Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

piątek, 26 października 2018

Tete a tete

151018
Górne Komarno, Ziemski Kopczyk, Folwarczna, zbocza Wysoczki i Trzmielowej Doliny, Komarno.




W przeddzień wyjazdu wracałem z gór nie planując dzisiejszego nietypowego wyjazdu, skoro poniedziałkowego, ale tyle usłyszałem w radiu zapewnień o słońcu, tyle pochwał jutrzejszej aury, że zdecydowałem wziąć wolne i wrócić. W rezultacie po powrocie robiłem wszystko naraz, miotając się po kampingu żeby jak najszybciej zakończyć przygotowania i położyć się spać. Wcześnie się nie dało, ale nie zliczę już niedospanych nocy, więc ta jedna nie czyni różnicy. Nieco spóźniony ruszyłem w drogę, za cel wybierając koniec szosy w Komarnie, blisko najwyższych szczytów i mojej Trzmielowej Doliny.
Gdy doszedłem do swojego widokowego miejsca pod Ziemskim Kopczykiem, słońce na palec wzniosło ponad horyzont. Zamglone, czerwone, jakby zmęczone nocnym odpoczynkiem albo całoletnim świeceniem. Szukałem wokół siebie tego wyjątkowego światła pierwszych minut dnia, gdy słońce świeci poziomo, mało rozjaśniając a wiele barwiąc, ale nie zobaczyłem. Jednak nieco później, gdy wdrapało się wyżej na nieboskłon, rozjaśniło gębusię czyniąc dzień ciepłym i słonecznym.


Mało było dni spędzonych w tych górach tak leniwych, jak dzisiejszy; chyba nawet dziesięciu kilometrów nie przeszedłem, ale jeśli miałbym miarę wrażeń i zadowolenia przyłożyć do miary odległości, niewątpliwie okazałaby się nieporównywalnie dłuższa. Jedynie wejście na szczyt Folwarcznej wyróżniało się konkretnością celu.
Byłem tam raz, kilka lat temu, jednak drogę w lesie pamiętałem dobrze i doszedłem szybciej niż Ariadna prowadzona sznurkiem, a na szczycie zobaczyłem widok dość charakterystyczny dla tych gór: dwie przybite do drzewa tabliczki podające dwie nazwy szczytu i dwie różne jego wysokości.



