Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą buki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą buki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 stycznia 2026

Zima

 160126

Po tygodniu spędzonym przy biurku czułem, że muszę dać sobie w kość, a że śniegu jest sporo, nie musiałem długo szukać sposobu na ów wycisk: oczywiście wyjazd na Roztocze. Wybrałem trasę przez duży kompleks leśny poprzecinany licznymi wąwozami. Planowałem, naiwny jak zawsze (a może po prostu pozytywnie nastawiony?), jego przecięcie, wyjście na pola po drugiej stronie i powrót znanym mi wąskim pasem pól wciskających się w leśny masyw dalej na wschód. Kiedy byłem mniej niż kilometr od granicy lasu, minęła godzina 13. Było przede mną trzy godziny dnia, cztery do nocy, a nie przeszedłem nawet połowy trasy... Zdecydowałem się zmienić ją i wracać możliwie krótką drogą. Po prostu przeliczyłem się w swoich rachubach. Był zimny i wietrzny dzień, na taką aurę byłem przygotowany, na głęboki śnieg też, ale nie wziąłem pod należytą uwagę krótkotrwałej odwilży dzień czy dwa wcześniej. Jej skutek okazał się wyjątkowo uciążliwy: dość świeży, jeszcze nie zbity śnieg, pokrył się twardą skorupą. Gdyby była grubsza i utrzymywała mój ciężar, dobrze by się szło, ale ona pękała. Zapadłem się przy każdym kroku, a zrobienie kolejnego wymagało rozorania skorupy butem wyciąganym ze śniegu. Po świeżym, suchym puchu śnieżnym idzie się zdecydowanie łatwiej. 

 
 Przeszedłem 11,5 km, z tego 10 po bezdrożach, ale przynajmniej przez połowę tego dystansu szedłem koleinami wygniecionymi samochodem terenowym na leśnych duktach. Trafiłem na nie wracając, a że iść było dużo łatwiej, buty zapadały się ledwie 3, a nie 30 centymetrów, trzymałem się śladów. Nie wiem kto i po co jeździł, zapewne leśnik lub myśliwy, wiem, że nie jechał najkrótszą drogą do wsi. Zasięgu GSM nie było niemal cały czas, więc nie mogąc korzystać z precyzyjnego pozycjonowania szedłem po staremu, według słońca, a kiedy ślad za bardzo się oddalał od mojego kierunku, decydowałem się na jego porzucenie. Później trafiałem na inną drogę, inny ślad samochodu, a może tego samego, nie wiem, dość, że jakiś czas korzystałem z niego. W końcu wcale nie najkrótszą drogą, co starałem się oddać na mapie z zaznaczoną trasą, doszedłem do brzegu lasu. Była godzina 15. Myślałem, że najbardziej uciążliwa droga za mną, i znowu się myliłem.

 

Na dwóch pierwszych zdjęciach widać las, z którego wyszedłem i odległy o kilometr las, do którego miałem dojść. Przy nim droga miała skręcić i wieść mnie już prosto do wsi. Samej drogi nie widać, jest zasypana, wiedziałem o niej patrząc na miedze, a ściślej na badyle z nich wystające. Ten kilometrowy odcinek szlaku przeszedłem w 45 minut, a więc w tempie 1,3 km na godzinę. Powód? Widać na ostatnim zdjęciu. Szkoda, że myśliwy nie jechał tędy – mógłbym pomyśleć, ale nie pomyślałem. Wszak przyjechałem dać sobie w kość doświadczając prawdziwie zimowej wędrówki.

* * *

Jeśli już piszę o warunkach, wspomnę o ubraniu. Cały dzień odczuwałem luksus ciepła i wygody stóp. Miałem założone masywne buty bardzo odporne na przemoczenie i dwie pary skarpet. Pierwsza była wyjątkowo gruba, zrobiona z porządnej wełny z niewielkim (koniecznym) dodatkiem elastycznych włókien sztucznych. Te skarpety kosztowały pieruńsko dużo, ale było warto. Na długie wędrówki zawsze, także w lecie, warto założyć dwie pary skarpet. Lepiej chronią przed zawilgoceniem i obtarciami, ponieważ znaczna część owego tarcia, czyli przesuwania się materiału pod wpływem ruchu butów, zachodzi nie między ciałem a skarpetą, a między skarpetami. Oczywiście skarpety muszą być dobrej jakości i z właściwych materiałów, to znaczy nie z bawełny ani nie z tanich tworzyw sztucznych. Ważne są też wkładki. Dobre robi niemiecka firma Meindl (można je prać), ale i zwykłe tanie wkładki filcowe z folią aluminiową też nieźle się spisują, tyle że trzeba jest często wymieniać, bo zgniecione tracą zdolności izolacyjne. Oczywiście miałem założone ochraniacze. Bez nich miałbym śnieg w butach. Preferuję buty wykonane tradycyjnie, z szytej grubej skóry, a mam ich kilka par. Dzisiaj założyłem buty marki Kastinger

