Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

czwartek, 4 października 2018

Nowy sezon, starzy znajomi

300918
Czernica, Babiniec via czarny szlak, Pasternik, wzgórze nad Bystrzycą, miejsce na Buczyńcu, Sołtysia Czuba, Pustak, Babiniec, Czernica.

Nie czułem entuzjazmu na myśl o wyjeździe, pierwszym przecież od półrocza, a stan ten niepokoił mnie. Opatrzyły mi się góry? A może to oznaka starzenia? Dopiero później doszedłem przyczyn: za bardzo mam wypełnione dni, brakuje mi chwil nicnierobienia i czasu na pisanie, kuszącą więc okazała się chwilowa myśl o dniu spędzonym nad klawiaturą. Oczywiście pojechałem wiedząc o późniejszym pojawieniu się żalu do siebie, zwłaszcza gdyby dzień okazał się słonecznym. Takim właśnie był. Dalekiego wschodu i zachodu słońca nie widziałem, ale tylko z powodu wybranej trasy. Nie eksperymentowałem jadąc w jedne z najpiękniejszych miejsc kaczawskich, a te widokami hojnie mi odpłaciły za zaufanie.







Na szlak wyszedłem w rękawicach, a dłonie mi marzły, jednak nim zdecydowałem się zdjąć plecak i wygrzebać z niego zapasowe, stwierdziłem, że już nie są potrzebne. Krótko później niepotrzebna okazała się bluza polarowa, następnie jeden i w końcu drugi sweter. Był słoneczny i ciepły dzień zielonej jeszcze jesieni. Tylko trawy pośpieszyły się w tym roku, drzewa natomiast przymiarki dopiero czyniły do swoich jesiennych kreacji.
Południowe stoki Babińca są bardzo rozległe, łagodne i odkryte, więc w miarę zdobywania wysokości horyzont oddala się odsłaniając kolejne góry. Gdy w odpowiednim miejscu spojrzy się za siebie, na południe, zobaczyć można drobny szczegół łatwy do przeoczenia: ponad falistą, zieloną linię niewielkich wzgórz wystaje niebieski malutki stożek, na którym przy dobrej widoczności można zobaczyć zarysy budowli. Tak oto pojawia się Śnieżka, z tego miejsca niepozorna górka, ale przy każdym kolejnym obejrzeniu się góra rośnie, windując za sobą pojawiającą się nieco później rozległą linię Karkonoszy. Bliższe góry ulegały licznym przemianom, a te, mimo iż naturalne i tyleż razy widziane, nadal potrafią ciekawić i zdumiewać, jeśli tylko da się im szansę dostrzeżenia. Góry maleją i rosną, przesuwają się względem siebie, ale też obracają wokół siebie pokazując się z innej strony i w innym towarzystwie. Czyż nie jest dziwny ten złożony, wieloraki ruch nieruchomych gór?
Wśród błyszczących rosą traw i nad nimi błyszczały drżące nitki babiego lata, w obserwatorium na Śnieżce chyba ktoś otwierał okno, puszczając aż tutaj słoneczne zajączki, nad lasem statecznie krążył kraczący kruk (co za połączenie słów!), drzewa na stoku sąsiedniej góry puszczały swoje długie cienie. Nieco później wszedłem na wielkie pole żółto kwitnącej gorczycy białej (Janku, dziękuję za identyfikację) i usłyszałem niskie i wielobrzmiące, dobiegające ze wszystkich stron, buczenie tysięcy owadów. Zatrzymałem się i słuchałem, uświadomiwszy sobie oczywisty fakt związku tego dźwięku z ciepłymi dniami; w zimie pola ucichną, a buczenie pszczół ponownie usłyszę za pół roku.
Często zatrzymuję się na szlaku i patrzę w dal lub na coś bliskiego, albo i nigdzie. Patrząc, raczej chłonę chwilę i jej atmosferę, niż obserwuję. W miarę upływu moich lat lubię takie chwile coraz bardziej. Z nich składam sobie obraz swojego dnia, tego właśnie dnia, który chciałbym uczynić wyjątkowym zapamiętaniem, ale akurat z tym różnie bywa. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że zapamiętanie chwili nie jest zależne od mojej woli ani nawet od siły wrażeń, od podobania się. Mogę powtarzać sobie słowa podziwu i zachwytu, ale dopiero czas pokaże, czy akurat tę chwilę zapamiętam. Bywa niejako odwrotnie: drobne zdarzenie, momentalne wrażenie, niepozorny według pierwszej oceny widok, trwa we mnie latami i często budzi się przynosząc mi żywe i kolorowe wspomnienie minionych chwil.
Natura karmiła mnie. W lasach zbierałem jeżyny (przy nich wspomnienie pewnego sympatycznego Anglika, którego dawno temu nieskutecznie próbowałem nauczyć prawidłowej wymowy tego słowa), a pod starymi, niechcianymi jabłoniami napełniałem kieszeń jabłkami; część z nich była lepsza w smaku od nowych odmian.
Po drugiej stronie Babińca rośnie las, w którym kiedyś zmyliłem drogę chcąc dojść do Pasternika, wzgórza za lasem.
Mam w pamięci miejsca, które spodobały mi się i które chciałbym zobaczyć ponownie, ale nie pamiętam gdzie je widziałem. Kilka lat temu przy leśnym dukcie zobaczyłem kilka wielkich buków. Widzę je nadal, widzę skały wokół ich masywnych korzeni, czuję swój podziw dla nich, ale zapomniałem gdzie ta droga, gdzie rosną te drzewa. Ucieszyłem się niedawno w czasie przygotowywania tekstów do książki o Górach Kaczawskich, ponieważ znalazłem opis tego miejsca w przepastnym już worku moich dopisków. W tym roku odwiedzę tamte buki. Podobnie mam z lasem między Babińcem z Pasternikiem: chciałem raz jeszcze zobaczyć jego głębokie jary i omszałe skały. Udało mi się częściowo. W las wszedłem na wyczucie, jeden stromy i ciemny jar znalazłem, ale nie trafiłem do pamiętanego wysokopiennego boru świerkowego z zielonymi skałami. Wrócę tam, ponieważ analizując mapę dowiedziałem się, gdzie źle skręciłem i jak iść powinienem.
Właśnie pod Pasternikiem wszedłem w wielkie pole żółto kwitnącej gorczycy – widok warty zobaczenia.



