Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

poniedziałek, 8 października 2018

Dzień kwiatów

011018
Płoszczyna, wokół Stromca, Srebrna, Skowron, Strzyżowa, Zadnia, zbocza Wapiennej, Płoszczynka, zboczami Stromca do Płoszczyny.



Obraz dalekiego, kolorowego wschodu zaspanego słońca widziałem tylko przez sekundę w czasie jazdy, ale spodziewałem się zobaczenia wschodu słońca jeszcze raz, co prawda późnego, od razu mocnego. Godzinę później stałem na zboczu Stromca patrząc na niebo jaśniejące coraz bardziej nad lasami wysokiej Leśnicy.
Blask słońca zapalił się na szczytach wyżej rosnących drzew i powoli usuwał się ku ziemi. Cierpliwie patrząc, można było dostrzec ten ruch w wyłanianiu się z szaroniebieskiego mroku kolejnych pięter gałęzi drzew. Patrzyłem chcąc dowiedzieć się, co będzie, gdy promienie dotkną już ziemi. Kiedyś, też w górach, widziałem ostrą, wyraźną linię oddzielającą noc od dnia; patrzyłem jak biegnie w moją stronę podświadomie oczekując stania się... czegoś. Wtedy stała się tylko jasność, ale może dzisiaj będzie inaczej? Może coś się wydarzy?
Żadnych czarów nie było i tym razem. W moment po rozjaśnieniu się wokół mnie zobaczyłem swój cień i odwróciłem się mrużąc oczy: mocne, oślepiające słońce puściło się czubków drzew rosnących na Leśnicy i wspinało się na nieboskłon.
Na dnie doliny, gdzie domy wioski, noc trwała nadal, powietrze było szarogranatowe, jednak po paru minutach zobaczyłem daleki blask: słońce stanęło u wylotu doliny i zaczęło swój szybki pochód wzdłuż wioski.
Zaczynał się drugi dzień mojego górskiego sezonu.
Stromiec mam za jedną z najatrakcyjniejszych gór zarówno wtedy, gdy chce się wejść na szczytowe skały, jak i wtedy, gdy idąc lasami poznawać się będzie dzikie jary jej strumieni, albo gdy obchodzi się – jak ja dzisiaj – górę wokół idąc granicą łąk. Wiedząc którędy iść, można mieć niemal cały czas rozległe i zmieniające się dalekie widoki, a blisko siebie wiele jakże kaczawskich zboczy, jarów, dolinek, kęp drzew i dzikich róż. Znałem już niejedno ładne miejsce tutaj, dzisiaj poznałem kilka nowych, a z nich zwłaszcza jedno miejsce zauroczyło mnie. Zdawałoby się, że nie ma w nim nic szczególnego, ot, po prostu kilka brzóz rosnących pod lasem, na pochyłości zbocza góry, ale dzisiaj widziałem je prześwietlone niskim słońcem i po prostu piękne. Gapiłem się na nie i szkoda mi było odchodzić, a gdy poszedłem, jeszcze wracałem, by spojrzeć na nie ponownie.





Za dwa lata, a może znacznie szybciej, skończę pracę tutaj i wyjadę do siebie, na Lubelszczyznę. Może dlatego coraz częściej zdarza mi się wracać i patrzeć, albo jechać mimo brzydkiej pogody, mimo wszystko. Któryś wyjazd w góry będzie ostatnim, nie mogę go przegapić.
Szedłem ładną drogą pod dębami, z dalekim widokiem na południe, z wiatrem we włosach i słońcem na twarzy, a pod nogami leżało mnóstwo żołędzi. Wspomniałem Eumajosa, świniarza u Odyseusza – czyż nie dziwne są ludzkie skojarzenia? Skoro świniom smakują, to może i ludziom? Rozłupałem żołądź i… po spróbowaniu zjadłem cały. Brakuje mu orzechowego smaku, jak nasionom buków, ale w sumie…
Szedłem drogą celującą w Śnieżkę, patrzyłem na chybotliwy lot małej ptaszyny myśląc o skowronkach, tak podobnych. Kiedy one odlatują? Nazajutrz sprawdziłem: to mógł być skowronek. Obserwowałem drżenie liści: dębowe statecznie, jak na poważny dąb przystało, kiwały się na małym wietrze, a osikowe oszalały, jakby chciały się zerwać i frunąć gdzieś w panice. Dziwne. Ze szczytu wzgórza patrzyłem na moich znajomych – odległe, samotnie rosnące drzewa. Stałem na zaoranym polu i przyglądałem się sporemu kamieniowi przełamanemu pługiem; na krawędzi pęknięcia jeszcze widać było biały ślad zgniecionych krystalicznych struktur skały, a w tym śladzie zobaczyłem mikroskopijną cząstkę metamorfoz naszej planety. Patrzyłem myśląc o dodaniu jednego, bardzo znaczącego ostatnio, czynnika powodującego wielorakie przemiany w morfologii Ziemi.
Dzień ten chciałbym zapamiętać z powodu kwiatów. Na rozległych łąkach użytkowanych jako pastwiska rosło ich bardzo dużo, zwłaszcza na zboczu Wapiennej, gdzie leżałem wśród traw i kwiatów czując się jak w lecie. Wrotycz, dzwonki, rumianek – wymieniam tylko te nieliczne mi znane – ale najwięcej było żółtych kwiatów o płatkach niemal identycznych kształtem z płatkami cykorii. Wieczorem szukałem odpowiedzi w internecie, to prawdopodobnie mlecz polny. 





