Etykiety

Moja książka

Miłość, muzyka i góry

060320 Narodziny powieści i książki Pomysł przyszedł mi do głowy w czasie przerwy w wędrówce po Górach Kaczawskich, na przedw...

wtorek, 25 lutego 2020

Mój pierwszy w życiu wywiad

250220



Kilka dni po spotkaniu w bibliotece świerzawskiej, odebrałem list od dziennikarza miesięcznika „Echo Złotoryi”. Wyrażał ubolewanie z powodu zbyt późnego dowiedzenia się o spotkaniu i proponował wywiad na potrzeby czasopisma.

Oczywiście godziłem się, przecież to idealny sposób na promocję książek i nazwiska. Pytania otrzymałem listem, odpowiedzi odesłałem pocztą elektroniczną. Było to w grudniu ubiegłego roku. Treści wywiadu nie publikowałem tutaj, czekając na jego wydrukowanie. W tym miesiącu otrzymałem, zgodnie z umową, dwa egzemplarze gazety. Wywiad zajmuje dwie strony, a uzupełniony jest kilkoma zdjęciami  autorstwa Janka i mojego. Całość prezentuje się ładnie.

Gdyby jeszcze inni dziennikarze mieli zamiar prosić mnie o wywiad, niech się nie wstydzą, a walą do mnie jak w dym. Zgodę mają murowaną!

Zdjęcie nie jest takie, jakie chciałbym żeby było, ale moja lustrzanka (czytaj: smartfon) po prostu nie chce zrobić lepszej przy sztucznym świetle.

Zapraszam do lektury.

* * *

Parę słów o mnie.

Noszę na plecach siódmy krzyżyk, czemu bardzo się dziwię i czego nie odczuwam, chyba że patrzę na wnuczkę goniącą mnie wzrostem. Z wykształcenia jestem technikiem, i jako technik pracuję w lunaparku. Wolnego czasu mam mało, a żeby nie mieć go mniej, nie mam telewizora, a za to mam dużą bibliotekę w domu. Jestem ojcem trojga dorosłych już dzieci.

Dużo pracuję, czytam, piszę, chodzę na swoje łazęgi, znowu piszę. Słucham muzyki klasycznej, zwłaszcza Bacha.

Która z pańskich pasji jest dominująca? I czy literatura i górskie wędrówki są tymi najważniejszymi?


Od zawsze czytam, od wielu lat piszę. Nie wyobrażam sobie swojego życia bez czytania, a ostatnio też bez pisania. To pasja i głęboka potrzeba ducha. W góry regularnie jeżdżę od około dziesięciu lat. Na początku był to sposób na spędzenie wolnych dni, ale w miarę upływu czasu w górach, tych wędrówek potrzebuję coraz bardziej. Są więc moją trzecią pasją. Interesuje mnie też muzyka klasyczna, pewne działy biologii, filozofia, etologia.

Jak zrodził się pomysł, by pisać o górach? To nie jest typowe zajęcie ludzi gór.

Nie mam się za człowieka gór. W moim wyobrażeniu ci ludzie raczej nie wałęsają się po Sudetach, może z wyjątkiem Karkonoszy. Mógłbym się nazwać górskim włóczęgą, to określenie bardziej pasuje do moich potrzeb i sposobu spędzania czasu w górach. Piszę od wielu lat, także krótkie formy, w których zawieram spostrzeżenia, uwagi, przeżycia. Dużo tych tekstów jest dostępnych na paru stronach w Internecie. Dla mnie opisanie dnia spędzonego w górach jest naturalnym efektem potrzeby pisania. Tak więc nie pisałem książek, a po prostu pisałem o swoich wędrówkach. Dopiero później pojawiła się myśl o podjęciu prób wydania tych tekstów.

Co trzyma Pana w Górach?

Uroda krajobrazów i form skalnych, zmienność widoków, cisza, mało zmieniona przyroda, ale też wielkość gór. Ich majestat, który nie tylko zadziwia, ale i działa oczyszczająco na ludzką psychikę, pokazując, jaki jest mały.

Dlaczego Góry Kaczawskie?

A żebym ja to wiedział!

Czy Góry Kaczawskie mają w sobie coś wyjątkowego?

Mają, chociaż nie bardzo wiem, co. One dla mnie są jak kochana kobieta: dlaczego akurat tę kochamy?

Już prędzej mógłbym coś powiedzieć o przyczynach zauroczenia tymi górami przez ich porównanie do innych pasm sudeckich. Na przykład w Górach Izerskich brakuje mi odległego horyzontu i zmienności. Są niemal całe zalesione, a ich drogi ciągną się kilometrami. W moich górach lasy nie są duże, wiele jest otwartych przestrzeni z dalekimi widokami, wiele ładnych dróżek leśnych i polnych, a mają one dla mnie pociągający, niemal magnetyczny urok. Nie przeszkadza mi niewielka wysokość tych gór, ponieważ nie dla zdobywania szczytów chodzę po nich.

Podzieli się Pan z naszymi czytelnikami jakimiś niecodziennymi przygodami?

Hmm, próbuję sobie przypomnieć takie, jakich spodziewaliby się czytelnicy, ale nie pamiętam. Kiedyś zatrzasnąłem kluczki w samochodzie zaparkowanym pod Ostrzycą, ale przecież nie o takich przygodach chcielibyście przeczytać. W góry jadę tak dobrze i wszechstronnie przygotowany, że ani nie zabłądzę, ani nie zaskoczy mnie drastyczna nawet zmiana pogody, a niedźwiedzi tutaj nie ma.

Przypomniałem sobie pewną jazdę samochodem, którą będę długo pamiętał. To było w Górach Bystrzyckich, w zimie. Chciałem podjechać blisko Drogi Wieczność, którą zamierzałem przejść. Na dole szosa była czarna, a im wyżej, tym więcej ubitego śniegu było na niej, a dalej pojawił się lód. Samochód coraz bardziej zwalniał, aż w końcu zatrzymał się, mimo kręcących się do przodu kół, i zaczął się cofać. Szosa biegnie tam lekkim trawersem, zbocze z jednej strony szosy opada dość stromo, z drugiej wznosi się. Przytomności wystarczyło mi na niezblokowanie kół hamowaniem i skierowaniem tyłu samochodu w zaspę. Zjeżdżałem tyłem do wioski, jadąc prawymi kołami po zaspie, lewymi po lodzie. Kiedy wysiadłem przy pierwszym domu, nogi miałem dziwnie słabe.

Czym Pan zajmuje się zawodowo?

Od wielu lat pracuję w lunaparku, a zajmuję się głównie naprawami karuzel i sprzętu lunaparkowego.

Wiem, że był Pan w wielu górach, i zapewne poznał Pan wielu różnych ludzi, wśród nich ludzi gór. Kogo wspomina Pan najchętniej?

Nie znam ludzi gór. Czasami chodzę z przyjaciółmi, którzy tak jak ja, lubią się powłóczyć pod Sudetach. Jednak najczęściej chodzę sam.

Czy zdarzały się Panu w górach sytuacje niebezpieczne?

Na szlaku nadzwyczaj rzadko. Unikam niebezpiecznych sytuacji, ponieważ nie lubię się bać, i nie dla pokonania swojego strachu, czy słabości, chodzę w góry.

Trzeba jednak wiedzieć, że nawet w niewysokich górach są ekspozycje, strome skały, krawędzie uskoków, na których się stoi, albo śnieg czy oblodzenie w zimie. Pewna doza niebezpieczeństwa zawsze jest w czasie górskich wędrówek, ale przecież wiadomo, że góry są dla ludzi rozważnych.

