Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 25 listopada 2015

O kaczawskich nekach i o pewnej pocztówce


221115

Po całym tygodniu wielogodzinnej pracy w zimnym warsztacie i po celowo wypitym piwie, oczy zamykały mi się w czasie czytania; godzinę walczyłem z sennością, w końcu o 19.30 dałem za wygraną kładąc się spać. Obudziłem się wyspany; w pokoju było ciepło, leżało mi się wygodnie, z błogością przeciągałem się czekając na dźwięk budzika, gdy nagle pomyślałem, spanikowany, że może nie słyszałem jego dźwięku i zaspałem. Wstałem, założyłem okulary i spojrzałem na telefon: była 21.07. Jak ja teraz usnę? – bezradnie rozejrzałem się po pokoju, zatrzymując wzrok na lodówce. Wypiłem szklankę piwa, dla pewności nastawiłem drugi budzik i wróciłem do łóżka. Usnąłem nadspodziewanie szybko, a gdy o 2.30 zadzwoniły budziki, byłem wyspany.

Wstałem wcześniej niż zwykle, ponieważ w Góry Kaczawskie miałem jechać okrężną drogą, spod Wrocławia zabierając towarzysza mojej dzisiejszej włóczęgi. Nie chciałem ciągnąć kolegi na typowe moje kręcenie się po kaczawskich górach, chciałem pokazać mu coś, co on mógłby pokazać swojej rodzinie i co jednocześnie sam chętnie zobaczyłbym. Z tych uwarunkowań ułożył mi się nietypowy plan: o świcie Ostrzyca, na której byłem tylko raz kilka lat temu, następnie niedługi podjazd pod Bystrzycę dla pokazania jednego z moich ulubionych kaczawskich miejsc widokowych, a popołudnie na Grodźcu, górze i zamku dotychczas mi nieznanych.

Nie wziąłem pod uwagę szybkości jazdy nową drogą, wrocławską eską, w rezultacie omalże wyciągnąłem Tomka z łóżka. Czekając pod jego domem, zagapiłem się na grupę drzew: dwie brzozy i wierzbę stojące w rządku po uliczną latarnią. Brzozy miały jeszcze trochę żółtych liści, wierzba jak zwykle jeszcze sporo, a część z nich była zielona. Na liściach i gałęziach błyszczały krople wody w silnym, żółtym świetle lampy, a ich barwy były intensywniejsze; wydawały się wyrazistsze w kontraście z ciemnością listopadowej nocy wokół kręgu ciepłego światła, przyciągały wzrok, podobały się.

Przejechaliśmy sporo kilometrów, także bocznymi, malowniczymi dróżkami kaczawskimi, przeszliśmy niewiele, chyba nawet nie było dziecięciu kilometrów. Widzieliśmy jednak sporo, a i czasu na rozmowę po półrocznym niewidzeniu się mieliśmy dużo: cały dzień.

Widok żwirowego parking u podnóża Ostrzycy przypomniał mi przeżytą przygodę tutaj parę lat temu: zatrzasnąwszy kluczyki w samochodzie, próbowałem najdziwaczniejszych prób dostania się do środka samochodu. W końcu udało mi się na tyle odchylić górny brzeg drzwi, że włożyłem do środka patyk i pociągnąwszy nim klamkę, otworzyłem drzwi.

Teraz nastał u mnie XXI wiek, bo żeby otworzyć drzwi, naciskam taki mały guziczek przy kluczyku, chociaż wolałbym otwierać tradycyjnie, jak w fordzie: najpierw prawe drzwi, a lewe od środka, bo z zewnątrz nie chciały się otwierać. Mnie to nie przeszkadzało. Mój ford już pewnie jest rozebrany… Za bardzo przyzwyczajam się, nie tylko do rzeczy. Za bardzo. Numeru telefonu i kont bankowych nie zmieniam od kilkunastu lat, bo po prostu przyzwyczaiłem się do nich, samochód zmienić musiałem. Dobrze, już nie smęcę, wracam w góry.

Gdy ruszyliśmy, wstawał pochmurny i zimny dzień późnej jesieni, ale widoczna dzisiaj na wschodzie kolorowa plamka nocnej koszuli Eos budziła nadzieję na odrobinę słońca i błękitu. Droga wiedzie aleją starych, okazałych lip. 


Wiele ich okazów ma pomnikowe rozmiary, a największą zauważoną lipę oszacowałem na ponad 6 metrów obwodu. Nie pamiętam, żebym zwrócił uwagę na te drzewa kilka lat temu, a jeśli nie, to mam kolejny dowód potwierdzający zależność między widzeniem a wiedzą.

Wyżej, na stromym stoku, omszałe pnie i korzenie drzew; czarne i błyszczące, wyślizgane butami, bazaltowe stopnie pod szczytem góry; chropawe, szaroczarne, spękane skały szczytowe i wychylające się nad nie czarne i nagie gałęzie drzew. Drobny ruch oczu przenosi mnie tam, gdzie nad Wielisławką słońce próbuje przebić zasłonę chmur. Zieleń pól, szarości lasów poznaczone plamkami żółtych kolorów, niebieskoszare masywy Gór Kaczawskich, a za nimi majacząca, ledwie odróżnialna od koloru nieba, ściana Karkonoszy. Poczułem satysfakcję, gdy na pierwszy rzut oka rozpoznałem Przełęcz Komarnicką, mało widoczne zagłębienie w długiej i nierównej linii gór, a ciepło na widok Wielisławki, góry bliskiej mi, chociaż tak po prawdzie, to nie wiem dlaczego. Bardziej na lewo wznosi się Wilkołak nachylony nad Złotoryją, a na horyzoncie widać wysoki komin znaczący miejsce Legnicy wśród płaskiej nieskończoności dali.



Między kaczawskimi szczytami wzrok przyciągała śnieżna biel zbocza z dwoma masztami na szczycie – północny stok Łysej.

-Widzisz? Pamiętasz? Szliśmy tam trzy lata temu… - pokazałem koledze.

Pamiętał, dodał garść swoich wspomnień.

Dla mnie tamten nasz wyjazd pamiętany jest dzięki świątecznej pocztówce wysłanej mi przez Tomka. Jest na niej widoczne niebo w intensywnych kolorach świtu, biały stok, w oddali mała sylwetka człowieka idącego pod górę i zostawiającego za sobą meandrujące ślady w głębokim śniegu; na dole życzenia i podpis. Patrzyłem na  zarys sylwetki i coś wydawało mi się w niej znajome, zapytałem Tomka, okazało się, że to ja; zaskoczył mnie i ucieszył bardzo. Mam tę pocztówkę do dzisiaj na pulpicie laptoka.

Wracam na szczyt Ostrzycy. Ilekroć jestem na neku, jednym z tych powulkanicznych ostańców, doznaję zdumienia wielkością morfologicznych przekształceń Ziemi i jej niewyobrażalnym wiekiem. Ta niemała góra, miliony ton magmy skamieniałej w twardy bazalt, było kiedyś tylko drobnym fragmentem wielkiej góry, ze szczytu której zionął ogień iście piekielny. Z pozoru nic nie znaczące drobniutkie kroki procesów wspomaganych milionami lat, z tamtej góry utworzyły pola wokół, odsłaniając zapchaną gardziel wulkanu – bazaltowy nek. Zrazu wyższy, po odsłonięciu garbił się, przysiadał i rozpłaszczał w rozlicznych procesach niszczących, aż któregoś dnia wszedł na jego szczyt pierwszy człowiek. Czy tylko dla widoków tam lazł? Pewnie sam nie bardzo wiedział – i tak zostało do dzisiaj.