Najpiękniejsze wzgórze Bystrzycy nie ma podanej na mapie nazwy. A może nie ma wcale? Może mieszkańcy nie odczuwają potrzeby jej nazwania? To nie spekulacje. Na drugi dzień rozmawiałem z mieszkańcem kaczawskiej wioski; zapytał, gdzie idę. Odpowiedziałem, że na Skowrona i usłyszałem pytanie:
– A co to jest?
Góra wznosiła się za jego plecami.
Cenić należy ludzi, którzy chcą wiedzieć na co patrzą, ponieważ wiedza nie tylko porządkuje świat, ale też wzbogaca go i upiększa.
Wzgórze nad Bystrzycą przyciągało mój wzrok od dawna, ale dopiero w minionym roku wszedłem na nie po raz pierwszy; dzisiaj byłem tam trzeci raz i na pewno nie ostatni. Była obiadowa pora, ciepło i słonecznie, siedziałem więc pod dębem i patrząc przed siebie rozmawiałem z żoną. Mam nadzieję na związanie się w mojej pamięci obrazów tej górki z moją małżonką.





Nie było jeszcze za późno żeby pójść dalej, więc poszedłem – jak zwykle chytry drogi w pierwszy dzień górskiego sezonu. W rezultacie w czasie dwunastu godzin przeszedłem ponad 25 km i na drugi dzień nogi miałem niemrawe. Dokładnie tak samo było rok temu, a ponieważ pamięć mam dobrą, tyle że krótką, za rok, pierwszego dnia sezonu znowu się złacham i wracać będę na drewnianych nogach. Gdzie byłem, pytacie? Chciałem sprawdzić zapamiętanie przejścia lasem do jeszcze jednego mojego miejsca. Takiego zwykłego, a niezwykłego swoim działaniem na mnie. 