Kiedyś na stromej ścianie starego kamieniołomu źle postawiłem stopę. Popełniłem podstawowy błąd, w efekcie przekoziołkowałem i podniosłem się u podnóża ściany. Nic mi się nie stało, bo byłem już nisko. Gorzej byłoby, gdyby do podnóża dzieliło mnie kilkanaście metrów.

Czym są dla Pana góry w ogóle? Czy to tylko trochę bazaltu, granitu, czy jednak coś głębszego?

Na pewno góry nie są kupą kamieni. Dla mnie są po prostu ładne. Chodzę dla wrażeń estetycznych, jakie mi zapewniają. Góry podziwiam także z powodu już wspomnianego: one są majestatyczne, a ta ich cecha potrafi działać oczyszczająco na człowieka, poprzez pokazanie mu, jakim jest małym i chwilę tylko istniejącym. To z kolei pomaga nam ustalić, co w życiu jest ważne, a co ważność tylko udaje.

Czy przygotowuje się Pan w jakiś szczególny sposób do wypraw?

Nie. Przygotowanie zajmuje mi godzinę, nie więcej. Sprawdzam stan baterii latarek, zapas papieru wiadomo jakiego, a reszta wyposażenia plecaka, dość liczna, po prostu jest w nim na stałe i rzadko wymaga sprawdzenia. Dowiaduję się, jaka ma być temperatura i stosownie do przewidywań szykuję ubranie. Robię kanapki i pastuję buty. Mam ich kilka par, zmieniam je w zależności od pogody i trasy, albo swojego nastroju. Czasami oglądam spodziewaną trasę przejścia na zdjęciach satelitarnych, zwłaszcza, gdy mam iść lasami.

Wyprawa, do której najczęściej wraca Pan wspomnieniami?

Wiele takich było. Jeśli miałbym napisać o jednej, to chyba o dwudniowej wędrówce po Górach Stołowych. Było to kilka lat temu, w piękny, kolorowy i słoneczny czas jesieni. Jak wspomniałem, najważniejsze są dla mnie wrażenia estetyczne, pozytywne przeżywanie, a w tamte dni widziałem ze szczytu Szczelińca cudowny zachód i wschód słońca, całe dwa dni patrzyłem na oszałamiającą feerię kolorów i dal, wyraźną w przejrzystym powietrzu. Urwisko Batorowskie przeszedłem wtedy dwa razy, nie mogąc zasycić się urokiem krajobrazu.

O takich dniach się marzy myśląc o najpiękniejszej części jesieni i o górskich wędrówkach.

A czy była jakaś nieudana, o której chciałby Pan jak najszybciej zapomnieć? Jeśli tak to jaka?

Nie ma takiej. Oczywiście nie wszystkie wyjazdy były tak ładne jak ten opisany wyżej, ale nieudanych nie było, i to bez względu na pogodę czy wybraną trasę. Wszystkie oceny zależą od nas, skoro są nasze, a nie godzi się przekreślać złą oceną żadnego dnia życia, zwłaszcza, jeśli spędziło się go w górach.

Szczyt Pana marzeń?

Być pisarzem. Wydano dwie moje książki o górskich wędrówkach, w wydaniu jest trzecia, zupełnie inna, bo jest to historia miłości dwojga ludzi, którzy poznali się w… Górach Kaczawskich, jednak za pisarza jeszcze się nie mam.

Niektórzy uważają, że jeśli raz zdobyło się jakiś szczyt, to szkoda czasu i wysiłku na ponowne jego zdobywanie. Czy potwierdza Pan ten pogląd?

Szczytów nie zdobywam. Nie tylko dlatego, że za grosz nie ma we mnie zdobywcy, ale także dlatego, że w Sudetach nie ma szczytów do zdobywania, na nie się po prostu wchodzi, i to dość wygodnie.

Na wielu sudeckich górach byłem wielokrotnie i zapewne jeszcze będę, ponieważ wrażenia, jakie można mieć będąc na szczycie, czy szerzej: na widokowym miejscu, nie są stałe, powtarzalne, a i widoki zależą przecież od widoczności i pory roku.

Proszę przybliżyć naszym czytelnikom swoje książki.

Nie są to przewodniki. Rzadko podaję w nich szczegóły topograficzne tras. Opisuję głównie swoje wrażenia, a więc to, co widzę, i jak widziane odbiło się we mnie. Nierzadko wstawiam parę zdań myśli luźno związanych z górami, ale a propos widoków czy sytuacji. Czasami związane są z filozofią, czasami z geologią, albo z mitologią. Zorza poranna jest dla mnie Eos, grecką boginią świtu, i jak o kobiecie piszę o niej. Staram się pisać jasno, poprawnie i ładną polszczyzną.

Książki zawierają po kilkadziesiąt sporych zdjęć zrobionych przeze mnie.

Nie myślał Pan o zdobyciu np. jakiegoś ośmiotysięcznika? Czy myślał Pan o wyprawie w Himalaje?

Boże, uchowaj! Tam jest zimno, trudno oddychać i w ogóle trudno. Nie dla mnie takie góry.

A inne góry? Czy Pana pociągają?

Oczywiście. Bardzo lubię Bieszczady, chciałbym poznać wszystkie beskidzkie pasma, kuszą mnie góry i pogórza w okolicach Przemyśla, ale też wzgórza i drogi Roztocza. Chciałbym poznać czeskie góry i rumuńskie Karpaty.







260220

Wczoraj zadzwonił do mnie kolega i wskazał mój błąd w wywiadzie. Pytanie o szczyt marzeń zrozumiałem po swojemu, jako największe moje marzenie, a z kontekstu wynikało, że dziennikarz ma na myśli szczyt góry, o którym marzę. Przyznałem rację koledze.

Jaki on miałby być, ten szczyt marzeń? W zasadzie nie mam wymarzonego, jedynego. Jak wspomniałem, nie jestem zdobywcą szczytów. Może Śnieżka? Oczywiście byłem na szczycie tej góry, ale… Może zacznę od początku.

Jesienią byliśmy, ja i Janek, w Karkonoszach. Pogoda wyjątkowo dopisała. Był późny ranek, gdy zobaczyliśmy dwóch mężczyzn idących od strony góry. Już wracają? Rozmawialiśmy z nimi, faktycznie wracali. Pod wieczór weszli na Śnieżkę, oglądali z niej zachód słońca, nocowali na szczycie śpiąc w śpiworach, a o świcie patrzyli na wschód. Pozazdrościłem im widoków i tej wyprawy. Postaram się pójść w ich ślady, zobaczyć zachód i wschód z najwyższej góry Karkonoszy, a wiem, że te chwile oglądane z wysokości dającej rozległy horyzont, są najpiękniejsze.

Może więc zobaczenie Eos ze szczytu Sudetów nazwać moim szczytem marzeń?