 

Kupiłem je za grosze (jako „powystawowe”) 14 lat temu, nadal są w bardzo dobrym stanie i na pewno mnie przeżyją. Aby je zużyć, musiałbym miesiącami chodzić po ostrych skałach, a na sudeckie i roztoczańskie szlaki są całkowicie odporne. Kiedy w końcu trafią na śmietnik, zostaną po nich tylko gumowe podeszwy i metalowe haczyki, resztą zajmą się bakterie i robaki. Tak powinna wyglądać prawdziwa dbałość o Ziemię, a tak zwana „eko skóra” w butach rozlatujących się po paru latach tyle ma wspólnego z ekologią, co pomysły polityków z moralnością i sprawiedliwością.

* * *

Dołączam fragment czeskiej mapy, lepiej na niej widać wąwozy, podane są też nazwy miejsc używane przez rolników. Dzięki nim mogą precyzyjnie i zrozumiale dla rozmówcy określić, gdzie jest ich pole lub las. Zaznaczony na niej Wielki Dół wielkim nie jest, ale niewątpliwie jest dzikim a przez to ładnym.

Z dojazdem na niektóre pola łatwo nie jest. Wiele wąwozów wykorzystywanych jest w tym celu, także i część tego, którym dzisiaj szedłem. Widziałem przecięte i odsunięte na bok zwalone drzewa leżące w poprzek. Natomiast boczne wąwozy, szczególnie te ślepe, zostawione są same sobie. 

 



W rezultacie wiele z nich jest tak zatarasowana głębokimi wyrwami na dnie i plątaniną przewróconych drzew, że przejście nimi bywa po prostu niemożliwe. Mają one dla mnie urok szczególny, ponieważ są miniaturowymi obrazami dawnych puszcz. Dają wyobrażenie o wyglądzie lasów nietkniętych siekierami.




 Po południu przejaśniło się. Między drzewami błyskało słońce, a śnieg tu i ówdzie rozjaśniały i roziskrzały plamy światła. Wiatr dopadł mnie zaraz za ostatnimi drzewami lasu, a nim udało mi się uporać z zatrzaskami kaptura, palce dłoni zmarzły mi do bólu. Grzałem je o siebie trzymając w rękawicach nie założonych do końca, a kiedy chciałem zrobić zdjęcia, padła bateria w aparacie. W telefonie jeszcze działała, ale po każdym jego użyciu musiałem ponownie grzać dłoń.




 N
iskie już słońce intensywnie malowało czyste i duże płaszczyzny zaśnieżonych pól barwami… jak je nazwać? Zawsze mam z tym kłopot. Powiedzenie o różnych odcieniach żółci nie oddaje bogactwa wrażeń. W zależności od kąta patrzenia, a przede wszystkim od wysokości słońca, barwa światła miała też odcienie jasnych miodów albo bursztynów, ale też i pomarańczy, a wszystkie one były błyszczące, nie, raczej skrzące się jaskrawo, były uszlachetnione, oczyszczone i podkreślone miriadami diamentowych iskierek rozpalanych na lodowych kryształkach. Łączyły w sobie przeciwieństwa: chłodu świecącego lodu z ciepłymi kolorami. Kiedy ich nasycenie było największe, szybko przyszła przemiana: barwy na śniegu zanikły w ciągu paru minut, zostawiając go zimnym, szarobiałym, ale za to niebo rozpłomieniło się paletą barw. Co prawda nie było diamentowych lśnień, ale w zamian był ogrom nieboskłonu ze świecącymi śladami samolotów.

Kiedy doszedłem do wioski, łuna zachodu już gasła pod naporem granatowego nieba nocy.

Obrazki ze szlaku

 W kilku miejscach widziałem strzępy szmat i folii uczepione korzeni na wysokości około metra. Wydaje mi się, że są pozostałością po dużej wodzie płynącej dnem wąwozów.


 Rowy i zapadliska wypłukane wodami opadowymi na dnie głównego obniżenia.


