Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

sobota, 23 kwietnia 2016

O drogach nie tylko kaczawskich

190416
Codziennie, zwłaszcza w dni wiosny i lata, pojawiają się we mnie obrazy drogi, którą idę. Pracuję, czytam lub piszę, zamieram zasłuchany w swoje myśli lub tulony jestem snem, bywa, że nagle widzę obraz jednej z tych, których dziesiątki przechowuje moja pamięć. Na ogół wizja trwa tylko chwilę, jest jakby krótkim smsem: „Widzisz mnie? Jestem.” - i zaraz znika. Jednak obraz bywa też intensywniejszy i dłużej trwający, budzący trudne do opanowania pragnienie rzucenia wszystkich moich obowiązków, więzów mnie krępujących, i pójścia drogą gdziekolwiek, byle daleko.
Drogę widzę wtedy inaczej: jej meandry stają się uśmiechem, zniknięcie na zakręcie pod lasem zalotnym spojrzeniem przez ramię, dotknięcie nieba na horyzoncie obietnicami kochanki.
-Chodź, zaprowadzę cię za horyzont. Sprawię, że nigdy nie będziesz miał mnie dość. Dam ci jednoczesne spełnienie i wieczne spełnienia pragnienie. U celu będziesz i na początku swojej drogi. – szepcze droga. Nie, oczywiście, że nie szepcze, ale… słyszę ją. Ona woła mnie.
Łzy stają mi w oczach, bo wiem, że nie wyciągnę do niej dłoni, nie mogę mając swoje obowiązki.
Pozostają mi krótkie, bo jednodniowe, jesienne i zimowe rendez-vous, dni nierzadko kradzione mojej rodzinie, oraz niepewne plany na przyszłość. Pozostaje też tęsknota. Właściwie powinienem się nią cieszyć, wszak zwykłem mówić, iż jest uczuciem arcyludzkim. Bywa, że gdy dopiecze mi pragnienie wędrówki, otwieram folder ze zdjęciami dróg. Z każdej wędrówki przywożę zdjęcia, mam ich setki. Ulubione mają swoje kopie na pulpicie. Oglądając je, czasami nie patrzę na opis, starając się po szczegółach otoczenia powiedzieć sobie, gdzie było zrobione.
Marzy mi się iść drogą cały dzień, przespać się gdzieś i iść dalej. Nie wracać do cywilizacji, a być w drodze. Skłonny byłem mieć te moje pragnienie za przejaw ucieczki od codzienności, w jakiejś mierze zapewne nią jest, ale C. Sagan w swojej „Błękitnej kropce” poddał mi pod rozwagę inne wyjaśnienie.

„Przez 99,9% czasu, jaki upłynął od pojawienia się pierwszych ludzi, byliśmy myśliwymi i zbieraczami, przemierzaliśmy sawanny i stepy. (…) Pomimo wszystkich korzyści materialnych, jakie dał nam osiadły tryb życia, tkwi w nas pewien niepokój, poczucie niespełnienia. Choć od czterystu pokoleń żyjemy w wioskach i miastach, nie zapomnieliśmy wszystkiego. Nieustannie pociąga nas droga, niczym zapomniana piosenka dzieciństwa. Odległe miejsca zawsze są dla nas czymś romantycznym. Przypuszczam, że poczucie to nieprzypadkowo utrwaliło się w procesie ewolucji: było niezbędne dla przetrwania gatunku. (…) Twoje życie, życie Twoich pobratymców czy wręcz życie Twojego gatunku, drogi Czytelniku, może zależeć właśnie od tych, których dręczy niepokój, wewnętrzny zew, często niezrozumiały i trudny do wyartykułowania, tęsknota ku nieznanym lądom i nowym światom.”

Wydaje się to prawdopodobne; dość prosty jest sposób działania tutaj procesu ewolucyjnego doboru, jednak akurat takiego wyjaśnienia nie brałem pod uwagę. Mimo iż bez trudności rozumiem i przyjmuję genetyczne uwarunkowania wielu naszych cech, tutaj czuję niezgodę, bo wydaje mi się, że zapisanie w genach mojej potrzeby drogi ograbia mnie z części mojej duchowości. Dokładnie to samo czuję na myśl o genetycznych (i prokreacyjnych) źródłach miłości. Chciałbym, aby to wzniosłe uczucie i moje pragnienie drogi były tylko moimi, nie danymi mi z żaden sposób, nie narzuconymi mi przez geny otrzymane od przodków. Żebym ja i tylko ja był ich twórcą.
Dziecinny protest, wiem, ale teraz nie mam ochoty na zgłębianie zasięgu wolności mojego ducha. Teraz jest tylko droga.