Niech tak zostanie.

piątek, 21 lutego 2020

Góry, pisanie i filozofowanie

160220
Chrośnickie Kopy w Górach Kaczawskich.

Miałem już kłaść się spać, gdy uświadomiłem sobie, że nie wiem, gdzie jechać. Rozłożyłem mapę moich gór i wzrok padł, zupełnie przypadkowo, na Chrośnickie Kopy.
– Po cóż mi szukać dalej? Zapowiadano silne wiatry, a tam będę mógł szybko wejść między drzewa i wędrować lasami – pomyślałem.
Nim napiszę o tym dniu, dwa słowa o nazwach. Ten masyw jest wyraźnie oddzielony od innych gór i dość pokaźny, a składa się z czterech szczytów: Kopa, zwana też Kazalnicą, Lastek, Ptasia i Czernicka Góra. Tak więc Kopa, to jedna konkretna góra, natomiast Kopy są górskim masywem złożonym z kilku gór.
Samochód zostawiłem w stałym miejscu we wsi Chrośnica i poszedłem szlakiem ku przełęczy z zamiarem wejścia na Kopę. Pod szczytem tej góry jest szereg skał o zbiorczej nazwie Skalisko. Kilka z nich ma ponad dziesięć metrów wysokości i pionowe ściany, ale od szlaku nie wiedzie tam żadna droga ni ścieżka. Chciałem upewnić się, czy wchodząc w las, dojdę prosto do skał.
Pamiętałem dobrze, jak się okazało.
Podchodzenie po stromym zboczu bez ścieżki nie jest łatwe. Liście ukrywają luźne gruzowisko, wszędzie leżą zdradliwe nagie gałęzie, po których buty ślizgają się jak na lodzie, omijać trzeba zwalone drzewa lub wystające z ziemi duże i omszałe skały, no i o zasapanie się łatwo. A może tylko pocieszam się, skoro nogi miałem dzisiaj jak z ołowiu i ciężko mi się szło?
Jeszcze kilka lat temu mówiłem sobie, że po prostu brakuje mi kondycji, że będzie lepiej, ale ostatnio przychodzi mi do głowy paskudna myśl o moich latach: a może ta dawna kondycja minęła, a teraz będzie taka jak dzisiaj?
Może jednak nie, wszak dzień wcześniej skończyłem przyjmowanie antybiotyków – pocieszałem się.
Znamię wieku jednak jest – w takich myślach właśnie.
Chrośnickie Kopy są widokowe, mimo że poza jednym, pozostałe szczyty są zalesione. Nie brakuje tam jednak miejsc bardzo urokliwych, a widoki są nie z pojedynczych miejsc, a na niemal całej długości zboczy, po parę kilometrów z obu stron masywu. Można długo iść w pobliżu brzegu lasu, mając powoli zmieniający się widok na wiele sąsiednich i dalszych gór. Na przykład mogłem dokładnie obejrzeć Gniazdo, izerską górę, na której niedawno byłem.
Na zboczach Kop byłem kilka razy, w końcu ten masyw (i okolice Trzmielowej Doliny) są najbardziej ulubionymi moimi miejscami. Jednak dopiero dzisiaj zwróciłem uwagę na Gniazdo, wcześniej ta góra stapiała mi się z innymi, nierozpoznawanymi. Ten fakt nie tylko świadczy o dobroczynnym wpływie wiedzy na nasze widzenie świata, ale i pokazuje potrzebę powrotów, ponieważ nigdy nie są one dokładnym powtórzeniem poprzedniej wędrówki, skoro oprócz zmienności ścieżek i przejść, zmienia się postrzeganie okolicy. Na zapomnianej łące przechodziłem obok samotnego klonu. Był nagi, smutny, zimowy, i zapewne przeszedłbym obok ledwie rejestrując drzewo widziane kątem oka, ale zbliżając się, nagle zobaczyłem go w najwspanialszych kolorach jesieni; dopiero w chwilę później uświadomiłem sobie, że oto pamięć podsuwa mi widok tego drzewa widzianego w październikowy słoneczny dzień.
Tak więc pory roku, obok pogody, wpływają na nasz ogląd i nasze wrażenia. W tym roku wiele wskazuje na to, że po mało licznych wyjazdach zimowych, będę mógł spędzić kilka późnowiosennych dni w moich górach.

Nie ukrywam, że dzisiejsza włóczęga (to słowo najbardziej pasuje, skoro chodziłem bez konkretnego celu) miała związek z moją książką, z historią, która właśnie na Kopach zaczyna się i kończy. Napisałem w niej, że będę chodził po Górach Kaczawskich rozglądając się za Jasią z opowiadania, ale tak naprawdę to tylko figura stylistyczna, tak mi pasowało napisać dla osiągnięcia zamierzonego efektu. Nie szukam jej, nie rozglądam się za nimi, chociaż może i chciałbym – dla tak lubianego pomieszania fantazji z rzeczywistością. Na szukanie chyba jestem zbytnim realistą, jednak w inny sposób opisana historia ciągnie mnie tam. Możliwe, że tak naprawdę przyciąga mnie mój czas – ten spędzony na Kopach, i ten poświęcony pisaniu i myśleniu o pisanym.
Przypuszczam, że nie jestem odosobniony w emocjonalnym traktowaniu swoich większych tekstów i osób w nich występujących. Ci ludzie stają się w pewien sposób realni i bliscy, mimo że cały czas pamiętam o ich nieistnieniu. Myślę, że poświęcając im dziesiątki i setki godzin swojego czasu, udzielając im cząstki swojego ducha, tworzę swoistą nić łączącą z nimi – nie całkiem już fikcyjnymi postaciami. Nie ma tutaj sprzeczności, nie ma ucieczki od rzeczywistości, ponieważ nasz umysł zawsze żyje na pograniczu fantazji i realności, zawsze tworzy fikcje, nie tylko senne. Byłoby więc pisanie wymyślonych historii jednym z przejawów skłonności czy potrzeb ludzkiego ducha?
Tak więc można powiedzieć, że chodząc po Kopach, szukam śladów swojego czasu, a im więcej chodzę, tym wyraźniejsze ślady tworzę i dla nich częściej chciałbym wracać.

Chyba już pisałem o krótkiej chwili, o jednym obrazie czy wrażeniu, które wspomniane, dopominają się powrotu w miejsce ich doświadczenia. Tak było i dzisiaj. Idąc przez skały Skaliska, chciałem dojść do kępy brzóz na łące ukrytej w lasach, z dalekim widokiem Ostrzycy i Grodźca stojących blisko siebie. 


W końcu września znalazłem pod tymi brzozami kilkanaście zdrowiutkich zajączków, no i dzisiaj, wbrew spodziewaniu i wiedzy, stojąc pod brzozami, odruchowo myszkowałem wzrokiem po trawie w poszukiwaniu grzybów. Nieco dalej są zagajniki brzozowe, je też chciałem odwiedzić. Teraz, pisząc te słowa, wspominam inne miejsca w pobliżu, niezobaczone tego dnia; mam więc powód do powrotu na Kopy.
Kręciłem się w pobliżu szczytu Kopy, chcąc w końcu wyjaśnić swoją niepewność: który z dwóch sąsiednich szczytów jest właściwym, czyli wyższym? Na oko są takie same. Dzisiaj na jednym z nich, wcześniej omijanym z powodu gęstwiny krzewów, znalazłem słupek oznaczający szczyt. Podobne jest na Lastku. Encyklopedia podaje dwa szczyty, są trzy i na wszystkich byłem, ale słupka nie znalazłem, więc nadal nie wiem, który jest najwyższy.
Z południowego zbocza Kopy jest piękny widok Karkonoszy, kilku kaczawskich gór i sporej części Kotliny Jeleniogórskiej. Powietrze miało dzisiaj dobrą przejrzystość, więc karkonoskie szczyty, białe od śniegu, były wyraźnie widoczne. Jak zwykle wracałem wzrokiem do Śnieżnych Kotłów – ogromnych niecek wyżłobionych przez lodowiec. Ich niemal pionowe ściany mają dwieście metrów wysokości, dlatego widać je z odległości wielu kilometrów.