Wejście w las pamiętałem, mały wyraźny dukt odnalazłem od razu, wiedziałem w którym miejscu należało skręcić między drzewa w dół stoku, ale zachciało mi się sprawdzić, dokąd ten dukt prowadzi, więc poszedłem. Drogi było coraz mniej, a coraz więcej siewek i pędów jeżyn. Wracać? Ale jeśli skręcę w lewo, wyjdę z lasu akurat na moje miejsce – kalkulowałem, trochę znając topografię okolicy. Owszem, tak było, ale najpierw musiałem dojść przez gąszcz na brzeg lasu, a gdy już tam byłem, zobaczyłem strumień płynący jarem o urwistych brzegach. Przejście znalazłem, ale skrót nie okazał się skrótem. Wiem jednak, gdzie prowadzi dukt: nigdzie, czyli w jezyny, jak mówił wspomniany Anglik.
Inną drogą doszedłem do Babińca i innym zboczem tej góry schodziłem ku wiosce. Polna droga prowadzi brzegiem lasu, niżej wpada na chwilkę w brzozowy zagajnik, tu i tam chowa się w cieniu przydrożnych drzew. Zielona, słoneczna i widokowa. Tylko z tej drogi i z żadnej innej widać trzy góry ustawione w szeregu: dwie swojskie, kaczawskie – Czernicka Góra, Stromiec – a do nich łaskawie dołącza daleka i wyniosła Śnieżka.


Gdy dzień wcześniej zadzwoniłem do właścicielki domu Konopka w Czernicy prosząc o nocleg, usłyszałem miłe i ciepłe słowa. Dziękuję Ci za nie, Bożeno. Dziękuję za miły wieczór i pyszną, kolorową kolację.










18 komentarzy:

  1. A już się zastanawiałam: Pojechał w końcu Krzysztof w swoje góry czy nie pojechał? Coś cisza na blogu:-)
    Trafiłeś w cudowny dzień, ten poranny przymrozek zabrał całą wilgoć z powietrza i stąd te widoki, zupełnie nieziemskie, przejrzyste, dalekie ... jak nie przymierzając dzisiaj u nas:-)
    Oj, przydałoby się takie pole gorczycy dla naszych pszczół, nic już nie kwitnie, więc żerują wespół z motylami, osami, muchami na spadłych, rozgniecionych śliwkach; dokarmiamy je już na zimę, ale instynkt zbieraczy każe tej pszczółce wylecieć z ula i szukać pożytku w ciepłe dni; jabłak ze starych odmian jabłoni są o wiele smaczniejsze od marketowych mutantów, pachną, czuje się smak, aromat, soczystość, a nie takie twarde "rzepki"; jak wiatr zawieje w stronę chatki, czuje się ich woń, i to wcale nie fermentacji, a zapach dojrzałego owocu.
    Widzę, że znakowane szlaki wcale Cię nie kuszą, masz swoje ścieżki, jak "kot, który chadzał własnymi drogami":-)
    Pozdrawiam serdecznie w poranek tak piękny, jak na Twoich zdjęciach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Mario.
      Tych kwietnych pól widziałem kilka, wielkich pól, takich na dziesiątki hektarów; dwa z nich są na fotografiach. Silne wrażenie się ma, gdy patrzy się na morze kwiatów ciągnące się kilometr. A wspomniane w tekście buczenie też było niesamowite: silne i słyszane ze wszystkich stron. Na te pola pewnie zlatywały się pszczoły z całej okolicy.
      Powietrze było przejrzyste, ranek piękny, świetlisty, to prawda, ale daleki widok na zdjęciach jest zasługą telefonu z aparatem. Mój oryginalny aparat foto gorzej widzi dal, chyba już stał się niedowidzącym staruszkiem.
      Szlaków w tych górach jest mało, a tak słabo są oznaczone, że marsz według znaków jest kłopotliwy. Stajesz na rozstaju dróg, znaków nie ma, i nie wiesz gdzie iść. Znacznie lepiej iść według mapy, albo na wyczucie. Ja chodzę, jak się domyślasz, częstokroć na pamięć. Bywa, że przez cały dzień nie otworzę mapnika, ale noszę go, bo bywało i tak, że ratowałem się czytaniem mapy.
      Z jabłkami tak jest, wiemy. Te kupne są wygodniejsze i zyskowniejsze: mniej się psują, drzewa więcej rodzą, ale z jakością, zwłaszcza ze smakiem, różnie bywa. Ale przecież tak jest i z warzywami. Porównać zapach pomidora kupionego w zimie, do zerwanego w końcu lata w swoim warzywniaku!