Wczoraj przechodziłem obok Zazdrośnika, jednej z trzech gór o tej nazwie, a to powtórzenie nie jest wyjątkiem. Chyba nikt nie odczuwa potrzeby ujednolicenia i uporządkowania nazw kaczawskich. Korzystając z okazji chciałem poznać drogę na łąki południowego zbocza, ale doszedłszy do zapory gęstego młodniaka, poszedłem okrężną drogą. Była tam jeszcze jedna leśna droga, może kiedyś uda mi się zbadać jej bieg.
Wyszedłem na otwarte przestrzenie i tam, w obrębie paru kilometrów, spędziłem cały dzień, włócząc się gdzie chęć, widok, wspomnienie, albo jego brak, mnie pchnęły. Odwiedzałem znane kąty, wchodziłem w dotychczas nieznane; skręcałem z drogi zobaczywszy ładne drzewo, grupę urodziwych brzóz, albo wspomniawszy jakąś chwilę sprzed lat. Szedłem rozglądając się, zatrzymywałem się oddając swojemu coraz bardziej lubianemu gapieniu na świat, siadałem na ciepłej ziemi, patrzyłem na liście prześwietlone słońcem i słuchałem wiatru. Kontemplowałem urodę słonecznego dnia najpiękniejszej jesieni.
Rok temu widziałem w zakątku Trzmielowej Doliny kępkę drzew i parę krzewów, wśród nich mały głóg trzymający jeden jedyny swój owoc; zobaczyłem go i dzisiaj, obejrzałem dokładnie, ale nie znalazłem żadnego owocu. Schował przede mną? W innym miejscu dwie jarzębiny i dąb zdecydowały żyć wspólnie, niemal w przytuleniu, co nie omieszkała wykorzystać róża. Zwykle jej dłuższe pędy kładą się, a ta jakby wiedziała, że jeszcze jeden wysiłek, jeszcze niewiele centymetrów, a złapie się konaru jarzębiny – jak to zrobiło kilka już sąsiednich pędów. Stoją więc wyprostowane na sporej wysokości, a patrząc na nie, ma się nieodparte wrażenie ich sięgania ku konarom drzewa. Objąwszy je wyskakują w górę, tam sadowią się w nasłonecznionym miejscu i intensywnie owocują. Widziałem listki i owoce róży wśród jarzębinowych gałęzi kilka metrów nad ziemią.
Spotkawszy gdzieś orzech włoski, wziąłem garść jego owoców, które na biwaku próbowałem rozgnieść używając rękojeści kija jako młotka i podeszwy buta jako kowadła, ale bezskutecznie. Później siedząc pod lipą w Lipowej Dolince zobaczyłem kamienie, wziąłem dwa i nareszcie dobrałem się, wielce z siebie zadowolony, do orzechów. Ciekawe, czy mój daleki pradziad wpadłszy na taki pomysł jako pierwszy, też był tak z siebie zadowolony?
Przyjrzałem się wyjątkowo zgrabnemu świerkowi, ale patrząc na drzewo zwątpiłem. Na pewno świerk? Podszedłem bliżej, a chcąc obejrzeć korę wszedłem nawet pod jego niskie konary, w cień tak głęboki, jakby świtał listopadowy dzień; świerk, ale... jakiś inny. Ech, za mało, stanowczo za mało wiem. Patrząc na kilka innych drzew chciałem rozpoznać gatunki po liściach, ale nie dość, że były wymieszane, to i wiatr tak nimi szarpał, że odruchowo podszedłem bliżej i spojrzałem na pnie. Odruch ten i jego skuteczność wynagrodziły mi wcześniejszą niepewność, jako że na ogół łatwiej jest rozpoznać gatunek po liściach niż po pniu. Jeśli już o drzewach piszę, wspomnę grupę niesamowicie wysokich i strzelistych świerków, smukłą i nieba sięgającą brzozę-modelkę, i modrzew ze świerkiem – dwa drzewa jakże podobne swoim pędem ku górze; niestety, była tam ogrodzona szkółka leśna, nie mogłem podejść bliżej. Ich rzadko spotykaną sylwetkę utrwaliłem na zdjęciu.