Natomiast północne zbocze Lastka w pobliżu szczytów jest teraz porębą. Odsłonił się daleki widok, ale sama poręba czyni przygnębiające wrażenie. Owszem, są już zasadzone małe świerczki, ale wokół nich jest pobojowisko, armagedon lasu. Pozostawione drzewa są teraz niezasłonięte, wiatry uderzają w ścianę wysokich świerków rosnących do tej pory w osłonie innych drzew, więc nieprzystosowanych do obecnych warunków. Efekt w postaci świeżego wiatrołomu widać. Jeden z powalonych świerków zadziwił mnie swoją masywnością i strzelistością, ale też niewielkim korzeniami. Leży teraz niczym maszt wielkiego żaglowca, a nad nim stoją drzewa poranione przez niego przy upadku. W kilku miejscach widziałem połacie ziemi zasypane drzazgami drewna. To chyba efekt pracy tych specjalnych maszyn do rozdrabniania niewywożonych gałęzi, zapewne dla przyspieszenia wejścia w ponowny obieg ich materii, ale i ten widok nie jest ładny. Mimo widocznych starań leśników, stanowczo nie podobają mi się poręby.



Obszedłem Kopy, poznałem bieg zarastającej dróżki i nowe, wygodne przejście przez jęzor lasu schodzący do dna doliny. Przekroczyłem zwarte szpalery tarniny wyrosłej na nieużywanej drodze i wyszedłem na dziką łąkę zarastającą jeżynami i różami. Warto przyjrzeć się takim łąkom, ponieważ widać na nich istotną zmianę: przestają być miejscami użytkowanymi przez ludzi i przez nich utrzymywanych w nienaturalnym stanie monokultury, a przejmowane są przez dzikie gatunki roślin. Tylko patrzeć, jak pojawią się tam brzozy, a później i inne drzewa, zacierając ślady ludzi.
Byłem na rozległym, urozmaiconym i widokowym zboczu Ptasiej.


Usiadłem na kamieniu i patrzyłem na wzgórza po drugiej stronie doliny, na zagajniki, dróżki polne pod szpalerami drzew, kolorowe pola. Patrzyłem na nitkę szosy pnącą się ku przełęczy, na wolno jadący samochód wyglądający z tej odległości niczym kolorowy żuczek, Rozpoznawałem szczyty: nad łagodny i rozległy grzbiet Babińca wychylał się ciemny czubek Ostrzycy; po lewej, daleko, miałem nową znajomą – izerską górę Gniazdo, a blisko widziałem brzozę przy drodze wspinającej się od wioski ku szczytowi – jedną z moich brzóz.
Na wprost, po drugiej stronie doliny, na zboczu Babińca, polna droga kluczy między kępami drzew, jakby nie chciała żadnej ominąć. Wracałem wzrokiem do tej mojej urodziwej znajomej, chciałem nawet iść do niej w odwiedziny, ale musiałbym się spieszyć, a tego na szlaku nie wypada czynić. Na Babińca pójdę wkrótce.
Nie powinno się śpieszyć na szlaku, ponieważ pośpiech w istocie jest uznaniem celu za najważniejszy. Śpiesząc się, przyjmujemy założenie (nawet nie myśląc o tym), że mijane miejsca i widoki są gorsze, a wtedy faktycznie widzimy okolicę jako mało interesującą. W środowisku naturalnym, albo trochę tylko zmienionym przez człowieka, tak naprawdę mało jest miejsc nieciekawych, w przeciwieństwie do obszarów zurbanizowanych, gdzie różnie bywa. Tam, gdzie natura ma jeszcze coś do powiedzenia, nasze postrzeganie zależy właściwie tylko od nastawienia i oczywiście od wiedzy.
Warto pamiętać, że sam fakt negatywnego nastawienia wpływa na postrzeganie.
Wracając, jeszcze raz wszedłem w brzeziny. Chciałem nie tylko zobaczyć z bliska brzozy, ale i przejść między drzewami, dotykać ich pni. Kto nie zna brzóz, niech się śmieje (ze swojej niewiedzy) czytając o ich dotykaniu.
Nie wie, ile traci.










niedziela, 16 lutego 2020

Chandra i jej leczenie

090220
Siedziałem w fotelu lub leżałem w łóżku i zgodnie za zaleceniem dochtorów pociłem się – chory, naburmuszony i zniechęcony. Dopiero popołudniu, gdy słońce zajrzało do pokoju i rozpaliło przesuwający się po ścianie jasny kwadrat światła, przyszła dobra odmiana: poczułem tęsknotę za wędrówką. Taką silną, wyciskającą łzy z oczu. Ona wybawiła mnie od ponurych myśli.
Tęsknota jest dobra. Dokucza, ale i leczy. Dodaje wartości podnoszących mnie w moich oczach. Budzi potrzebę marzeń i nadzieję ich spełnienia, a nade wszystko wyrywa z marazmu. Każe wstać i iść drogą.
Nierzadko mam wtedy wrażenie uciekania, zostawiania za sobą dokuczliwego świata, ale tęsknota łatwo odwraca takie myśli, pokazując mi drogę nie jako szlak ucieczki, a jako cel i środek do jego osiągnięcia.
Tęsknota jest dobra, mimo że czasami jest zołzowata. Jest jednak stałą moją towarzyszką, oswojoną w ciągu minionych lat i wierną, więc nie godzi się narzekać na nią.
Jutro trzeba mi iść do pracy – i dobrze, dość mam siedzenia. Pracując, będę wspominał moje drogi i czekał na chwilę pójścia jedną z nich. Wiem, że uśmiechnie się do mnie, a ja jak dziecko dam się jej poprowadzić.
Krótko mówiąc: trzeba mi rzucić wszystko w cholerę i pójść połazić.

Zdradzę jeden z powodów mojego przygnębienia, ponieważ nie dotyka spraw osobistych: to przeciągająca się sprawa wydania mojego romansu.
Czasami mam chęć nazwać ten tekst „love story”, ale za krótki jest do tej nazwy, a poza tym taki tytuł zbyt jednoznacznie kojarzy się z wiadomym filmem z lat siedemdziesiątych. Parę lat temu obejrzałem go ponownie, pierwszy raz od wielu lat. Cóż, sporo stracił w odbiorze, ale nadal jest tą sławną love story, a mój tekst to ledwie very short love story.
Ale jest mój.
Dziewięć miesięcy temu podpisałem umowę, książka miała się ukazać nie później niż we wrześniu. Cierpliwie czekałem, rzadko dzwoniłem, bo w takich sytuacjach czuję się niezręcznie i mam wrażenie bycia namolnym. Później wysyłałem uprzejme liściki przypominające, w końcu kilka razy zadzwoniłem do właściciela wydawnictwa. Zawsze bardzo uprzejmie zbywał mnie ogólnikami, a mnie ta jego uprzejmość wkurzała coraz bardziej, ponieważ nie pozwalała mi na twardszy ton.
Mijały kolejne miesiące. Po półroczu zastoju otrzymałem tekst z uwagami redakcyjnymi. W parę dni uporałem się z nimi, odesłałem, i…. znowu cisza. Zauważyłem, że mój telefon lub list do właściciela ma zdolność przerywania zastoju, ponieważ wtedy wydawnictwo czyni następny krok. Tak było z projektem okładki, z łamaniem tekstu, z zaakceptowaniem gotowej formy książki.
Wiem, że wielu ludzi na moim miejscu dzwoniłoby nawet codziennie, niektórzy zapewne nie przebieraliby w słowach, i taka sytuacja wcale by ich nie męczyła. Co najwyżej denerwowała, ale ja tak nie potrafię.
Czuję w sobie coraz mniej radości z powodu ukazania się tej książki, a coraz więcej zniechęcenia. Żałuję swojej decyzji powierzenia jej wydania tej właśnie oficynie. Czasami myślę, że wybrałem najgorszą z możliwych, ale zapewne tak nie jest. Taki po prostu jest rynek wydawniczy i takie zwyczaje biznesowe. Wydawnictwa otrzymują bardzo wiele tekstów, mogą wybierać, przebierać i grymasić – i tak robią, ponieważ zdecydowana większość autorów tych tekstów jest nowicjuszami. Trafić w gusta czytelników jest bardzo trudno, jeszcze trudniej sprawić, aby książkę zauważono, lepiej więc zrezygnować na rzecz kogoś ze znanym nazwiskiem. A nieodpowiadanie na listy i niedotrzymywanie terminów, jest przejawem nie tylko braku kultury, ale i wspomnianego nadmiaru tekstów nieznanych autorów.
U mnie jednak sprawa jest, a raczej powinna być, bardziej jednoznaczna, korzystniejsza dla mnie, ponieważ książka wydawana jest na mój koszt, mamy więc tutaj zwykłą umowę o dzieło między zleceniodawcą a usługodawcą.
Cóż, najwyraźniej nie ma dużej różnicy między hydraulikiem a wydawcą książek. Tyle tylko, że drugi lepiej posługuje się słowem niż pierwszy. Na ogół lepiej.
Tak to biznesowe zwyczaje wyganiają mnie na łazęgę.
Ot, po prostu machnąć ręką na wszystko i iść na wędrówkę.
Pójdę.