Biegnie skrajem lasu i rozległych pól na zboczach Babińca, idę nią rozglądając się: niebieski odcień zieleni pól pozwala domyślać się rzepaku, więc powinny być tutaj, były nie raz, ale akurat dzisiaj pusto jest na polu. Podnoszę wzrok i widzę stado krów na wysokiej łące pod szczytem Ptasiej, a za mną ścięty stożek Stromca stoi na tle niebieskiej ściany Karkonoszy. Wspominam chwilę ciepłego, słonecznego dnia sprzed kilku laty, gdy po przecięciu Kop, między ostatnimi drzewami lasu, po raz pierwszy w życiu zobaczyłem tę górę. Niewiele dalej ze skalnej ściany tryska źródło, jego zimną wodą myłem twarz i gasiłem pragnienie, a odczuwane wtedy orzeźwienie i widok góry połączyły się w mojej pamięci tak, że teraz jedno wspomnienie budzi drugie…
Zamyślony, nie od razu poczułem dotyk na dłoni; obejrzałem się i zobaczyłem ją. Stała za mną i patrzyła tymi swoimi dużymi oczami; przysiągłbym, że widzę jej uśmiech. Czy to ta, która rok temu jako pierwsza podeszła do mnie? Kształt białej plamy na jej szyi wydawał mi się taki sam, ale pewności nie miałem.
-Już myślałem, że nie spotkam was. Sama jesteś?
Wyciągnąłem rękę do niej, a ona potrząsnęła głową odsuwając się nieco, jednak po chwili znowu sięgnęła do mojej dłoni.
-Mam się nie spoufalać, ale poczęstunek przyjmiesz? Dobrze, chodź.
Zdjąłem ciężki plecak i usiadłem na miedzy. Nachylony nad nim nie zauważyłem pojawienia się następnych saren: stały półkolem przede mną wpatrzone w dwie reklamówki wyciągnięte z plecaka. W jednej miałem marchew, w drugiej jabłka.
-Jeśli ty jesteś tamtą sarną, wybierzesz jabłko. – wyciągnąłem dłonie do tej pierwszej, a ona bez namysłu chwyciła jabłko.
-Więc to ty. Najodważniejsza i pierwsza. To twoje kumpelki?
Wyłożyłem jedzenie na trawę miedzy, a one sięgały po swoje przysmaki i chrupały. Patrzyłem na nie wspominając zdarzenie z poprzedniego roku. To było niedaleko stąd, po drugiej stronie szczytu Babińca. Zima była ciężka, na polach leżała gruba warstwa twardego śniegu. Zobaczywszy mnie, stado saren zaczęło uciekać, ale po kilku susach jedna z nich zatrzymała się. Szedłem w jej stronę, spojrzała za swoimi towarzyszkami, odwróciła głowę w moją stronę i… stała dalej. Zdjąłem plecak i wyciągnąłem z niego jabłko i kromkę chleba z kanapki; nic więcej nie miałem. Trzymając jedzenie przed sobą szedłem dalej. Gdy byłem kilka kroków od sarny, ta sprężyła się, jakby chciała uciekać. Położyłem jedzenie na śniegu i cofnąłem się. Chwilę patrzyła na nie nim podeszła i sięgnęła po jabłko. Mówiłem coś do niej, wyciągnąłem dłoń i ruszyłem ku niej, ale ona potrząsnęła głową i spokojnie, bez paniki, pobiegła. Tamtej zimy spotkałem ją jeszcze dwukrotnie, odpowiednio już przygotowany. To ta z plamą na szyi.
-Daj się dotknąć. Przecież nie boisz się mnie, prawda?
Położyłem dłoń na jej głowie, a ona odchyliła się, musnęła wargami moje palce i odskoczyła dwa kroki. -Idziesz już? No tak, wszystko zjedzone, to idziesz. Idź i uważaj na siebie.
Pobiegły. Sto metrów dalej zatrzymały się i patrzyły na mnie, a w chwilę później znikły między drzewami lasu.
Nieco dalej droga też się chowała wśród drzew, ale wiedziałem, że za tym niewielkim zagajnikiem znowu wybiega łagodnymi meandrami na otwarte przestrzenie. Poszedłem tam w nadziei usłyszenia jej radosnego śmiechu.

