Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

poniedziałek, 17 września 2018

O drzewach

110918
Kamping stoi w ładnym, cichym miejscu, pod jaworem. Przez otwarte drzwi widzę zielone liście prześwietlone lampą uliczną, jednak dużo już opadło, uschniętych. Moje kroki szeleszczą jesiennie, ale właśnie minął kolejny gorący i słoneczny dzień. Noc też nie jest jesienna, a ciepła i pachnąca, chociaż przyznać powinienem, iż na poły jesienne są jej zapachy.
Karuzele stoją w niewielkim parku, któremu króluje duża i ładna lipa szerokolistna. Liście ma zwinięte w trąbki, chyba wody jej brakuje. Z przyjemnością stałem przy jej pochyłym, grubaśnym pniu i gapiłem się na rozłożystą koronę.



Miałem już być w bazie, ale koniec jednego sezonu i początek drugiego przesunęły się o tydzień. Dopiero w przyszłym tygodniu będę przenosić wszystkie swoje rzeczy do zimowego pokoju i na nowo przypominać sobie, gdzie co mam schowane; na nowo będę wyrabiać odruchy sięgania we właściwą stronę po nóż czy cukier. O tydzień odwleka się ta chwila, gdy klęknę przy szafie, wybiorę dwie albo trzy pary butów górskich, przeniosę je pod fotel i siedząc zacznę uważnie oglądać, jakbym nie znał każdej ich ryski. Wiem też, że te oglądanie jest wstępem, ułatwieniem podobnym otwarciu rodzinnego albumu (kto go jeszcze ma?), ponieważ zapach tych butów, szczegóły ich wykonania, owe ryski na nich, mają przedziwny dar przenoszenia mnie daleko – na szlak.
Przez dwie godziny szukałem nazwy drzewa rosnącego w żagańskim parku. Zwróciłem uwagę na jego nietypową korę, łuszczącą się cienkimi… nie płatami, a jakby włóknami oderwanymi od tkanki pnia. Po obejrzeniu mnóstwa zdjęć poddałem się. Najbardziej podobną ma cedr czerwony, ale nie jest taka sama, no i żagańskie drzewo nie ma czerwonego odcienia, jest ciemnoszare. Żałuję, że zauważyłem je późno, ponieważ przy oglądaniu zdjęć uświadomiłem sobie, jak mało zauważyłem innych szczegółów. Właściwie wiem tylko, że igliwie ma podobne do cisowego.
Może ktoś zna ten gatunek?

130918
Za murem zauważyłem grupę brzóz, a gdy podszedłem do nich, zatrzymałem się zdziwiony, a po chwili niepewny rozpoznania gatunku. Takie liście u brzozy??
Wieczorem dowiedziałem się, że pewien biolog nazwał tę odmianę brzozy mianem strzępolistna, a nazwę łacińską ustalił na betula pendula delacarlica, przyjęła się jednak inna nazwa: betula pendula laciniata.
Szczerze powiedziawszy nie mam serca do tych zawiłości taksonomicznych, chciałem tylko widzianej brzozie przydać miano, nazwać ją, wiedzieć, na jaką patrzę. A patrzyłem długo i nie raz. W ciągu tych kilku dni w Głogowie wiele razy przechodziłem obok tych brzóz, rośnie ich trzy przy alejce łączącej lunapark z parkingiem, na którym stał mój kamping. Bywało, że widząc je w słońcu nieco inaczej niż wcześniej, wracałem po aparat by zrobić tej najzgrabniejszej, najwyższej, kolejną serię zdjęć. Pozowała mi – w co chciałbym wierzyć – nie tylko cierpliwie, ale i z przyjemnością. Myślę jednak, że moja była większa, ponieważ ta brzoza wydała mi się najładniejsza z wszystkich widzianych. Tak, wiem, wkrótce zobaczę inną, niekoniecznie odmiany laciniata, i ją mianuję księżniczką urody, ale teraz ona jest najpiękniejsza. Chciałbym zobaczyć ją jesienią, gdy przebierze się w swoją żółtą szatę, ponieważ chodzi po internecie fama o szykowności jej jesiennej kreacji.
Do szosy, którą setki razy przejeżdżałem jadąc w góry, jest w linii prostej nie więcej jak 200 metrów. Tej jesieni zboczę z trasy i odwiedzę nowo poznaną laciniatę, chociaż widzieć ją będę mógł tylko w nocy, przy świetle ulicznych lamp.