Po rannych obietnicach, słońce schowało się za zwałami chmur. Pociemniało, poprószył pierwszy w tym roku śnieg. Pojechaliśmy pod Bystrzycę, w pobliże jednego z moich ulubionych miejsc widokowych. Jest ono na zachodnich zboczach Dzioba i Buczyńca (trudno mi określić, gdzie kończy się jedna, a zaczyna druga góra), miejsce odwiedzane przeze mnie kilka już razy. Pokazałem je koledze mając ukryty (i niecny) zamiar: otóż chciałem i chcę rozkochać Tomka, miłośnika Tatr, w Górach Kaczawskich. Czy mi się udało, czas pokaże. W tamtym miejscu nie ma rozległych widoków, takich na pół horyzontu odległego o 20 i więcej kilometrów. Cały daleki widok, to garść bezimiennych (dla mnie) szczytów Izerskiego Pogórza, ale ważniejsze i nadające wartość miejscu są urokliwe zakątki między najbliższymi wzgórzami kaczawskimi. Kiedyś przeczytałem w encyklopedii poświęconej Sudetom wzmiankę o tym miejscu i ucieszyłem się, ponieważ autorzy dostrzegli urok miejsca i chwalili je w swoim dziele. Najciemniejsza, najbardziej śnieżna i wietrzna godzina dnia była właśnie wtedy, gdy tam byliśmy, jednak z miejscem naprawdę ładnym jest tak, jak z piękną (albo kochaną) kobietą: w każdych warunkach i o każdej porze będą podobać się. Na zdjęciach zobaczyłem, jak aparat widzi padający śnieg – w postaci białych, skośnych smug. Odnoszę wrażenie, iż jego oprogramowanie graficzne jest sporo w tyle za moim własnym.




Od paru lat wybierałem się na Grodziec, samotną górę wyznaczającą granicę wielkich Kaczaw. Piszę tak, bo trudno mi przyjąć zwyczaj ostrego dzielenia gór na góry właściwe i na pogórze; sztucznym jest taki podział, aczkolwiek nierzadko wygodny. Dla mnie Góry Kaczawskie zaczynają się na Grodźcu (jeśli iść od północy), a kończą na Cieciorkach, ponad 30 km bliżej równika. Z samotnego Grodźca wszędzie daleko, trzeba jechać samochodem, a staram się unikać jazdy w ciągu dnia spędzanego w górach, jednak dzisiaj tak zrobiłem, innej możliwości nie było. Zamek na szczycie góry jest popularnym miejscem wycieczek, a skoro tak, to musi mieć parking pod samymi murami – pomyślałem, i tak właśnie jest: spirala szosy pnie się po zboczach na sam szczyt. Zaparkowaliśmy w połowie wysokości, chcąc resztę drogi przejść, żeby chociaż w połowie wejść na górę, nie wjechać. Długa jest i burzliwa historia budowli na szczycie, czyli dość typowa dla sudeckich zamków: wojny, zniszczenia, odbudowa, znowu zniszczenia i w końcu na ogół martwe ruiny. Ten zamek miał więcej szczęścia: żyje, w połowie odbudowany, dalej naprawiany, zarabia na siebie pokazując ludziom fragment dawnych dziejów i dawnej kultury.

Na dziedzińcu stoją średniowieczne narzędzia tortur; gdy patrzyłem na te przerażające urządzenia zbudowane li tylko dla zadania cierpienia drugiemu człowiekowi, pomyślałem o pewnej organizacji, która przez całe wieki mając władzę niemal absolutną, nawet nad królami (że wspomnę tylko Kanossę), także wielki wpływ na myślenie ludzi, nie tylko nic nie zrobiła dla zakończenia tego trudnego do wyobrażenia barbarzyństwa, a nawet istotnie przyczyniła się do jego spotęgowania i dłuższego trwania.

Patrzę na armaty stojące na dziedzińcu, na otwory strzelnicze, potężne mury obronne zbudowane wielkim wysiłkiem, na to całe grodzenie się i zamykanie; przenoszę wzrok ponad zębatymi zwieńczeniami i gdy patrzę na rozległość i piękno naszej Ziemi, ogrania mnie zdumienie i smutek. Spokojnie żyć ciesząc się życiem i pięknem - tyle wystarczy, nic więcej, a tak to trudne było i jest dla ludzi.

Labirynty malowniczych krużganków i karkołomne spiralne schody, piękne sklepienia i komnaty wielkości kilku mieszkań, ale też brak łazienki i jajowaty otwór w występie muru do załatwiania wiadomej potrzeby. Mówi się i mówi uczenie, iż cywilizacja zaczyna się od bieżącej wody.

Ach, nie napisałbym o widokach! Na najwyższej wieży jest balkon widokowy, przy dobrej przejrzystości powietrza horyzont odległy jest o kilkadziesiąt kilometrów; słyszałem, że sięga po Ślężę. Główne pasma Gór Kaczawskich są tak malutkie, że ma się wrażenie patrzenia na jakieś małe pagórki pogórza; są tak odległe, że nie widać wielu szczegółów. Widać jednak w całej krasie majestatyczną rozległość naszej pięknej Ziemi. Ziemi, z której emanuje na nas spokój, urok i poczucie trwałości. Wystarczy w wyciszeniu zapatrzyć się w dal, by usłyszeć ją.









środa, 18 listopada 2015

Deszczowa włóczęga


151115

Wiedziałem, że dzień będzie deszczowy, ale tak mało mam dni wolnych, że każdy jest dla mnie cenny i chciałbym wykorzystać go aktywnie. Na ogół wybierać mogę między samotnym spędzeniem niedzieli w pustym pokoju, a łazęgą. Co prawda dzień bezruchu po tygodniu mojej pracy, dzień spędzony nad książkami i komputerem, przy dźwiękach lubianej muzyki, też ma pociągający urok, ale zaczynam doceniać czas, czując inny jego oddech na karku, co niewątpliwie ma związek z moim wiekiem. Pojechałem i nawet przez chwilę nie żałowałem, chociaż wyjątkowo ciężko wstawało mi się nad ranem.

O wzięciu masywniejszych butów pamiętałem, o nieprzemakalnej kurtce już nie, ale moja wiatrówka okazała się być dzielna i pozwoliła na niewielkie tylko zawilgocenie bluzy. Nie zmokłem, nie zmarzłem; peleryny, mojej najcięższej armaty przeciwdeszczowej, nie musiałem wyciągać z plecaka.

Parę tygodni temu zaplątałem się w labiryncie dróżek pod Leśniakiem, dzisiaj postanowiłem wrócić tam i dowiedzieć się, gdzie popełniłem błąd, a przy okazji poznać dróżki sąsiedniego Wywołańca, dróżki, na które wtedy zabrało mi czasu. 




Zaparkowałem na swoim stałym miejscu w Chrośnicy; dzisiaj po raz pierwszy spotkałem właściciela sąsiedniego gospodarstwa, zapytałem, czy samochód nie będzie tutaj przeszkadzać (wiedziałem, że nie, ale wypadało zapytać), chwilę rozmawialiśmy. Gospodarz powiedział, że pokazały się grzyby, dlatego idąc, parę razy nawet myszkowałem wzrokiem po lesie, ale nie znalazłem żadnego. 
Przyczynę tamtego wejścia w rozległy masyw leśny poznałem szybko; było tak, jak bywa zwykle: gdy jest się przekonanym, iż właściwa będzie droga w prawo, poniewczasie okazuje się dobrą ta lewa. Myślę, że tego błędu już tam nie powtórzę. Zaznaczam słowo „tam”, bo cały rozległy obszar Gór Kaczawskich pokryty jest tak zagmatwaną i gęstą siecią dróg, dróżek i ścieżek, że aby poznać ją całą, potrzebne są lata wędrowania; inaczej mówiąc, jeszcze nie raz zaplączę się. Czasami zapisuję poznane przejścia, oto fragment jednego z opisów: „po trzystu metrach dojdzie się do skrzyżowania T, po prawej jest duży, spróchniały pniak, skręcić w lewo na wprost niego, w mało widoczny dukt.” Za parę lat tej dróżki już nie będzie widać, albo znajdę tam dwa pniaki i nie będę wiedzieć, o którym pisałem. Całkiem niedawno szukałem takiego duktu na brzegu lasu pod wsią Posępsko i nie znalazłem. Okrążyłem górę, z drugiej strony wszedłem na tę drogę i wyszedłem nią z lasu. Wystarczyło odejść kilka kroków, by wylot zarastającego, nieużywanego duktu stał się po prostu niewidoczny. Żeby go znaleźć, trzeba dokładnie wiedzieć, gdzie się zaczyna.