Błotnista lub piaszczysta, niknąca we mgle lub na odległym horyzoncie, przecinająca rozległy przestwór pól lub szukająca dla siebie miejsca między drzewami lasu, prosto zmierzająca do sobie tylko znanego celu lub niezdecydowanie meandrująca, rozpalona letnim słońcem lub skuta zimowym mrozem, pod słońcem lub pod zwałami sinych chmur, wśród polnych kwiatów lub burych resztek zeszłorocznego kwitnienia – zawsze ma to „coś”, czym przyciąga mnie do siebie.









































































sobota, 16 kwietnia 2016

O wiośnie, literaturze i o górach


080416

Minęła godzina 21, odgłosy lunaparku ucichły, światła zgasły. Dzisiaj już na pewno nie będę wołany do pracy, mogę więc spokojnie kontynuować swój wieczór. Jeden z tych lubianych, gdy mogąc nazajutrz wstać później, siedzieć będę jeszcze długo po przepołowieniu nocy.

Ustawiłem książki na półkach, uśmiechając się na wspomnienie ich wybierania z biblioteczki w zimowym pokoju: wracałem do nich parokrotnie, za każdym razem dorzucając kolejne. O niektórych wiedziałem, że nie przeczytam, ale może chociaż zajrzę, przekartkuję. Po prostu chciałem mieć je ze sobą.  Przy rannej kawie otworzyłem jedną. Nie, sama się otworzyła na stronie z zakładką włożoną tam przeze mnie dawno temu.:



„Do drugiej zasię urny z dłonią wyciągniętą

Podchodziła Nadzieja – lecz dłoń była pusta…”



Kiedyś te słowa wywarły na mnie ogromne wrażenie. Te, i wiele innych ze wspaniałej poezji Ajschylosa.



„Jakże mam cię, gdy już serce więcej

nie boli, nazwać, panie? Maszt jesteś, nadzieja

okrętu!  Słup, co wspiera strop domu! Rodziców

radość, syn pierworodny! Ziemia zrozpaczonym

jawiąca się żeglarzom! Pogoda wiosenna

po długiej słocie zimy! Źródło wśród skwaru!”



Ateńczyk pisze o długiej słocie zimowej! Ech, gdyby on tutaj zawitał! Gdyby zawitał, zabrałbym go w Góry Kaczawskie i pokazał dziesiątki strumieni tych gór. Może nadałby im swoje nazwy? Może jedną chociaż tragedię umieściłby pod Lastkiem?

Cytat jest powitaniem. Pięknym powitaniem, nieprawdaż? Owszem, tyle że wypowiedziała je Klitajmestra do swojego męża, którego w godzinę później zaszlachtowała.



„Z dawnam już te zapasy obmyślała skrycie,

długom na nie czekała – i otom zwycięska!

Tu stoję, gdziem cios zadała! Spełnione dzieło.

A jakem go zgładziła, powiem i niczego

Nie zaprę się. Szeroki, długi płaszcz, zatratę

Pysznie tkaną, jak wielką sieć na jego ciało

Zarzucam, że ni uciec, ni odeprzeć ciosu

Nie zdoła. I uderzam go dwakroć. Dwa razy

Krzyknął – i legł bez siły. A gdy legł, uderzam

Trzeci raz – dar dziękczynny dla onego Zeusa

Podziemnego, co w zmarłych panuje krainie.

Padł i ducha przez usta szeroko otwarte

Wyrzygnął z krwi strumieniem. Bryznęła krew świeża

Z taką mocą, że czarnym zrosiła mnie deszczem.

A jam poczuła rozkosz, niby rola orna,

Gdy w niej ziarno kiełkuje, a z nieba Zeusowe

Leją się potoki…”



Wstrząsające swoją pychą wyznanie nienawiści i zbrodni, ale rozumiem ją i skłonny byłbym bronić jej. Wszak ten zarąbany, Agamemnon, mąż i jednocześnie głównodowodzący wojskami greckimi, skazał na śmierć ich córkę. Była niewinną owieczką, ale ojciec dał sobie wmówić, baran jeden, że tylko po przelaniu jej krwi odwrócą się wiatry. Bo przecież trzeba było płynąć pod Troję, żeby ratować honor jego brata, któremu żona przyprawiła rogi! Ech, te chłopy!

