Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 18 listopada 2015

Deszczowa włóczęga


151115

Wiedziałem, że dzień będzie deszczowy, ale tak mało mam dni wolnych, że każdy jest dla mnie cenny i chciałbym wykorzystać go aktywnie. Na ogół wybierać mogę między samotnym spędzeniem niedzieli w pustym pokoju, a łazęgą. Co prawda dzień bezruchu po tygodniu mojej pracy, dzień spędzony nad książkami i komputerem, przy dźwiękach lubianej muzyki, też ma pociągający urok, ale zaczynam doceniać czas, czując inny jego oddech na karku, co niewątpliwie ma związek z moim wiekiem. Pojechałem i nawet przez chwilę nie żałowałem, chociaż wyjątkowo ciężko wstawało mi się nad ranem.

O wzięciu masywniejszych butów pamiętałem, o nieprzemakalnej kurtce już nie, ale moja wiatrówka okazała się być dzielna i pozwoliła na niewielkie tylko zawilgocenie bluzy. Nie zmokłem, nie zmarzłem; peleryny, mojej najcięższej armaty przeciwdeszczowej, nie musiałem wyciągać z plecaka.

Parę tygodni temu zaplątałem się w labiryncie dróżek pod Leśniakiem, dzisiaj postanowiłem wrócić tam i dowiedzieć się, gdzie popełniłem błąd, a przy okazji poznać dróżki sąsiedniego Wywołańca, dróżki, na które wtedy zabrało mi czasu. 




Zaparkowałem na swoim stałym miejscu w Chrośnicy; dzisiaj po raz pierwszy spotkałem właściciela sąsiedniego gospodarstwa, zapytałem, czy samochód nie będzie tutaj przeszkadzać (wiedziałem, że nie, ale wypadało zapytać), chwilę rozmawialiśmy. Gospodarz powiedział, że pokazały się grzyby, dlatego idąc, parę razy nawet myszkowałem wzrokiem po lesie, ale nie znalazłem żadnego. 
Przyczynę tamtego wejścia w rozległy masyw leśny poznałem szybko; było tak, jak bywa zwykle: gdy jest się przekonanym, iż właściwa będzie droga w prawo, poniewczasie okazuje się dobrą ta lewa. Myślę, że tego błędu już tam nie powtórzę. Zaznaczam słowo „tam”, bo cały rozległy obszar Gór Kaczawskich pokryty jest tak zagmatwaną i gęstą siecią dróg, dróżek i ścieżek, że aby poznać ją całą, potrzebne są lata wędrowania; inaczej mówiąc, jeszcze nie raz zaplączę się. Czasami zapisuję poznane przejścia, oto fragment jednego z opisów: „po trzystu metrach dojdzie się do skrzyżowania T, po prawej jest duży, spróchniały pniak, skręcić w lewo na wprost niego, w mało widoczny dukt.” Za parę lat tej dróżki już nie będzie widać, albo znajdę tam dwa pniaki i nie będę wiedzieć, o którym pisałem. Całkiem niedawno szukałem takiego duktu na brzegu lasu pod wsią Posępsko i nie znalazłem. Okrążyłem górę, z drugiej strony wszedłem na tę drogę i wyszedłem nią z lasu. Wystarczyło odejść kilka kroków, by wylot zarastającego, nieużywanego duktu stał się po prostu niewidoczny. Żeby go znaleźć, trzeba dokładnie wiedzieć, gdzie się zaczyna.

Dobrze się idzie równą i wyraźną drogą leśną, zwłaszcza gdy trawersuje zbocza, ale jednocześnie w dziwny sposób przyciągają mnie zapomniane przez ludzi, zarastające dukty. Wchodzę na nie z poczuciem odwiedzania kogoś samotnego, opuszczonego, niechcianego, niepotrzebnego. Smutnego. Wydaje mi się, że idąc taką dróżką, sprawiam komuś przyjemność, robię dobry uczynek, tylko nie wiem komu. Drodze? Nie wiem, chociaż nie wykluczam, bo czasami mam skłonność do personifikowania nie tylko zjawisk przyrody, ale i jej obiektów, także rzeczy.

Krążę i krążę, nie zaczynając opisu? Robię dokładnie to, co robiłem tego dnia: po prostu krążyłem po niewielkim obszarze niedużej góry Wywołaniec i jej najbliższym otoczeniu. Pisząc tak, opisuję ten dzień. Nie mogąc zdecydować się gdzie iść, czasami dochodzę do wniosku, że tak naprawdę nie jest ważne, gdzie pójdę, ważne, żeby iść i drogę mieć przed sobą; uznaję, iż chmurna, mglista lub deszczowa  pogoda pasuje mi do wędrówki lasami; ostatnio chyba częściej odczuwam satysfakcję gdy wiem, dokąd można dojść tą czy tamtą drogą – ot, i mam gotowy plan na deszczowy dzień w górach.