Gdy w końcu oderwałem wzrok od tej ślicznotki, w głębi skweru zauważyłem kilka brzóz już na pierwszy rzut oka różniących się od znanych betuli. Wyszukiwarka podsunęła mi setki zdjęć, ale wiadomo, że nadmiar informacji jest równie utrudniający znalezienie odpowiedzi jak jej niedobór.
Liście duże, wcale nie brzozowe, w czym podobne są te drzewa do wierzb iw, które też mają niewierzbowe liście. Podobne ma brzoza Maksymowicza, ale chyba większe, no i jej kora jest wyraźnie inna. W końcu, po wielu porównaniach i wyjaśnianiu wątpliwości, uznałem, że patrzę na Betule papyrifera, brzozy papierowe. Liście tych brzóz opisane są jako jajowate. Przeczytawszy ten opis, z latarką, jako że była już noc, poszedłem pod drzewo raz jeszcze obejrzeć liście, co dowodzi dalszych moich niepewności. Boże drogi – spojrzałem na liście – jakim cudem ten kształt kojarzy się komuś z jajkiem?? Już prędzej z potocznym wyobrażeniem serca, ale tak naprawdę kształt tych liści jest klasycznie liściasty, nie jajowaty.

Kora robi wrażenie swoim łuszczeniem i kolorystyką, w której biel ustępuje miejscami… zastanawiałem się chwilę, ale przecież to róż, blady, ale jednak róż. Wracałem do tych brzóz także z powodu koloru; i dobrze, bo blady róż pojawia się rzadko, tylko na niektórych drzewach. Na ogół jest to kolor… beżowy? Niech mnie ktoś poprawi, bom kolorystyczny ślepiec.




Przy ziemi pnie tych drzew wyglądają jakby miały założone obcisłe rajstopy albo postawione były nie na swoich korzeniach:


Na pewno gęsty las tych drzew wyglądałby wielce oryginalnie i ładnie. Wspominam tutaj czystą i gęstą brzezinę na stoku Schodów na Pogórzu Kaczawskim, obiecując sobie i tamtym brzozom powrót.

Czasami na brzozie widać cienkie jak drucik patyczki. Oto jak się one tworzą:


Na koniec żarcik. Jeśli zauważycie takie harpuny (tak je nazywam), wiedzcie, że gdzieś obok rośnie kasztanowiec, nawet jeśli leżą one wśród dębowych liści. To szypułki, na których wisiały zielone kolczaste kule z kasztanami.



Może słowo z filozofii? To proszę:

A jeżeli natrafię na jakąś przeszkodę zewnętrzną?
Nie natrafisz na taką, która by ci uniemożliwiała postępować sprawiedliwie, roztropnie i rozważnie.

Marek Aureliusz.

Ta oczywista konstatacja warta jest zapamiętania z powodu uderzającej trafności, jednak w jej wysłowieniu dostrzegam błąd stylistyczny; odpowiedź powinna brzmieć raczej tak:
Nie natrafisz na taką, która by ci uniemożliwiała postępowanie sprawiedliwe, roztropne i rozważne.

A poza tym przypominam, że nie należy kupować produktów reklamowanych.