Dobrze się idzie równą i wyraźną drogą leśną, zwłaszcza gdy trawersuje zbocza, ale jednocześnie w dziwny sposób przyciągają mnie zapomniane przez ludzi, zarastające dukty. Wchodzę na nie z poczuciem odwiedzania kogoś samotnego, opuszczonego, niechcianego, niepotrzebnego. Smutnego. Wydaje mi się, że idąc taką dróżką, sprawiam komuś przyjemność, robię dobry uczynek, tylko nie wiem komu. Drodze? Nie wiem, chociaż nie wykluczam, bo czasami mam skłonność do personifikowania nie tylko zjawisk przyrody, ale i jej obiektów, także rzeczy.

Krążę i krążę, nie zaczynając opisu? Robię dokładnie to, co robiłem tego dnia: po prostu krążyłem po niewielkim obszarze niedużej góry Wywołaniec i jej najbliższym otoczeniu. Pisząc tak, opisuję ten dzień. Nie mogąc zdecydować się gdzie iść, czasami dochodzę do wniosku, że tak naprawdę nie jest ważne, gdzie pójdę, ważne, żeby iść i drogę mieć przed sobą; uznaję, iż chmurna, mglista lub deszczowa  pogoda pasuje mi do wędrówki lasami; ostatnio chyba częściej odczuwam satysfakcję gdy wiem, dokąd można dojść tą czy tamtą drogą – ot, i mam gotowy plan na deszczowy dzień w górach.

Północne zbocze mojej dzisiejszej góry opada odkrytym stokiem w wąską dolinę, a za nią zdobywa się na jeszcze jeden zryw wznosząc się wąskim grzbietem, by dalej rozlać się po łąkach. Parę już razy stałem na tym grzbiecie i z jego wysokości patrzyłem na urokliwą stamtąd górę, dzisiaj poznałem ją i wiele jej dróżek. 


Najwyższa łąka wciska się zakolem w las porastający szczyt Wywołańca; minąłem rosnące tam malownicze świerki i doszedłem do ściany lasu, a że między drzewami zobaczyłem bliski już grzbiet (przypuszczałem, że szczytowy), wszedłem w las, znalazłem tam jakąś ścieżynkę i w chwilę później pierwsze skały. 





Wiele ich tam jest. Do najbliższych domostw nie jest daleko, kilometr czy dwa, ale odludne to miejsce. Rosną tam drzewa, w większości buki, i stoją czarne skały. Nic i nikogo więcej. Brzmi to niezbyt logicznie, ale takie właśnie miałem wrażenie. Pusto wokół i cicho, mimo szumu wiatru nad głową. Skały są kanciaste, jakby rozszarpane, nierzadko zielone od mchów, leżą spiętrzone albo rozsypane wokół, wystając ponad kobierzec bukowych liści niczym pogubione zębiska potwora – wyrazisty kontrast barw i kształtów. Inne są szare, strukturą podobne do oscypków, pełne szczelin i zakamarków, w których znajdują dla siebie miejsca drzewa i paprocie. Kręciłem się wśród tych skał przynajmniej godzinę smakując ich urok. Właściwie to nie wiem, dlaczego tak podobają mi się takie miejsca, a chodząc między skałami szukałem odpowiedzi, nawykły do (czasami uprzykrzonego) analizowania swoich stanów emocjonalnych. Kiedyś schodziłem zboczem Barańca do wsi, do Komarno; dzień kończył się, prószył drobny śnieg, było zimno. W szarościach zmierzchu zobaczyłem światło w oknie domu i w jednej chwili poczułem się tak, jakbym wracał z długiej wędrówki do domu, w którym czekają na mnie. Wspominam tamtą chwilę, bo wydaje mi się, że jest w niej cząstka uroku wspólnego z takimi miejscami, jak te na Wywołańcu, a jest nią kontrast: zimne, dzikie, podległe prawom przyrody otoczenie – i świadomość bliskości cywilizacyjnej, nie, raczej domowej wygody i ciepła, także tego między ludźmi.

Przerwałem pisanie i wsłuchiwałem się w siebie. Należałoby dokończyć myśl pisząc, iż istotą tego wrażenia jest poczucie bezpieczeństwa płynące z faktu bycia osobą  z zewnątrz, w bardzo niewielkim stopniu podległą prawom tego pierwotnego świata. Jestem tutaj, ale uzbrojony w odpowiednią odzież, za godzinę mogę być w samochodzie, którym wygodnie dojadę do domu, usiądę w fotelu i włączę Laudate Dominum Mozarta. A gdybym miał spędzić tutaj noc? Wszystkie moje noce bez cywilizacyjnych udogodnień?

Jest jeszcze coś, coś ważniejszego, ale bardzo trudnego do wyrażenia słowami. Nawet w myślach, tych najgłębszych i najpierwszych, myślach obywających się bez słów, a manifestujących się samymi wrażeniami, więc nawet w nich mam mętlik dwojakich, nierzadko sprzecznych odczuć.

Wchodząc w takie miejsca, wiele już razy miałem wrażenie bycia intruzem przeszkadzającym temu światu, tym drzewom i skałom, w ich życiu czy trwaniu. Także wrażenie podpatrywania tego świata w jego tajemnym, zupełnie niepojętym dla mnie… misterium? Czasami wrażenie jest tak silne, że zatrzymuję się i stoję ledwie oddychając, nie chcąc obcymi tutaj odgłosami przeszkadzać. Komu i w czym? Nie wiem. Odnoszę niewyraźne wrażenie emanowania na mnie… czegoś. Czego – też nie wiem. Gdy mija ten stan i mogę już normalnie myśleć i poruszać się, przychodzi mi do głowy pytanie: czy martwa materia, a skały i całe góry niewątpliwie takie są, mogą cokolwiek emanować, co może być odebrane przeze mnie? Przecież nie. Cóż więc czuję? Kolejne „nie wiem”.

A może po prostu przeżywam piękno natury, całą resztę dodając od siebie?

Wywołaniec stoi na wprost Lastka, mojej góry, oddzielony od niej wąską doliną z domami Chrośnicy na jej dnie. Wiedziałem, że nie ominę okazji odwiedzenia góry, a przy okazji tamtego ciemnego jaru ze strumykiem na dnie. Nie ominąłem.

Wiele dróg wspinających się po zboczach kaczawskich gór jest prywatna i zaczyna się… na podwórzu gospodarstwa. Czasami omijam je opłotkami, czasami, gdy nie jest ogrodzone, przechodzę przez nie (zdarzało mi się zawracać z powodu wściekle ujadających psów), a bywa też, że znajduję jakieś ukryte przejścia.

Dzień był dniem spotkań z mieszkańcami: gdy wszedłem na podwórze, zobaczyłem gospodarza, rozmawialiśmy dłuższą chwilę, cieszył się deszczem, bo wody w studni zaczyna mu brakować dla krów; jak wszyscy moi kaczawscy rozmówcy, i on wyraził zdziwienie moim łażeniem po górach, w końcu żona zagoniła go do domu („zaraz przemokniesz cały!”), a ja ruszyłem pod górę.

Dno jaru było suche, strumyk znikł. Stałem rozglądając się i słuchając. Zauważyłem, że zdarza mi się to często w różnych miejscach, niekoniecznie wyróżniających się atrakcyjnością – jakby potrzebę wsłuchiwania się w otoczenie miało drugie moje ja, te mniej racjonalne i techniczne.