 
Piszę o wąwozach, ale zaznaczę, że używam tej nazwy w potocznym znaczeniu. Formy ukształtowania terenu są różne, pomieszane, często trudne do nazwania. Na pierwszym zdjęciu jest klasyczny parów, czyli formacja różniąca się od wąwozu skośnym nachyleniem zboczy. Od jaru (drugie zdjęcie) różni się szerszym suchym dnem i łagodniejszymi zboczami.

 Liście na bukach, jedyne ślady kolorów.

 


Lodem lśniące buki i popołudniowe słońce.






Widziałem dwa zachody słońca. Pierwszy, gdy szedłem drogą u stóp niewielkiego wzgórza, drugi z jego szczytu.


Wieczór.

Trasa: lasy i doły na północ od Tokar na zachodnim Roztoczu.

Statystyka: brnąc w śniegu przez 8 godzin i kwadrans, udało mi się przejść 11,5 km.


 












poniedziałek, 22 grudnia 2025

Jesienią w Sudetach

 

171225

Gdybym będąc w lecie w Sudetach wszedł na wieżę widokową na Dzikowcu godzinę wcześniej lub później, nie poznałbym mieszkanki Jeleniej Góry i przyszłej przewodniczki sudeckiej. Niewiele dni później poszliśmy z dwójką jej znajomych do Trzmielowej Doliny, a teraz, jesienią, na Tłoczynę, izerską górę w Grzbiecie Kamienickim.

Plan był inny, miałem być prowadzony, ale że chciałem pokazać pewną ścieżkę i widok Jelenich Skał od jej strony, przejąłem inicjatywę – niech mi panie przewodniczki wybaczą.  

Tajemniczą kamienną ścieżkę, wykonaną nie wiadomo kiedy i nie wiadomo po co znalazłem bez trudu, ale z pokazaniem najładniejszego, według mnie, zbocza na rozległej Tłoczynie poszło mi gorzej, bo najzwyczajniej je minąłem. Może się zagadałem? Od Jelenich Skał poszliśmy przez szczyt Tłoczyny na zbocze z gołoborzem, bo jakże ominąć coś tak dziwnego i rzadkiego u nas. Nie ma wyraźnie wyznaczonej ścieżki, idzie się trochę na wyczucie, kiedyś zdarzyło mi się poplątać kierunki i w rezultacie wejść na skalne rumowisko porosłe mchem, ale akurat dzisiaj udało się nam dojść do celów po sznurku – podarowanym nam oczywiście przez Ariadnę. Widzieliśmy wiele okazałych buków, kilka okazów rośnie przy samych Skałach, dużo na naszym szlaku, a wśród nich tego największego, najbardziej imponującego.  
Wieloramienny czerstwy staruch stoi samotnie na małej polance, trzymając wszystkie drzewa – małe przy nim – na dystans, a dzięki temu widać go lepiej. Pierwsze wrażenie, chwila jego ukazania się, ma czarodziejski pierwiastek: budzi myśli o przedchrześcijańskich czasach, o zwyczajach uświęcania wielkich i wiekowych drzew.




 Dzięki moim towarzyszkom poznałem urocze a nieznane mi wcześniej miejsce: skalisty fragment biegu Mrożynki, niewielkiego strumyka górskiego. Ciemny las świerkowy, pod nogami rumowisko przykryte cienką warstwą ziemi lub tylko przyprószone opadłym igliwiem – i głośny szum pieniącej się wody skaczącej po skałach wypełniających koryto. Tamten fragment zbocza gęsto jest poprzecinany strużkami wody; są tam miejsca, gdzie trudno postawić suchą stopę. Woda ciurka, spada po kamieniach, sączy się wśród traw; kropelki wody błyszczą na źdźbłach i żywią tysiące nieznanych mi maleńkich grzybów. 
Uroczy światek wody, roślin i skał. Nic, tylko wypatrywać krasnoludka w tym ciemnym zakątku między małym świerkiem a okruchem skalnym zielonym od mokrego mchu. Niewykluczone, że on tam był, ale z sobie tylko znanych powodów nie chciał się nam pokazać.

Muszę przyznać, że Góry Izerskie są bardziej bogate od Kaczawskich w takie urocze strumyczki jak Mrożynka.

Kilka obrazków ze szlaku



 Gołoborze i jego zarastanie.

Drzewa na Tłoczynie. 

Porosty na świerkach. Tak licznych i tak dziwnych, przypominających włosy bajkowego stwora, jeszcze nie widziałem.

 

Jelenie Skały.

 

 Zbocze Tłoczyny poniżej Jelenich Skał.

