Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

sobota, 23 kwietnia 2016

O drogach nie tylko kaczawskich

190416
Codziennie, zwłaszcza w dni wiosny i lata, pojawiają się we mnie obrazy drogi, którą idę. Pracuję, czytam lub piszę, zamieram zasłuchany w swoje myśli lub tulony jestem snem, bywa, że nagle widzę obraz jednej z tych, których dziesiątki przechowuje moja pamięć. Na ogół wizja trwa tylko chwilę, jest jakby krótkim smsem: „Widzisz mnie? Jestem.” - i zaraz znika. Jednak obraz bywa też intensywniejszy i dłużej trwający, budzący trudne do opanowania pragnienie rzucenia wszystkich moich obowiązków, więzów mnie krępujących, i pójścia drogą gdziekolwiek, byle daleko.
Drogę widzę wtedy inaczej: jej meandry stają się uśmiechem, zniknięcie na zakręcie pod lasem zalotnym spojrzeniem przez ramię, dotknięcie nieba na horyzoncie obietnicami kochanki.
-Chodź, zaprowadzę cię za horyzont. Sprawię, że nigdy nie będziesz miał mnie dość. Dam ci jednoczesne spełnienie i wieczne spełnienia pragnienie. U celu będziesz i na początku swojej drogi. – szepcze droga. Nie, oczywiście, że nie szepcze, ale… słyszę ją. Ona woła mnie.
Łzy stają mi w oczach, bo wiem, że nie wyciągnę do niej dłoni, nie mogę mając swoje obowiązki.
Pozostają mi krótkie, bo jednodniowe, jesienne i zimowe rendez-vous, dni nierzadko kradzione mojej rodzinie, oraz niepewne plany na przyszłość. Pozostaje też tęsknota. Właściwie powinienem się nią cieszyć, wszak zwykłem mówić, iż jest uczuciem arcyludzkim. Bywa, że gdy dopiecze mi pragnienie wędrówki, otwieram folder ze zdjęciami dróg. Z każdej wędrówki przywożę zdjęcia, mam ich setki. Ulubione mają swoje kopie na pulpicie. Oglądając je, czasami nie patrzę na opis, starając się po szczegółach otoczenia powiedzieć sobie, gdzie było zrobione.
Marzy mi się iść drogą cały dzień, przespać się gdzieś i iść dalej. Nie wracać do cywilizacji, a być w drodze. Skłonny byłem mieć te moje pragnienie za przejaw ucieczki od codzienności, w jakiejś mierze zapewne nią jest, ale C. Sagan w swojej „Błękitnej kropce” poddał mi pod rozwagę inne wyjaśnienie.

„Przez 99,9% czasu, jaki upłynął od pojawienia się pierwszych ludzi, byliśmy myśliwymi i zbieraczami, przemierzaliśmy sawanny i stepy. (…) Pomimo wszystkich korzyści materialnych, jakie dał nam osiadły tryb życia, tkwi w nas pewien niepokój, poczucie niespełnienia. Choć od czterystu pokoleń żyjemy w wioskach i miastach, nie zapomnieliśmy wszystkiego. Nieustannie pociąga nas droga, niczym zapomniana piosenka dzieciństwa. Odległe miejsca zawsze są dla nas czymś romantycznym. Przypuszczam, że poczucie to nieprzypadkowo utrwaliło się w procesie ewolucji: było niezbędne dla przetrwania gatunku. (…) Twoje życie, życie Twoich pobratymców czy wręcz życie Twojego gatunku, drogi Czytelniku, może zależeć właśnie od tych, których dręczy niepokój, wewnętrzny zew, często niezrozumiały i trudny do wyartykułowania, tęsknota ku nieznanym lądom i nowym światom.”

Wydaje się to prawdopodobne; dość prosty jest sposób działania tutaj procesu ewolucyjnego doboru, jednak akurat takiego wyjaśnienia nie brałem pod uwagę. Mimo iż bez trudności rozumiem i przyjmuję genetyczne uwarunkowania wielu naszych cech, tutaj czuję niezgodę, bo wydaje mi się, że zapisanie w genach mojej potrzeby drogi ograbia mnie z części mojej duchowości. Dokładnie to samo czuję na myśl o genetycznych (i prokreacyjnych) źródłach miłości. Chciałbym, aby to wzniosłe uczucie i moje pragnienie drogi były tylko moimi, nie danymi mi z żaden sposób, nie narzuconymi mi przez geny otrzymane od przodków. Żebym ja i tylko ja był ich twórcą.
Dziecinny protest, wiem, ale teraz nie mam ochoty na zgłębianie zasięgu wolności mojego ducha. Teraz jest tylko droga.