W poprzek jaru leżało martwe drzewo, już bez kory, przełamane impetem uderzenia lub zmurszałą starością, nagie resztki konarów błyszczały od deszczu; wyżej zielona od mchów brzoza zakończyła swój żywot oparta o równie omszały, ale żywy jawor; nade mną, na krawędzi zbocza, rosła iwa – czarna i bezładna gęstwina murszejących konarów i nowych odrostów. Ponury, mroczny i… ładny las. Gdy wstrzymałem oddech, lepiej usłyszałem ciszę wypełnioną rozmaitością dźwięków deszczu: cichy szmer niezliczonych kropel padających na uschnięte liście, głośniejsze i rzadsze odgłosy kropel spadających z gałęzi drzewa pod którym stałem; głośny i ostry werbel kropel uderzających o kaptur kurtki. Gdy ruszyłem, tylko ten dźwięk został słyszalny, resztę zagłuszyły nowe dźwięki: szelest liści pod butami, dźwięk ocierania się czapki o kaptur i stukot stalowych grotów kijów o kamienie.

Po wyjściu z lasu uderzył we mnie silny wiatr niosąc krople deszczu wciskające się pod kaptur; nim doszedłem do przeciwległej ściany drzew, poczułem zimną wilgoć na kolanach – spodnie przemokły mi; kurtka jakoś trzymała się, rękawice i buty też.

Nie wchodziłem już pod szczyt Lastka, zadowalając się przejściem jego stokiem i poznaniem wylotu jeszcze jednej dróżki; o godzinie 16, po niemal dziewięciu godzinach włóczenia się w deszczu, doszedłem do samochodu. Ani przez chwilę nie żałowałem wyjazdu. Następny wyjazd za tydzień – niezależnie od pogody.


piątek, 13 listopada 2015

O moście nad rzeką liści


111115

Po trzech tygodniach przerwy w wędrówkach nie patrzyłem na prognozy pogody, goniony tym nigdy do końca nie pojętym pragnieniem drogi. Chmurny dzień wydawał się dobry do poznania zalesionego masywu Miłka, którego moje szlaki omijały aż do dzisiaj. Wchodzące w skład masywu trzy stojące obok siebie góry nie zajmują dużego obszaru, ich obejście podnóżem zajmuje dwie, może trzy godziny, a spędziłem tam cały dzień i według moich standardów, Miłka nie poznałem dobrze. Są tam miejsca, które ominąłem, inne chciałbym kiedyś odwiedzić; jedne i drugie doczekają się mnie na pewno.

Rozwidniało się, wstawał zapłakany, szary dzień listopadowy, gdy zostawiwszy samochód w Wojcieszowie, poszedłem w stronę nieczynnego wyciągu narciarskiego, licząc na dojście odkrytym stokiem w szczytowe partie masywu, ale znalazłszy lokalny szlak wiodący wokół masywu, poszedłem nim, wejście wyżej zostawiając na później. Muszę tutaj zaznaczyć, że cały masyw jest rezerwatem, wchodzić na jego teren nie wolno, szlaków nie ma tam żadnych, poza tamtym wiodącym podnóżem. Wchodząc, złamałem zakaz. Tak, złamałem, a na swoje usprawiedliwienie mam tylko dbałość o środowisko nakazującą mi zabierać ze sobą wszystko, co przyniosłem i chęć poznania Miłka.

Na prawie całej swojej długości trasa wiedzie lasami, na ogół mieszanymi z przewagą liściastych gatunków, czyli takimi lasami, jakie rosły tutaj zawsze. Miejscami idzie się tą sławną buczyną sudecką: jednorodnym lasem bukowym, lasem, który zawsze czyni wrażenie i którego nawet późna jesień nie potrafi pozbawić urody. W ciągu trzech tygodni mojej nieobecności znikły niemal zupełnie kolory złotej jesieni, las zszarzał. Na lipach i grabach, na jesionach i klonach, nie ma już liści, na jaworach wiszą jakieś skulone brązowe resztki, wiele liści dębów trzyma się gałęzi, ale są zbrązowiałe i zmatowiałe, licznie rosnąca nawłoć zapomniała o swoim kwitnieniu stając się szarobrunatnym badylem. Tylko buki trzymają i trzymać będą całą zimę żywe i nasycone kolory swoich jesiennych liści; tylko brzozy chwalą się nielicznymi już żółtymi liśćmi, resztką z królewskiego złotogłowiu rozpostartego tutaj przed kilkoma tygodniami.

Rozglądam się wokół z rokrocznie powracającym smutkiem… nie, nie smutkiem, raczej z łagodną nostalgią, tyleż razy odnawianym godzeniem się z naturalnymi i nieuniknionymi metamorfozami przyrody… Czy ja nie oszukuję się, skoro piszę o godzeniu? Z szarości listopadowego dnia, z brudnych mgieł zakrywających wyższe szczyty, z burego nieba, z nagich gałęzi drzew, które zawsze kojarzą mi się z rozpaczliwie wyciągniętymi do nieba dłońmi, sączy się smutek; niedokuczliwy, stonowany wiedzą… też nie: to kwestia odczucia, nie wiedzy, więc stonowany przeświadczeniem o powrocie słonecznych i kolorowych dni, ale jednak smutek. Wtedy chwytam się drobiazgów budując z nich swój obraz świata, który chciałby być niepodległy powszechnemu prawu listopadowego tracenia urody. Inaczej widzę błyszczące blaskiem drogich kamieni krople wody na liściach dębów leżących na leśnym dukcie, kilka zielono-żółtych liści na brzózce, maleńki krzaczek iglicy pokazujący mi swój jedyny kwiat, jakże piękny wyjątkowością, krople deszczu wiszące na czerwonych owocach dzikich róż. Gdy już zbuduję wysoki mur wokół siebie, gdy już mam się schować za nim, bezpieczny, uświadamiam sobie, iż wiele z użytych cegiełek wziąłem z jesiennego świata. Podnoszę głowę i nierzadko zdumiony patrzę na odmieniony dziwnym sposobem świat, bo widzę go… ładnym. 


Wyciągam dłoń i palcami dotykam maleńkich kropelek deszczu wiszących na końcach igiełek świerku; czując ich chłód i wilgoć uśmiecham się, ale nie wiem dlaczego; wciągam w płuca intensywny, gorzko-orzechowy zapach liści, patrzę na zamglony odległością szczyt widoczny między nagimi gałęziami brzozy i nie czuję smutku ani buntu. Patrzę na ładny i drogi mi świat. Wiem jednak, że uzyskany jego odbiór i pogodny nastrój nie są trwałe. Jeszcze nie raz osuwać się będę w jesienno-zimowy smutek, a broniąc się, szukać będę drobin piękna wokół siebie.

Gdy prowadzony drogą wyszedłem z lasu, zobaczyłem Osełkę, górę, która zauroczyła mnie sobą od pierwszej chwili zobaczenia jej kilka lat temu. 



Poszedłem ku niej, nawet myślałem o zmianie planów, bo ta góra czaruje mnie nadal, ale zawróciłem ku Miłkowi, obiecując jej i sobie powrót niebawem. Na południowo-zachodnim zboczu masywu jest nieczynny kamieniołom Aven: wielka wyrwa w stromym zboczu góry z pionowymi ścianami wysokości kilkunastu pięter. 






Miejsce warte poznania z powodu dostrzeganych tam przemian: w naturalnie ukształtowane zbocze wdarł się człowiek ze swoimi maszynami, rozdarł górę stalowymi pazurami i wywiózł niemałą jej część, a na koniec poszedł sobie zostawiając zranioną górę samą sobie. Zajęła się nią natura: na poszarpanych ścianach zaczęły pojawiać się pierwsze drzewka, w skalnych szczelinach znalazły dla siebie miejsca rośliny lubiące tak zdawałoby się niemożliwe do życia środowisko, wiatry naniosły ziemię na ludzkie drogi i zasiały trawy, a ceglane ruiny budynku zasłoniła wierzba iwa. 