 


 Las na Tłoczynie

 * * * * *

Drugiego dnia spotkaliśmy się w Radzimowicach, kiedyś dużej wiosce górniczej, teraz maleńkiej osadzie artystycznych dusz i nietuzinkowych ludzi.

 Chcąc pokazać przykład górniczej przeszłości wioski i wiedząc o braku kamieni w pobliżu szybu, włożyłem skalny złomek do kieszeni i poszliśmy za wioskę, na zbocze Żeleźniaka, zmierzyć głębokość szybu Luis. Jedna z pań przygotowała stoper, ja kamień i zmierzyliśmy czas jego lotu na dno. Szczerze mówiąc zapomniałem, jaki uzyskaliśmy wynik, chyba około 100 metrów, ale przy tej okazji przypomnę sposób pomiaru. Otóż mierząc czas swobodnego spadku, można precyzyjnie wyliczyć długość spadania, czyli tutaj głębokość szybu. Wzór jest prostu: kwadrat czasu w sekundach pomnożyć przez przyspieszenie ziemskie 9,81, czyli wielkość z jaką to, co spada, przyspiesza przyciągane przez Ziemię. Wynik, czyli iloczyn, podzielić przez dwa, uzyskamy metry. Kamień spadał ponad cztery sekundy.

Na tej stronie  jest przestrzenny plan kopalni; jak się okazuje, jest tam wielopoziomowa, rozległa sieć korytarzy. Na stronie są też niesamowite zdjęcia. Ich obejrzenie pozwala wyobrazić sobie ogrom niebezpiecznej pracy dawnych górników, ale też i odwagę ludzi decydujących się zjechać tam teraz, paręset metrów w głąb góry i zanurzyć się w czeluście starych korytarzy.

Po drugiej stronie wioski jest malownicze wzgórze nazwane przez mieszkańców Ambrą. Stoi tam maszt z naszą flagą, są krzesła, stół i tablica z prośbą o ciszę. Wiele mówi ten napis o autorze. Wiele dobrego.

Ilekroć jestem w pobliżu, zawsze wchodzę na Ambrę aby zobaczyć rozległy i ładny widok ze szczytu. Zdarzało mi się widzieć stamtąd wschody i zachody słońca; szczególnie koniec dnia jest malowniczy. Dodam jeszcze, że od parkingu w centrum wioski idzie się tylko kilka minut na szczyt.

Po sąsiedzku wznosi się Osełka, niewielka kaczawska górka, która kiedyś, wiele już lat temu, tak mnie zauroczyła, że wracam do niej często. Obeszliśmy ją dookoła obserwując metamorfozę gór wokół. Wiadomo, że one potrafią tak radykalnie zmieniać swój wygląd w zależności od miejsca patrzenia, że czasami nawet te dobrze znane stają się trudne z rozpoznaniu. Były miejsca na naszej trasie z których Grodzik, góra przylepiona do zbocza rozległej Lubrzy, była dobrze widoczna, ale później tak się stopiła ze swoją większą sąsiadką, że nie będąc zasłoniętą była ukryła. Tylko wiedziałem, że tam jest, ale jej nie widziałem.

Mam nadzieję, że moim towarzyszkom spodobał się wybrany szlak wokół Osełki. Może kiedyś poprowadzą swoich klientów naszymi śladami?

Dwa dni wędrowania z przyszłymi przewodniczkami wyraźnie pokazały różnice w naszej wiedzy o Sudetach. Ja znam więcej ukrytych ścieżek i skał, wiem, skąd zobaczę niebanalne widoki o których nie informują mapy turystyczne, wiele mam „swoich” miejsc, dróg, skał i drzew, ale niemal nic nie wiem o zabytkach, miejscowościach, historii i kulturze.  

Słuchając dzisiaj opowieści o źródle Wolfganga, a bije ono u stóp Tłoczyny, przyszła mi do głowy myśl o dwóch uzupełniających się obrazach Sudetów.

Obrazki ze szlaku

 Ze szczytu Osełki zobaczyliśmy żółte pole. Coś tam kwitnie? Po zejściu okazało się, że wbrew mojemu spodziewaniu (był koniec października) to nawłoć.
 Ruiny pałacyku myśliwskiego Rodeland. Zarośnięte, dzikie i zapomniane miejsce, a kiedyś był tam nieduży, ale jednak pałac. Zostały po nim zarastające fragmenty ścian i cisza. 



 Wokół Osełki.
 Drzewo rosnące u stóp Osełki. Wspólnie próbowaliśmy je zidentyfikować, ale bezskutecznie. Może więc nadać mu nazwę Nierozpoznane drzewo?

Kolory jesieni.