Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 27 grudnia 2017

Piękno i poznanie


271217

Z książki „Ponad granicami” Wernera Heisenberga.

>>(…) Dokonał Pitagoras słynnego odkrycia, że równo napięte drgające struny współdźwięczą harmonijnie, gdy ich długości pozostają do siebie w prostej proporcji wymiernej. Matematyczna struktura, mianowicie wymierna proporcja liczbowa, jako źródło harmonii – było to z pewnością jedno z najbardziej brzemiennych w skutki odkryć, jakich w ogóle dokonano w dziejach ludzkości. Harmonijne współbrzmienie dwóch strun daje dźwięk piękny. Ucho ludzkie odbiera dysonans, niepokój wywołany wahaniami amplitudy jako coś przykrego, natomiast spokój harmonii, konsonans – jako piękny. Stosunek matematyczny staje się więc także źródłem piękna.
Piękno jest, tak głosiła jedna z antycznych definicji, właściwą zgodnością części ze sobą wzajem i z całością. Częściami są tutaj poszczególne tony, całością jest harmonijny dźwięk. Stosunek matematyczny może więc dwie niezależne zrazu części zespolić w jakąś całość i w ten sposób wytworzyć piękno.<<

Oto słowa Arystotelesa o pitagorejczykach:

>>Dopatrując się w liczbach właściwości i podstaw harmonii, jako że wszystko inne całą swą naturą jawiło się im z liczb, naśladowanie liczby zaś tym, co w całej naturze pierwsze, ujęli elementy liczb jako elementy wszelkich rzeczy, cały zaś wszechświat jako harmonię i liczbę.<<

Czy to ma sens? Czy nie ma tutaj li tylko swoistego mistycyzmu widzącego w liczbach czynnik sprawczy świata? Cóż, pitagorejczycy tworzyli związki na poły religijne, więc chyba jednak widzieli w liczbach boski pierwiastek, jednakże takie ich podejście, obce współczesnej nauce, nie przekreśla ich wpływu na naszą kulturę, w tym na badania przyrodnicze obecnych czasów.
Niżej przepisuję słowa Heisenberga, ciekawie wyjaśniającego myśl pitagorejczyków.

>>Zrozumienie barwnej wielorakości zjawisk dochodzić więc ma do skutku przez to, że rozpoznajemy w niej jednolite zasady formalne, które mogą być wyrażone językiem matematyki. Zostaje wobec tego ustanowiona ścisła więź pomiędzy tym, co zrozumiałe i tym, co piękne. Jeśli bowiem to, co piękne, rozpoznaje się jako zgodność części między sobą i z całością i jeśli, z drugiej strony, wszelkie zrozumienie dojść może do skutku dopiero za sprawą tego formalnego związku, to przeżycie piękna staje się prawie identyczne z przeżyciem zrozumianego lub przynajmniej przeczuwanego związku.<<

Każdy, kto mozolił się nad zrozumieniem teorii naukowej, czy niechby jednej zagadki przyrody, zna radość zrozumienia i pamięta chwilę dostrzeżenie piękna, o którym pisze tutaj Heisenberg, chciałbym jednak poznać antyczną analizę istoty piękna odczuwanego w kontakcie z przyrodą. W kontakcie bezpośrednim, bez aparatury naukowej, bez szkieł i równań.
Znalazłem słowa poety i uczonego żyjącego niedawno, ledwie 200 lat temu, oraz ciekawe myśli autora książki z zakresu filozofii nauki.

>>Dla Goethego początkiem wszelkiej obserwacji i wszelkiego rozumienia natury jest bezpośrednie doznanie zmysłowe; nie przeto przefiltrowane przez aparaturę i niejako siłą wydobyte z natury zjawisko jednostkowe, lecz bezpośrednio dostępne naszym zmysłom naturalne dzianie się. Weźmy dowolny urywek z rozdziału o barwach fizjologicznych z Goetheańskiej Nauki o barwach. Zejście pewnego zimowego wieczora z ośnieżonego Brockenu daje okazję do następujących obserwacji:
„Jeśli za dnia, przy żółtawym zabarwieniu śniegu, można już było zauważyć lekką fioletowość cieni, to teraz, gdy partie oświetlone rzucały odblask bardziej żółty, cienie te trzeba było określić jako intensywnie niebieskie. Gdy jednak słońce zeszło na koniec ku zachodowi i jego promienie, bardzo przez gęstszy opar przyćmione, oblokły świat wokół mnie w przepiękną purpurę, wówczas barwa cieni przeszła w zieleń, którą z morską, co do jasności, szmaragdową zaś, co do urody, można było porównać. Zjawisko stawało się coraz żywsze. Świat zdawał się zaczarowany, wszystko bowiem przybierało dwie żywe i tak pięknie harmonizujące barwy, aż na koniec wraz z zajściem słońca pyszne zjawisko zginęło w szarym zmierzchu stopniowo przechodzącym w noc księżycową i od gwiazd jasną.”<<

W rozdziale, z którego pochodzi ten cytat, Heisenberg podejmuje próbę wyjaśnienia niechęci i obaw Goethego wobec tworzenia abstrakcyjnych pojęć w naukach przyrodniczych, wobec techniczności naukowej obserwacji natury. Autor Fausta był także naukowcem, opis zmierzchu jest częścią jego dzieła z zakresu optyki, a odmienność patrzenia na świat uwidoczni się gdy uświadomimy sobie, że obecnie żadna praca naukowa nie zawiera takich opisów. Wszak byłaby „nienaukowa w formie”.
Warto dodać, iż obawy Goethego nadal są żywe, mimo upływu dwóch stuleci i tak głębokich przemian świata.

>>Goethe pojął, że postępujące przekształcanie świata przez sprzężenie techniki z przyrodoznawstwem jest nie do pohamowania. (…) W korespondencji z Zelterem czytamy: „Bogactwo i szybkość, oto, co świat podziwia i o co się każdy ubiega. Kolej żelazna, ekstrapoczta, parostatki i wszelkie możliwe facilites (ułatwienia – przyp. tłum.) w komunikacji – oto, w czym cywilizowany świat usiłuje się prześcigać, przecywilizować i przez to umocnić w miernocie. Jest to właściwie stulecie dla zdolnych głów, dla ludzi praktycznych bystrego pojęcia, którzy wyposażeni w niejaką zręczność czują się wyżsi ponad ciżbę, chociaż im samym najwyższych uzdolnień nie staje.”<<

>>Prawda była dla Goethego nieodłącznie związana z pojęciem wartości. Tak jak dla dawnych filozofów, jedynym możliwym kompasem, wedle którego ludzkość zdolna jest kierować się w poszukiwaniach drogi poprzez stulecia, było dla Goethego unum, bonum, verum – „Jedno, Dobre, Prawdziwe”. Nauka jednak, która jest tylko trafna, w której rozdzieliły się pojęcia „trafności” i „prawdy”, w której zatem boski porządek nie określa już sam z siebie kierunku, jest zbyt narażona, jest wystawiona, by znowu wspomnieć Fausta Goethego, na ingerencję diabła. Dlatego Goethe nie chciał jej zaakceptować. W świecie zmroczniałym, którego nie rozjaśnia już światło owego środka, „Jednego, Dobrego, Prawdziwego”, postępy techniki (…) nie są już właściwie niczym innym, jak tylko rozpaczliwą próbą, by uczynić piekło przyjemniejszym miejscem pobytu. Trzeba to podkreślić w odpowiedzi zwłaszcza tym, którzy sądzą, że upowszechniając cywilizację techniki i przyrodoznawstwa będzie można stworzyć wszelkie istotne warunki Złotego Wieku nawet w najodleglejszych zakątkach świata. Tak łatwo diabłu wymknąć się nie można.<<

Jeśli ktoś powie, że mało życiowe są takie tematy, przyznam mu rację, ale właśnie w oderwaniu od codzienności tkwi ich wartość. Dodam jeszcze myśl, której nie potrafię ubrać w eleganckie i niebanalne słowa, ale której prawdziwości jestem pewny.:
Nam potrzebne są takie zainteresowania i taka wiedza, żeby nie utonąć w szarzyźnie codzienności, nie dać się ogłupić wynaturzonym konsumpcjonizmem, nie ograniczyć swoich zainteresowań wyłącznie do tych najpopularniejszych, podsuwanych nam przez media. Po prostu dlatego, że wiedzieć wypada, mimo iż nie da się tej wiedzy przeliczyć na pieniądze ani na ilość podniesionych kciuków.
W miarę wzrostu wiedzy obraz postrzeganego świata nabiera szczegółów, rozjaśnia się, staje się ciekawszy i piękniejszy, a takie jego widzenie jest właściwie tożsame z widzeniem i ocenianiem swojego miejsca tutaj.

 Słowa ujęte w znaki >> << są cytatami.
 

wtorek, 26 grudnia 2017

Śnieg, róże i głogi


171217

Na stokach Dudziarza.