Proszę o pomoc w upewnieniu się, dodając zdjęcia. Nawłoci widziałem całe łany, i to zarówno przekwitłą, jak i w pełnej swojej krasie, a nawet widziałem nawłoć niewiele niższą od Stromca, sporej przecież góry, co udokumentowałem na zdjęciach.




Na zboczu jednej z gór nieopatrznie wszedłem w nawłociowe zarośla, sto metrów dalej widząc otwartą przestrzeń pól. Przecież swobodnie przejdę, pomyślałem. Przeszedłem, ale swobodnym przejście nie było. Nawłoć rosła bardzo gęsto, jedna łodyga przy drugiej, a wiele przewyższało mnie wzrostem. W dole niewidoczny gąszcz płożących się pędów jeżynowych chwytał spodnie. W pewnej chwili nie mogłem iść, ponieważ wokół kolan miałem owinięty ostry, kolczasty badyl, a nogi nie mogłem podnieść dla przygniecenia go butem, bo ten chwyciły inne pędy.
W jednej z mijanych wiosek zatrzymałem się przy starym, pamiętanym z dawnych lat, małym traktorze. Patrzyłem wspominając kurs prawa jazdy i szkolenie odbywane na takim właśnie traktorku.
Po chwili przyszedł właściciel i przywitał mnie słowami, które zrobiły na mnie wrażenie:
– A pan to chyba przez jakąś karę chodzi po tych górach!
Czy mieszkając tutaj i nawet na podwórku mając pochyłość, też tak bym uważał? – zastanowiłem się. Wspomniałem ławkę ustawioną na zboczu Srebrnej i poczułem sympatię do jej użytkowników, zapewne mieszkańców Jeżowa, wioski u podnóża góry. Wiedzieli, gdzie ją ustawić: siedząc tam widzi się kilka kaczawskich górek, Rudawy, Jelenią Górę i całą ścianę Karkonoszy.



Polne ścieżki, mniejsze siostry dróg, rozkochały mnie w sobie już w dzieciństwie, gdy biegałem tymi wąskimi nitkami wydeptanymi ludzką nogą. Bywały piaszczyste lub błotniste, owszem, ale najwięcej było tych najpiękniejszych – gładkich wstążek przeciskających się między nachylonymi źdźbłami traw lub zbóż na poboczu drogi lub na szerszej między. Biegły wszędzie, nie zważając na granice własności, na pochyłości zboczy ani na szpalery drzew, jak zważać musiały drogi. Potrafiły przeskakiwać rowy, zgrabnym małym łukiem omijały wystający głaz czy wieczną kałużę, przeciskały się między gęsto rosnącymi drzewami, krzyżowały się i łączyły, rozdwajały i znikały, ale kto je znał, tego doprowadziły pod skrzypiącą furtkę w szpalerze gęstych bzów otaczających dom – cel wędrówki.
Nie ma już tego domu, nie ma wioski mojego dzieciństwa, polne drogi zalane są asfaltem, a i takich ścieżek jest mało i coraz mniej.
Gdy zobaczyłem taką ścieżkę, poszedłem nią. Musiałem zobaczyć dokąd prowadzi. Biegła skrajem lasu od wioski wprost na Stromca, a po kilkuset metrach wprowadziła mnie między drzewa lasu i… zaczęła niknąć. Gdy już trudno było wypatrzeć ją wśród igliwia i traw, wpadła do leśnego duktu znikając mi zupełnie. Nie wiem, kto ją wydeptał. Może ktoś, kto pamięta takie ścieżki ze swojego dzieciństwa? Żeby mieć swoją ścieżkę, żeby mniej tęsknić?
Wracałem bocznymi drogami jadąc przez prawie całe Góry Kaczawskie, blisko 30 km. Szosy te są wąskie, zbudowane z większej ilości zakrętów niż asfaltu, ale lubię je. Przejazd nimi jest dla mnie podobny do oglądania rodzinnego albumu: tyleż miejsc znanych, pamiętanych, budzących wspomnienia wędrówek i proszących o powrót.
Wrócę.