150220
Nareszcie jutro wyjadę w góry! Po kilku tygodniach bez włóczęgi, w końcu szykowałem plecak i nastawiłem budziki. Prawdę powiedziawszy, nie powinienem jechać, nadal biorę lekarstwa, ale że czuję się nieźle, gorączki nie mam, a tęsknota bałamuci mnie szepcząc w uszy zachęty i wiele obiecując, jak to ona, więc jadę.

Poczytuję książkę amerykańskiego planetologa Carla Sagana, uczestnika kilku programów kosmicznych NASA, autora między innymi „Błękitnej kropki”. Czytanie książek, zwłaszcza popularyzujących naukę, jest moim drugim, obok wędrówek, sposobem na chandrę.
Sagan był jednym z pomysłodawców złotych płytek przytwierdzonych do korpusów Voyagerów, na których zamieszczono szereg informacji o ludziach i Ziemi. Zapis był bardzo pomysłowy: wykorzystano jedyny uniwersalny język we wszechświecie – język matematyki. Uznano, że każdy matematyk, członek cywilizacji technicznej, odczyta te dane niezależnie od swojej odmienności.

Poniżej zamieszczam myśl autora, wyrażoną przy okazji relacjonowania oporów przed przyjęciem heliocentryzmu, ogromu Wszechświata i szerzej – naukowej wizji świata:

>>W pewnych przypadkach to, co ukazuje nam nauka, powinno wzbudzać w nas większy respekt niż to, co objawia religia. Dlaczegóż żadna z wielkich religii, patrząc na naukę, nie doszła do wniosku: „Jest lepiej, niż mogliśmy przypuszczać. Wszechświat okazał się znacznie większy, niż przewidywali nasi prorocy, wspanialszy, bardziej skomplikowany, bardziej elegancki. Zatem Bóg musi być o wiele potężniejszy niż nam się wydawało”?
Zamiast tego wołają: „Nie, nie! Nasz Bóg jest malutkim bogiem i chcemy, by tak już na zawsze zostało”.
Religia, stara lub nowa, doceniająca wspaniałość Wszechświata ukazywaną przez współczesną naukę, potrafiłaby wzbudzić uczucia czci i wiary w tych, których nie poruszają tradycyjne religie. Prędzej czy później taka religia z pewnością się pojawi.<<

Ten cytat jest popularny. Google znajdują go na wielu stronach o profilach racjonalistycznych bądź ateistycznych. Przy swoich przekonaniach powinienem być częstym gościem takich stron, ale nie jestem. Nie bardzo wiem, dlaczego.
Sagan namówił szefów NASA na odwrócenie Voyagera 2, sondy badawczej, która mijała wtedy zewnętrzne planety Układu Słonecznego. Chciano z tej dalekiej perspektywy sfotografować wnętrze Układu: Słońce, i planety krążące w pobliżu. Z ociąganiem, po zrealizowaniu celów naukowych, wreszcie zgodzono się. Rozkazy wysłane drogą radiową biegły ponad pięć godzin, w każdej sekundzie pokonując trzysta tysięcy kilometrów – witamy w kosmicznej skali odległości!
Na zdjęciu widać ognisty blask Słońca i mrowie maleńkich punkcików. Niemal wszystkie są gwiazdami, ale wśród nich widać Ziemię – maleńką, niczym niewyróżniającą się kropeczkę.
Oddaję głos Saganowi.

>>Przyjrzyjmy się jeszcze raz tej kropeczce. To nasz dom. To my. Wszyscy, których kochamy, wszyscy, o których kiedykolwiek słyszeliśmy, wszyscy, który kiedykolwiek istnieli, żyli właśnie na niej. Oto siedlisko naszych radości i cierpień, tysięcy religii, ideologii i doktryn ekonomicznych; każdy łowca i każdy wędrowiec, każdy bohater i każdy tchórz, każdy twórca i każdy niszczyciel cywilizacji, każdy król i każdy wieśniak, każda zakochana para, każdy ojciec i każda matka, każde ufne dziecko, każdy wynalazca i każdy podróżnik, każdy moralista i każdy skorumpowany polityk, każda supergwiazdai każdy najwyższy wódz, każdy święty i każdy grzesznik w dziejach naszego gatunku żyli tutaj, na tej drobinie kurzu zawieszonej w strudze słonecznego światła.
Ziemia to mikroskopijna część ogromnej areny kosmosu. Pomyślcie o rzekach krwi przelanej przez tych wszystkich generałów i cesarzy, którzy w chwili triumfu i chwały stawali się panami jakiegoś fragmentu tej kropki. Pomyślcie o niekończącym się paśmie okrucieństw zadawanych przez mieszkańców jednego zakątka tego piksela niezauważalnym mieszkańcom innego zakątka; jak częste są ich konflikty; jak skorzy są, by się zabijać; jak gwałtowna jest ich nienawiść. <<

Nic dodać nic ująć do tych słów. Wykonano te zdjęcia właśnie z powodu spodziewanej ich wymowy.

Na zakończenie coś lżejszego i odrobinę uśmiechniętego, z tej samej książki:

>>Mówimy: „jaki piękny zachód słońca” albo „wstanę, zanim wzejdzie słońce”. Niezależnie od tego, co twierdzą naukowcy, w mowie potocznej nie uwzględniamy ich odkryć. Nie mówimy, że Ziemia się obraca, lecz że Słońce wschodzi i zachodzi. Spróbujmy wyrazić to w języku kopernikańskim. Czy powiedzielibyście: „Janku, bądź łaskaw wrócić do domu, zanim Ziemia obróci się tak, że Słońce zostanie zakryte przez lokalny horyzont”? Zanim skończylibyście mówić, Janka dawno by nie było. Nie udało nam się stworzyć potocznych wyrażeń, które byłyby zgodne z ideą heliocentryzmu. Przekonanie, że to my znajdujemy się w centrum, a wszystko inne obraca się wokół nas, jest zakodowane w naszym języku. W ten sposób przekazujemy je dzieciom. Jesteśmy niepoprawnymi geocentrykami, pokrytymi cienką powłoczką kopernikanizmu.<<