Północne zbocze mojej dzisiejszej góry opada odkrytym stokiem w wąską dolinę, a za nią zdobywa się na jeszcze jeden zryw wznosząc się wąskim grzbietem, by dalej rozlać się po łąkach. Parę już razy stałem na tym grzbiecie i z jego wysokości patrzyłem na urokliwą stamtąd górę, dzisiaj poznałem ją i wiele jej dróżek. 


Najwyższa łąka wciska się zakolem w las porastający szczyt Wywołańca; minąłem rosnące tam malownicze świerki i doszedłem do ściany lasu, a że między drzewami zobaczyłem bliski już grzbiet (przypuszczałem, że szczytowy), wszedłem w las, znalazłem tam jakąś ścieżynkę i w chwilę później pierwsze skały. 





Wiele ich tam jest. Do najbliższych domostw nie jest daleko, kilometr czy dwa, ale odludne to miejsce. Rosną tam drzewa, w większości buki, i stoją czarne skały. Nic i nikogo więcej. Brzmi to niezbyt logicznie, ale takie właśnie miałem wrażenie. Pusto wokół i cicho, mimo szumu wiatru nad głową. Skały są kanciaste, jakby rozszarpane, nierzadko zielone od mchów, leżą spiętrzone albo rozsypane wokół, wystając ponad kobierzec bukowych liści niczym pogubione zębiska potwora – wyrazisty kontrast barw i kształtów. Inne są szare, strukturą podobne do oscypków, pełne szczelin i zakamarków, w których znajdują dla siebie miejsca drzewa i paprocie. Kręciłem się wśród tych skał przynajmniej godzinę smakując ich urok. Właściwie to nie wiem, dlaczego tak podobają mi się takie miejsca, a chodząc między skałami szukałem odpowiedzi, nawykły do (czasami uprzykrzonego) analizowania swoich stanów emocjonalnych. Kiedyś schodziłem zboczem Barańca do wsi, do Komarno; dzień kończył się, prószył drobny śnieg, było zimno. W szarościach zmierzchu zobaczyłem światło w oknie domu i w jednej chwili poczułem się tak, jakbym wracał z długiej wędrówki do domu, w którym czekają na mnie. Wspominam tamtą chwilę, bo wydaje mi się, że jest w niej cząstka uroku wspólnego z takimi miejscami, jak te na Wywołańcu, a jest nią kontrast: zimne, dzikie, podległe prawom przyrody otoczenie – i świadomość bliskości cywilizacyjnej, nie, raczej domowej wygody i ciepła, także tego między ludźmi.

Przerwałem pisanie i wsłuchiwałem się w siebie. Należałoby dokończyć myśl pisząc, iż istotą tego wrażenia jest poczucie bezpieczeństwa płynące z faktu bycia osobą  z zewnątrz, w bardzo niewielkim stopniu podległą prawom tego pierwotnego świata. Jestem tutaj, ale uzbrojony w odpowiednią odzież, za godzinę mogę być w samochodzie, którym wygodnie dojadę do domu, usiądę w fotelu i włączę Laudate Dominum Mozarta. A gdybym miał spędzić tutaj noc? Wszystkie moje noce bez cywilizacyjnych udogodnień?

Jest jeszcze coś, coś ważniejszego, ale bardzo trudnego do wyrażenia słowami. Nawet w myślach, tych najgłębszych i najpierwszych, myślach obywających się bez słów, a manifestujących się samymi wrażeniami, więc nawet w nich mam mętlik dwojakich, nierzadko sprzecznych odczuć.

Wchodząc w takie miejsca, wiele już razy miałem wrażenie bycia intruzem przeszkadzającym temu światu, tym drzewom i skałom, w ich życiu czy trwaniu. Także wrażenie podpatrywania tego świata w jego tajemnym, zupełnie niepojętym dla mnie… misterium? Czasami wrażenie jest tak silne, że zatrzymuję się i stoję ledwie oddychając, nie chcąc obcymi tutaj odgłosami przeszkadzać. Komu i w czym? Nie wiem. Odnoszę niewyraźne wrażenie emanowania na mnie… czegoś. Czego – też nie wiem. Gdy mija ten stan i mogę już normalnie myśleć i poruszać się, przychodzi mi do głowy pytanie: czy martwa materia, a skały i całe góry niewątpliwie takie są, mogą cokolwiek emanować, co może być odebrane przeze mnie? Przecież nie. Cóż więc czuję? Kolejne „nie wiem”.