15 komentarzy:

  1. Czy wiesz, żeżołędzie służyły kiedyś do wyrobu napoju kawowego? Trzeba je najpierw wyługować, wysuszyć, uprażyć, zmielić i gotowe ;) Kiedyś taka kawę przygotuję. Zarośla nawłociowe uwielbiam dla ich upojnego zapachu, choć zawsze boję się, że podobnie jak paprocie są siedliskiem kleszczy, a te małe pajęczaki mnie po prostu kochają! (na szczęście w tym roku jest ich mniej, a ja dodatkowo mam specjalne urządzenie, które je straszy/podobno/)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiedziałem, ale po spróbowaniu nasienia niespecjalnie się dziwię. Nie ma zapachu, nie jest gorzkie, więc może wywar z niego być całkiem dobry. Na pewno oryginalny.
      Kiedyś w kampingu miałem mrówki, a że podobno one nie lubią soli, obsypałem wszystkie koła na grubo. Akurat tamte mrówki nie wiedziały, że mają nie lubić soli :-) Nie pomyślałem o kleszczach, szczerze mówiąc, ale chyba żaden się nie przyplątał.

      Usuń
    2. Kiedyś oglądałam angielski program o sposobach żywienia się z czasów średniowiecznych chyba, a także na przednówku; wiec żołędzie rozcierano na kamieniu na miazgę, potem wiązana do kawałka materiału i zanurzano w rwącym strumieniu, woda wypłukiwała coś szkodliwego i wtedy dopiero pieczono placki na gorących kamieniach:-) prowadzący program próbował takich samych sposobów, ale patrząc na jego wyraz twarzy po skosztowaniu takiego placka, wywnioskowałam, że to było chyba niezbyt smaczne:-) może dlatego, że bez soli.

      Usuń
    3. To ciekawe, Mario. Chciałbym wiedzieć, czy te żołnierzyki zostawiani w lesie na szkołach przetrwania, są uczeni żywienia się żołędziami. Te placki raczej nie są wyszukanym rarytasem, wszak trudno znaleźć je w menu jakichkolwiek kuchni. Ja z kolei czytałem o owocach jarząbu szwedzkiego, czyli północnej odmiany jarzębiny (wbrew pozorom rośnie ich u nas sporo), że mielono je i dodawano do ciasta chlebowego. Nie dla podwyższenia jakości, a żeby było go więcej.

      Usuń
  2. Miałam swoją ścieżkę prowadzącą poza opłotkami wiejskich zagród, wydeptaną od lat i poznawałam z tej strony od stodół, kto tu mieszka:-) zazwyczaj szło się na pastwisko krowy przypędzić, a wszędzie rosły stare lipy, pachnące, brzęczące, dające chłodny cień; dziś nie potrafię powiedzieć, kto gdzie mieszka, inne domy, inni ludzie, najbliższe sąsiedztwo jest mi znane, ale również obejścia nowe, zmienione, nie to, co się zapamiętało z dzieciństwa.
    Takie wschody słońca obserwuję u siebie, Kopystańka już w słońcu, granica cienia przesuwa się coraz bardziej, do nas promyk dociera najpóźniej, bo my za górą:-) to sa magiczne chwile, jak mam czas, to siedzę i patrzę, robię zdjęcia, cały czas w podziwie dla cudów natury; odnajdziesz na Lubelszczyźnie znajome klimaty, do wędrowania nie potrzebujesz ekstremalnych szlaków, stromych szczytów, a tam też są ładne góreczki:-) zresztą będziesz po trosze domatorem, bo masz sporo do nadrobienia po latach nieobecności:-) i będziesz śnić sny o swoich Kaczawach, porównywać z nowymi obrazami, a kto powiedział, że nie wrócisz tutaj bodaj na kilka dni, gwoli przypomnienia, zaspokojenia tęsknoty:-) patrzę w tej chwili za okno, jest mgliście, bez słońca, ale złote liście dają wrażenie rozświetlenia, żeby tylko nie padało, bo sporo robót przede mną; pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Mario.
      Więc i u Ciebie nie ma już wsi zapamiętanej z dzieciństwa. Uboga była, zapracowana, pozbawiona wygód, ale przecież tak piękna i pachnąca, jak wspomnienia dzieciństwa, a żadna obecnie.
      Kiedyś, gdy dotknie Cię linia słońca, linia nocy i dnia, COŚ się stanie. Zobaczysz!
      Także dla (finansowych) możliwości powrotu nadal trzymam się tej pracy. A wrócę na pewno, mimo całego uroku Lubelszczyzny.