Tuż przy szosie prowadzącej do Jeleniej Góry, na przełęczy oddzielającej Dudziarza w Górach Kaczawskich od Różanki w Górach Ołowianych, znam dobre miejsce na zaparkowanie samochodu. Przyjechaliśmy tam już o 6.30, więc jeszcze w nocy; poszlibyśmy po ciemku gdyby nie mgła. Siedząc w samochodzie z kubkiem kawy, czekałem na rozjaśnienie, na zobaczenie sąsiedniej ściany lasu, ale świt pokazał się tak przyduszony, tak szary, że niewiele poprawił widoczność; ruszyliśmy, gdy mogłem dostrzec drzewa odległe o dwieście metrów.

Chciałem pokazać Jankowi zbocza Dudziarza, a zaliczam je do najładniejszych miejsc w Górach Kaczawskich, ale wobec niepoprawiającej się widoczności, także z powodu padającego śniegu, uznałem, że dobrze byłoby zacząć dzień od pokazania pewnej polany na zboczu tej góry. Może w tym czasie mgła się podniesie?

Gdy kilka lat temu po raz pierwszy znalazłem się na zboczach widokowego Ziemskiego Kopczyka, nie znałem gór widzianych wokół. Moją uwagę zwróciła niemała, zalesiona góra z polaną głęboko wrzynającą się w jej stok. W poprzek rosły wyraźnie widoczne, mimo parokilometrowej odległości, cztery świerki. Widać je także przez obiektywy googlowskich satelit.



Od pierwszej chwili chciałem zobaczyć je z bliska. Długo kluczyłem po lasach, nim znalazłem polanę na zboczu Dudziarza, a będąc tam zobaczyłem, że trzy świerki rosną tak blisko siebie, że z daleka wydają się jednym drzewem, ale nazwy miejsca już nie zmieniałem. Była i jest dla mnie Polaną Czterech Świerków.

Dzisiaj prowadziłem na nią wygodną drogą leśną, a było wyjątkowo ładnie: sypał gęsty śnieg, mgła zacierając dalsze kontury przydawała lasowi wielkości i tajemniczości, drzewa stały ciche i wypiękniałe pod białym puchem. Na brzegu lasu droga okazała się być przegrodzona drzewami zwalonymi wichurą; widząc to trudne do przejścia zwalisko, wspomniałem scenę z powieści o Bolesławie Chrobrym i przez chwilę jakbym był w puszczy i widział wojów naszego pierwszego króla tarasujących przejście wrogim wojskom – tak literatura przeplata się z życiem, wzbogacając nasze chwile.




Na stokach Dudziarza byłem już kilka razy, a że zajmują ledwie parę kilometrów, mogłem przypuszczać, że znam je jak własną kieszeń. Jak się okazało, aż tak dobrze nie znam. Owszem, główne doliny i grzbiety dzielące zbocza są mi znane, ale jest tam tak wiele zaułków, że przy każdym kolejnym włóczeniu się tymi zboczami poznaję nowe, niedocenione lub niezauważone wcześniej. Po prostu jestem gapą, ale to dobrze, bo gdybym nim nie był, zobaczywszy i przeżywszy wszystko za pierwszym tutaj pobytem, zubożyłbym doznania następnych dni. Będąc tutaj w czerwcu i widząc, jak niewiele róż kwitnie na raz, poczułem zdziwienie z domieszką zawodu. Chciałoby się zobaczyć miriady kwiatów, doznać oszołomienia, ale przecież wtedy ich kwitnienie skończyłoby się w ciągu tygodnia czy dwóch. Ostrożnie szafując swoją urodą, krzewy dzikich róż długo przyciągają uwagę – i tutaj można dopatrzyć się podobieństwa do moich powrotów na Dudziarza i w tyleż innych miejsc gór.

Ścieżka częściej używana przez sarny niż ludzi, miedza ocieniona koroną rozłożystego, masywnego dębu, polanka otoczona zwartą ścianą drzew i krzewów, na którą trafiłem przeciskając się wąską szczeliną między kolczastymi gałęziami głogów, kamienny wzgórek z fantazyjnie wykrzywionymi pniami starych czereśni – każdy z tych drobiazgów krajobrazu potrafi budzić liczne, czasami zaskakujące skojarzenia, przywoływać miłe wspomnienia, działając na wyobraźnię dodawać swoją cząstkę do atmosfery czasu włóczęgi.

Radość kontaktu z przyrodą.







Na mapie, której adres podałem wyżej, niewiele widać pionowego urozmaicenia tych stoków, ale gaje różane i głogowe są widoczne. W wielu miejscach Gór Kaczawskich spotyka się skupiska krzewów, zwłaszcza głogi są liczne, ale nigdzie nie ma takich skupisk krzewów różanych, jak na Dudziarzu.

Dzisiaj zwróciliśmy uwagę na drzewa tam rosnące, szczególnie na brzozy, a rośnie ich tam wiele. Na uskoku gruntu, w miejscu znanym tylko sarnom, rośnie brzoza o wyjątkowo licznych konarach, a nie jest jedyną pięknisią rosnącą na tamtych zboczach. Wszystkie potwierdzają swoim wyglądem znaną prawdę: brzozy są piękne o każdej porze roku.







Śnieg chwilami padał tak gęsty, tak obfity, że na plecakach i czapkach rosły nam białe czapy, a na przerwę musieliśmy się schować w gęstym zagajniku świerkowym. Stojąc pod osłoną zwartych gałęzi, rozglądałem się za dobrym miejscem pod namiot. To odruch, znak, że mimo zastrzegania się, jednak chciałbym chociaż raz wybrać się na wielodniową zimową wędrówkę górską z namiotem. Posmakować wędrówki nieograniczonej do jednego dnia, nieprzerywanej codziennym schodzeniem do samochodu, bliższej dawnych czasów, gdy wszystko, co potrzebne do życia, niosło się ze sobą. Powiem szczerze: nie pójdę, bo chociaż imponuje mi przeżycie takiej wyprawy, jestem zbyt wygodny (wypadałoby wspomnieć też o niemałych kosztach wyposażenia), ale pojadę na wielodniową wędrówkę ciepłą porą roku. Marzy mi się iść od rana do wieczora, zjedzenie jakiegoś prostego, czy raczej prymitywnego posiłku, spanie gdzieś pod drzewami i rano dalsza droga za horyzont, za lasy i dalej. Iść, aż poczuje się głód i nasycenie drogą. Na taką wyprawę się wybiorę.

Gdy wyszliśmy z lasu pod wioską Komarno, przez krótki czas świeciło słońce, ale później zachmurzyło się i znowu zaczął padać gęsty śnieg. Dobrze się idzie wśród tysięcznych płatków śniegu, mimo iż potrafią wciskać się pod kaptur i osiadać na okularach. Świeży śnieg jest czystością i magią, wspomnieniem dawnych zim, gdy lepiło się bałwany i jeździło na sankach, jest nostalgicznym pragnieniem wędrówki, bycia daleko od świateł miasta.

Zabrakło nam czasu na pójście w stronę następnych wzgórz, a wzdłuż doliny wznosi się ich tam kilka. Popatrzyliśmy na nie z widokowego miejsca na zboczu Dudziarza, a gdy początek zmierzchu nasycił światła samochodów na szosie, poszliśmy w dół, do cywilizacji.





piątek, 15 grudnia 2017

Dzień znikących dróżek


101217

Pogórze Kaczawskie: wieś Jurczyce, wzgórze Piaseczna, przecięcie 16E, 51N, Muchów, Kondratowe Wzgórze, Kondratów, stoki Jastrzębnej, Rzeszówek, Jurczyce.




Mając poważne kłopoty, zareagowałem jak facet: potrzebą dania sobie w kość, zmęczeniem się, ale i po prostu ucieczką, co niekoniecznie jest klasycznie męskie, ale co tam!: macho nigdy nie byłem. Udało mi się wyjątkowo, jako że na zdrętwiałych nogach wróciłem w ciemnościach po bez mała jedenastu godzinach, przeszedłszy 28 – 30 kilometrów.

Inicjatorem trasy była moja niepewność dróg prowadzących do kamienia wyznaczającego punkt przecięcia szesnastego południka długości wschodniej z pięćdziesiątym pierwszym równoleżnikiem szerokości północnej. Niewiele jest takich miejsc w Polsce, bodajże czterdzieści, i chociaż nie ma tych punktów w rzeczywistej przestrzeni wokół nas, te linie i punkty ich przecięć istnieją, są precyzyjnie, co do centymetrów, wyznaczone, a ostatnio właściwie na co dzień używane przez miliony ludzi korzystających z GPS pokazującym im trasę i miejsce przebywania. Oj, plotę. To miejsce ma czar, przyciąga swoją wyjątkowością – i tyle.