Cóż, mówi się, że słowa bywają trwalsze do kamieni, a ludzkie języki przechowują ślady przeszłości, czasami bardzo odległej. Wspomnę tutaj o słowie „tabu”. Co oznacza, każdy wie, dodam więc od siebie, że w takim lub podobnym brzmieniu używane jest w bardzo wielu językach na całym świecie, i to nie tylko w wielkiej rodzinie języków indoeuropejskich, do których i nasz się zalicza, ale także wśród tych, które bardzo dawno temu odłączyły się od naszej grupy językowej. To żywa skamielina licząca dziesiątki tysięcy lat. Może i pozostałości po geocentryzmie zostaną tak długo w naszym języku?


niedziela, 9 lutego 2020

Skały Gniazda na Pogórzu Izerskim

190120
Góry Izerskie.
Góra Gniazdo w pobliżu Wlenia.

Zabrałem Janka z Legnicy i zgodnie z jego propozycją pojechaliśmy do Wlenia, chcąc poznać Gniazdo, niemałą górę na Pogórzu Izerskim. Trochę kluczyliśmy po miasteczku, szukając dogodnego i bezpiecznego miejsca na całodniowe parkowanie samochodu, ale krótko po nastaniu dnia byliśmy już na zboczu Gniazda.
Pierwszym celem były porwaki, rzadko spotykana formacja geologiczna. Genealogia nazwy jest prosta: to porwane kawałki skał. Jest i druga nazwa, ksenolity, ta wzięta jest z łaciny i oznacza obcą (w domyśle) skałę. Tworzone są w sposób łatwy do wytłumaczenia i wyobrażenia: wypływająca lawa unosi, porywa, kawałki skał, które zostają w niej po zastygnięciu niczym rodzynki w cieście. To, co mnie najbardziej zadziwia, to namacalność tego procesu, możliwość bezpośredniego patrzenia na jego skutki, ale też widok takich skał jest dowodem przeobrażeń morfologii Ziemi i jej niewyobrażalnego wieku. W naszym języku jeszcze funkcjonuje powiedzenie „wiek wieków”, będące określeniem niewyobrażalnego czasu, a przecież to ledwie dziesięć tysięcy lat, chwila w istnieniu naszej planety, podczas gdy skały, na które patrzymy, miewają tysiące „wiek wieków”.
Piękny twór kamienny, podobny do kwiatu, jest piaskowcowym porwakiem, czyli kawałkiem skały piaskowca utopionym w lawie. Jej słupowe spękania też są, jak dowiedziałem się z Internetu, nadzwyczaj rzadkie, bo zwykle tak pęka bazalt, skała powstała po zastygnięciu lawy. 



Dowiedziałem się, że jej wylewy nastąpiły około 30 milionów lat temu (trzy tysiące wiek wieków), a pisząc o tym, chciałem zwrócić uwagę na istotny szczegół. Otóż lawa porwała wtedy okruchy piaskowca, a jest to skała osadowa, metamorficzna. Czyli nie pierwotna, a utworzona z osadów i podległa przekształceniom. Jej głównym składnikiem jest piasek, a ten powstał z kruszejących skał wcześniej istniejących gór. Mamy więc tutaj jakby trzecie piętro widocznych (a były i wcześniejsze!) przemian: z nieznanych i bardzo starych gór zostały pokłady piasku, które w ciągu milionów lat zmieniły się w nową skałę, piaskowiec. Efekt trzeciej przemiany widziałem: to kawałki tych wtórnych skał utkwione w nowych skałach, w bazalcie, skale pochodzenia wulkanicznego. Ta tutaj ma parę dziesiątków milionów lat, a bryły piaskowca tworzące te piękne formy, Bóg wie ile (a może i geolodzy też) setek milionów. Ile miały lat tamte pierwotne góry, z których powstał piaskowiec?
Tam, gdzie stoją skały, wyraźnie widać ślady wyrobiska. Kiedyś działał tam kamieniołom, a obok stała tablica informacyjna. Została niedawno wycięta piłą, zostały kikuty okute cynkowaną blachą. Kto i po co to zrobił? Teraz myślę, że niekoniecznie wandal, że wprost przeciwnie: może miłośnik geologii, chcący w ten sposób ukryć skałę.
Z oporem wynikłym ze wstydu przyznam się do odłupania kawałka piaskowca wielkości dwóch palców. Dopiero później pomyślałem: co byłoby, gdyby tysiąc ludzi tak zrobiło?
Więcej takiego błędu nie zrobię.
W pobliżu sterczy nieco inna skała, też bazaltowa, ale popękana w charakterystyczny słupowy sposób. Układ spękań każe się domyślać burzliwości procesu wypiętrzania się tych skał.
Nieczynnych kamieniołomów jest jeszcze parę na Gnieździe. Kierując się mapą, niedokładną, jak niemal wszystkie mapy wydawane w naszym kraju (piszę tak po obejrzeniu dużo dokładniejszej mapy czeskiej), udało się nam odnaleźć pierwszy, najbliższej szczytu gór. Po zejściu na dno wyrobiska, westchnęliśmy z zachwytu, co zrozumie każdy miłośnik skał. W głębokim półmroku świerkowego lasu, na odludziu bez dróg, sterczą niemal pionowe skały piaskowca, u podstaw leżą omszałe skalne złomy, a na nich i między nimi rosną i umierają drzewa.



Mylnie uznałem, że skały odnalezione niewiele dalej były następnymi, których szukaliśmy. Dopiero przy pomocy GPS udało się nam dotrzeć do poszukiwanych i tam ponownie jęknęliśmy z zachwytu.
Raczej nie ma w Sudetach wielu miejsc bardziej najeżone skałami, czy raczej bezładnym rumowiskiem skalnym. Janek nie bez podstaw wysnuł przypuszczenie, że stały tam, na krawędzie uskoku, bloki skalne, które rozkruszył i rozrzucił po zboczu wielki wybuch. Tak właśnie wyglądają te skały. Ma się wrażenie chaosu, siłowego rozrzucenia połamanych bloków albo bezładnego ich wysypania z jakiejś monstrualnej wywrotki mitycznych Gigantów.
Wspomniałem ładne, skaliste zbocze poniżej Jelenich Skał na Tłoczynie i uznałem, że przy skałach dzisiaj oglądanych, tamte są placem zabaw dla dzieci.
Między zwalonymi na kupę blokami są luki wyglądające niczym schrony, niewielkie jaskinie, w których można się skryć. Na wejściu do jednej z nich rośnie pokrzywione drzewo ze śladami siekiery na swoim pniu – ktoś szykował sobie schronienie? Wodząc wzrokiem po tym rumowisku, dostrzega się skalne złomy jakby czarami zatrzymane w swoim pędzie w dół, dopiero po dokładnym ich obejrzeniu dostrzega się wątłe wsparcie klinujące, a wtedy pojawia się obawa o ich stabilność.
– Te skały kiedyś runą na dół. A jeśli zechce się im runąć teraz? Lepiej stanąć z boku – takie myśli pojawiały się u mnie.
Płaska duża płyta skalna sterczy nad ziemią skosem w górę, niepodparta. Jest jedną z tych, których trwanie w tej pozycji można wyjaśnić jedynie po ich uważnym obejrzeniu.
Było tak: ja oglądałem, a Janek w tym czasie podpierał skałę głową. Nie wierzycie? To spójrzcie na zdjęcie.







Skały piętrzą się pasem długości jakieś 200 metrów, dalej stopniowo mniejsze, bardziej wgniecione w ziemię, omszałe, a wszystkie w ładnym lesie. Świerkowym, ale jaśniejszym, z drzewami zielonymi do ziemi. W wielu miejscach stoją masywne buki z rozcapierzonymi pazurami swoich korzeni, w otoczeniu licznej dziatwy – małych buczków wystrojonych żywym brązem swoich liści. Trawy, krzaczki jagód i liczne paprocie tworzą poszycie tego ładnego lasu.