Biegnie skrajem lasu i rozległych pól na zboczach Babińca, idę nią rozglądając się: niebieski odcień zieleni pól pozwala domyślać się rzepaku, więc powinny być tutaj, były nie raz, ale akurat dzisiaj pusto jest na polu. Podnoszę wzrok i widzę stado krów na wysokiej łące pod szczytem Ptasiej, a za mną ścięty stożek Stromca stoi na tle niebieskiej ściany Karkonoszy. Wspominam chwilę ciepłego, słonecznego dnia sprzed kilku laty, gdy po przecięciu Kop, między ostatnimi drzewami lasu, po raz pierwszy w życiu zobaczyłem tę górę. Niewiele dalej ze skalnej ściany tryska źródło, jego zimną wodą myłem twarz i gasiłem pragnienie, a odczuwane wtedy orzeźwienie i widok góry połączyły się w mojej pamięci tak, że teraz jedno wspomnienie budzi drugie…
Zamyślony, nie od razu poczułem dotyk na dłoni; obejrzałem się i zobaczyłem ją. Stała za mną i patrzyła tymi swoimi dużymi oczami; przysiągłbym, że widzę jej uśmiech. Czy to ta, która rok temu jako pierwsza podeszła do mnie? Kształt białej plamy na jej szyi wydawał mi się taki sam, ale pewności nie miałem.
-Już myślałem, że nie spotkam was. Sama jesteś?
Wyciągnąłem rękę do niej, a ona potrząsnęła głową odsuwając się nieco, jednak po chwili znowu sięgnęła do mojej dłoni.
-Mam się nie spoufalać, ale poczęstunek przyjmiesz? Dobrze, chodź.
Zdjąłem ciężki plecak i usiadłem na miedzy. Nachylony nad nim nie zauważyłem pojawienia się następnych saren: stały półkolem przede mną wpatrzone w dwie reklamówki wyciągnięte z plecaka. W jednej miałem marchew, w drugiej jabłka.
-Jeśli ty jesteś tamtą sarną, wybierzesz jabłko. – wyciągnąłem dłonie do tej pierwszej, a ona bez namysłu chwyciła jabłko.
-Więc to ty. Najodważniejsza i pierwsza. To twoje kumpelki?
Wyłożyłem jedzenie na trawę miedzy, a one sięgały po swoje przysmaki i chrupały. Patrzyłem na nie wspominając zdarzenie z poprzedniego roku. To było niedaleko stąd, po drugiej stronie szczytu Babińca. Zima była ciężka, na polach leżała gruba warstwa twardego śniegu. Zobaczywszy mnie, stado saren zaczęło uciekać, ale po kilku susach jedna z nich zatrzymała się. Szedłem w jej stronę, spojrzała za swoimi towarzyszkami, odwróciła głowę w moją stronę i… stała dalej. Zdjąłem plecak i wyciągnąłem z niego jabłko i kromkę chleba z kanapki; nic więcej nie miałem. Trzymając jedzenie przed sobą szedłem dalej. Gdy byłem kilka kroków od sarny, ta sprężyła się, jakby chciała uciekać. Położyłem jedzenie na śniegu i cofnąłem się. Chwilę patrzyła na nie nim podeszła i sięgnęła po jabłko. Mówiłem coś do niej, wyciągnąłem dłoń i ruszyłem ku niej, ale ona potrząsnęła głową i spokojnie, bez paniki, pobiegła. Tamtej zimy spotkałem ją jeszcze dwukrotnie, odpowiednio już przygotowany. To ta z plamą na szyi.
-Daj się dotknąć. Przecież nie boisz się mnie, prawda?
Położyłem dłoń na jej głowie, a ona odchyliła się, musnęła wargami moje palce i odskoczyła dwa kroki. -Idziesz już? No tak, wszystko zjedzone, to idziesz. Idź i uważaj na siebie.
Pobiegły. Sto metrów dalej zatrzymały się i patrzyły na mnie, a w chwilę później znikły między drzewami lasu.
Nieco dalej droga też się chowała wśród drzew, ale wiedziałem, że za tym niewielkim zagajnikiem znowu wybiega łagodnymi meandrami na otwarte przestrzenie. Poszedłem tam w nadziei usłyszenia jej radosnego śmiechu.

Błotnista lub piaszczysta, niknąca we mgle lub na odległym horyzoncie, przecinająca rozległy przestwór pól lub szukająca dla siebie miejsca między drzewami lasu, prosto zmierzająca do sobie tylko znanego celu lub niezdecydowanie meandrująca, rozpalona letnim słońcem lub skuta zimowym mrozem, pod słońcem lub pod zwałami sinych chmur, wśród polnych kwiatów lub burych resztek zeszłorocznego kwitnienia – zawsze ma to „coś”, czym przyciąga mnie do siebie.









































































12 komentarzy:

  1. Nie trzeba nawet zamykać oczu, by je widzieć. Wszystkie. I te asfaltowe, które przemierzam szosówką, i te widziane w czasie wypraw z Gui, wreszcie te przedeptane, czy wręcz wydeptane moimi nogami. Drogi, ścieżki... przywołują, szepczą... bo przecież życie to droga...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, droga i dla mnie jest synonimem drogi życiowej. Wszak w tym właśnie tkwi jeden z jej uroków. Dla mnie, mężczyzny, droga wykazuje wiele cech żeńskich, a nawet wprost kobiecych. Ty wiesz, jak nieporadny bywa facet w sytuacjach prostych dla kobiety i w kontaktach z nią; coś podobnego odczuwam widząc drogę. Jakiś tajemny magnetyzm, przyciąganie nie do wyjaśnienia, nieporadność, czy raczej bezsilność, ale taką, z którą nie walczy się, a poddaje się z lubością.
      Drogi wydeptane swoimi stopami… Gdy przeczytałem te Twoje słowa, pomyślałem, że zapewne myślisz o swoich ścieżkach na Blizborze. Może kiedyś pokażesz mi je?