      Usuń
  2. Piękne powitanie sezonu, piękny szron i mgiełka na pierwszym ujęciu, piękny tekst i zdjęcia.
    Krzysiek, poznaję nasze miejsca. Wspaniałe widoki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Janku: moja trasa w części pokrywała się z naszą. Byłem na brzegu lasu w miejscu, gdzie na świerku wysoko rośnie i kwitnie dzika róża. Pamiętasz? W tym roku też kwitła obficie, teraz tam wysoko czerwienią się owoce. Zdjęcie na którym widać po prawej drzewka z żółtymi liśćmi, właśnie tam było robione.
      A ze zdjęciami mam tak, że coraz częściej rezygnuję z aparatu na rzecz telefonu. W ten dzień zrobiłem trochę zdjęć także aparatem i porównując te same ujęcia, uznałem, że telefon robi lepsze zdjęcia. Chyba zrezygnuję z aparatu. Zdjęcia opublikowane były robione telefonem. Znacznie lepiej niż aparat radzi sobie przy dużych kontrastach oświetlenia, nieporównywalnie lepiej przy słabym świetle, a i kolory ma żywsze. Tyle że zdjęcia mam za zbyt ostre, takie metaliczne, jakby… cyfrowe. Co sądzisz o tej mojej opinii?

      Usuń
  3. Podobnie jak Maria, zastanawiałam się, czy dotarłeś w Kaczawy, z niecierpliwością czekając na pierwszą górską relację. Pogodę miałeś cudowną. Dobrze, że właśnie tak przywitały Cię Twoje szczyty. Cudowne te góry jesienią!I takie puste!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pustkę wspomniałem czytając Twoje słowa o tłoku w Chatce Górzysty. Dobrze, że te góry nie są popularne. Niech tak zostanie.
      A ja chodząc, czasami zerknąłem w stronę Bobru albo na Ostrzycę. Pewnie w związku z Tobą… :-)

      Usuń
    2. Fajnie mieć tę Ostrzycę, która nas łączy ;)

      Usuń
  4. Jeszcze jesień, jeszcze słońce, jeszcze ciepło. Dylemat życie, dom, pisanie, świadomość. Podążamy za węchem, smakiem, czasmi wbrew sobie. Zdaje mi się, źe też tego doświadczam. Żadne priorytety, tablice generałów nie pomagają, przynajmniej mi. Chyba biegnę i trzymam się swoich postanowień, nie wiedząc czy wyjdzie na dobre czy złe. Najchętniej wyrzuciałabym do kosza te wszystkie plusy i minusy, zestawienia sporządzane w wyobraźni lecz niemniej wiążące jak te sporządzane na piśmie czy w komputerze.
    Czas jest piękny. Weekend zapowiada się ciepły i słoneczny. Jesień usilnie zachęca nas do adoracji. Po raz pierwszy w życiu widziałam dzisiaj dzięcioła, ktoś powiedział, że to „dzięcioł czerwony”. Nie znam gatunku i nazwy, nie sprawdzałam. Zdziwiłam się, że to tak niewielki ptaszek. Pracowicie stukał.
    Jutro moźe i ja posmakuję jerzyn [hodowlanych:)].