Przyroda powoli przywraca kamieniołom naturze, z miejsca zniszczonego ludzką działalnością czyniąc miejsce ładne swoją dzikością i odmiennością.

Stoi tam tablica informująca o rzadkich roślinach rosnących w wyrobisku; ich nazwy zapewne wzbudzają ekscytację u botaników, mnie rozbawiły swoją oryginalnością i dźwięcznością: kruszczyk rdzawoczerwony, podkolan biały, gółka długoostrogowa, i rozkosznie brzmiąca ożanka pierzastosieczna. Był też motyl powszelatek sertor. Wybornie smakowite nazwy!

Zatoczywszy koło wróciłem pod stok narciarski, ale jego już tam nie było i to od lat. To, co na mapie jest wstęgą nagiego stoku aż pod szczyt, naprawdę jest gęstwiną młodego lasu, którą po prostu nie przejdzie się, jednak bokami wiodą na górę dwie ścieżki; najwyraźniej nie ja jeden złamałem zakaz wejścia na Miłek. Podobnie jest z zaznaczonym miejscem widokowym: miejsce jest nadal, nawet barierki uchowały się, tylko widoku już nie ma od lat, bo drzewa zasłoniły dal.

Droga na szczyt spacerkiem nie jest: nachylenie stoku sięga 30 stopni, pod warstwą liści są ruchome kamienie, a różnica poziomów wynosi 130 metrów, jak na te góry to dużo. Na Młyńcu, szczycie najbliższym miasteczku, stoi wieża obrośnięta antenami tak, jak widziany niedaleko martwy buk obrósł hubami. Na szczęście wystarczy odejść kawałek od masztu, by zapomnieć o tym śladzie ludzi i cywilizacji. Kręciłem się między szczytami parę godzin dla ich urody, chociaż nie tylko, o czym później. Wiele jest tam skał wychodnych, niektóre pokaźnych rozmiarów, wszystkie czyniące wrażenie dzikością i swoim odwiecznym trwaniem zarośniętym drzewami i mchami. 





Wrażenie ich dzikości i wiecznotrwałości potęgowała aura: mżył drobny deszcz, niebo było bure, czasami silny wiatr tarmosił bukami i osadzał kropelki deszczu na moich okularach. Ciężko się tam chodzi, nawet gdy trawersuje się stoki, bo te mają duże nachylenie, a liście przykrywają nierówności, gałęzie i luźne kamienie. Raz i drugi nogi mi się rozjechały i zawisłem na kiju wbitym w ziemię, raz noga wpadła mi w dziurę zasypaną liśćmi, a nawet udało mi się poznać twardość skał własnym tyłkiem. Liście na ogół sięgały od kostek do połowy łydek, ale w paru miejscach brodziłem w nich dosłownie po kolana; nie pamiętam lasu, w którym byłoby aż tyle liści. Piękny to las. Przeważają buki, niżej spotykałem jawory, ale i tak rzadkie graby też. Gładkie i wysokie pnie buków były ołowiane z jednej strony, z drugiej niemal czarne od deszczu i błyszczące; ziemia, gałęzie i mniejsze skały tonęły pod rozlewiskami liści, a na stromych stokach, w żlebach, płynęły ich potoki nadal w ładnych kolorach jesieni. Buki rosnące na skałach wypuszczały na zwiady swoje wężowe korzenie szukające szczelin, w które mogłyby wgryźć się, albo prężyły je, splątane i pełne bulwiastego napęcznienia, niczym strongmeni chwalący się swoimi monstrualnymi muskułami.




Szukałem jaskiń. Na Połomie nie udało mi się znaleźć żadnej, mimo że jest ich tam sto tysięcy (albo i więcej), więc może tutaj powiedzie mi się? Ech, żeby tak znaleźć chociaż jedną normalną, prawdziwą jaskinię!  Nie znalazłem. Owszem, udało mi się znaleźć kilka małych jaskiniątek, małych zaczątków jaskiń, ale żadnej takiej, do której można wejść głęboko. Na mojej mapie używa się nazwy „schron”, nazwy dziwnej dla mnie, bo schron jednoznacznie kojarzy się z wojskowym obiektem zbudowanym przez człowieka i tylko do takich budowli pasuje. 


Po powrocie poszedłem po rozum do głowy, czyli otworzyłem swoją encyklopedię sudecką. W niej napisano lepiej, bo o grotach, a nie o schronach, podając ich długości i lokalizacje. W zasadzie zgadzałyby się z moimi jaskiniątkami, zwłaszcza wobec wzmianki o skalnym moście. Tak! Znalazłem najprawdziwszy skalny most, i to nie w dalekim Utah, a u nas, pod nosem, w Górach Kaczawskich, na zboczu Cisowej. Most wyjątkowy, bo nad rzeką bukowych liści. Nie widać go ze zbocza, a wdrapałem się wyżej, na skalną półkę, zaciekawiony ukształtowaniem ścian; mam nadzieję na trafienie tam ponownie.


Była godzina 16, gdy wróciłem do samochodu. W 10 minut później mijałem jedną z moich ulubionych polnych dróg, ta łączy Sędziszową z Gozdnem, a wiedzie rozległymi stokami w pobliżu Wielisławki. Nagle szkoda mi się zrobiło tych dwóch kwadransów dnia, zapragnąłem popatrzeć na zmierzch stojąc wśród pól; zaparkowałem, dla rozleglejszego widoku poszedłem nieco wyżej i tam patrzyłem na powolny pochód mroku kończącego kolejny mój dzień w Górach Kaczawskich.




piątek, 6 listopada 2015

Jesień


Ładna pogoda zmieniła moje plany na sobotnie popołudnie; po szybkim obiedzie poszedłem do podmiejskiego lasu z nadzieją znalezienia kolorowej jeszcze jesieni. Las był mieszany, z przewagą drzew liściastych, a kolorów było mało: liczne dęby dawno już pomarszczyły swoje zbrązowiałe liście, zieleń sosen wydawała się bardziej ciemna i przygaszona niż zwykle, i tak naprawdę jedynie małe drzewka czeremchowe przyciągały wzrok jasnymi kolorami swoich liści. Przy jednym z nich, na brzegu leśnej dróżki, zobaczyłem kobietę. Miała na sobie staroświecką pelerynę koloru grafitu i takąż suknię, dołem fantazyjnie postrzępioną, z przyklejonymi kolorowymi liśćmi; później zauważyłem, że liście te były namalowane. Pewnie przeszedłbym nie przeszkadzając w kontemplowaniu kolorów liści, ale kątem oka zauważyłem dziwnie znajomy ruch jej ręki przy gałęziach. Kobieta przesuwała otwartą dłonią wzdłuż gałązek drzewka, a liście bezgłośnie i powoli opadały na ziemię; pierwszy raz widziałem, żeby ktoś robił to, co mnie się zdarza robić jesienią. Gdy na czeremsze nie było już liści, a ziemia wokół niej pokryta była barwami najpiękniejszych bursztynów, kobieta odwróciła głowę i spojrzała na mnie; natychmiast pomyślałem o swoim tygodniowym zaroście na twarzy. Miała jasną karnację skóry, mocno zarysowane brwi i długie, proste, czarne włosy. Wokół oczu i ust widać było pierwsze, drobniutkie jeszcze, ślady lat; jej dojrzała uroda była w tym przełomowym momencie oddzielającym rozkwit od przekwitania i uczyniła na mnie wielkie wrażenie. W sposobie trzymania głowy, w postawie i w ruchach, była duma i pewność siebie kobiety świadomej swojej urody i nawykłej do usługiwania jej.

-Też tak lubisz robić? - miała przyjemny, choć nieco chropawy głos.

-Lubię, ale ja je trącam otwartą dłonią, a ty nie. Jak to robisz?

-Och, to kwestia wprawy.

