew z tamtych lat, a wśród nich rosną nowe drzewa na których zadomowiły się te dziwne roślinki – dowód poprawy.

Próbowałem zidentyfikować widziane porosty. Ładnie i trochę niesamowicie wyglądające kępki wiszących włosów to zapewne brodaczka, ale nie wiem jaka, natomiast szaro-niebieskawe, najczęściej widziane porosty, to pustułka, chyba pęcherzykowata.

Ojej, trafiłem na stronę znawców porostów (formalnie grzybów), a tych rośnie w naszym kraju 1600 gatunków!

Rozgadałem się, więc może na tym poprzestanę. Przecież już w niedzielę droga doczeka się mnie, ja drogi, a spotkania z nią nie omieszkam opisać.




Zdjęcia porostów skopiowałem ze strony nagrzyby.pl