Byłem tam parę lat temu, miejsce uznałem za dobre do odwiedzenia właśnie dzisiaj. W drogę ruszyłem z wioski Jurczyce, na którą składa się kilka domów pod lasem, przy bocznej szosie, z dala od miast. Było jeszcze ciemno, kwadransa brakowało do siódmej, gdy przywitałem kobietę wychodzącą z ostatniego domu wioski. Szedłem chwilę, dom został z tyłu, gdy dobiegło mnie jej wołanie:

-Nie idź drogą! Idź polem!

Tak, pamiętałem: droga wygląda tak, jakby stada dzików urządzały na niej swoje nocne legowiska; chyba wszyscy jeżdżą i chodzą brzegiem równego pola. Dwa kilometry dalej jest mało komu znane wzgórze Piaseczna. Widziałem je parę razy, a że ma ono dla mnie urok, pomyślałem, że w drodze do lasu odwiedzę je. Nie, było trochę inaczej, dokładnie tak, jak kilka godzin później, na stoku Jastrzębnej: chciałem przyjrzeć się temu wzgórzu by dowiedzieć się, właściwie dlaczego mi się podoba. Gdy zbliżałem się do wzgórza, na wprost widziałem łunę wschodu. Nie, nic wyjątkowego, żadnej Eos, zwykły świt chmurnego zimowego dnia: zabarwione czerwienią rozjaśnienie brudnego nieba, ale przecież ładne. 


Pod szczytem wzgórza rośnie grupka drzew, wśród nich dąb, czereśnia i brzoza. To w nich jest coś ładnego. Wrócę tam i dowiem się co to takiego.

Obok biegnie polna droga wprost na ścianę lasu, a zgodnie z mapą powinna doprowadzić mnie do słupka stojącym na punkcie przecięcia współrzędnych. Cóż, w końcu dla wędrowania przyjechałem tutaj, a że przejścia tą drogą nie znam, więc poszedłem. Droga weszła w las i… i się kończyła. Myszkowałem w pobliżu, próbowałem iść na północ innymi drogami, ale wszystkie roztapiały się wśród drzew, a bez drogi nie chciałem iść obawiając się chaszczy. W końcu poszedłem do miejsca, w którym zaczynała się znana mi droga, ale niewiele dalej, na rozstaju, pomyliłem odnogi; gdybym zajrzał do mapy, wiedziałbym, ale szedłem zajęty myślami, zapomniawszy o swojej niepewności drogi. Szutrowy dukt się skończył, wszedłem w boczną drogę, zatrzymałem się przepuszczając stado jeleni, było ich przynajmniej dwadzieścia, a ledwie ruszyłem, gdy usłyszałem ich zawracanie i znowu się zatrzymałem: jelenie biegły z powrotem, były blisko, niektóre stawały, patrzyliśmy na siebie.

Nie bójcie się – wyszeptałem, ale nie słyszały mnie.

Wiedziałem, że poszedłem za daleko i cel minąłem bokiem, ale dobrze mi się szło. Niebo rozpogodziło się, zaświeciło mocne, pełne słońce, las wyładniał. Zawróciłem dopiero wtedy, gdy kolejna droga zaczęła zanikać.

Parę lat temu kamienny słupek z napisami ukryty był wśród zarośli, kilka metrów od drogi, trudny do zauważenia. Obok tkwił w ziemi próchniejący pniak, w nim schowana była butelka z kartką, na której i ja zostawiłem swój dowód bytności. Miejsce podobało mi się, było dla wytrwałych, jego odnalezienie mogło sprawiać satysfakcję. Dzisiaj zobaczyłem drewniane ławy i stoły, tablice informacyjne, utwardzony placyk. Ładnie, zamożnie, nowocześnie, ale… tamto miejsce bardziej mi się podobało, było moje, to jest do wzięcia przez wszystkich. Tylko patrzeć, jak placyk powiększą robiąc miejsce na samochody i pojawi się budka z hamburgerami.



Chyba dopiero w ciągu tego ranka zdecydowałem pójść na wschodnie stoki Jastrzębnej. Ruszyłem więc na północ, wyszedłem z lasu, przeciąłem wioskę i znalazłem drogę, która miała mnie przeprowadzić przez następny las. Długo gmerałem w pamięci, nim poznałem wyróżniające się wzgórze za domami: to Mszana, góra z pięknymi bazaltowymi słupami. 


W pierwszym odruchu miałem iść tam, ale zrezygnowałem, zbyt dużo czasu zmitrężyłem w pierwszym lesie. Droga miała dokładnie taki przebieg, jak na mapie, póki prowadziła polami; między pierwszymi drzewami znikła.

Dzień znikających dróżek, westchnąłem.

Kręciłem się w lewo i w prawo, nawet śladu drogi nie znalazłem, poszedłem więc tą, która mniej odbiegała od mojego kierunku. Później była druga droga, trzecia, w końcu wyszedłem z lasu tam, gdzie się spodziewałem, ale nie po przejściu pięciuset metrów, a trzykroć więcej. Cóż, drogi leśne są nieprzewidywalne. Byłem na rozległych polach na południe od wsi Pomocne i Kondratów, po prawej widać było szczyt samotnej Czartowskiej Skały. Szedłem na wschód, wprost na zamykający horyzont zalesiony szczyt Jastrzębnej. 


Byłem na pogórzu, góry są tam nieliczne, przeważają wzgórza i wzgórki, a trzy z nich miałem przed sobą. Na jednym z nich, uroczym wzgórku nazwanym przeze mnie Dębowym, siedziałem pewnego późnego popołudnia dnia babiego lata chcąc w cichości i zapatrzeniu zaczekać na koniec dnia. 


Siedziałem ledwie kilka minut, do chwili zobaczenia Czartowskiej Skały wystającej ponad linię pól, a zobaczywszy, zapragnąłem zobaczyć zachód z jej szczytu. Ruszyłem natychmiast i idąc forsownym marszem najkrótszą drogą, zdążyłem – siedząc na najwyższym kamieniu patrzyłem na koniec dnia. Dzisiaj tylko wszedłem między dęby rosnące na szczycie, tylko rozejrzałem się wspominając nitki babiego lata lśniące wtedy w słońcu, i ruszyłem dalej, ku Jastrzębnej, która wołała mnie coraz wyraźniej.

Mam na pulpicie laptopa kilka zdjęć ze swoich wędrówek. Niektóre usuwam robiąc porządki, ale trzy są zawsze: zimowy widok Dzwonkowej Drogi, droga pod Stromcem widziana w słoneczny dzień wrześniowy, i podnóże Jastrzębnej, które chciałem zobaczyć dzisiaj po raz kolejny. Kilka lat temu widziałem je w ładny dzień jesienny i zostałem nim oczarowany. Tamtego dnia zrobiłem zdjęcie, które jako jedno z trzech zawsze mam pod ręką.


Ładny dla mnie widok, klasycznie kaczawski, ale znam przynajmniej sto miejsc nie brzydszych, dlaczego więc to miejsce tak mnie przyciąga?

Mógłbym pisać o wzorach piękna krajobrazu zakodowanego we mnie w dzieciństwie i wczesnej młodości, w okresie najsilniejszego przeżywania życia, chłonięcia świata szeroko otwartymi oczyma, i byłoby to prawdą, ale jest i druga, niepotrzebująca sięgania w głąb czasu, a jedynie w głąb ducha. Miejsca, rzeczy i ludzi nieświadomie łączymy z chwilą, a tę z myślami i wrażeniami, które przynosi, a to wszystko potrafi tak się spleść, że razem tworzy nową wartość przeżywania, budząc w nas trudne czasami do wyjaśnienia przywiązanie do – jak tutaj – zwykłego krajobrazu. Bywa, że pamiętam, jakie stany ducha, jaki nastrój chwili, przywiązały mnie do miejsca – tak jest na przykład z pewną kępą roślin na stoku Ogiera – ale częściej nie wiem, co właściwie każe mi wracać, jednak na co dzień nie analizuję powodów, z przyjemnością poddając się głosowi każącemu mi iść tam i znowu patrzeć. Przeżywać wrażenia.

Wracając, nie zawsze widzę to miejsce równie piękne, jak za pierwszym razem, jednak nieznalezienie w nim pamiętanego uroku nie przynosi rozczarowania, a jedynie potrzebę powrotów, ponownego przeżycia. Podobnie jest z kobietą: bywa, że jedna chwila z nią tak się odciśnie w pamięci swoim urokiem, że latami szukamy śladów tamtej chwili w jej twarzy, w gestach, w uśmiechu lub w tonie jej słów.

Zszedłem do Kondratowa, chwilę szukałem żółtego szlaku zamierzając przejść kolejny las, ale szybko zrezygnowałem. Nie mam serca do kaczawskich szlaków, ponieważ są tak źle oznaczone, że zamiast cieszyć się otoczeniem i wędrówką, muszę szukać nader rzadkich oznaczeń, niemal nigdy nie mając pewności, czy dobrze idę. Poszedłem na przełaj pod górę, a za domami znalazłem drogę zaznaczoną na mapie. Ładna jest ta droga i ładna okolica, dzisiaj widziana po raz pierwszy; tak, są jeszcze miejsca mi nieznane w tych górach. Wkrótce wrócę tam by spokojniej, mając więcej czasu, posmakować uroku miejsc.