Zszedłem na samo dno Trzmielowej Doliny. Są tam źródliska wielu strumyków, miejsca wiecznie mokre, z uginającą się pod butami darnią, gdzie łatwo wpaść w czarne rzadkie błoto, z którego trudno wyciągnąć nogę. Są tam strumyczki łączące się kilka metrów dalej w strumyki, które niewiele niżej wpadają do większego strumienia, są gąszcza tarniny, prawdziwy lasek głogów, szuwary, mocny zapach zieleni i wilgoci. Jest to matecznik zwierząt z licznymi ich ścieżkami, a wśród splątanych gałęzi drzew słychać ptasi harmider. Ponad niskie przedmurze krzewów wyrastają drzewa. Są olsze, trafiają się dęby i osiki, ale wzrok przyciągają piękne o tej porze i licznie tam rosnące czereśnie. Trudno tam wejść, dostępu bronią kolczaste krzewy, ale gdy znajdzie się przejście, nagła zmiana otoczenia robi wrażenie: tam rozległe jasne przestrzenie, tutaj wzrok sięga na parę kroków, a każdy wymaga patrzenia pod nogi, na ziemię nadzianą kamieniami i najeżoną uschniętymi badylami.
Znalazłem strumyk zaczynający się wyżej, na otwartej przestrzeni. Poszedłem wzdłuż niego, po kilku krokach zobaczyłem dopływ – strumyczek dwumetrowej długości i szerokości dziecięcej dłoni, a nieco dalej główny strumyk schował się w szpalerze drzew. Wiadomo, że koniec drzew na łące wskazuje źródło, więc wszedłem, czy raczej wcisnąłem się między drzewa i zobaczyłem błyski wody między uschniętymi badylami i gałęziami, na dnie miniaturowego jaru. Gdyby uporządkować nieco to miejsce, byłoby urokliwe – pomyślałem. Samo źródło było parę metrów dalej, poszedłem tam i stanąłem porażony widokiem: między drzewami leżało kilka gnijących bel siana, a w miejscu źródła leżała kupa złomu, jakby stare kuchenki i pogięte blachy.
Nigdy nikogo nie uderzyłem, chyba nawet nie wiem jak się to robi, ale bywają chwile, gdy żałuję tej swojej nieumiejętności. Tak było nad źródłem.
Tak się nie robi? – powie ktoś? Bardzo źle, że się nie robi, ponieważ do pewnej grupy ludzi tylko takie argumenty trafiają i trafić powinny, skoro prawo jest tutaj bezsilne lub obojętne, a tłumaczenie wandalowi nieodpowiedniości takich praktyk jest równie skuteczne, jak próba wyjaśnienia krowie prawa ciążenia.
Z rana trafiłem na niewykoszoną łąkę, a wśród jej wysokich traw znalazłem kilka kań. Wziąłem je, a przez resztę dnia odruchowo myszkowałem wzrokiem po łąkach w poszukiwaniu grzybów. Nie znalazłem, więc kończąc łazęgę wróciłem na tamtą łąkę i znalazłem ich jeszcze kilkanaście. W ciągu następnych dwóch dni na obiady miałem smażone kanie. Pychotka.
Myszkując wzrokiem wśród traw, znalazłem kilka gatunków przekwitłych kwiatów i zaciekawiony pochyliłem się nad nimi. Właśnie tyle, tylko tyle trzeba, żeby dać sobie szansę zobaczenia niedostrzeganego do tej chwili uroku natury: zatrzymać się i nachylić. Te resztki letniego kwitnienia są dla mnie anonimowe, ot, zwykłe rośliny łąkowe, ale czyż nie są ładne nawet teraz, gdy minął najpiękniejszy ich czas?




















sobota, 20 października 2018

Złota jesień

141018
Z parkingu pod Łysą Górą zboczami tej góry na przełęcz między Skibą a Polną, następnie zbocza i szczyt Uliny, Przełęcz Widok, Krzyżowa i powrót na parking.


Ponieważ nie mogę już ustalić nowej trasy na cały dzień w moich górach, wybieram miejsca lubiane lub dawno niewidziane albo przejścia jeszcze nieznane; bywa też, że znanymi drogami idę w drugą stronę niż ostatnio, a jeśli prognozowana jest słoneczna pogoda, wybieram otwarte przestrzenie z dalekimi widokami. Tymi właśnie zasadami kierując się, ustaliłem dzisiejszą trasę na wspólną z Jankiem włóczęgę.
Dopiero gdy zgasiłem silnik, na dobre usłyszałem szum wiatru. Silnego wiatru, o czym mieliśmy przekonać się wkrótce. Noszony na wszelki wypadek zapasowy sweter okazał się potrzebny, chociaż w południe wszystkie swetry niosłem w plecaku.
Cała Łysa Góra, tak gwarna w zimie z powodu stoku narciarskiego, śpi jeszcze głębokim snem letnim; budynki, drogi, stok, robią wrażenie opuszczonych. Zostawiwszy samochód na pustym parkingu, weszliśmy wyżej na zbocze dla obejrzenia wschodu; na odkrytej przestrzeni rozpędzony wariacko wiatr szarpał się z naszymi ubraniami. Przydał się też i kaptur wiatrówki, a jest z tych, które nie dają się zerwać z głowy. Od pierwszych chwil dnia do ostatniej jego minuty w powietrzu wisiała delikatna mgiełka. Bliskim widokom nie przeszkadzała, ale nieco odleglejszym górom odbierała wyrazistość, z najdalszych czyniąc ledwie niebieskie kontury. Wschodzące słońce też było odrobinę rozmyte, ale przecież widzieliśmy misterium stawania się dnia – codzienne, a tak rzadko oglądane. Patrząc na podnoszące się słońce, naprawdę trudno uznać jego nieruchomość a obracanie się Ziemi, skoro wzrok mówi co innego.