niedziela, 9 września 2018

Wydawnictwa, platan i lunapark

080918
W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy mozolnie i małymi krokami przygotowywałem teksty do drugiej książki. Miała być utworzona z moich dopisków, czyli tekstów o… O czym właściwie? O niczym i jednocześnie o chwilach najważniejszych dla nas – tych zwykłych, codziennych, o chwilach naszego życia, które mijają nas i przepadają w niepamięci. Czytelnicy tego bloga znają tego rodzaju teksty, ponieważ są one tutaj. Teksty te cenię wyżej od najlepszych opisów górskich wędrówek, jako że są najbardziej moje. Z trudem, czasami wielkim, wydobyte z siebie, jednakże wiem, że do łatwych nie należą. W gruncie rzeczy są elitarne w sensie małego kręgu odbiorców.
Mam z zanadrzu inne teksty, można z nich ułożyć parę książek, może nawet łatwiejszych w wydaniu, ale że te cenię najwyżej, od nich zacząłem swoje prace.
Mając gotowe teksty, zapoznałem się z ofertą wydawnictw i z opiniami o nich. Właśnie o tym chciałem napisać parę słów, ponieważ doznałem zdumienia i rozczarowania po lekturze kilku stron internetowych.
Że upada sztuka pisemnego wyrażania swoich myśli, więc tak naprawdę sztuka wyrażania siebie, wiedziałem, jednak nie wiedziałem o skali zmian i ich zakresie; o upadku także tam, gdzie zmian na gorsze być nie powinno: wśród autorów książek i ludzi zajmujących się ich wydawaniem. Zawsze wydawało mi się… inaczej: wierzyłem, że osoba pisząca, autor książki, to ktoś z elity – niekoniecznie inteligencji czy wykształcenia, ale na pewno z tego wąskiego grona ludzi potrafiących ubrać w słowa cząstkę swojego wnętrza. Teraz okazało się, że moja wiara nie bardzo przystaje do obecnej rzeczywistości.
Nie dowiedziałem się niczego o wydawnictwach, ponieważ na stronach z opiniami przeważają nieprawdziwie brzmiące skrajności: albo ktoś wynosi pod niebiosa wydawnictwo, albo inny wiesza na nim psy. Nie znalazłem opinii wyważonej, konkretnie uzasadnionej i podpisanej nazwiskiem. Czyż nie jest dziwne, że opinię pisze jakoby autor książki lub książek, czyli osoba godząca się na upublicznienie swojego nazwiska, a ukrywa się pod pseudonimem z gatunku używanego dla ukrycia siebie w internetowych rozmowach?
Znalazłem pozytywną opinię osoby, o której skądinąd wiem, że pracuje w chwalonym wydawnictwie, a nawet znalazłem czarną perełkę: dwie identyczne w każdym szczególe pochwały podpisane innym nickiem, nie nazwiskiem. Czyjaś prywatna inicjatywa, czy działanie na zlecenie wydawnictwa? Nie wiem, ale cóż mi wypada myśleć kulturze autora (a może i zleceniodawcy?), o sposobie traktowania czytelników, skoro nie wysilił się na niechby przestawienie kilku wyrazów, a po prostu bezmyślnie, manifestując swoje przywiązanie do bylejakości, wkleił ten sam tekst?…
Znalazłem też odpowiedzi wydawnictw, ale i w nich zobaczyłem sporo błędów, aczkolwiek nie we wszystkich. Więc ktoś, kto nie bardzo potrafi poprawnie napisać krótki tekst, ktoś, kto ma zwyczaj przed przecinkiem stawiać spację, albo dla odmiany nie stosować jej po przecinku, ktoś mający kłopoty ze zbudowaniem logicznie brzmiącego zdania złożonego, ma oceniać wartość tekstów innych osób??
Każdy list otrzymany od wydawnictw zaczyna się w taki sam kulfoniasty sposób: słowem „Witam”, przecinkiem, i od nowego wersetu treścią listu zaczynaną małą literą. Boże drogi, cóż to za zwyczaje w jaskini lwa? Wszak gdzie jak gdzie, ale w wydawnictwie powinny być zatrudniane osoby potrafiąca pisać listy. Wyobrażałem sobie, że jedną z umiejętności ludzi tam pracujących jest umiejętność posługiwania się słowem pisanym; teraz nie jestem tego pewny.
Właściwie już wcześniej wiedziałem, że styl tekstu, jego zgodność z normami językowymi, tak naprawdę niewielkie ma znaczenie, czasami nie ma żadnego znaczenia, ponieważ w większości przypadków decyduje nazwisko autora i ilość sprzedanych książek na Zachodzie.
No i w rezultacie mamy różne „Twarze Greya” – pewniaki gwarantujące zysk firmie wydającej książki.
Te wszystkie uwarunkowania i mechanizmy są dla mnie zrozumiałe i właściwie nie buntuję się przeciwko nim, mając je za naturalną konsekwencję rynkowej gospodarki, tylko trudno mi się pozbyć zakorzenionego we mnie obrazu wydawnictwa stojącego u wejścia do świątyń słów – księgarń i bibliotek.
Swoją propozycję wydawniczą wysłałem do wybranych wydawnictw, ale zrobiłem to niejako z rozpędu, nie bardzo mając nadzieję na pozytywną ocenę i na wydanie. Już na drugi dzień odpowiedziały mi dwa wydawnictwa wyrażając zgodę na wydanie, ale na mój koszt. Podane ceny nieba sięgają i są dla mnie niedostępne. Nawet gdyby były, raczej nie zapłaciłbym, ponieważ aż tak bardzo nie zależy mi na ukazaniu się książki, a nadto chciałbym, żeby wydawnictwo zdecydowało się ze względu na walory tekstu, a nie otrzymane pieniądze.
No i w ten sposób zamyka się krąg możliwości.

Minęła północ, czyli zaczął się ostatni dzień mojego przedostatniego sezonu w lunaparku.
W żagańskim parku zjechały się obydwa lunaparki firmy na czas Jarmarku Świętego Michała. Karuzele każdy widział, zaplecza raczej nie, zamieszczę więc kilka zdjęć przedstawiających miasteczko złożone z kilku uliczek i kilkudziesięciu pojazdów – miejsce mojego kilkudniowego pobytu. Częstokroć dziwię się sobie, jak w tym galimatiasie trafiam do mojego kampingu; czasami nie dziwię się, ponieważ błądzę uliczkami miasteczka szukając swojego mieszkania.





Parę dni temu wziąłem długą miarę i prosząc kolegę o pomoc, zmierzyłem obwód największego platana parku. Tuż przy ziemi rozdziela się na trzy pnie, a ich wspólny obwód, mierzony przy ziemi i na wysokości piersi, wynosi 870 centymetrów. Ilekroć oglądam to majestatyczne drzewo, zadziwia mnie jego długi, poziomy konar.





Jeśli już mowa o drzewach: chyba nauczyłem się rozpoznawać wiązy po obejrzeniu kory. Sprawdzam nabytą umiejętność, nie będąc jej pewny. W kącie parku, tuż przy moim kampingu, znalazłem nieznane mi drzewo iglaste o oryginalnie łuszczącej się korze. Jutro zrobię zdjęcia i spróbuję dowiedzieć się nazwy.

Na koniec najważniejsze: już za sześć dni zacznę sezon wyjazdów na swoje włóczęgi :-)