Dalsza część tej drogi była mi znana, a przez lasy u stóp Jastrzębnej przechodziłem parę razy, jednak po dzisiejszych doświadczeniach wcale nie byłem pewny, czy odnajdę właściwy dukt. Idąc kilkaset metrw główną drogą leśną, na jednym ze skrzyżowań dróg należy wejść w mało widoczną, zarastającą dróżkę, która po kolejnych setkach metrów wyprowadzi na brzeg lasu. Tym razem obyło się bez nadkładania drogi: we właściwym miejscu i czasie zobaczyłem jaśniejsze pola między drzewami, a po chwili jeden z moich buków. Jest uschnięty, ale mój, pamiętany. Jego widok łączy się w mojej pamięci z ulgą wyjścia z lasu (jednak dobrze szedłem!), z otwartymi przestrzeniami pól, z coraz dalszymi górami kaczawskimi i falistą linią Karkonoszy na odległym horyzoncie. Okolica jest po prostu ładna.

Na ambonie pod lasem siedział myśliwy, a ja szedłem polem, na które patrzył on i jego armata. Życzyłem mu powrotu bez zastrzelonej sarny. Drogą łagodnie opadającą w dolinę, wzdłuż której siedziały domy, doszedłem do Rzeszówka. Byłem spóźniony, zmierzchało się, dlatego zrezygnowałem z planowanego powrotu lasem, przecinając poznany kiedyś piękny strumień. Uznałem marsz w ciemnościach przez niemal nieznany las za kuszenie losu, więc na końcu wioski wszedłem na drogę wiodącą łąkami do Jurczyc, gdzie zostawiłem samochód.

Droga wedle brzózki – pomyślałem wspominając filmowego Czereśniaka. W połowie drogi, na rozległej łące, rośnie brzoza, którą kiedyś zobaczyłem tak ładną, że zrobiłem jej sto zdjęć, albo i więcej.

Trudno się tam zgubić, nawet w ciemnościach: co prawda droga mierzy ponad dwa kilometry i w nocy nie widać jej, ale po lewej majaczy czarna ściana lasu; wystarczy utrzymywać z nią kontakt wzrokowy, by dojść do celu. Gdy światła wioski zostały za mną, zatrzymałem się. Wiał silny, mroźny wiatr, a ja stojąc na tym pustkowiu, szarpany wiatrem, rozglądałem się szukając jakiegokolwiek światła. Nie znalazłem, mimo iż horyzont jest tam odległy o parę kilometrów. Rzadkie przeżycie w gęsto zamieszkałych Sudetach.

Brzoza zaszumiała głośno gdy mnie zobaczyła. Jesteś piękna – odpowiedziałem na jej powitanie.

Po omacku stawiałem kroki, chwiałem się na nierównościach i podpierałem kijami. W oddali zobaczyłem słaby, przemieszczający się  blask, jakby na koronach drzew. Szosa! Wtedy coś dziwnego stało się z przestrzenią: szedłem i szedłem, coraz ciężej stawiając kroki, a szosy nie było. Ruchliwe cienie zamajaczyły mi przed twarzą, a nogi zrobiły się jeszcze cięższe. Po chwili zrozumiałem, że wszedłem w wysokie, twarzy sięgające trawy. Wydawało mi się, że dopiero po godzinie, może nawet po dwóch, ponownie zobaczyłem blask reflektorów, i po chwili ostre, jaskrawe dwa punkty: samochód na bliskiej szosie.

Było blisko osiemnastej, półtorej godziny po zmroku, gdy doszedłem do swojego opla.






poniedziałek, 11 grudnia 2017

Płeć, geny i kultura


071217



Przygotowując się do pisania tego tekstu zajrzałem na kilka stron. Na początku, po przeczytaniu definicji pojęcia gender, nie rozumiałem o co chodzi z szumem wokół tego słowa i pojęcia, jakie potocznie niesie. Wszak gender to tyle, co zachowania, role, oczekiwania związane z płcią. Jakże więc być zwolennikiem czy przeciwnikiem gender, skoro te różnice istnieją wszędzie i od zawsze; skoro są immanentne względem płci? To tak, jakby być przeciwnikiem płci, więc po prostu nielogiczne a nawet bzdurne. Dopiero później zauważyłem, że ludziom potocznie nazywanym zwolennikami gender chodzi nie tyle o same różnice, co o to, że uznają je za wyłącznie kulturowe, a nadto szkodliwe dla dziecka, bo zabierające mu swobodny wybór, zmuszające do określonych ról i zachowań w społeczeństwie. Zdaje się, że oni byliby za takim wychowywaniem dziecka, jakby nie było płci, jakby dziecko miało dopiero wybrać, czy chce mieć cechy chłopca, czy dziewczynki, albo które cechy zachowań zechce przyjąć z obustronnej ich palety. Ma to być wolne od stereotypów wychowanie zapewniające dziecku szczęście w dorosłości. Tak mi się wydaje, bo ich strony nie zawsze są dla mnie jasne. Na dwóch z nich przeczytałem słowa o tradycyjnym wybieraniu niebieskiego koloru dla chłopców, różowego dla dziewczynek. Dla mnie to sprawa drobna, bez znaczenia, czysto umowna kulturowo, ale chyba dla bywalców tych stron ma znaczenie, skoro podają ten przykład na swoich stronach. Nie bardzo rozumiem dlaczego.

Zauważyłem parę błędów na ich stronach, nie tylko wynikłych z uprzedzeń i braku wiedzy, ale i logicznych. Tutaj podam jeden, zawarty jest w niżej wklejonym krótkim tekście.:



„Specjaliści zajmujący się pojęciem szczęścia wśród jego warunków wymieniają: poczucie wolności, satysfakcję z wykonywanej pracy, możliwość decydowania o sobie, realizowania swoich pasji, dysponowania swoim czasem. Podkreślają też, że coraz częściej poczucie wypalenia i depresja dotykają tych ludzi, którzy mają nawet wysokie stanowiska i dochody, znaczną pozycję społeczną i modelowe życie rodzinne, ale w sile wieku orientują się, że chcieli iść w życiu zupełnie inną drogą.
Wynika stąd, że trudno będzie osiągnąć szczęście człowiekowi, któremu ktoś narzucił sposób zachowania i wyrażania emocji. Komuś, kto próbuje wypełnić pewną narzuconą mu rolę, zamiast z energią i radością odkrywać w sobie indywidualne cechy, talenty, możliwości.”



Błąd tkwi w jednoznacznym, z rękawa wyciągniętym wniosku, skoro wcześniej nie wykazało się związków między narzucaniem zachowań tradycyjnie przypisywanych do określonej płci, a opisaną traumą. Z tekstu można wysnuć tylko wniosek, że trudno być szczęśliwym komuś, kto nie robi tego, co chciałby robić. Tylko taki wniosek jest tutaj poprawny, a jeśliby stosować logikę argumentacji autora, równie dobrze można wpisać dowolny powód; ot, na przykład brak wiary byłby nieźle tutaj umocowany. Zainteresowanych odsyłam na strony z tym tekstem. Wystarczy wziąć w nawias kilka kolejnych słów i polecić google ich wyszukanie; ten jest z edziecko.pl, co zaznaczam dla porządku.

Nieco niżej piszą z wyrzutem o wychowaniu na stuprocentowych mężczyzn i takie kobiety. Doprawdy, nie wiem skąd taki argument. Ilu rodziców w obecnym społeczeństwie wychowuje swoje dzieci na takich „stuprocentowców”? Na ludzi sukcesu osiąganego po trupach, także szczęśliwego życia dziecka i nastolatka – owszem, ale dotyczy to mamony i pozycji, nie płci. Kolejny dziwny argument.

Ponieważ tekst jest powtarzany na kilku stronach www, chyba uznawany jest za ważny i wartościowy dla… właściwie nie wiem, jaką nazwę wpisać. Dla genderystów? Niech taka zostanie, może później ją zmienię.

Swoją drogą warto byłoby zbadać, ilu spośród nich, tak dbających o szczęście dziecka, wywiera na nie presje, chcąc uczynić z nich ludzi sukcesu, a przy tym pozwalają, oczywiście, mieć chłopcu różowe ubrania, a to dla zapewnienia mu wolności decydowania.