Zboczami Łysej Góry szedłem tylko raz, kilka lat temu, w zimowy, śnieżny i mroźny dzień. Dzisiaj zobaczyłem tamte miejsca odmienione podwójnie: słońcem i kolorami jesieni, oraz wybraniem innej drogi. Zdecydował przypadek i brak czasu na zapoznanie się z lasami na zdjęciach googli: weszliśmy na łąkę wciskającą się głęboko w zbocze góry, na jej końcu przeszliśmy szpaler drzew oddzielających ją od sąsiadki, i idąc w ten sposób bez błądzenia, czasami tylko szukając dogodnych przejść, udało się przejść zalesiony obszar, a za nim znaleźć drogę zapowiadaną przez mapę i w rezultacie dojść do przełęczy.
Gdy w parę godzin później patrzyłem na zbocze stojąc po przeciwnej stronie doliny, nie zobaczyłem ani jednej z tych łąk ukrytych w lasach, a tak mi się spodobały, że wrócę tam, chociaż na pewno nie uda się dokładnie powtórzyć przejścia ze wszystkimi jego meandrami. Niewielkie łąki biegną pod górę ku ścianie lasu, a tam wciskają się wyżej zwężającymi lub zakrzywionymi językami; na miedzach rosną drzewa w zwartym szyku, czasami grupując się w małe zagajniki bronione uskokiem gruntu lub gęstym szpalerem tarnin i głogów, a niektóre ukrywają maleńkie strumyczki; tu tam stoi samotne drzewo przyciągające wzrok lub pojawia się efemeryczna dróżka; bywało, że nim znikła nie wiadomo gdzie, zdążyła pokazać przejście między drzewami. Wokół zieleń nasycona słońcem, piękne kolory czereśni, brzóz i klonów, ziemia nagrzana słońcem i namawiająca do posiedzenia, licznie widziane dzisiaj drapieżne ptaki podziwiane za ich umiejętności wykorzystywania silnego wiatru do szybowania.
Obserwowanie minimalnych zmian ustawienia skrzydeł dla nieruchomego wiszenia w powietrzu pędzącym na nich, kładzenie się w ciasnym skręcie i błyskawiczne nabieranie szybkości, elegancja i dostojność ich sylwetek, perfekcja lotu, tworzą ciekawe widowisko. Dlaczego dopiero od niedawna zwracam uwagę na te ptaki?
Wędrowanie bez wyznaczonego szlaku i bez drogi ma urok nieporównywalny do prowadzenia znakami malowanymi na drzewach. W tych górach nie lubię chodzić szlakami, a jeśli się to zdarzy, czuję skrępowanie, prowadzenie na rękę, a na dodatek nie mogę się skupić na otoczeniu, wypatrując znaków szlaku, i w rezultacie porzucam go dla swobody, niechby nawet – i tak się zdarza – pomylenia kierunków czy wejścia w chaszcze. Był taki okres w moich wędrówkach, gdy zastanawiałem się gdzie iść, skoro tu i tam byłem, ale też pamiętam silne wrażenie otworzenia się wielkiej przestrzeni z tysiącami dróg, gdy drogi porzuciłem. Po prostu miałem je wtedy wszędzie. Parę godzin później, w okolicy góry Krzyżowa, zobaczyliśmy ze sporej odległości samotne drzewo. Mój towarzysz zainteresował się nim, więc po prostu skręciliśmy ku niemu. Drzewem samotnikiem okazała się duża i ładna czereśnia.