A może po prostu przeżywam piękno natury, całą resztę dodając od siebie?

Wywołaniec stoi na wprost Lastka, mojej góry, oddzielony od niej wąską doliną z domami Chrośnicy na jej dnie. Wiedziałem, że nie ominę okazji odwiedzenia góry, a przy okazji tamtego ciemnego jaru ze strumykiem na dnie. Nie ominąłem.

Wiele dróg wspinających się po zboczach kaczawskich gór jest prywatna i zaczyna się… na podwórzu gospodarstwa. Czasami omijam je opłotkami, czasami, gdy nie jest ogrodzone, przechodzę przez nie (zdarzało mi się zawracać z powodu wściekle ujadających psów), a bywa też, że znajduję jakieś ukryte przejścia.

Dzień był dniem spotkań z mieszkańcami: gdy wszedłem na podwórze, zobaczyłem gospodarza, rozmawialiśmy dłuższą chwilę, cieszył się deszczem, bo wody w studni zaczyna mu brakować dla krów; jak wszyscy moi kaczawscy rozmówcy, i on wyraził zdziwienie moim łażeniem po górach, w końcu żona zagoniła go do domu („zaraz przemokniesz cały!”), a ja ruszyłem pod górę.

Dno jaru było suche, strumyk znikł. Stałem rozglądając się i słuchając. Zauważyłem, że zdarza mi się to często w różnych miejscach, niekoniecznie wyróżniających się atrakcyjnością – jakby potrzebę wsłuchiwania się w otoczenie miało drugie moje ja, te mniej racjonalne i techniczne.

W poprzek jaru leżało martwe drzewo, już bez kory, przełamane impetem uderzenia lub zmurszałą starością, nagie resztki konarów błyszczały od deszczu; wyżej zielona od mchów brzoza zakończyła swój żywot oparta o równie omszały, ale żywy jawor; nade mną, na krawędzi zbocza, rosła iwa – czarna i bezładna gęstwina murszejących konarów i nowych odrostów. Ponury, mroczny i… ładny las. Gdy wstrzymałem oddech, lepiej usłyszałem ciszę wypełnioną rozmaitością dźwięków deszczu: cichy szmer niezliczonych kropel padających na uschnięte liście, głośniejsze i rzadsze odgłosy kropel spadających z gałęzi drzewa pod którym stałem; głośny i ostry werbel kropel uderzających o kaptur kurtki. Gdy ruszyłem, tylko ten dźwięk został słyszalny, resztę zagłuszyły nowe dźwięki: szelest liści pod butami, dźwięk ocierania się czapki o kaptur i stukot stalowych grotów kijów o kamienie.

Po wyjściu z lasu uderzył we mnie silny wiatr niosąc krople deszczu wciskające się pod kaptur; nim doszedłem do przeciwległej ściany drzew, poczułem zimną wilgoć na kolanach – spodnie przemokły mi; kurtka jakoś trzymała się, rękawice i buty też.

Nie wchodziłem już pod szczyt Lastka, zadowalając się przejściem jego stokiem i poznaniem wylotu jeszcze jednej dróżki; o godzinie 16, po niemal dziewięciu godzinach włóczenia się w deszczu, doszedłem do samochodu. Ani przez chwilę nie żałowałem wyjazdu. Następny wyjazd za tydzień – niezależnie od pogody.


3 komentarze:

  1. Znikające ścieżki, natura zabierająca, co Jej... Ileż razy dopada mnie w Izerach owo zaskoczenie, gdy w miejscu, gdzie ZAWSZE była ścieżka, nie znajduję jej lub odwrotnie- dukt całkiem nowy, żwirowy, pojawia się tam,gdzie do niedawna był tylko majestatyczny las albo łąka.Góry zaskakują, za każdym razem mając dla nas, wytrwałych wędrowców coś nowego w zanadrzu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie zmienność jest dla mnie najbardziej pociągającą cechą gór. Czasami przejeżdżam równiny w okolicach Leszna, gdzie mieszkam, i widząc płaskie pola po horyzont, nie bardzo wyobrażam sobie wędrowanie nimi; chyba byłoby nieco nudne.
      Aniu, wszystko mam przygotowane, tej nocy wstanę o 2.30, zabiorę kolegę i obaj pojedziemy w moje góry. Pogoda ma być taka sobie, listopadowa, ale nic to, będą zmienne krajobrazy, a i nowe ścieżki poznam.

      Usuń
    2. Powodzenia, a ja jak zwykle poczekam na Twoją opowieść i zdjęcia, które są balsamem dla mojej tęskniącej duszy ;)

      Usuń