Co chciałbym tutaj napisać? Zwłaszcza chciałbym wskazać genetyczne uwarunkowania niemal wszystkich różnic, o których genderyści mniemają, iż są li tylko kulturowe. Chłopcem czy dziewczynką po prostu się jest, z różnicy płci wynikają wielorakie różnice w zachowaniach, preferencjach, w pojmowaniu wartości, w umiejętnościach, w ograniczeniach. Niewielka część tych różnic, ta mniej lub wprost mało znacząca, jest pochodzenia kulturowego, jak na przykład wspomniane wybory kolorów, czy ogólniej strojów.

Jakby o kobiecości czy męskości miały decydować portki lub sukienka…

Nie bardzo rozumiem związek między swobodą wyboru zabawek dziecka, a szczęściem dorosłego człowieka, między założeniem przez chłopca różowych spodenek, a spełnionym życiem, chociaż zgadzam się, gdy czytam, że dziecko samo powinno wybrać swoje zabawki, oczywiście w granicach rozsądku, także finansowego. Nie, skoryguję nieco tę wypowiedź: od lat uważam, że dziecko, obojętnie jakiej płci, nie może dostawać zabawek w postaci broni i wojskowego sprzętu; mniemam, iż to stanowisko nie wymaga wyjaśnień.

Owszem, widzę wyraźny związek między wmawianiem dziewczynie, że nie może być pilotem śmigłowca, co jest jej marzeniem, a jej szczęściem; między zmuszaniem chłopca do bycia mechanikiem, skoro on chciałby być stylistą kobiecych fryzur i ma dryg do tego zajęcia. Jeśli na tym polega ten ruch, ta ideologia, to się do niej przyłączę, ale odnoszę silne wrażenie, że tak nie jest.

Wychowaniem, zwłaszcza rygorystycznym, można przytłumić pewne cechy uznawane za typowe dla określonej płci, na co trudno dać zgodę; zapewne w tym przypadku ramię w ramię z genderystami będę protestować, ale takich momentów wspólnego wystąpienia raczej nie będzie wiele. Dodam jeszcze, że te stłumione cechy nadal istnieją, i mogą objawić się w różny, czasami dziwny albo i dziwaczny sposób.

Przeglądając ich strony, chwilami odnosiłem wrażenie nie zauważenia przez „genderystów” faktu zaistnienia już zmian, które postulują. Nikt już nie zmusza dziewczynę do małżeństwa i rodzenia dzieci, gdy ona chce studiować. Tak było kiedyś, a społeczeństwa europejskie (bo w innych częściach świata różnie z tym bywa) same odeszły od takich przymusów. Wydaje się, iż z braku poważnych problemów ci ludzie skupiają się na drobnostkach, w rodzaju nie kupowania lalek dziewczynkom i niebieskich portek chłopcom.

Ten ruch spóźniony jest o sto lat, jest też daremny, jako że kulturowo zacofanym ludziom, którzy nadal szczęścia dziewczyny upatrują w szybkim zamążpójściu i w rodzeniu dzieci, raczej nie wytłumaczą nieprawidłowości ich poglądów, a już na pewno nie tak, jak to robią na swoich stronach: jakby posiedli jakąś wiedzę tajemną.



Kobietą lub mężczyzną, z wszystkimi istotnymi cechami płci, jest się niezależnie od wychowania. Płeć rozumianą nie tylko jako cechy ciała, ale i umysłu, mamy zapisaną w genach, a skutkują one odmienną budową i działaniem przede wszystkim naszych umysłów, ciał w drugiej kolejności. Inaczej mówiąc, kobietą się jest, ponieważ ma się umysł kobiety, i nikt ani nic tego nie zmieni. Nawet pomyłka natury, która, tak bywa, kobiecie da męskie ciało. Albo odwrotnie.

W odległych epokach tkwią korzenie wielu naszych cech, zarówno fizycznych, jak i psychicznych. Zauważyć należy, że ukształtowaliśmy się w czasach diametralnie odmiennych od obecnych, część cech wtedy, gdy ledwie podnieśliśmy się z pozycji czworonożnej.

Wspomnę tutaj o dwóch przykładowych cechach z tych trudniejszych do przyjęcia, jako że przejawy wpływu genów (fachowo mówi się tutaj o fenotypie) dotyczą nie ciała, a funkcjonowania naszego umysłu. Zaznaczam ten fakt, ponieważ ogół ludzi łatwo przyjmuje wpływ genów na wzrost, kolor oczu czy skłonność do chorób, a więc wpływ na ciało, natomiast ma kłopoty z uznaniem oddziaływania naszych genów na umysł, na jego umiejętności, skłonności, predyspozycje. Na to, jak odczuwamy, jak reagujemy, co lubimy i czego się boimy. W znacznej mierze na to, jacy jesteśmy.

O siódmej jest jeszcze ciemno, przez plac firmy idę do pracy w mroku słabo rozjaśnianym nielicznymi lampami. W zagraconym kącie stoi maszyna przykryta plandeką, a ja, mimo iż wiem, co to jest, ilekroć przechodzę tamtędy, w pionowym kształcie widzę sylwetkę człowieka (ale tylko w ciemnościach, za dnia już nie). Podobnie jest, gdy wejdę do biura lunaparku. Jest urządzone w ciężarówce, jak wszystko tutaj, i obecnie nieużywane, dlatego na zimę wstawiono tam ludzką postać zrobioną z plastiku. Wiem, że nie ma tam nikogo, ale ilekroć wchodzę, mój mózg daje mi informację o byciu człowieka w pomieszczeniu.

Zwraca uwagę niezależny od naszej wiedzy i woli automatyzm takich identyfikacji będący rezultatem działania naszego umysłu, który tak został ukształtowany, aby doszukiwać się ludzi w otoczeniu; świadoma refleksja zawsze przychodzi później. Zauważyć trzeba, iż nikt nie uczy się takiego szukania podobieństw i takich identyfikacji, mamy je zakodowane, a to znaczy, że są w nas geny, które spowodowały wpisanie tej dążności w strukturę mózgu. Dopisek w naszym genomie dokonał się w dawnych czasach, gdy wiedza o człowieku w pobliżu nierzadko decydowała o naszym bezpieczeństwie, co doskonale tłumaczy powód zaistnienia zapisu.

To przykład, jeden z ich dużej liczby, silnej bezwładności ludzkich cech, których przemiany zostały daleko z tyłu za szybkimi zmianami warunków życia gatunku. Szybkimi, bo kulturowymi. Nadal bojąc się ciasnych i ciemnych pomieszczeń, zwłaszcza nam nieznanych, nie boimy się autostrad, mimo iż w jaskiniach już nie czai się niebezpieczeństwo, a na szosach giną tysiące.

Dlaczego piszę o tym? Aby wykazać, że tkwią w nas echa pradawnych czasów, że nadal wpływają na nas, i wcale nie mam na myśli wpływów dotyczących naszego ciała, jak na przykład wstawanie włosów (kiedyś futra) gdy nam zimno, a cech ściśle związanych z naszym umysłem, z postrzeganiem świata i innych ludzi, z naszym reagowaniem i wartościowaniem.



Właściwie dlaczego tak baczną uwagę mężczyzna zwraca na urodę kobiety? Dlaczego ta jej cecha bywa decydującą w wyborze małżonki? Dlaczego stawia się ją obok, albo i wyżej, tak ważnych dla wspólnego życia cech jak uczuciowość, zgodność charakterów, wspólnota zainteresowań? Pod tym względem kobieta jest nieporównywalnie mądrzejsza od mężczyzny, proporcje te w znacznej mierze odwracając. Zarówno męskie, jak i kobiece wybory dają się doskonale tłumaczyć na gruncie przemian ewolucyjnych, ale tutaj wrócę do wyborów mężczyzny.

Nasi odlegli przodkowie wybierali swoje partnerki jako przyszłe matki, co i obecnie nie jest nieprawdą, obok wszystkich kulturowych powodów bycia razem mężczyzny i kobiety. Ale która kobieta jest płodna, skoro czasami bywa, że nie zachodzi w ciążę mimo starań obu stron? Dla ówczesnych facetów był to poważny problem, z którym radzili sobie obserwując wygląd kobiet. Gładką cerę, pełne czerwone usta, dobry stan zębów, wyraziste oczy, ładne włosy, uznawali za cechy zdrowia młodej kobiety, a tym samym za przejawy płodności. Przez tysiąclecia owe zewnętrzne oznaki zdrowia zlały się w jedno z kanonami kobiecej urody, i obecnie, wybierając ładną dziewczynę za żonę, już nie pamiętamy, że tak naprawdę wybieramy tę, o której mniemamy, iż będzie płodna. Względy estetyczne pojawiły się później, są wtórne, kulturowe, zbudowane na tamtym fundamencie.

Podobnie było i jest z wielkością biustu: kiedyś uznawano za fakt oczywisty, że im większy biust, tym większe możliwości karmienia osesków. Teraz już wiemy, że takiego związku nie ma, ale mechanizm, raz zapisany w nas, funkcjonuje dalej: skoro ma większy biust, to wykarmi więcej dzieci, a skoro tak, to dobrą będzie żoną, więc… łatwo o erekcję. Tego rodzaju męskie reakcje dowodzą, iż najgłębszym, najpierwotniejszym powodem zainteresowania kobietami i seksem jest pragnienie posiadania potomków.