Kobieta zatoczyła ręką nieznaczny krąg w kierunku pobliskiej kępy drzew, poczułem zapach wilgotnego wiatru znad pustych pól, mimo iż wiatru nie było, i wtedy w tym spokojnym powietrzu chmura liści oderwała się od gałęzi i krążyła w swoim niezdecydowanym locie ku ziemi. Spojrzałem na jej wypielęgnowane dłonie o wyjątkowo długich palcach i niżej, na kolorową plamę liści wokół jej butów - nieskazitelnie czystych pantofelków na wysokich obcasach. W mokrym lesie.

-Kiedyś byłem w lesie akacjowym. Nie było wiatru, a liście bezszelestnie odrywały się od gałęzi i tak samo spadały na ziemię jak te. Też tam byłaś, Pani?

Przyglądała mi się przez chwilę, nim odpowiedziała.

-Byłam. Dlaczego nie lubisz mnie?

-Nie lubię szarego świata i monotonii codzienności.

-Od monotonii codzienności tylko ty sam możesz się uratować, a świat jest takim, jakim go potrafisz zobaczyć.

-Ba! Jak widzieć go ładnym w szary dzień?

-Rozejrzyj się, niewdzięczniku. Widzisz?

Zobaczyłem tamtą bajecznie piękną pajęczynę z nanizanymi kropelkami wody błyszczącymi w niskim słońcu jesiennym; zobaczyłem kępę muchomorów błyszczących w słońcu; skraplającą się mgłę na końcach sosnowych igiełek i usłyszałem, jak te krople z cichym szmerem spadają na liście; poczułem silny zapach liści szeleszczących mi pod stopami na leśnym dukcie, a w górze zobaczyłem oszałamiające bogactwo jesiennych barw klonowych liści.

-Pokazujesz mi tylko to, co najładniejsze. Dlaczego nie pokażesz ciemności długiej nocy, wiatrów i deszczów?

-Ale przypomnę ci twoje rozkoszne godziny z muzyką w ciepłym pokoju; przypomnę ci przyjemność, z jaką słuchałeś wtedy odgłosów wiatru i deszczu na dworze. W lecie szkoda było ci czasu na siedzenie w pokoju, ale idąc na dwór, jednak żałowałeś tamtego czasu. Mojego czasu.

-To tylko efekt prób znalezienia... czegokolwiek. Ładnych drobinek na pocieszenie.

-Jak zawsze u ciebie, marudo.

Uśmiechnąłem się, a ona odpowiedziała mi uśmiechem.

-Wiesz, jaki masz problem? Jesteś smutasem. Nie przeze mnie.

-Nie! No..., może trochę, ale to właśnie przez Ciebie! Ty przynosisz  smutek.

-Moją jest tylko nostalgia i tęsknota. Jedna i druga ludziom potrzebna.

-Potrzebna? A co Ty, Pani, możesz wiedzieć o tęsknocie? Czy wiesz, jak ona potrafi dokuczyć?

-Ty mówisz o tęsknocie? Co o niej może wiedzieć człowiek, na dokładkę mężczyzna?  Czy możesz zrozumieć nieskończony ciąg zmian, z upływem lat stający się niezmiennością? Co możesz wiedzieć o jutrze bez kresu? Powiem więc tak: tęsknię chociażby za zrozumieniem mnie i niebuntowaniem się ludzi przeciwko mojej roli przygotowania świata i was do zimy.

-Brzmi to rozsądnie, ale w istocie jest zamieraniem. To jest smutne.

-Czy naprawdę nie odróżniasz śmierci od snu? Końca od przerwy? Przeżywania od odpoczynku?

-Pani, ludzie nie potrafią zapaść w sen zimowy. Musimy działać dalej.

-Więc zwolnij. Wsłuchaj się w siebie, a znajdziesz taką potrzebę, bo ona jest zgodna z naturą.

-Ale nasze potrzeby nie potrafią zwolnić.

-Ależ potrafią! Wystarczy tylko wrócić do przyrody.

-I co się wtedy stanie?

-Zrozumiesz. Pogodzisz się, może nawet znajdziesz urok.

-Kiedy ja się godzę. Co roku od nowa godzę się z Tobą, Pani, ale płacę za to radością i optymizmem.

-I mnie wystawiasz rachunek?

-Zabierz tym drzewom wszystkie liście, sprowadź zimne wiatry, rób co chcesz, ale zostaw mi słońce.

-Bieg czasu miałabym odwrócić? Nikt tego nie potrafi.

-Wesz, w czym problem? Nie tylko w tym smutku szarych pól i lasów, nie tylko w budzonej przez Ciebie nostalgii, ale i w naszej niemożności przygotowania się do zimy. Twoja rola jest daremna.

-Jesteś niesprawiedliwy.

W jej spojrzeniu było tyle smutku, że poczułem żal do siebie, ale nic już nie mogłem zrobić, bo nim otworzyłem usta, Jesień znikła. Może to i dobrze, bo znowu uraziłbym Ją.

-Wybacz mi, Pani! - krzyknąłem.

Przechodzący ścieżką dziewczyna i chłopak zatrzymali się i patrzyli na mnie z wyraźną drwiną wypisaną na swoich twarzach. Ich pies, owczarek podhalański, wypuścił trzymany w pysku patyk i też gapił się na mnie. Gdy pokazałem im język, wszyscy troje spojrzeli na siebie i zaraz odeszli.

Podszedłem do czeremchy i otwartą dłonią muskałem bursztynowe liście, a one bezszelestnie opadały na ziemię. Podobało mi się to – jak zwykle.

Stałem na skraju lasu oparty o brzozę i przez jej zwisające gałęzie z nielicznymi już żółtymi liśćmi patrzyłem na rozległy przestwór odpoczywających pól. Dzień kończył się, od pól podnosiła się lekka mgiełka, a w oddali, wśród kępy drzew, zapaliło się światło w samotnie stojącym domu.

Mężczyzna siedzący w fotelu nad książką podniósł głowę, spojrzał na swoją kobietę i podziękował jej uśmiechem. Ona podeszła do niego i dłonią musnęła jego włosy, a wtedy on odłożył książkę i przygarnął ją do siebie splatając ramiona wokół jej bioder...

-Jesteś potrzebna. I masz swój urok. – szepnąłem do Niej.

Nie wiem, czy usłyszała mnie.


niedziela, 1 listopada 2015

O zderzeniu


301015

Ósma godzina podróży, do celu, do domu, zostało mi 15 minut jazdy. Przejeżdżałem przez skrzyżowanie jadąc główną drogą, gdy kątem oka zobaczyłem wyjeżdżający z boku samochód. Nie zdążyłem nawet mięśni napiąć, obronić się tym bezradnym odruchem. Wjechałem na tamten samochód, usłyszałem stukot uderzenia i poczułem lekkie (później przyszło zdziwienie jego lekkością) szarpnięcie. Stałem. Silnik nie pracował. Spojrzałem na świecącą kontrolkę ładowania i wyłączyłem zapłon. Czy ja dojadę do domu? – to była pierwsza moja myśl. Odpiąłem pas i otworzywszy drzwi, zobaczyłem płyn wypływający spod samochodu. Chłodnica. Nie dojadę.

-Dobrze się pan czuje? Panie, słyszy mnie pan? Dobrze się pan czuje? Nic panu nie jest? Słyszy…

Słyszałem. Patrzyłem na samochód, na jego zgnieciony przód. Nie miałem już samochodu. W jednej sekundzie mój ford, który woził mnie przez sześć lat i którym okrążyłem Ziemię, przestał istnieć stając się toną pogiętego żelastwa.

-Tak, słyszę. Nic mi nie jest. – spojrzałem na sprawcę – Mój ford. Nie mam samochodu.

-Może zadzwonię. Nic pana nie boli?

W tym miesiącu wymieniłem mu układ wydechowy, blacharz połatał mu błotniki i progi, a ja wczołgiwałem się pod niego malując czarnym mazidłem spód samochodu.

Stałem patrząc bezradnie, właściwie bezmyślnie patrząc na jakiegoś faceta, który włożył rękę pod pogiętą maskę mojego forda i próbował odłączyć akumulator.