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, Chomiku! Wszak to dopiero początek jesieni. Jeszcze za miesiąc będzie trochę kolorów na drzewach, jeszcze znajdzie się kwiaty na łąkach. Na drugi dzień znalazłem ich tak wiele, że dzień stał się kwiatowy.
      Też biegnę, ale czasami myśli mi się, że wcale nie wolniej biegłbym, gdybym w ogóle przestał biec. Gdybym zatrzymał się. Myślę, że nasze życie nie ucierpiałoby specjalnie, a my zyskalibyśmy uspokojenie. Tylko dlaczego to takie trudne do zrobienia?
      Na drzewach zdarzało mi się widzieć dzięcioła, ale bez możliwości dokładnego przyjrzenia się. Podobnie z wieloma innymi gatunkami. W poniedziałek wydawało mi się, że widziałem skowronka, ale był to ułamek sekundy, jak w tym czasie rozpoznać, skoro tak mało się wie o ptakach?…

      Usuń
    2. W naszym kraju gnieździ się kilka gatunków dzięciołów i wiele z nich widziałem i powiem, że trudno je sfotografować. Ale kilka razy mi się to udało. Widziałem dzięcioła czarnego, dzięcioła dużego i dzięcioła zielono siwego. Każdy z nich ma czerwona plamkę na głowie bądź skrzydłach czy brzuszku, ale o dzięciole czerwonym jeszcze nie słyszałem i wątpię, czy w naszym kraju taki istnieje.

      Usuń
    3. Myślę, że ten dzięcioł mógł być czerwony. Otóż trzeba Wam wiedzieć, że tak się robi ze wstydu tym dzięciołom, które nie potrafiły przygruchać… to jest, chciałem napisać, przystukać partnerki, i teraz, dzięcioły jedne, siedzą same na gałęzi jak te… dzięcioły.

      Usuń
    4. Sam był ten dzięcioł, to prawda :). „Czerwonym” został z określenia jednego z obserwujących. Zmobilizowaliście mnie do przejrzenia wizerunków dzięciołów. Zdaje mi się, że mógł być to albo czarny dzięcioł, albo średni. Pewnie ten drugi, gdyż miał czerwoną lecz raczej gładką, nie stojącą czapeczkę, z drugiej strony zlewał się z tłem kory drzewnej, co skłaniałoby ku pierwszej opcji. Nie miałam przy sobie telefonu, zdjecia nie mam, poległam na pamięci.
      A stukał zaiste wytrwale i rytmicznie, z wielkim zadowoleniem :)

      Usuń
    5. Krzysiek napisał o dzięciole, który poczerwieniał ze wstydu, I tak też mogło się zdarzyć. Wiosną, kiedy rozpoczynają się gody dzięciołów, w lesie brzmią werble. Takich dźwięków Krzysiek i ja słuchaliśmy tutaj

      Usuń
    6. A widzisz, Chomiku, sam! Czyli dzięcioł fujara :-)

      Usuń
  5. Rzeczywiście, masz fajny aparat w telefonie. Zdjęcia bardzo mi się podobają i wcale nie uważam, że są przeostrzone czy metaliczne. Kolory ładne, żywe, a przede wszystkim piękne kadry. Krzysztofie, podobają mi się Twoje zdjęcia :-) A to ze słońcem nieco ukrytym za koroną drzewa... Ach, już tam jestem i napawam się chwilą :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak na pewno się domyślasz, musiałem schować aparat za pień drzewa żeby nie oślepł, ponieważ jedna z najważniejszych różnic między naszym widzeniem a „widzeniem” aparatu, polega na jego oślepieniu tam, gdzie my jesteśmy olśnieni.
      A swoją drogą w końcu uświadomiłem sobie drugą ważną różnicę: my wzrok skupiamy na niewielkim wycinku całego pola widzenia, i do jego odległości oraz jasności automatycznie dopasowujemy (a ściślej robi to nasze oprogramowanie graficzne) ostrość i jasność. Aparat tego nie potrafi, chce objąć wszystko i w sumie jakże często dobrze nie obejmuje nic.
      Aniko, jesteś tak łaskawa w ocenie moich zdjęć, jak niełaskawą jesteś w ocenie swoich.

      Usuń