Gdy idzie się zboczem góry, widoki miewa się na boki i do tyłu; góra jest granicą, za nią otwiera się inny świat; tylko wiemy, że są tam widoki, góry i dal, ale nie widzimy ich. Żeby zobaczyć obydwa światy, niekoniecznie trzeba wchodzić na szczyt góry. Zbliżając się do przełęczy, też doświadcza się podobnego wyłaniania się drugiego świata. Jeśli podejście nie jest strome, dal powoli się wynurza, otwiera przed nami, rozszerza i wznosi ku niebu. Janek od razu rozpoznał dwie góry wyczarowane naszym podejściem, czyli rośnie mi konkurent w sztuce rozpoznawania kaczawskich górek :-)
Na siodle rośnie brzoza, jedno w wielu drzew pamiętanych i odwiedzanych. Gdy witałem się z nią poprzednim razem, stała zmarznięta, naga i samotna; dzisiaj zobaczyłem ją zieloną, a objąwszy jej kibić, poczułem ciepło. Tak, wiem, że nagrzana była słońcem, ale przecież wolno mi myśleć, że ciepłem mnie witała.


Dnem doliny opadającej ku Jeleniej Górze biegnie szosa, a na nią nanizane są paciorki domków Dziwiszowa. Ulina, góra, na którą wchodziliśmy po drugiej stronie wioski, jest inna od Łysej: ta faktycznie jest łysa, tylko tu i tam wystaje jej parę kępek włosów – drzew, a na południowym zboczu rośnie samotny duży dąb widoczny z odległości paru kilometrów. U jego stóp przycupnęła mała mirabelka oglądana kiedyś w swojej białej godowej szacie, rośnie parę brzózek i biegnie polna dróżka. Na północy widać zaorane zbocze góry, a pozostałe kierunki oferują widoki czterech pasm górskich. Idealne miejsce na odpoczynek i kontemplację, której nikt nie przerwie. Cisza podkreślana wiatrem, słońce, daleko niebieski stożek Śnieżki, a tuż obok, na brzegu pola, mnóstwo kwiatów.
Nie tylko na drapieżne ptaki nie patrzyłem przez tyle lat, ale i na polne kwiaty – osobliwa ślepota. Czym ja się zajmowałem? Nadal większości z nich nie znam z nazwy, ale powoli uczę się rozpoznawać kolejne. Ot, bratek polny. Parę lat temu zauważyłem go po raz pierwszy, chociaż na pewno widziałem wielokrotnie i wcześniej. Tak mi się spodobał, że po powrocie z wędrówki wyszukałem w internecie nazwę tego malutkiego, a tak wdzięcznego kwiatuszka. Dzisiaj widziałem ich wiele, ale były inne od tamtych, mniejsze; może inna odmiana? Dużo kwitło chabrów, także łąkowych, a w paru miejscach rosło ich tyle, że rżysko pola miało już z daleka niebieski odcień.
Szliśmy w kierunku Przełęczy Widok i dalej, na szczyt Krzyżowej. Nasza własna droga, jako że szliśmy na przełaj, wiodła otwartymi przestrzeniami, częstokroć z panoramicznymi widokami. Piękna droga, dokładnie taka, jakiej obrazy pojawiają się we mnie w zimowe dni, gdy idę przygaszonym światem, bure niebo mając nad sobą.
Krzyżowa jest górką wznoszącą się nad wioską Podgórki. Byłaby piękna widokami, swoimi różami i brzozami, gdyby nie okropnie brzydki i byle jak zbudowany na szczycie bunkier zwieńczony wielkim krzyżem.
Mnie, osobę areligijną, dziwi, a i trochę razi, zwyczaj chrześcijan szpecenia takich miejsc znakiem swojej wiary. Kiedyś wszedłem na Chełmiec, jedną z „moich” gór, mimo iż wznosi się w Górach Wałbrzyskich, a tam nie dość, że stoją maszty antenowe, to i krzyż – wielki i paskudny jak siedem nieszczęść. Czy ludziom stawiających takie budowle wydaje się, że im będą wyższe, tym ważniejsza stanie się ich religia, a oni bliżsi swojemu bogu? A może oni nie znają znaczenia słowa pycha? Czuję w sobie niezgodę na czynienie na pół świętym miejsca, na którym postawiono krzyż, nawet wbrew prawu, o estetyce już nawet nie wspominając. Tak być nie powinno w świeckim kraju.
Gdy doszliśmy na parking, od zachodu słońca dzieliła nas godzina czasu. Janek zaproponował odwiedzenie dróżki pod Wielisławką, jednej z najładniejszych dróg kaczawskich. Pamiętał też o jabłoni rosnącej na między. Tej samej, której pyszne jabłka zbieram ilekroć jestem tam jesienią.
Podniosłem głowę znad klawiatury i spojrzałem na stolik, mam jeszcze dwa jabłka przywiezione spod Wielisławki. Naprawdę rzadko kiedy można kupić jabłka równie dobre jak te niechciane przez nikogo, gnijące w rowie, czerwone owoce starej jabłoni przydrożnej.
Czy widzieliśmy zachód? Wbrew pierwszemu odczuciu pytanie nie jest dziwne. Otóż słońce, nadal mając wyraźnie dłuższą wędrówkę od styczniowej, nie tyle zaszło, co schowało się, jeszcze jasne, za grzbiet góry, do której nie dociera w zimie.
Myślę jednak, że możemy powiedzieć sobie, iż ten słoneczny i ciepły dzień złotej jesieni wykorzystaliśmy cały – od wschodu do zachodu słońca.