 Muszę zadzwonić do Eli, czeka na mnie z obiadem, muszę zadzwonić do ubezpieczyciela, muszę… dlaczego ręka tak mi się trzęsie, że nie mogę utrzymać telefonu przy uchu?.. Jeszcze wczoraj regulowałem układ gazowy, dzisiaj mierzyłem spalanie gazu, było obiecująco małe.

Kwadrans wcześniej tankowałem gaz. Już po zapłaceniu zauważyłem tik taki na półce i kupiłem opakowanie, sprzedawca dłuższą chwilę szukał w komputerze ceny, w końcu zapłaciłem i wyszedłem. Gdyby szukał jedną sekundę dłużej lub krócej, przejechałbym skrzyżowanie nie przeczuwając mijania o tę sekundę zdarzenia. Ale też gdybym wjechał na skrzyżowanie o ćwierć sekundy wcześniej, drugi samochód uderzyłby w moje drzwi i wtedy prawdopodobnie trafiłbym do szpitala…

Jednak nie o mijającym nas o sekundy i centymetry przeznaczeniu chciałbym tutaj napisać, a o ludziach i ich dziwacznych skłonnościach. Sprawca wypadku zachował się dobrze, rozstaliśmy się bez wzajemnej urazy, ściskając sobie dłonie – nie o niego tutaj chodzi.



-Dobrze, że jesteś. – usłyszałem od żony, gdy w dwie godziny później dotarłem do domu.

Nazajutrz rozpocząłem poszukiwania drugiego samochodu, chciałem załatwić jego zakup i jak najwięcej formalności do końca tygodnia, czyli do czasu koniecznego powrotu do Leszna, do pracy. Dzisiaj, po dwóch dniach gmerania w internecie, mam dość tych poszukiwań i to z dwóch powodów. Pierwszy istniał od początku: nie chcę nowego (nowego używanego) samochodu, mimo iż będzie młodszy i lepiej wyposażony, chciałbym nadal jeździć moim, moim fordem. Tym starym, połatanym i pogiętym fordem, bo lubiłem go. Na ile umiałem, dbałem o niego, a on odwdzięczał się niezawodnym wożeniem mnie. Parę miesięcy temu zajrzałem na strony z używanymi samochodami, obejrzałem ofertę dostępną mi finansowo i zobaczywszy samochody znacznie lepsze od mojego, nabrałem chęci kupienia nowego już teraz. Inaczej zobaczyłem obłażący lakier mojego forda, ślady jakichś starych wgnieceń .. Miałem wrażenie jego zdrady. Zamknąłem tamte strony i już do nich nie zaglądałem. W te dni zostałem do tego zmuszony, ale robię to niechętnie. Odczuwam trochę złości do siebie o to irracjonalne zachowanie i o takież przyzwyczajanie się do rzeczy. Z rzeczami bywa jak z ludźmi: nagle znikają.

Dochodzę do drugiego powodu, czyli do meritum.

Przeglądając ofertę, jednocześnie poszukiwałem informacji o wybranych modelach i o tym, na co zwracać uwagę przy oglądaniu samochodu.

Przerażony i totalnie zniechęcony jestem powszechnym zwyczajem oszukiwania przy sprzedaży samochodu. Kiedyś zniesmaczony patrzyłem na poczynania pewnego znajomego, który bez żadnego skrępowania wymontowywał ze sprzedawanej ciężarówki wiele dobrych części i wstawiał w ich miejsca podzespoły zużyte. Brak skrępowania brał się z braku poczucia niewłaściwości takiej praktyki. Teraz dowiaduję się o powszechnym zwyczaju cofania licznika kilometrów sprzedawanego samochodu. Robią to niemal wszyscy, nawet ci, którzy na co dzień mają się za ludzi prawych i moralnych. Może nawet i takimi bywają, ale z chwilą podjęcia decyzji o sprzedaży samochodu jakby się zmieniali, wchodzili z skórę sprzedawcy używanych samochodów, a widzę, iż specjalny to rodzaj ludzi. Powszechne jest też ukrywanie poważnych wad, na przykład faktu zgniecenia karoserii w wypadku, czy wad grożących wypadkiem lub zniszczeniem podzespołów pojazdu (np. mocno zużyte hamulce lub ordynarnie wyłączona kontrolka silnika). W różnych wcześniejszych okolicznościach zwracałem uwagę na niestosowność takiego postępowania i spotkałem się w zupełnym niezrozumieniem, ze wzruszaniem ramionami lub pukaniem się w czoło. Wszyscy tak robią, więc i ja muszę – słyszałem. Gdyby osoba mówiąca te słowa miała być szczera, powinna dokończyć myśl: jeśli nie będę oszukiwać, sprzedam samochód za mniejszą kwotę. Może dlatego nie kończą myśli, że czują, iż wtedy wyraźnie widać byłoby granicę ich praworządności i moralności, tego, co godzi się  robić i tego, co nie, a ową granicą byłyby pieniądze. Może sami przeczuwają, iż żadna to moralność, skoro przeliczana jest na pieniądze? Jeśli mają takie przeczucie, to tym gorzej dla nich, skoro wiedząc, nadal tak czynią.

Kaczawskie wędrowanie


251015
Gdy nie mam określonego planu wędrówki, gdy nie mogę się zdecydować gdzie iść, zwykle wybieram jedno ze swoich ulubionych miejsc; tak było i dzisiaj: poszedłem na Chrośnickie Kopy i via zbocza Leśniaka wróciłem do wioski. Pętla niewielka, ale powtarzająca bieg Meandra w ojczyźnie Hektora; gdy po dziesięciu godzinach doszedłem do samochodu, czułem w nogach kilometry, ale też sam się przyczyniłem swoim gapiostwem do meandrowania, o czym napiszę później.
Ciemno jeszcze było, gdy w Janówku zostawiłem samochód na swoim zwykłym miejscu i poszedłem na Ptasią. Kołatała się we mnie nadzieja na powtórzenie wczorajszego słonecznego dnia i chciałem być wyżej, na moich ulubionych stokach, żeby z nich oglądać wschód. Byłem o czasie, ale słońce nie wyszło mi na spotkanie, schowane za chmurami. Trudno, ale przecież byłem w jednym z najpiękniejszych miejsc moich gór. Nieśpiesznie włóczyłem się.