      Usuń
  3. Kwiaty. Mlecz, ten najzwyklejszy, żółciutki i nie poważany, traktowany jak chwast, a ponoć nawet leczniczy w zamierzchłej przeszłości. Pełno ich na miejskich i działkowych trawnikach. Silna roślina. Jedwabista w dotyku, delikatna i niewymagająca. Kwadratowe płatki - pierwszy raz widzę je w zbliżeniu. Cud natury - miast obłości - kąty.
    Wokół mnie wszystko się czerwieni i wybucha. Widać i jesień może przypierać do ściany. Tak oszałamiające są jej barwy, że się cofasz i boisz. Z morzem wiesz, że sztormy mogą się zdarzać, "normalka", a tu Ziemia daje swój spektakl i krzyczy - "Patrz".
    Ścieżki zawsze giną w lesie, takie jest moje doświadczenie. Rozpływają się i sam nie wiesz dlaczego właśnie tutaj.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chomiku, zadziwić potrafią malutkie niepozorne kwiatki, jeśli przyjrzy się im wystarczająco dokładnie i w spokoju; doświadczyłem tego wiele razy. One też wołają „patrz!”, tyle że ich głosik jest słabiutki, cichutki, bo sił wiele nie mają.
      To prawda, ścieżki giną, ale tylko nieznane. Nasze, znane, oswojone, nie znikną.

      Usuń
  4. Oswojone tak, a nieznane ??? Mierzymy się w gruncie rzeczy z nieznanym, tak jak "Mały Książe" lecz w gruncie rzeczy to powieść o niczym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieznane ścieżki mają czar świeżości, są pociągające nieprzewidywalnością, więc nieznanym, ale, Chomiku, wystarczy temu pojęciu wyciąć obawę (którą nieznanemu sami dodajemy naszą skłonnością, apriorycznymi obawami), zamienić ją na odrobinę ufności, a wtedy i ta nieznana ścieżka (szerzej: to nieznane), ma szanse być dostrzeżone jako urokliwe, a z czasem i swojskie, nasze. Po prostu inaczej na nie spojrzymy.
      Jeśli iść dalej tą drogą myślenia, oswajanie byłoby zamianą pociągającego, ale krótkotrwałego i kapryśnego, czaru świeżości, w długotrwałe poczucie ciepła i swojskości.

      Usuń
  5. Wiesz, z ścieżki nieznanego pewnie nigdy nie zejdę, pomimo lęku lecz szukam w tym nie nieznanego lecz oswojonego. Paradoks. jak pszczoła leci do nektaru to ja lecieć chcę w miejsca swojskie, przewidywalne i niezwyczajne, bo lokujące się poza lub właśnie w ramach zwyczajnego odczuwania i chłopskiego rozumu. Jestem przeciw wychodzeniu "ze stref komfortu", przeciw wyzwaniom. Te słowa są nieludzkie, bądź mogą takimi się stać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyzwania są mi obojętne, ponieważ nie mobilizują mnie, nie zniechęcają ani nie podniecają w żaden sposób. Jeśli mam jakąkolwiek potrzebę radzenia sobie z wyzwaniami, spełnia się ona w daniu sobie radę na jeszcze jednej przeprowadzce, zniesienia w dobrym stanie psychicznym kolejnego karuzelowego sezonu.
      W czasie ostatniego dnia w górach zrobiłem tak, jak pisałaś: poszedłem w znane i swojskie miejsca, nie chcąc nic eksplorować, a jedynie kontemplować.

      Usuń
  6. Oj, to jesteś dalej:). Ja ciągle nie umiem zrezygnować i boje toczę. Szukam równowagi pomiędzy wyzwaniem, wybraniem wyzwania i poziomem odpuszczenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niekoniecznie dalej, ponieważ u mnie taki wybór jest raczej rezultatem niechęci, w tym przypadku do sprawdzania się, do osiągania czegoś, do bycia super. Do wyzwań. Niech się inni prężą i sprawdzają i podejmują wyzwania, ja wolę poczytać lub pojechać w moje góry. Więc jest tutaj nie tyle pójście dalej, co raczej oznaka odpuszczenia, może w pewnej mierze także mądrości nabywanej z wiekiem, którą niektórzy nazywają objawami starzenia.

      Usuń
  7. E tam starzenia, może dojrzewania. Masz rację, że niechęć może stać się "światełkiem w tunelu", ułatwiać wybór.

    OdpowiedzUsuń