piątek, 12 października 2018

W Karkonoszach

071018
W Karkonoszach
Z ulicy Olimpijskiej w Karpaczu zielonym szlakiem na Polanę, jest to Droga Bronka Czecha, dalej niebieskim na Rozdroże koło Spalonej Strażnicy via Kozi Mostek, Mały Staw, schroniska Samotnia i Strzecha Akademicka. Następnie dojście czerwonym szlakiem do Słonecznika i żółtym do Pielgrzymów. Powrót żółtym szlakiem do Polany i zielonym do Karpacza.


Janek i ja planowaliśmy przejście tej trasy od szeregu tygodni, wyjazd był więc oczekiwany z niecierpliwością. Dla mnie także z powodu odmiany, wszak kaczawskie górki różnią się znacznie od najwyższego pasma sudeckiego; dla nas obu wybrana trasa była powrotem po wielu latach, jako że obaj byliśmy w miejscach dzisiaj odwiedzonych około osiem lat temu.
W całości przygotowań zdałem się na Janka: on wybierał trasę przejazdu i szlaki naszej wędrówki, on prowadził, przejąwszy funkcję pełnioną przeze mnie w Górach Kaczawskich. Teraz, po powrocie, po przejściu bez pośpiechu całej trasy z daniem sobie czasu na kontemplację i odpoczynek, mogę stwierdzić, że zaplanował dobrze.