Dopisek z soboty, 16 kwietnia.

Znowu pada, jutro też ma być deszczowo; nie mam ochoty chodzić po górach w deszczu, marzy mi się zobaczyć je nie tylko w wiosennej szacie, ale i w słońcu. Po pracy pojechałem na zakupy, zaparkowałem pod biedronką i poszedłem na spacer. W deszczu, ale zaczynam obawiać się, że nim padać przestanie, skończy się kwitnienie. Znalazłem ścieżkę wiodącą tyłem przydomowych ogródków, szedłem nią gapiąc się na kwiaty; nagle myśl, widokami wiosny uwolniona od przyziemnych zmartwień, wydobyła z pamięci słowa Gilgamesza i znajdując swoiste podobieństwo, skojarzyła je z wyznaniem Klitajmestry. Postanowiłem znaleźć te słowa, także moją odpowiedź. W kampingu, po rozpakowaniu zakupów, usiadłem przy laptoku i zadałem mu pytanie o Gilgamesza. Wyświetlił mi około 50 plików, w których napisałem to imię. Aż tyle? – byłem zdziwiony. Cóż, ten utwór, chyba najstarszy poemat świata, towarzyszy mi od wielu lat. Oddaję głos bohaterowi tego dzieła, a słowa kieruje on do bogini Isztar.

„Gdybym cię za żonę wziął, czym ci odpłacę? Czy dam ci suknie?   Czy olej dla ciała? Czy miałbym chlebem cię sycić i karmić? Napitkiem napoić godnym władczyni?

Lepiej swe lica pięknie umaluj i na rojnych ulicach przebywaj, ciało swe w powabne suknie odziewaj, niechaj cię tam weźmie, ktokolwiek zechce!

Tyś koszyk z żarem gasnący, gdy zimno, drzwi poślednie, nie chroniące od burz i wiatrów, zamek, co grzebie pod sobą walecznych, słoń, co czaprak swój zrzuca i depce, smoła, która ubrudzi niosącego, bukłak dziurawy, co moczy niosących, głaz wapienny, który ścianę kruszy ciężarem, taran, który wprowadzono w kraj nieprzyjaciół, sandał, który chodzącemu stopę obciera. Któremuż z kochanków swych byłaś wierna? Kto twój pasterz? Kto ci się podobał?”



Moja wersja:



Tyś koszyk z żarem grzejącym, gdy zimno,

Drzwi masywne, co chronią od burz i wiatrów,

Dom broniący murami mieszkańców,

Kamień węgielny, podstawa tego domu,

Bukłak z wodą dla spragnionych,

Sandał, ochrona stopy zmęczonej.



Tragedię Ajschylosa i historię sumerskiego Gilgamesza dzielą morza i wiele wieków, jednak po upływie tysiącleci ja, mieszkaniec odległych rejonów Europy, wspominam te dwa utwory i znajduję w nich urok. Miła chwila ponad wiekami z wielką literaturą; chwila o bezmiar odległa od codzienności.



090416

Od rana pada. Między karuzelami świecą kałużę, rozmoknięta glina przykleja się do butów. Wóz z kuchnią stoi na zaśmieconym placu: wokół leżą połamane betonowe płyty, rozbite telewizory i butelki, sterczą szare badyle zeszłorocznych roślin. Nieco z boku, tam, gdzie nie chodzą moi koledzy, rośnie brzoza. Wziąłem aparat i poszedłem popatrzeć na nią. Dotykałem jej i słuchałem, ale ona, zajęta kwitnieniem, nic mi nie powiedziała… A może to ja nie potrafiłem dostatecznie wyciszyć się dla usłyszenia jej cichego szeptu. Przeszkadzało mi otoczenie, widok wozów i karuzel, świadomość krótkości chwili przed pracą. 




Zrobiłem jej kilka zdjęć i poszedłem na śniadanie.