Stoki tej góry same w sobie są urokliwe, urozmaicone nitkami dróżek ocienionych drzewami, ozdobionymi różami i głogami; wyżej łąki wchodzą w leśny masyw tworząc schowany wśród drzew zaułek, o którym zapomniały nawet polne dróżki kończące się niżej; tylko cienka ścieżka przecina go wychodząc z lasu i znikając po drugiej stronie między drzewami. Patrzę na nią z zaciekawieniem: kto nią chodzi i gdzie zmierza? Tam wyjątkowo rozłożysta czereśnia stoi na miedzy, pyszna swoimi kolorami, a przy niej stara, pochylona ambona niczym wiekowy dom drewniany. Nieco dalej dochodzę do dróżki zakręcającej ostro pod kępą drzew i znikającą za nimi; gdy kilka lat temu zobaczyło to miejsce po raz pierwszy, byłem nim oczarowany. Czaruje mnie i dzisiaj, chociaż inaczej, spokojniej, bez ówczesnego zachłyśnięcia się, ale za to cieplej, bo wspomnieniem i poczuciem bycia moim miejscem. Dla ścisłości geograficznej zaznaczę, iż te moje ulubione stoki są dwóch gór, Ptasiej i Czernickiej Góry; trudno mi je rozdzielać granicą, przywykłem do jednego ich miana.
Na całym niemałym obszarze północnych stoków tych gór widuje się duże, przyciągające wzrok, samotne drzewa - wiele rośnie czereśni, o tej porze wspaniale kolorowych – albo małe zagajniczki. Wchodzę między drzewa, czasami bywa tam głęboki cień, plątanina suchych gałęzi, omszałych pni i czarnych kamieni, czasami wśród kępy drzew jest zielono, widno i jasno, zawsze pociągająco kontrastem przestrzeni. Gdzieś tam wzrok zaplątał mi się w gałęziach dużego drzewa z liśćmi… z różnymi liśćmi. Jej, jakie to drzewo? Dopiero gdy wszedłem pod nie, zobaczyłem nie tyle rosnące obok siebie, co zrośnięte pnie czereśni i buka. Miłośnicy na zawsze. Zazdrościć im?
W dole nitka wioski, a dalej i ponad nią, po drugiej stronie doliny, stok przecina zygzakiem szosa schodząca z przełęczy; nieco na lewo widać rozległe łąki Babińca, jeszcze dalej, w kierunku Modrzewi, moje małe wzgórze, na którym parę już razy siedziałem snując fantazje o domu tam postawionym.
Po prawej widzę w oddali lasy na stromym stoku Wywołańca, są wyspami kolorów jesieni na tle ciemnej zieleni świerków – jak w Bieszczadach, podpowiada mi pamięć - a tuż przy mnie maleńki krzaczek dzikiej róży dzieli się swoim miejscem z równie małą rudą jarzębinką. Idę słuchając szelestu liści pod nogami. Zatrzymuję się i wsłuchuję się w ciszę podkreślaną cichym szumem wiatru i delikatnym szelestem liści na drzewach; z oddali, od strony przełęczy, dobiega mnie szum samochodu. Uświadamiam sobie, iż bezwiednie, nieświadomie, próbuję z tych wszystkich drobiazgów dostrzeganych wokół siebie złożyć coś, co wymaga sięgnięcia w głąb – pełny, przetworzony moim duchem, obraz chwili mojego życia.
Dopiero po upływie czasu pamięć powie mi, czy udało się, bo takich chwil nie zapomina się, są wyróżnione pamięcią i prawdziwie moje.
Zszedłszy nieco niżej, doszedłem do ostatniej polany wrzynającej się w las i bezbłędnie (warto zaznaczyć ten fakt wobec późniejszego zdarzenia) odnalazłem ścieżkę przecinającą w poprzek jęzor lasu schodzącego aż do wioski. Zaczyna się tam strumień, właściwie dwa strumyczki łączące się niżej, na mapie nie mają nazwy, a ten większy rodzi się w głębokim i ciemnym jarze porośniętym gęstym lasem; efektownego źródła nie ma, woda wycieka z czarnej ziemi wśród czarno-zielonych głazów. Lubię to miejsce, podoba mi się jego ponura dzikość. Gdy szedłem tamtędy pierwszy raz, nie znałem dobrych przejść przez las, wszedłem na mokradło i wypaciałem się błotem jak dziecko w kałuży.
Wyszedłem na stoku Lastka, góry w pewien sposób mi najbliższej. Pod lasem, dość wysoko, blisko szczytu góry, usiadłem na moim, kolejnym moim miejscu robiąc dłuższą przerwę. Piłem herbatę, patrzyłem i słuchałem dziwnych wrażeń tworzonych na połączeniu dwóch światów. Lastek: pragnienie i tęsknota próbujące przebić mur czasu i miejsc.

Zataczając koła nieśpiesznie szedłem w kierunku Chrośnicy, a że droga wypadała blisko lasu i skał zwanych Skalisko, postanowiłem zobaczyć je. Patrząc na te niewielkie kamienie, ponownie, jak i za pierwszą tutaj bytnością, uznałem za dziwne nadanie nazwy kamieniom tak niepozornym. Dzisiaj jednak nie skończyłem na zdziwieniu, a postanowiłem pomyszkować po lesie. Ciężko się tam chodzi, stok jest miejscami dość stromy, zarośnięty jeżynami, pod którymi chwieją się niestabilne kamienie, ale miałem rezerwę czasu i determinację, więc szukałem innych skał w pobliżu. Znalazłem dwie grupy okazałych skał, czyniących wrażenie dzikością i pionowymi, a nawet przewieszonymi, ścianami. Ładne skały, będę do nich wracać; skały niewątpliwie zasługujące na własne miano, ale dlaczego nie znalazłem ich wcześniej?



Schodziłem ku wiosce idąc wzdłuż szpaleru klonów; większość z nich była jaworami, ale parę drzew wyróżniających się paletą barw było klonami zwyczajnymi. Nawiasem mówiąc, ktoś, kto nadawał tę nazwę, zapewne nie widział klonu jesienią. Za mało znam nazw poszczególnych kolorów, żeby udanie opisać całe bogactwo jesiennych barw liści tego drzewa. Gdy stałem pod nim, jeden liść, wyjątkowo duży, oderwał się i upadł mi pod nogi. Podniosłem go, zrobiłem mu zdjęcie i chciałem zabrać, ale zostawiłem go tam, gdzie jego miejsce.



Przeszedłem w poprzek wieś i obok ładnego kościółka wszedłem na żółty szlak prowadzący do Orzechowic. Na przełęczy pod Wywołańcem usiadłem i patrzyłem na stoki Lastka, tam, gdzie byłem dwie godziny temu. Poznawałem dróżki, a nawet niektóre drzewa; patrząc, po raz pierwszy w tych górach poczułem, że nie chcę wracać do Leszna, do pracy, do tamtych ludzi, że chciałbym zostać gdzieś tutaj. Na brzegu wioski oglądałem pięknie wyremontowany stary dom…
Poszedłem dalej, zbyt pewnie się tam czując. Gdy szlak wszedł w las, wyszedłem na otwartą przestrzeń łąk, a gdy te skończyły się, znalezionym duktem poszedłem w stronę szlaku. Tak mi się  wydawało. Dukt skręcał w niewłaściwą stronę i końca nie miał. Wszedłem w pierwszy poprzeczny dukt na tyle wyraźny, że miałem nadzieję, iż nie skończy się po stu metrach. Szedłem i szedłem, słońca nie widziałem, nawet jego śladu na chmurnym niebie nie było. Skoro jestem w lesie, może znajdę grzyby? Rozglądałem się wzdłuż drogi, ale znalazłem tylko kramik dla zwierząt; na pniu drzewa wisiała wielka kostka soli, polizałem ją, była szorstka i słona. Później wszedłem w piękny las bukowy. Duże i proste drzewa stały rzadko, widać było głębię lasu; dołem gładkie, ołowiane pnie, wyżej oszałamiające kolory liści.


 Łaziłem między drzewami, dotykałem je i robiłem im zdjęcia, w końcu poszedłem dalej. Gdy wyszedłem z lasu, w oddali zobaczyłem mały domek na stoku góry. Poznawszy ten dom i wzniesienie ucieszyłem się, ale zadowolony z siebie nie byłem, bo okazało się, że odszedłem od właściwego miejsca wyjścia z lasu o trzy, raczej o cztery kilometry. Obiecałem sobie wrócić tam przy najbliższej okazji i dowiedzieć się, gdzie popełniłem błąd, w którym miejscu przeciąłem szlak nie zauważając go. Szukając grzybów, gapiąc się na buki, czy dłubiąc w nosie? Stanowczo nie nadaję się na przewodnika.
Czasu na dokładniejsze poznanie stoków Wywołańca już nie miałem, tamte miejsca dopisuję do tegorocznej listy zamierzeń. Zerknąłem tylko na zbocza dla nabrania większego apetytu i wszedłem na dróżkę do Janówka, gdzie miałem samochód. Już w wiosce na chwilę zobaczyłem słońce: znalazło dla siebie lukę między zwałami chmur a grzbietem Kop, rozświetliło liście sąsiedniego buka i zgasło nim zdążyłem wyciągnąć aparat.
Chmurny to był dzień, ale ładny widokami i myślami, także świadomością następnego bycia na szlaku dopiero w połowie listopada, a myśl o tym wszystko wokół mnie czyniła cenniejszym i piękniejszym.