      Usuń
    2. Tak, przede wszystkim ścieżki gierczyńskie,ale nie tylko. Myślałam o ścieżkach w ogrodzie, którego już nie ma,a w którym się wychowałam.Czy Ci je pokażę? Może,jeśli znów znajdziesz się u podnóża Kufla...

      Usuń
    3. Przy kuflu to ja mogę posiedzieć...

      Usuń
    4. Jeśli dasz mi znać, kiedy wybierasz się do Domku…
      Dwa lata temu wybraliśmy się, ja z moją mamą (jak napisałem na stronie o mnie, będąc dziadkiem, jeszcze jestem dzieckiem) do jej rodzinnej wsi. Tej wsi, w której spędzałem pierwsze swoje lata. Było podobnie jak z Twoim ogrodem: nie znaleźliśmy już tamtej wioski sprzed półwiecza.

      Usuń
    5. Ależ Janku! Teraz piwo pija się w szklanicach, nie w kuflach:) Pamiętam te wielkie i bardzo ciężkie kufle, ale nie brakuje mi ich. Przyznam jednak, że na Kuflu pomyślałem o kuflach i o piwie…

      Usuń
  2. Naprawdę miałeś takie spotkania z sarnami?? To niebywałe, ale... i wspaniałe!
    Patrzę na te zdjęcia przedstawiające Twoje drogi/ścieżki, którymi wędrujesz. Początkowo wydało mi się to trochę monotonne - drogi i tyle. Lecz po chwili odczułam pragnienie, by zapuścić się w którąś z tych ścieżek i dojść aż po horyzont :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniko, czasami fantazja miesza mi się z rzeczywistością :-)
      Opis tego spotkania jest nie tylko wyrazem mojego pragnienia bliższych kontaktów zwierząt z ludźmi, ale i potrzeby mojej psychiki posiadania odskoczni, sposobu na oderwanie się od rzeczywistości.
      Myślę, Aniko, że gdyby dane było Ci zapuścić się raz i drugi w labirynt dróżek, one zawładnęłyby Tobą.
      Tej niewoli życżę Ci :-)

      Usuń
  3. Witaj, Krzysztof.

    Każda droga może mieć różne znaczenia. Dla jednych jest drogą w nieznane, gdy dla innych jest to droga do domu.
    Droga może piąć się w górę. I ta sama droga może zbiegać w dół.

    O drodze różnie można mówić. Ba, można o nich też śpiewać:

    - Seweryn Krajewski

    (...)Droga, którą idę biegnie śladem ludzkich spraw;
    szukam swego czasu, jasnych słów, prostych prawd,(...)

    (...)W drogę! Już na mnie czas!
    Dokąd poniosą oczy ...
    W drogę!(...)

    - Ryszard Rynkowski

    (...)Szczęśliwej drogi już czas
    mapę życia w sercu masz
    ...
    Idziesz wiecznie sam
    i już nic nie zmieni się,
    poza tym, że raz jest za,
    raz przed tobą twój cień(...)

    - Halina Frąckowiak

    (...)Bądź gotowy dziś do drogi, drogi, którą dobrze znam,
    bądź gotowy, poprowadzę cię tam(...)

    Droga może też prowadzić do gwiazd:

    https://www.youtube.com/watch?v=vHWDNrrfhnI




    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Janku, kliknąłem link, ale zwiesił się mój laptocik; coś się z nim dzieje niedobrego. Spróbuję jutro.
      Znam te piosenki, wszak w podobnym jesteśmy wieku – dwaj faceci sięgający pamięcią tam, gdzie coraz więcej ludzi sięgnąć nie potrafi.
      Tak oto udało mi się napisać jeszcze jedną definicję starzenia się :-)
      Wydaje mi się, że Tobie, Janku, podobają się takie piosenki, których słowa są poetyckie, mądre i jakże często w naprawdę dobrych piosenkach po prostu piękne. Jeśli tak, to powiem, że gusta mamy podobne.

      Usuń
    2. Ten filmik, w dwóch równoległych obrazach pokazuje start rakiety obserwowany jednocześnie z dwóch punktów widzenia, z ziemi i z pozycji samej rakiety.

      Usuń
    3. Filmik udało mi się obejrzeć. Odrzucenie booster’ów wyglądało efektownie, ale zaraz wspomniałem słowa Sagana: te rakiety mają kupę wad, ale innych robić nie potrafimy.
      Wiesz co? Poleciałbym na orbitę obejrzeć niebieską Ziemię!

      Usuń