Zająłem się porządkami w swoim warsztacie, a że w południe nadal padało, zaproponowałem szefowi wyjazd do bazy i kończenie prac zimowych, skoro z powodu pogody w ten weekend dużego ruchu, a tym samym i pracy, nie będzie. Pojechaliśmy w trzech. W ten sposób niespodziewanie, jeszcze przed zmierzchem, umyty, ogolony i przebrany, wyjechałem swoją vectrą do miasta na zakupy - wszak kuchnia została wśród śmieci. Gdy zaparkowałem na brzegu parku i wysiadłem, poczułem zapach wiosny. Pierwszymi jego nutami były wilgoć i chłód, ale głębiej tkwiły w nim liczne, miłe, chociaż trudne do rozróżnienia nuty. W tej jednej krótkiej chwili zachłyśnięcia się tym zapachem pojawił się we mnie obraz wilgotnych, rozchylonych ust kobiecych.

Dopiero później dostrzegłem związek.

Rozglądałem się: brzozy otulone zieloną mgiełką, zieleniejące się modrzewie i wierzby, kwitnące forsycje i mirabelki, jakieś małe zielone listeczki wystające spomiędzy zeszłorocznych traw, żonkile narcystycznie zapatrzone w siebie na trawie między jezdniami, pierwsze, nieśmiałe jeszcze, żółte główki mniszka szukające swoich pobratymców, kwitnące śliwy wiśniowe wokół ronda dwa razy objechanego z ich powodu. Wiosna. Wspomniałem góry; gdyby nie ten deszcz, pojechałbym. Może za tydzień?

Na kolację smakowita odmiana po codziennej porcji wędlin w lunaparkowej kuchni: wypatrzony w sklepie wędzony ser z oliwkami i oliwą przyprawioną ziołami prowansalskimi. Komputer uruchamiał się, a ja rozkoszowałem się smakiem jedzenia tak odmiennego od codziennego.

Oglądałem cudne zdjęcia z filmiku, którego adres przysłał mi Janek. Na którejś wędrówce uświadomiłem sobie, że niezależnie, czy poznawanie naszej planety traktować będziemy jako powinność poznania dzieła bożego, więc jako czyn na poły religijny, czy jako czyn natury estetycznej, skutek będzie taki sam: nasze wzbogacenie duchowe – rezultat obcowania z pięknem.

Patrząc na sfotografowane cuda natury, pomyślałem o moich górach.: Kto je zna? Ilu ludzi podziwia? Komu przychodzą  na myśl, gdy mowa o polskich górach? Czy są obecne w takich zestawieniach, jak to oglądane? Poczułem żal i pragnienie bycia wśród kaczawskich wzgórz, żeby swoim przeżywaniem zapewniać je o podobaniu się.



Facebook sam, nie pytając się o moją zgodę, ponownie uruchomił wyłączone przeze mnie konto u nich i masowo przysyła niechciane listy. Ta ich namolność i nieliczenie się ani ze mną, ani z polskim prawem, odbieram jako kolejne potwierdzenie słuszności mojej decyzji wypisania się stamtąd. Zlikwidować konta się nie da, po prostu nie i już. Gdy próbowałem to zrobić, zasypali mnie (właściwie nie oni, tylko ich komputery) zdziwionymi pytaniami: u nas jest tak bardzo super, a ty nie chcesz?? Nie, nie chcę. Unikam nie tylko reklam, ale i niedbale napisanych lub nachalnych stron.

Wieczorem koncert B-dur Albinoniego na obój z opusu siódmego.



czwartek, 7 kwietnia 2016

Prace i dni


Tekst zawieruszony w przepastnych głębiach laptokowej pamięci, napisany wiosną 2013 roku.