Buty założyłem najmasywniejsze, najtwardsze, wszak wybierałem się w wysokie góry, zapomniawszy o przygotowaniu karkonoskich szlaków, wyrównanych i bez błota. Równie dobrze mógłbym założyć lekkie buty, które na bezdrożach kaczawskich sprawdzają się tylko w suche dni.
Idąc, często porównywałem drogi oraz widoki tutaj i w moich górach.
Szlaki przygotowane ogromnym nakładem pracy są pierwszą różnicą, drugą zauważyłem na platformie widokowej urządzonej na szczycie pionowej skały wznoszącej się nad jarem strumienia Pląsawa, później także w wielu innych miejscach. Otóż o ile nie raz zdarzało mi się iść w moich górach zalesionym zboczem bez drogi, co nie jest trudne, a przy zachowaniu elementarnych zasad nie jest niebezpieczne, tutaj marsz taki byłby w najlepszym razie bardzo trudny, często niemożliwy ze względu na urwiska i zwaliska drzew na stromych zboczach. W tych górach trzeba trzymać się szlaku nie tylko z powodu nakazów prawa, ale i rozsądku.
Przyznać jednak muszę, że ukształtowanie terenu w pobliżu strumienia zrobiło na mnie wrażenie. Skalne baszty wysokości kilkunastu metrów, złomy wielkości samochodu leżące na ciemnym dnie, szczyty świerków widziane z góry, kamieniste dno strumienia ledwie widocznego w mroku, splątanie martwych i żywych drzew, dały mi obraz dzikiej górskiej przyrody.
Takie miejsca uświadamiają prawdę nie zawsze pamiętaną czy znaną: dzika przyroda bywa niebezpieczną przyrodą, ponieważ góry nie wiedzą, że mianowaliśmy się panami Ziemi i oczekujemy nagięcia praw natury do naszych oczekiwań. To oczekiwanie, ten brak przezorności, w którym można dopatrzeć się braku szacunku, widać na szlaku. Kobiet w szpilkach nie widziałem, ale jedna szła w miejskich kozakach, wielu w trampkach obecnie nazywanych adidasami, bez odzieży na wypadek załamania pogody, a najczęściej bez oglądania się na możliwości i czas. Godzinę przed ciemnościami widziałem idącą pod górę kobietę niosącą paroletnie dziecko na biodrze. Szła na spacer? Tym szlakiem nie da się iść bezpiecznie w ciemnościach, zwłaszcza z dzieckiem na ręku, a i widoków nie ma. Szła do schroniska? Do najbliższego było stamtąd trzy godziny marszu.
Widziałem też chłopca, którego rodzice zostawili z tyłu. Gdy doszedł do miejsca ich odpoczynku, usiadł i głowę schował w ramionach, jakby płakał. Miał około 10 lat, więc dziecko jeszcze, a nie młodociany macho, któremu daje się szkołę męskości.
Ale, dla równowagi, wspomnę o naszym żartowaniu, którym zabawialiśmy się w drodze. Już wysoko, na wierzchowinie, gdy mijała nas duża grupa młodych ludzi, głośno powiedziałem do Janka, że kiedyś kursował tędy autobus. Ten bystro podchwycił dowcip równie głośno tłumacząc, że właśnie tutaj, na skrzyżowaniu szlaków, miał pętlę końcową. Usłyszeliśmy salwę śmiechu. Oni śmieli się z nas, my z nich. Teraz pytanie: co pomyśleli o nas? Czy nie mieli podobnych myśli do moich, gdy widziałem dziwne – w moim odbiorze – zachowania innych ludzi?
Może jednak zacznę od początku.
Obok wielu plusów, te góry mają poważny minus: żeby dostać na wierzchowinę, na rozległy obszar dalekich i ładnych widoków, trzeba dwie godziny iść lasem pod górę. Podejście nie dłużyło się mi, w czym zasługa towarzystwa i bacznego rozglądania się, jednak spora część trasy i czasu może oferować tylko widok świerków przy szlaku. Już na polanie nazywanej Polaną, gdy tylko wyszliśmy z lasu, zobaczyłem ściany Kotła Małego Stawu. Półokrągły twór geologiczny zwany karem, kotłem lub cyrkiem lodowcowym, wyżłobił lodowiec, a gdy ustąpił, pojawił się człowiek i postawił schronisko Samotnia, w którym, wbrew nazwie, na pewno nie można poczuć się samotnym, bo budynek niemały, a ludzi tam wiele. Na dnie jest jezioro nazywane Małym Stawem, z trzech stron otoczone stromymi, miejscami urwistymi ścianami o wysokości do dwustu metrów. Czynią one potężne