Z odszukaniem Białych Skał mieliśmy kłopoty. Znowu wspomagałem się GPS, ale tym razem bezskutecznie; najwyraźniej symbol skał na mapie był przesunięty. Później okazało się, że faktycznie był, ale niewiele, a w odszukaniu skał przeszkadzało ukształtowanie terenu. Wróciliśmy na rozdroże w pobliżu pierwszego kamieniołomu i tam się rozdzieliliśmy. Poszedłem wyraźnym duktem trawersującym wysokie i strome zbocze. Szedłem drogą i wtedy, gdy wiedziałem, że jestem za daleko i powinienem zawrócić, ale szedłem i patrzyłem. 


Ta góra imponuje swoimi zboczami. Bardzo trudno byłoby przejść po nich, a są i urwiska niemal pionowe, nie do przejścia bez sprzętu wspinaczkowego.
Janka znalazłem na grzbiecie wąskiej grzędy z pionową ścianą. Sprawdziliśmy, czy można z niej zejść idąc dalej, i zawróciliśmy. Janek uznał, że warto by sprawdzić jeszcze jedną ścieżkę, ja byłem bliski poddaniu się. Ścieżka, lekko opadając po bardzo stromym zboczu, zaprowadziła nas pod Białe Skały. Dopiero tam zorientowaliśmy się, że grzęda jest wierzchołkiem poszukiwanych skał. Stojąco tam i rozglądając, nie wiedzieliśmy, że skały są o dwa kroki, pod nami.
Po raz trzeci tego dnia jęknęliśmy z radości i zachwytu. Te skały czynią wielkie wrażenie. Szare pionowe ściany o wysokości do kilkunastu metrów są z piaskowca, ale nadanie im miana Białych znajduje potwierdzenie w jasnym kolorze bloków, które skutkiem procesów niszczących nie zdążyły ściemnieć.




Było już późno, zbliżała się godzina 16, więc na kiepskich zdjęciach niewiele widać uroku tych skał, ale nasze własne aparaty widziały i zapamiętały więcej i lepiej.
Zgodnie uznaliśmy, że do nich, na górę Gniazdo, powinniśmy wrócić – i wrócimy.
Na całej górze liczne są dziwne, nieturystyczne, znaki. Natomiast znaki ścieżki przyrodniczej, przebiegającej także u podstawy Białych Skał, pojawiają się niespodziewanie i tak samo znikają. Nader trudno iść według ich wskazań. Nawiasem mówiąc, nie spotkałem jeszcze dobrze oznaczonej ścieżki przyrodniczej.
Poszliśmy duktem, który według mojej oceny powinien wyprowadzić nas na południowy kraniec miasteczka. Wyprowadził, aczkolwiek z kilometrowym odchyleniem. Dopiero później, ślęcząc nad mapą, uznałem, że była to najprostsza i chyba najkrótsza droga powrotu.
Ostatni kilometr szliśmy nieużywanymi od lat torami. Zauważyliśmy dwa czy trzy włączone sygnalizatory świetlne. Od dwudziestu czy więcej lat ta linia jest nieczynna, torowisko już się rozpada i zarasta, a lampy nadal świecą! Proste rachuby wykonane w pamięci dały wynik ponad złotówkę na lampę na dobę, czyli około pięciu tysięcy złotych za dziesięć lat świecenia jednej lampy!
Cóż, kolei jest bogatą firmą, jak widać.

Kończyła się moja pierwsza w tym roku wędrówka górska. Przez trzy dni przemierzałem drogi trzech pasm sudeckich. Wiedziałem, że nazajutrz w południe będę już w Krakowie, nie wiedziałem jednak, że drobne zdarzenie sprzed trzech lat zawiedzie mnie na stół chirurga i uniemożliwi szybki powrót na szlak.





niedziela, 2 lutego 2020

Drogi i bezdroża Chełmów

180119
Chełmy na Pogórzu Kaczawskim.
Ze wsi Grobla na skały obok Bogaczowic, przejście podnóżem Biesówki do Nowej Wsi Małej, obejście Lipskiej Góry i Żarnowca. Wejście na wzgórze Nad Groblą. Przejście lasami przez Karczmarza i Bocianie Gniazdo na Radogost. Powrót do wsi Grobla czerwonym szlakiem.

Powinienem pochodzić gdzieś w pobliżu Czernicy, wioski, w której miałem noclegi, ale lubię jeździć bocznymi szosami kaczawskimi. Dzisiaj zafundowałem sobie czterdziestokilometrową trasę tymi dróżkami, na drugi koniec moich gór.
W Chełmach jest droga, którą parę razy widziałem i chciałem ją poznać, a nieco dalej rząd zalesionych wzgórz bez szlaku, czyli zapraszających do poznania. Poza tym chciałem odwiedzić parę znanych miejsc, i tak oto ustalił mi się plan na drugi dzień mojej zimowej trzydniowej wędrówki po Sudetach.
W pobliżu wsi Grobla rośnie wiele dużych drzew, jest siedlisko rzadkiego u nas gatunku jarzęba, sporo skał, ładne lasy, zakątki ciche i dzikie, gdzie szybciej spotka się zwierzę niż człowieka. Poza leśnymi masywami, na rozległych polach i łąkach, pęcznieją niewielkie, ale ładne i widokowe wzgórza.



Przerwałem pisanie i wspominając jedno z nich, poczułem tęsknotę. W góry pojadę dopiero za kilkanaście dni.
Na rozległym polu, pod lasem, na pochyłości zbocza, rośnie samotna kępa drzew. Pamiętałem o chwili mojego stania pod nimi i patrzenia w dal, co ma dla mnie trudny do wytłumaczenia urok, ale nie pamiętałem, jakie gatunki tam rosną. Będąc tutaj, w tych górach, jestem u siebie. Wiem, gdzie zaprowadzi mnie ta ścieżka, a jeśli nie wiem, to pójdę i się dowiem. Jestem u siebie, a skoro tak, powinienem wiedzieć, jakie drzewa u mnie rosną pod tą górą. Poszedłem i zobaczyłem dwa dęby oraz przytuloną do nich czereśnię.
Obejść Żarnowiec i Lipską Górę chciałem już dawno. Nie spodziewałem się tam niczego wyjątkowego, może poza poznaniem ładnej dróżki biegnącej u południowych stóp, ale po prostu nie było mnie tam, a często taki powód uznaję za wystarczający. Przez las poprowadził mnie strumień, później szosa, a kiedy wszedłem na dróżkę i rozejrzałem się, pomyślałem, że mogłaby się nie kończyć. Polna droga biegnąca brzegiem jasnego lasu bukowego, po stoku wzniesienia, rozległe widoki i moja zabawa w dociekanie nazw kaczawskiego drobiazgu – czego trzeba więcej miłośnikowi takich miejsc?
Nieco dalej zobaczyłem zarastającą drogę biegnącą pod pierwszymi drzewami lasu. Od otwartej przestrzeni dzielą ją zadziwiające lipy. Drzewa te potrafią rosnąć i na skalistym gruncie, ale wtedy nierzadko wykształcają wiele pni, nawet kilkanaście, co dobrze widać na zdjęciach. Szedłem pobliżem, a wyobraźnia podsuwała mi urzekający obraz czerwcowej wędrówki pod kwitnącymi lipami. Może będzie mi dane zobaczyć je wystrojone kwiatami, zapachem miodu i buczeniem pszczół?