Skoro uznaję, że za dużo widzę potrzeb na zewnątrz mnie, potrzeb materialnych, a za mało duchowych, wewnątrz mnie, i to mimo uznawania świata wewnętrznego za prawdziwszy i ważniejszy, to dlaczego trzymam się tej pracy? Pracy, która ograbia mnie z czasu?
Pracuję po 80, a bywa, że i ponad 90 godzin w tygodniu, z dala od swoich, w błocie w którym topię gumowce lub w smrodzie gryzącym gardło i wywołującym mdłości, w zimnie lub w upale – usmarkany lub spalony na brązowo, w potwornym hałasie; także w stresie, skoro nierzadko wykonuję czynności będące zaprzeczeniem nie tylko bezpieczeństwa, ale i logiki lub technicznej kultury, na dokładkę wśród ludzi, których wolałbym omijać szerokim łukiem.
Omijać chciałbym też karuzele. Niedawno kolega opowiadał mi, jak to po wygraniu w totka i rezygnacji z pracy, szerokim łukiem omijałby miasto przez które wypadłaby mu droga, gdyby dowiedział się o stojących tam karuzelach; rozumiałem go.
Więc po co to wszystko? Czy tylko ekonomiczny przymus trzyma mnie tutaj?
W dobrych dniach, dostrzegając przedziwny, bo przewrotny, urok tej pracy, włóczenia się po kraju i czegoś podobnego do twardej, męskiej przygody, swoistej szkoły przetrwania dla twardzieli (skoro determinacja lub znaczna wytrzymałość psychiczna wespół z niemałą kondycją fizyczną są tutaj niezbędne), ale i tych satysfakcjonujących chwil, gdy naprawiane bądź skonstruowane urządzenie działa, wtedy uważam, że nie tylko przymus ekonomiczny, jednak na ogół trzymają mnie tutaj tylko pieniądze i brak rozsądnego wyboru. Różnie odbieram ten przymus: czasami jako coś naturalnego, skoro chcę coś mieć, gdzieś pojechać, skoro będąc mężczyzną poczuwam się do obowiązku utrzymywania swojej rodziny; czasami jednak czuję się zniewolony tym światem, w którym za wszystko trzeba płacić, ale i swoimi potrzebami - wcale nie  niezbędnymi do życia, ale które chciałbym móc zaspokajać.
Internet bezprzewodowy, komputer, parę w miesiącu kilkusetkilometrowych podróży dla pochodzenia po górach, samochód, no bo jak bez tego wszystkiego żyć w XXI wieku?! A jeszcze specjalistyczne i drogie buty górskie, jeszcze plecak i GPS, jeszcze dysk zewnętrzny i telefon, biurko, koszta urlopu no i oczywiście wszelkie opłaty związane z mieszkaniem, a jeszcze to, jeszcze tamto. A sieć rośnie, grubieje i oplata coraz bardziej. Zrywam się, prężę ramiona i rwę więzy. Spada ich dwa lub trzy, reszta zostaje, a później cichaczem pojawiają się następne, więc znowu robię remanent: to i tamto niepotrzebne, z tego zrezygnuję, z tamtego też – daremny trud, bo wydając tak mało, nadal wydaję tyle, że tylko ta lepiej płatna praca jest w stanie zapewnić wystarczające środki finansowe. No i dalej zostaję w lunaparku…
Ostatnio coraz częściej mam świadomość tego przymusu zarabiania na rzeczy nie niezbędne, i ona, ta świadomość pomaga mi zmieniając przymus w świadomy wybór: skoro chcę i potrzebuję wyjazdów w góry – na przykład – a ostatnio kosztują mnie te wyjazdy ponad 10 procent moich dochodów, to tym samym powinienem akceptować tyleż procent moich godzin pracy ponad normę.
Akceptuję, a pomaga mi w tym częste ostatnio porównania do przeszłości.
Będąc młodym chłopcem, Bach kilka dni szedł do miasta w którym miał dać koncert sławny wirtuoz. To, co dla niego było wielką wyprawą pełną trudów i wyrzeczeń, teraz, dla nas, jest zwykłym wyjazdem w niedzielne popołudnie, ale trzeba za to płacić. Przez tysiąclecia naszej historii ludzie całymi dniami pracowali aby zaspokoić elementarne potrzeby konieczne do przeżycia, a my narzekamy pracując na nowszy samochód lub telewizornię o większej przekątnej.
Warto pamiętać o tych różnicach, gdy biadolimy nad trudnościami życia i brakiem pieniędzy, bo mimo bezlitosnej ekonomiki naszego technicznego świata opartego na własności i pieniądzu, nadal jest spora grupa wydatków z których można zrezygnować bez pogorszenia materialnej jakości życia, a te, z których nie potrafimy czy nie chcemy zrezygnować, na ogół daleko są od rzeczy naprawdę człowiekowi niezbędnych. Bywa, że jeśli nawet ta materialna strona zubożeje, to niewiele, natomiast duchowa zyska. Mało tego, można znaleźć przykłady jeszcze wyrazistsze, gdy pierwsza nic nie straci, druga tylko zyska.
Daleko nie szukając: rezygnacja z posiadania telewizora jest oszczędnością nie tylko finansów, ale i czasu w dużej ilości traconego na oglądanie paskudnej papki tam pokazywanej. Do dzisiaj pamiętam oglądaną kiedyś reklamę, a w niej idiotyczny spazm radości pani, której z opakowania margaryny wyskoczył gadający ludzik. Myślę sobie, że jeśli już ktoś bierze się za pisanie reklam, to powinien znać się na tym, a przynajmniej umieć odróżnić pomysły takie sobie od tych żenujących.
Odsuwam laptoka i słucham wieczornej ciszy w parku, słyszę ptaki i rzadko przejeżdżające samochody. Założyłem górskie buty – wiadomo, z tęsknoty. Po trzech tygodniach od ostatniej wyprawy, wobec czterech miesięcy dzielących mnie do najbliższego wyjazdu w góry, z ciekawością i z rozbawieniem obserwuję u siebie dziwną zmianę: otóż na myśl o jesieni i zimie nie odczuwam zwykłej u mnie niechęci, a nawet jakbym oczekiwał ich przyjścia.