wrażenie, i to zarówno przy oglądaniu ich z brzegu stawu, czyli od dołu, jak i ze ścieżki biegnącej górą, tuż przy przepaści. Oczy przyciągają kolory: od żółknącej zieleni starych traw, poprzez seledynowe barwy porostów na skałach, po ciemną, intensywną, a z daleka niemal czarną zieleń kosodrzewiny; tu i ówdzie na zboczach rosną czerwone teraz rośliny przypominające czarne jagody; oczywiście skały, od szarych po jasne, pastelowe barwy złomów mytych deszczami przez wieki. Jednak najbardziej urokliwymi akcentami kolorystycznymi były jarzębiny. Te drzewa potrafią przeżyć tam, gdzie nawet świerki i buki nie radzą sobie. Stoją wykręcone wiatrami i mrozami, z uschniętymi gałęziami; wydawałoby się, że ledwie żyją, a obsypują się owocami mimo skrajnych warunków. W tym surowym świecie skał i zimnej zieleni świerków, nasycona czerwień jarzębin była po prostu piękna.
Same zbocza są imponujące. Tak wielkie, że przy nich czuje się znikomość człowieka, maleńkiej mrówki na dnie nie największego przecież tworu natury. W wielu miejscach widać stożki usypiskowe – miejsca spoczynku skalnych okruchów odpadłych od masywu. Liczne są żleby którymi płyną wody i zsuwa się rumosz skalny. Prędką wodę płynącą karkołomnie stromym jarem po zboczu kotła, słychać wyraźnie z kilkusetmetrowej odległości.
Obok schronisk tylko przeszliśmy; mnie, chyba i Jankowi, po prostu nie przyszło do głowy wchodzenie do środka. Nie lubię schronisk. W istocie są to tanie, niewygodne, jakże często zatłoczone hotele – takie same jak te, w których kiedyś mieszkałem przez dwa lata.
Widok na kocioł z góry jest po prostu piękny, a urozmaicają go schroniska – Samotnia i nieco dalsza Strzecha Akademicka. Obraz od góry koronuje oczywiście szczyt Śnieżki, niewzruszenie patrzącej na mrówki łażące po jej okolicy. Widok ten jest jedną z wizytówek Karkonoszy, powszechnie wykorzystywany na pocztówkach czy w kalendarzach, jednak prawdziwy jego urok poznać można stojąc tam i patrząc szeroko otwartymi oczami. Niemal cały widok mieści się w granicach dobrego widzenia, czyli kilku kilometrów. Zaznaczam ten fakt, ponieważ dal biegnąca dziesiątki kilometrów, na ogół rozmyta jest niedostateczną przejrzystością powietrza.
Wspomnieć należy o dwóch skałach, wszak były one nie ostatnim powodem wędrówki. Słonecznik nie uczynił na mnie wielkiego wrażenia, chociaż skała jest słusznej wielkości i ciekawie pęka, a skrajna kolumna widziana z określonego miejsca jako żywo przypomina postać człowieka. Pewna dziewczynka powiedziała, że przypomina jej dziadka; ciekawe, co zobaczyłaby moja wnuczka…
Natomiast Pielgrzymy okazały się grupą skał imponujących różnorodnością kształtów. Długo chodziłem wśród nich, a gdzie się dało, także po nich, rozglądając się i zaglądając za skalne załomy, często zaskoczony lub zadziwiony formami kamieni i ich układem. Już odchodziliśmy, gdy zobaczywszy na uboczu jeszcze jedną grupkę skał, skręciliśmy ku nim.
Wracając, zwróciłem uwagę na warunki życia drzew. Przeważają tam świerki, zapewne sadzone ręką człowieka. Pewien leśniczy niemiecki powiedział o takim lesie, że jest nieszczęśliwy. Wspomniałem tę myśl widząc dużą ilość wykręconych i obumarłych pni świerkowych; do kłopotów wynikłych z nienaturalnego zaistnienia, swoje dodaje tamtym lasom uboga gleba i surowe warunki klimatyczne.
Widziałem jednak dwa świerki niezważające na niepowodzenia swoich rodziców: miały grubość palca i rosły na stojącym jeszcze, spróchniałym pniu martwego już drzewa. Widok symboliczny i pocieszający.
Na szlaku było dużo ludzi. Dla mnie, kaczawskiego wędrowcy, za dużo, niemal tłocznie. W moich górach przeważają dni, gdy nie spotkam nikogo, a skoro w październikową niedzielę widziałem w Karkonoszach parę setek ludzi, ilu spotkać można w lecie?
Dobrze, że nie podobają się im moje góry. Niech tak zostanie.