Dla jasności zastrzegę, iż wcale nie uważam, iż obecnie mężczyźni interesują się kobietami jedynie z powodu chęci posiadania dzieci. Nie. Ten i ów, ta i owa, mogą być daleko od takich pragnień. Piszę tutaj – nie dość zastrzegania – o praprzyczynach, podaję pierwsze, pierwotne powody zabezpieczone w sposób nie potrzebujący nauki, zrozumienia czy zapamiętania, a zabezpieczeniem jest zapis w genach. To dlatego chłopcy i dziewczyny, nawet jeśli ich rodzice trzymali ich w niewiedzy, niechby w izolacji, gdy przyjdzie czas, gdy stają się dojrzali płciowo, zaczynają zerkać na siebie i widzieć w niej, w nim, kogoś innego. Kogoś, kto budzi ciekawość i rozkoszny niepokój.

Wracam do urody.

Kobiety szybko rozpoznały zasady męskiego reagowania i zaczęły oszukiwać upodobniając się do oczekiwanych kanonów płodności. Pojawiła się kosmetyka. Pierwsze znalezione grzebienie mają wiele tysięcy lat, a jeszcze niedawno dziewczyny przygryzały wargi, żeby mieć czerwieńsze usta. O niezależności od naszej wiedzy i nierzadko woli, o automatyzmie działania naszych reakcji, dobitnie mówi fakt pozytywnego męskiego reagowania na sztucznie, bo sztuką kosmetyki, podwyższoną urodę kobiety, o czym przecież doskonale wiedzą. Owszem, w grę wchodzą też względy dodane później, estetyczne, jednakże pożądanie nie pojawia się z powodów estetycznych, mając związek z tamtym równaniem: ładna czyli płodna.

W dawnych czasach zaawansowana ciąża i miesiące opieki nad zupełnie bezradnym małym dzieckiem uzależniały kobiety od pomocy grupy lub ojca dziecka. Piszę o czasach, które trwały wiele tysiącleci, niemal całą historię ludzkiego gatunku, a jeszcze wcześniej naszych bezpośrednich przodków. Nie było instytucji ślubu, a i małżeństwo nie pojawiło się od razu, o samodzielności finansowej kobiet nawet nie wspominając, bo to są dzieje ostatnich wieków, a nawet dziesięcioleci. Kobiety zauważyły, iż najłatwiejszym sposobem związania ze sobą mężczyzny i uzyskania jego pomocy jest seks. Ten fakt uruchomił nacisk ewolucyjny doprowadzający do szeregu przemian w kobiecej fizjologii i psychice. Wskażę tylko parę: ukrycie znamion okresu płodnego, tak często i silnie manifestowanego wśród zwierząt, miało utrzymać zainteresowanie mężczyzn seksem przez niemal cały czas, a nie tylko w nieliczne okresy sprzyjające zapłodnieniu, jak to do dzisiaj zostało u wielu zwierząt, oraz zdolność kobiety do odczuwania rozkoszy seksualnej, także w czasie ciąży.

Przy okazji uwaga a propos. Nie bez powodu napisałem o seksie niemal cały czas: chodzi o menstruację. Znany jest fakt synchronizacji cyklów menstruacyjnych w grupach kobiet wspólnie i długo przebywających razem, na przykład skoszarowanych. Mechanizm jest stary, uruchamia się bez woli kobiet, a ma za zadanie nie dopuścić do przewagi kobiet, które akurat nie mają miesiączki, i przez to mogłyby być uznane za atrakcyjniejsze dla mężczyzn. Brzmi paskudnie samczo? Tak, wiem. Jak pisałem, nasze cechy zostały wykształcone w czasach diametralnie odmiennych od współczesnych; my sami też byliśmy inni.

Dopiszę jeszcze trafny aforyzm, bardzo tutaj pasujący: jedyną sztuką, jaką kobiety z pasją uprawiają przez wieki, jest sztuka podobania się. Tak właśnie było i jest, ponieważ kobiety wiedzą, iż podobanie się mężczyźnie jest ich bronią i zabezpieczeniem, nawet jeśli nie uświadamiają sobie tych zależności, dbając o wygląd li tylko dla własnej satysfakcji. Inaczej mówiąc piszę tutaj o praprzyczynie, o tym, co jest u podstawy.

Przez trudny do wyobrażenia czas kobieta zajmowała się dziećmi i ogniskiem (mam tutaj na myśli to wszystko, co teraz nazywamy domem), mężczyzna był dostarczycielem dóbr i ochroniarzem. Zapewniał jedzenie i bezpieczeństwo. Ten podział utrwalił się, a jego przejawem jest odmienność psychiki kobiet i mężczyzn. Odmienność mało zależna od wychowania i trudna do zniwelowania wpływami kulturowymi.

Kobieta mniejszą zwraca uwagę na urodę mężczyzny, większą na jego stałość, słowność, stabilność materialną i emocjonalną; większe znaczenie przywiązuje do domu niż spełniania się poza domem. Akceptuje jego starszy wiek (w pewnych granicach oczywiście, najczęściej jest to kilka lat), a nawet taki preferuje, spodziewając się po starszym mężczyźnie większej odpowiedzialności i lepszego statusy materialnego (pierwotnie nie tyle dla siebie, co dla dziecka).

Listę można wydłużać, ale zna ją każdy, zwłaszcza każda kobieta. Mężczyznę bardziej ciągnie do męskiego towarzystwa, do sprawdzania się, działania, akcji, niż do siedzenia w domu. Nie bez powodu tak liczne są męskie stowarzyszenia, spotkania przy piwie czy na polowaniu. Kobieta łatwiej widzi w drugiej kobiecie konkurentkę, niż robi to mężczyzna względem swojego kumpla.

Te cechy też mają konkretne i łatwe do wskazania uwarunkowania ukształtowane w toku rozwoju naszego gatunku: przez krocie tysiącleci życie mężczyzny, wojownika lub myśliwego, zależało od towarzysza, nie towarzyszki. Przez tysiąclecia mężczyzna więcej czasu spędzał w męskim gronie, z mężczyznami dzieląc niebezpieczeństwa i radując się sukcesami. W domu, czyli tam, gdzie jego partnerka, tylko bywał. Te fakty ukształtowały nas poprzez, między innymi, wzmocnienie znaczenia przyjaźni, nierzadko do pozycji przodującej – ponad związki z kobietą.

Dlatego – a podałem powód główny i najstarszy – mężczyźnie trudniej odnaleźć się w domu na emeryturze, niż kobiecie.



Słyszałem o kobietach, które usilnie udowadniają, iż w niczym nie ustępują mężczyznom. Starania mam za chwalebne, jeśli dotyczą zdolności umysłowych, jeśli te kobiety starają się zaprzeczyć mniemaniu części mężczyzn o mniejszej inteligencji kobiet. Gorzej, dużo gorzej, gdy słyszę, że na pieszej wycieczce kobieta niesie plecak chcąc pokazać mężowi i światu, że i ona potrafi. Uwarunkowania i ograniczenia fizyczne są faktem, więc śmiesznością jest zaprzeczanie im. Mężczyzna może w domu pełnić role tradycyjnie kobiece, częściowo nawet powinien, ale nie zastąpi kobiety, i nie myślę tutaj o ciąży, rodzeniu i karmieniu, a o tworzeniu domowego ciepła, atmosfery tego domu, do którego się tęskni będąc daleko, lub później, w dorosłości, gdy wspomina się dom rodzinny. Taki dom stworzyć potrafi tylko kobieta. Nie wiem jak to się dzieje, myślę, że uwarunkowania genetyczne tkwią i tutaj, ale na samym dnie, wyżej jest niemal wyłącznie jej wyjątkowa umiejętność. Mężczyzna jest pod tym względem ( i nie tylko pod tym) upośledzony, jako że może tylko wspomóc kobietę w tej jej  umiejętności, sam niewiele potrafiąc. Dla jasności: nie byłem i nie jestem zwolennikiem sztywnego podziału ról w domu. Uznaję faceta, który popołudnia spędza siedząc przed TV z puszką piwa w ręku, podczas gdy żona uwija się w nieskończonym kieracie zajęć, za trutnia i lenia. W domu nie ma zajęć tylko kobiecych i tylko męskich, chociaż dziwne mi się wyda, gdy w tym samym czasie on będzie dawać dziecku kaszkę, a ona naprawiać cieknący kran lub nosić drewno do kominka.