Przy swoim warsztacie spawałem jakieś połamane w transporcie żelastwo, i wtedy, z niskiej perspektywy klęczącej osoby, zobaczyłem nie tylko ten jeden krzaczek iglicy zauważony już pierwszego dnia, ale ich mnogość. Chyba nie jest im tam zbyt dobrze, skoro wykształciły maleńkie, ledwie widoczne kwiatki wielkości łepka zapałki. Dopiero gdy nachyliłem się, zobaczyłem liczne różowe drobinki wśród źdźbeł trawy. Iglica pospolita, jak i kwitnąca u schyłku lata cykoria podróżnik, niezapominajka polna i chaber (szczególnie w dojrzewającym zbożu, wśród maków), są moimi kwiatami, lubianymi, oczekiwanymi i oglądanymi. Nazwy obu pierwszych roślin poznałem robiąc im zdjęcia i angażując znajomych do których rozsyłałem listy z prośbą o identyfikację. Wszystkie one towarzyszą mi od lat, jakże więc nie lubić je?
…Myślę, że powód główny jest nieco inny: podświadomie uznaję to, co nie jest pokaźne i efektowne, a co drobne i zwykłe, za warte większej uwagi i czułości. Królewska róża i tak ma dość adoratorów, a te pospolite kwiatki potrzebują mnie. Gdy wsłucham się w siebie, czuję, że zasięg takiego mojego odczuwania ogarnia nie tylko kwiatki, ale i ludzi. Może dlatego zachowuję rezerwę wobec ludzi, którym wszystko się udaje i są wszechstronnie uzdolnieni?

Wielki, trzyosiowy, terenowy MAN uzbrojony w łańcuchy na kołach musiał rozkołysać się by ruszyć w głębokim błocie. Pomagam kierowcy idąc obok kabiny i obserwując gałęzie nad samochodem; kątem oka dostrzegam akację (czyli rubinię akacjową) i klon zrośnięte przy ziemi – jak bliźniaki syjamskie - myślę, obiecując sobie obejrzeć je dokładniej przy okazji zwijania naszego przewodu zasilającego leżącego obok. Koła ciężarówki pchają przed sobą wał ziemi, a na boki tryska woda wyciskana z namokniętego gruntu. Mlaskanie błota pod gumowcami tłumione jest rykiem ciężko pracującego wielkiego diesla, gdy ciężarówka wspina się na zbocze nasypu ciągnąc za sobą dwie głębokie, czarne koleiny. A deszcz ciągle pada, ósmy już dzień pada. Pod przeciwdeszczowym płaszczem ubranie mam wilgotne, spodnie na kolanach są mokre, nogi ociężałe wielogodzinnym wyciąganiem butów z czarnej, śmierdzącej brei.
Już drugi dzień próbujemy wyciągnąć karuzele z błota, bez pomocy ciągnika na gąsienicach chyba nie uda się wyjechać sprzętem na szosę. Za trzy dni zaczyna się festyn w następnym mieście, musimy zdążyć dojechać tam, ustawić cały sprzęt i zmontować karuzele.