W tej wędrówce towarzyszył mi odległy dźwięk piły spalinowej. Później, gdy stał się wyraźniejszy, dochodziły mnie inne dźwięki: głośne trzaski, w chwilę później głuche odgłosy uderzenia drzew o ziemię. Nie podobały mi się. Kuliłem się w sobie od tych dźwięków. Wiem, tak trzeba, drewno jest nam potrzebne, więc nie wiem, dlaczego odczuwałem sprzeciw.
Odwiedziłem górę Nad Groblą. Na niej właśnie rosną jarzęby brekinie i lipa opleciona wyjątkowo grubym bluszczem. Na jakiejś stronie internetowej przeczytałem o grupie drzew z grubymi bluszczami, widziałem zdjęcia, ale ten z Nad Grobli jest większy.

Właśnie zapytałem wujka Google o najgrubszy bluszcz w Polsce, wyświetlił mi stronę, na której Gorzów Wielkopolski chwali się największym w Polsce, pisząc o 40 centymetrach obwodu pnia, czyli 12,7 cm średnicy. Nie pamiętam średnicy mojego, skleroza, ale jest podobny, może nieco grubszy. Muszę wrócić tam z miarą i suwmiarką. Nie dla sprostowań, bo i tak nie posłuchają, ale dla swojej wiedzy, dla świadomości patrzenia na największy bluszcz. A tamci z Gorzowa niech się cieszą swoim „największym”.
Ach! Jeszcze jest wielki bluszcz rosnący na murze ruin w Wąwozie Książ! Tamten też może być grubszy od gorzowskiego.
Ponad zielony gąszcz liści tego „mojego”, wystają tylko szczyty paru najwyższych konarów drzewa. Los tej lipy jest przypieczętowany. Będąc tutaj po raz pierwszy, pomyślałem, że wrócę z piłą, ale wróciłem bez niej. Uznałem, że nie mnie decydować o losie tych dwóch organizmów. Że Natura tutaj decyduje, bo to jej dziedzina.
Między pniami drzew zobaczyłem kilka uciekających w panice dzików, a w chwilę później w odległości stu metrów (las jest tam widny, bez poszycia), zobaczyłem zwierzę z wielkimi, okrągłymi rogami. Tryk stał nieruchomo, patrząc na mnie, ale obserwacja trwała sekundę. Zerwał się do biegu i wtedy między drzewami zobaczyłem całe stado, na pewno ponad dwadzieścia muflonów. Ekscytujące przeżycie, ale później czyniłem sobie wyrzuty z powodu zakłócenia spokoju tych zwierząt. Gdyby można było im powiedzieć, że nic im nie zrobię, gdyby podeszły, miałbym ze sobą jakieś smakołyki. Czy muflony lubią marchew? A może wolą jabłka?

W tym samym lesie zobaczyłem jeszcze dwa duże jelenie. Biegły spokojnie, bez paniki, z dumnie podniesionymi głowami. Piękne zwierzęta.
Nie zamierzałem wychodzić z lasu, a iść nim dalej, aż na Radogost, ale skusiła mnie ładna droga omijająca chaszcze. Jak to zwykle bywa z takimi przygodnymi znajomymi, zwiodła mnie wyprowadzając na manowce, czyli do wioski. Nic to, wybaczam jej, chociażby z powodu zobaczenia tam ciekawej tablicy informacyjnej.
Dla mnie jest przykładem urzędowego bełkotu i nieporadności językowej. Jak ci urzędnicy dokładnie podali miejsca początku i końca drogi! Do jednej tysięcznej kilometra, czyli… do metra. To trochę tak, jakby w sklepie poprosić o tysiąc mililitrów mleka. Ale też podobnie podaje się pojemności akumulatorów power banków: na przykład 10000 mAh, a nie prościej i czytelniej: 10Ah.

Na tablicy zwraca jeszcze uwagę wyjaśnienie powodu budowy drogi: jest prawdziwie urzędowe. Tak trzymać!
Zaraz za wioską zszedłem z szutrowej drogi na długą łąkę łagodnie wznoszącą po zboczu Karczmarza. pierwszej góry, przez którą miałem przejść. Widok stamtąd jest bardzo ładny i zmieniający się. Wystarczy przejść sto metrów i znowu się obejrzeć, by dal zobaczyć nieco inną. Rozważam zamiar dopisania łąki do mojej elitarnej listy miejsc dobrych do postawienia domu.


Wszedłem w las i wkrótce stanąłem na szczycie. Na pewno? Wokół widziałem parę innych wierzchołków. Który jest wyższy? Po niedługim zwiadzie okazało się, że szczytów jest tam z dziesięć i dużo głębokich dolin między bocznymi, poplątanymi grzbietami. Cały dzień trzeba by chodzić dla poznania wszystkich zakamarków. Mogłem wiedzieć o tym przed wyjazdem, ponieważ skomplikowane uformowanie zboczy widać na mapie po przebiegu poziomic. Mogłem wiedzieć, ale zaniedbałem przygotowań, stosując kaczawską zasadę: pójdę i połażę. Połaziłem więcej niż się spodziewałem, więc właściwie było lepiej, niż miało być.
Widziana między drzewami jasność kazała domyślać się polany. Podszedłem bliżej, jej kształt wydał mi się znajomy? Niemożliwe. Przecież nie byłem tutaj. Włączyłem GPS w telefonie i mapę satelitarną, czyli sięgnąłem po pomoc, której unikam. Zobaczyłem gdzie jestem, przeszedłem ze sto kroków i sprawdziłem ponownie. Szedłem w przeciwną stronę, czyli z powrotem do wioski. Szukając najwyższego szczytu, klucząc po grzbietach w poszukiwaniu przejść bez tracenia wysokości, zaplątałem się haniebnie, a na słońce nie mogłem liczyć.
Zawróciłem z podkulonym ogonem.
Z kieszeni wystawał mi kabelek łączący akumulator power bank z telefonem, musiałem więc uważać na gałęzie. Mimo że na krótko, parę razy włączona funkcja GPS wyczerpała akumulator już w porze obiadu. Ale to dobrze! Przecież, jak przekonują producenci, wszyscy użytkownicy smartfonów, czyli także ja, nade wszystko pożądają cieniutkich telefoników i dlatego godzą się na noszenie power banków większych od telefonów i na dokładkę kabelków je łączących. Pozostaje mi przytaknąć: tak, moim marzeniem jest dwumilimetrowy telefon z centymetrowym akumulatorem i gustownym kabelkiem!
Cholera mnie bierze na praktyki wielkich koncernów decydujących za mnie, czego chcę i co potrzebuję.

Dalej poszedłem może nie najprostszą drogą, ale już bez pomocy GPS udało mi się dojść do podnóża docelowej góry i na jej szczycie zobaczyć zarys wieży. Byłem pod Radogostem. Dla przypieczętowania wejścia, wszedłem na szczyt wieży, ale nie zabawiłem tam długo, zbliżał się zmierzch. Szlak nie prowadzi najkrótszą drogą w stronę wioski, więc bez wahania opuściłem go i idąc lasem, doszedłem do drogi ku Grobli. Najwyraźniej nauczka niczego mnie nie nauczyła. I dobrze. Lepiej pobłądzić trochę, ale swoimi drogami, gdzie nikt i nic nie steruje moimi wyborami.
Bożena, pani na Konopce w Chrośnicy, uraczyła mnie taką kolacją, że na pewno przytyłem po niej. Długo siedzieliśmy przy winie, rozmawiając. Z zaciekawieniem słuchałem o witrażach, nowej pasji tej kobiety pełnej artystycznych pomysłów, oglądałem też jej prace.
Nad ranem cichutko opuściłem dom. Gospodarzy zobaczę zapewne dopiero jesienią.