Jeśli już wspomniałem o upośledzeniu, o niższości mężczyzn wobec kobiet, zacytuję fragment słów mojej znajomej, ale wcześniej zastrzegę, iż o niższości lub wyższości płci nie można mówić wprost porównując cechy im właściwe. Bo i cóż to za przewaga – większa siła? Jest silniejszy i rządzi światem w większym stopniu niż kobieta, to fakt, a co z tego, odpowie moja znajoma.:



„Czy z racji zadań kobiety, nadanych jej przez naturę, ona jest GORSZA od mężczyzny? Dlaczego jedna z drugą nie pomyśli, że to mężczyzna jest "gorszy", uboższy o tyle od niej? Uboższy o świadomość ciała i płodności, uboższy o ciążę, o ruchy dziecka, o rosnący z powodu rosnącego dziecka brzuch, uboższy o sam poród nawet, który w bardzo wielu przypadkach jest niesamowitym, cudownym przeżyciem, uboższy o niesamowity związek z dzieckiem, którego żaden z nich po prostu nie ma i mieć nie może, o karmienie piersią, które zaraz po porodzie jest nieprawdopodobnym aktem natury łączącym matkę z dzieckiem w sposób nie do opowiedzenia.

Cóż z tego, że położysz, mężczyzno, rękę na moim brzuchu i poczujesz kopnięcie. Cóż z tego, że serce ci zmięknie, a może i łza w oku zalśni, gdy będziesz patrzył, jak twój syn ssie moje mleko. Cóż z tego. Ty nie wiesz, jak to jest. Co z tego, że rządzisz światem, kupujesz i sprzedajesz akcje, robisz biznesy, co z tego? Co jest ŻYCIEM? Akcje, czy ten mały, nieświadomy niczego a pożądający jedynie moich ramion i mojej piersi?”



Jeśli już znajoma napisała o związku matki z dzieckiem, dodam parę słów na temat najściślej związany z opieką nad oseskiem – o uczuciowości kobiet. W miłości erotycznej są na wyżynach trudno dostępnych mężczyznom, a matczyne uczucie do dziecka jest po prostu synonimem bezwarunkowej miłości. O takiej właśnie miłości pisał Paweł z Tarsu w swoim hymnie. Skrzywdzenie matki, a niechby tylko doprowadzenie jej do łez, jest czynem skrajnie nagannym nie tyle z powodu urodzenia nas i podcierania tyłka, co z właśnie z powodu jej miłości do nas. Miłości, która ją ubezwłasnowolnia, jako że włada nią w sposób absolutny. Miłość do dziecka czyni kobietę bezbronną (chociaż w pewnych sytuacjach ona potrafi znaleźć w tym uczuciu potężną siłę) i dlatego niegodziwością jest brak szacunku do matki. Także brak starań o jej dobrostan.

Istnieje bardzo stary i jednocześnie wymowny zwyczaj stosowany do dzisiaj: w sytuacjach zagrożenia życia broni się, ewakuuje bądź ukrywa, przede wszystkim dzieci i kobiety. W ten sposób bez słów uznaje się życie kobiety za wartościowsze dla ludzkości, społeczeństwa, rodu, od życia mężczyzny. Bardzo mądry zwyczaj, jednak tkwi w nim prastare jądro, o którym aż się boję napisać: jeden mężczyzna wystarczy na wiele kobiet.



Jeszcze uwaga o odmiennym traktowaniu zdrad małżeńskich zależnie od płci.

Wiadomo, że zdrada kobiety jest gorzej i ostrzej oceniana, niż zdrada mężczyzny. Niesprawiedliwe? Owszem, ponieważ nie może być dwóch norm oceny, chciałbym jednak wskazać prosty fakt rzucający znacznie złagodzone światło na ten dualizm ocen. Różnica w ocenie zdrad, a występuje ona na całym świecie i u bardzo różnych kultur, wynika z jednego faktu zasadniczego dla rodu, rodziny, męża: potencjalne fizjologiczne skutki męskiej zdrady zostają gdzieś tam, natomiast kobieta przynosi je ze sobą do domu. Ta różnica tkwi u podstaw odmienności ocen, o których mowa. Powodem jest więc nie tyle odmawianie kobiecie praw, które daje się mężczyźnie, co po prostu fizjologia. Inna sprawa, że akurat tutaj kobieta jest na gorszej pozycji; zresztą, nie tylko tutaj. Powie ktoś, że w obecnych czasach dostępności dobrych środków antykoncepcyjnych ta różnica traci na znaczeniu? Powiem, że owszem, trochę traci, a dlaczego trochę, powiedzą te panie, które „niechcący” zaszły w ciążę. Powiem też, że obecnie obie zdrady – kobiety i mężczyzny – nie są już tak bardzo odmiennie oceniane, jak to było w przeszłości. Zmiany więc zachodzą, a że dotyczą sfery ważnej dla człowieka i mocno w nim zaznaczonej, potrzebny jest niemały czas.



Wystarczy, za bardzo się rozpisałem.

Na początku zaznaczyłem, że mało wiem o gender pojmowanym jako ruch społeczny czy ideologię, dlatego chętnie przeczytam komentarze prostujące moje błędne widzenia.


środa, 6 grudnia 2017

Wśród skał Sokolików


031217

W Rudawach Janowickich: Karpnicka Przełęcz, schronisko Szwajcarka, Husyckie Skały, skały wokół szczytu Krzyżnej Góry, szczyt tej góry, Jastrzębia Turnia, Sokolik, skały na stokach tej góry, powrót na Karpnicką Przełęcz.



Kilka lat temu zobaczyłem zdjęcie wysokiej skały na zalesionym zboczu. Te właśnie zdjęcie. 


Oglądana na tle odległych błękitniejących lasów, wydawała mi się zobrazowaniem nie tylko górskiej urody, ale i lotu czy pragnienia latania; kojarzyła się też z niedokończoną rzeźbą ptaka lądującego między świerkami. 
Ktoś bardzo trafnie nazwał ją Jastrzębią Turnią. 
Myśl o jej zobaczeniu wracała do mnie, ale musiało minąć trochę czasu, nim stanąłem u jej podstawy i w podziwie zadarłem głowę.

Z Karpnickiej Przełęczy do ładnego drewnianego schroniska „Szwajcarka” wiedzie gruntowa droga. Wznosi stromo między świerkami lasu, pełna wybojów, ale wymijając co większe można dojechać na parking osobowym samochodem. Gdy zjechałem z asfaltu i zobaczyłem ubity śnieg na drodze, przejechałem kilka metrów pod górę, tam o niewielkim jeszcze nachyleniu, i dla próby zahamowałem; vectra zaczęła się cofać mimo naciśniętego hamulca, a zatrzymała się metr czy dwa niżej. Pod górę już nie mogłem ruszyć, czyli próba okazała się mieć negatywny wynik; wycofałem samochód i zaparkowałem na parkingu przy szosie. Była 6.30, początek świtu, właściwie noc, a mimo to po chwili przyjechało jeszcze trzy samochody górskich napaleńców. Poczułem dziwną mieszankę radości i smutku, także mściwej satysfakcji: w moich górach byłbym sam, bo one nie podobają się ludziom. I dobrze! Dobrze dla mnie, a im dobrze tak za ich niewiedzę. Ja na pewno nie powiem o stracie, niech moje góry zostaną dla mnie.

Góry Sokole to nazwą wydzielona część Rudaw, na które składają się, obok sąsiedniego drobiazgu, sławne Cycki Bardotki, czyli dwie podobne i obok siebie stojące góry: Krzyżna Góra i Sokolik. Plan był prosty: wejść na oba szczyty, zobaczyć z bliska Jastrzębią Turnię i tyle skał na zboczach obu gór, ile tylko zdołamy znaleźć, a jest ich tam dużo.

Trzy razy w ciągu dnia staliśmy na szczytach wysokich skał, i tyleż razy doświadczyłem drżenia nóg i ich lekkiego bezwładu – oznak lęku wysokości. To właściwie dziwne, skoro tyle lat chodzę po górach, zwłaszcza, że wysokość jednoznacznie kojarzy się z przestrzenią, dalą i widokami. Nie powinienem odczuwać lęku, ale bez oporów płacę tę niewysoką cenę za obcowanie z dalą, za kontrast, bogactwo kształtów, za widok drzew uczepionych skalnych rys. Janek nadał tym upartym czy raczej dzielnym drzewom trafną nazwę zbiorczą: bonsai. Jakże podobne są do klasycznych bonsai te niewielkie świerki i sosny powykrzywiane na wszystkie możliwe strony, a przecież tak ładne.

Stałem przy krawędzi przepaści, przed czubami butów skała kończyła się zaokrąglonym łukiem, a tuż za jego linią widziałem szczyty świerków w dole. Blisko, ledwie parę metrów niżej, wystawało kilka gałązek świerka rosnącego na pionowej ścianie; próbowałem zobaczyć jak się uczepił skały, ale szyję mam za krótką. W innym miejscu na granitowej skale zobaczyłem półkę szerokości paluszka mojej wnuczki, z niej wyrastały dwa świerki niewiele większej grubości. Czasami myślę, że dobrze jest drzewom nie wiedzieć, w jak niepewnym miejscu zdarzyło się im wyrosnąć i jak mizerne mają rokowania na przyszłość. Właściwie to samo można powiedzieć o ludziach.