Odebrałem dwa kolorowe pudełka tekturowe, a w nich potrzebne mi wtyczki do oświetlenia drogowego pojazdów. Dla oszczędności miejsca w ciasnym magazynie, wtyczki wyjąłem z opakowań, a te wyrzuciłem. Po co je robiono, skoro zaraz lądują w koszu na śmieci? Przecież potrzebne były materiały, sprzęt i ludzie, aby je wytworzyć…
Przecież wiem: my jak te sroki, cholera jasna, idziemy na lep błyskotek, bo towar ładnie zapakowany wydaje się nam lepszy, więcej warty. Kosztując dwa złote, efektowne opakowanie podbija cenę o dwadzieścia złotych, więc działają fabryki produkujące coś, co ma służyć (niemal) wyłącznie wyciągnięciu pieniędzy z kieszeni klientów.
Moja firma zużywa dziesiątki tysięcy litrów paliwa rocznie, tysiące litrów wszelakich płynów produkowanych przez wielki przemysł, zużywa ładunek ciężarówki albo i dwóch różnych części i materiałów, ale też ogromne ilości tlenu i wytwarza jeszcze większe ilości dymów w dziesiątkach wielkich silników, a to wszystko dla chwili radości klientów i zysku szefa.
…A czy ja sam nie robię tak samo? W ciągu ostatniej zimy przejechałem swoim samochodem (rozpędza się tysiąc kilogramów żelaza po to, aby przewieźć jedną osobę!) około 10 tysięcy kilometrów, spalając tysiąc litrów cennego gazu wydobywanego z trzewi Ziemi. Ile drzew musi żyć, aby wytworzyć tlen potrzebny mojemu fordowi wiozącemu mnie dla przyjemności w końcu, bo w góry, lub do domu wygodniej niż pociągiem? Z czego więc bywam dumny?
Ludzkość bezlitośnie i niefrasobliwie eksploatuje zasoby naszej planety dla pieniędzy lub zachcianki, a ja mam w tym swój udział.
Czy aby na pewno mamy prawo panoszyć się na Ziemi tak, jakby na nas miała się skończyć historia?

Po raz pierwszy od kilku dni wyszedłem „na miasto” do sklepu. Dziwnie lekko się poczułem idąc chodnikiem w zwykłych butach, nie w gumowcach po bulgoczącym i śmierdzącym błocie, a do takiego stanu deszcz i nasze ciężarówki doprowadziły polanę w parku. Centrum miasta, deptak, ładne sklepy, kawiarenki. Zajrzałem do jednej, jakbym w inny świat wstępował: niebrzydki wystrój, przyćmione światła, błyszczący bar, kolorowe lampiony na stolikach - elegancki świat ludzi mających czas na bywanie w takich miejscach.
Nagle poczułem żal i łzy w oczach – jakbym miał zdradzić ubogiego bliskiego dla osoby bogatej; zapragnąłem wrócić do siebie i usiąść przy szafce na której stoi mój komputerek, wrócić do swojego świata. Szybko zrobiłem zakupy i oto jestem.

Chyba musimy eksploatować naszą planetę, bo stworzyliśmy molocha, który dla swojego istnienia potrzebuje góry jedzenia, a co gorsza tak przyzwyczailiśmy się do niego, że nie wyobrażamy sobie życia bez cienia tej góry produktów którymi on karmi nas, a my jego.
Niedawno przeczytałem w książce Dalajlamy proste, zdawałoby się, stwierdzenie: coś jest nie w porządku z naszą gospodarką, jeśli dla prawidłowego jej funkcjonowania rokrocznie musi być odnotowywany wzrost. Bo przecież musi, w przeciwnym razie mam kryzys – ulubione słowo mojego szefa nagabywanego o podwyżkę, która wcale nie byłaby podwyżką, a ledwie wyrównaniem spadku wartości zarobków. Aby więc dostać podwyżkę, muszę kupować te cholerne telewizory, nie czekać z wymianą odzieży aż się rozleci i w końcu wyrzucić moją osiemnastoletnią wieżę audio by kupić nową.
A w życiu! Ta wieża, jak i mój stary telefon, będą u mnie do swojej naturalnej śmierci! Komu więc sprzedadzą swoje produkty fabryki, jeśli wszyscy będą tak robić? Moje poczynania są więc kryzysogenne, (znowu) cholera.
Z tego miejsca nie znam dalszej drogi.
Dopisek.
Drogę znaleźli producenci: zmuszają nas do zakupów, ponieważ ich wyroby projektowane są i wykonywane tak, żeby szybko się zepsuły. Obok bylejakości programów telewizyjnych, naszych kontaktów ze znajomymi, wypowiadanych i pisanych słów, zalewa nas kolejna bylejakość: wyrobów naszego przemysłu.