Chcąc odszukać Turnię, zeszliśmy ze szlaku i idąc lasem rosnącym na stromym zboczu, okrążaliśmy szczyt Krzyżnej Góry. Bardzo mi się spodobała ta wędrówka. Trasa krótka, niewiele ponad kilometr, ale trudna. Ze względu na ukryte pod śniegiem pochyłe kamienie i śliskie gałęzie, należało starannie wybierać miejsce postawienia stopy, a nierzadko badać to miejsce butem lub kijem. Mając przed sobą skały zasłaniające dalszy widok, nie było pewności, czy znajdziemy tam przejście, czy nie trzeba będzie obchodzić urwiska. No i oczywiście skały. Jedna z nich miała fantazyjne okno o zgrabnych owalnych kształtach – wyjątkowa formacja, nigdzie nie widziałem podobnego wietrzenia kamienia. 





Często widoczna była wysoka i rozległa skała szczytowa, niżej liczne pojedyncze skały, a w dwóch miejscach weszliśmy w skalne grupy jak w zamarłe wieki temu miasto przykryte śniegami. Cisza bez ludzi i wiatru, z samotnym krukiem krążącym nad lasem, z błękitniejącym niebem i szelestem liści pod butami. Czerń i szarości lasów oraz skał, brązy nielicznych liści bukowych, biel śniegu, ciemna zieleń świerków i dal miejscami zasnuta smugami niskich jasnych mgieł. Szliśmy, szliśmy, aż w końcu okrążyliśmy szczyt nie znajdując turni.

Przy szlaku na szczytowe skały stoi tablica informacyjna, a gdy przeczytałem na niej o intruzji magmy, przypomniałem sobie informacje z dawno czytanej książki o geologii, i poczułem satysfakcję: miałem wyobrażenie o procesie powstania tych skał.

Dzieje ziem, które teraz są Sudetami, są bardzo zagmatwane, na przykład kiedyś były dnem morza, wznosiły też się i dla odmiany opadały. Procesy geologiczne składają się z rozlicznych etapów i mechanizmów, a geologowie lubują się w nadawaniu nazw; mają ich tyle, że chyba sami się w nich gubią. Nie wdając się w szczegóły, skupię się na najważniejszym. Magma niekoniecznie wylewa się na powierzchnię ziemi; bywa też, że pchana ciśnieniem, wypełnia szczeliny w skorupie ziemi i tam zastyga. To są właśnie owe intruzje magmowe, a nazwa wzięta jest z łaciny, w której intrusus znaczy wepchnięty; w naszym języku słowo przybrało znaczenie intruza.

Magma po zastygnięciu we wnętrzu Ziemi tworzy m.in. granit – ładną, znaną wszystkim, krystaliczną skałę. Jako skała młodsza i twardsza, a więc odporniejsza na niszczące działania czasu i wielu czynników fizycznych, potrafi przetrwać oceany czasu. Skały Rudaw są odsłoniętymi intruzjami. Starsze skały, te, które były wokół nich, uległy procesom niszczącym, zostały te fantazyjne twory, które podziwiamy i na które się wspinamy. Co się stało w tamtymi pierwotnymi skałami? Są teraz ziemią pól wokół.

Przy okazji powiem, że najbardziej znane formy geologiczne Gór Kaczawskich, mianowicie neki, też mają związek z magmą, ale dodatkowo z wulkanami. Wulkan jest górą (usypaną przez siebie samego) z bardzo głęboką dziurą nazywaną kominem. Wydobywa się z niego magma, która po wylewie zwie się lawą, a na powierzchni ziemi tworzy skały, na przykład czarny bazalt. Gdy wulkan wygasa, komin stygnie tworząc pionowy słup skalny. Mijają miliony lat, góra powoli rozsypuje się, woda, ciążenie i wiatr unoszą drobiny dalej, bazaltowy słup komina odsłania się, aż w końcu zostaje on sam. To jest właśnie nek. Mimo iż zbudowany jest z bardzo twardej skały, w końcu i jemu czas daje radę, zamieniając w klasyczną górę, która, nota bene, jest wielokrotnie mniejsza od pierwotnej góry, we wnętrzu której tkwił komin. W moich górach sporo jest neków, z najpopularniejszych wymienię Czartowską Skałę, Grodziec i Ostrzycę, której uroda oczarowała mnie pewnego mroźnego i pogodnego świtu.

Mam dobry przepis na poczucie upływu czasu i skali ziemskich przeobrażeń: należy położyć dłonie na skale i pomyśleć, że ta skała była kiedyś magmą bulgoczącą w ogromnym piecu Ziemi, a tu, gdzie stoimy, mogło nie być gór, a rozległe prerie, których nie widziały oczy ludzkie i po których nie ma teraz śladu. Pomyśleć należy o dalekiej przyszłości: że może ten skalny okruch, przy którym stoimy, zamieniony w proch osiądzie na dnie morza, którego jeszcze nie ma, a gdy miną kolejne wieki wieków wieków, osady stwardnieją w skały i zostaną wypchnięte tworząc nowe góry w zmienionym nie do poznania świecie, jednak pod tym samym słońcem.

Czy będzie komu nadać im nazwę? Mam taką nadzieję.

Czujecie czas? W dotyku jest zimny i chropawy, jest skałą.



Na szczycie Krzyżnej spędziliśmy przynajmniej kwadrans patrząc na Karkonosze i Izery. Słońce zaczęło prześwitywać między jaśniejszymi chmurami, zwracały uwagę bardzo liczne, aczkolwiek subtelnie zaznaczane, przemiany odcieni dalekich szczytów. Cała paleta barw mieściła się w wąskim zakresie między bielą a niebieskością, ale płynięcie mgieł i nieśmiałe rozjaśnienia zmieniające barwy, nadawały widokom dynamiki i budziły wrażenie oglądania impresjonistycznego filmu. Jak zwykle na zdjęciach niemal nic z tego spektaklu nie zostało utrwalone.



Janek zwrócił uwagę na kiepski stan techniczny stalowego krzyża stojącego na szczycie, w czym okazał się bardziej spostrzegawczy ode mnie, technika od stalowych konstrukcji.

Jastrzębią Turnię zobaczyliśmy ze szczytu, zapamiętaliśmy lokalizację, i… poszliśmy tam ponownie, tym razem znajdując skałę bez kłopotów. Nie wiedząc gdzie się wznosi, przejść można o sto kroków nie widząc jej między gęstymi świerkami. Gdy zobaczyłem ją w całej okazałości, nie po raz pierwszy w dniu dzisiejszym westchnąłem z zachwytu.




Wygląd turni ulega znacznym przemianom przy jej okrążaniu; z każdej strony jest okazała, ale nie jest tak zwiewna, jak jej górna część wznosząca się ponad lasem. Są jednak miejsca, z których zobaczyć ją można imponującą: z szerszej, nieregularnej, a nawet chaotycznej podstawy strzela w górę pionowy komin o wysokości ponad 40 metrów.

Na szczycie Sokolika są dwa filary o pionowych ścianach i wysokości około 20 metrów. 


Na wyższy prowadzą kręte, strome i wąskie stalowe schody; gdy są oblodzone, stanowią świetne miejsce do ćwiczeń zmysłu równowagi i refleksu, chyba też odwagi. Widok z platformy jest dla mnie szczególnie piękny, jako że pół horyzontu zajmują Góry Kaczawskie. Nie potrafię napisać większej pochwały widoku, jak podanie tej informacji. Moje góry widać od Czyżyka wznoszącego się nad Bobrem, aż po Porębę na wschodzie. Sprawdziłem na mapie, te dwie góry dzieli 28 kilometrów w linii prostej. W czystym powietrzu pogodnego popołudnia widzieliśmy laski różane na stokach Dudziarza; ich widok zrobił wrażenie na moim towarzyszu. Kiedyś pójdziemy tam obaj, Janku.



Większych skał na stokach Sokolika jest kilkanaście, a każda na swój indywidualny sposób jest ładna i ciekawa. Stoi tam skała pochyła, ze znacznym przewieszeniem, jest komin z niepewnie leżącym głazem na szczycie, są okna w skałach i ciasne wrota skalne, jest także namiot wieloosobowy (na najbliższą noc już był zajęty) uczyniony przez naturę z płaskiej płyty skalnej opartej skosem o bok większej. Niskie słońce ostatniej godziny dnia tak pięknie oświetlało skały i drzewa, że naprawdę trudno było odejść stamtąd. Kręciliśmy się między skałami, patrzyliśmy, i znowu szukaliśmy miejsca, z którego skały pokażą się nam raz jeszcze odmienione.





Ostatnią skałę wypatrzył Janek gdy już schodziliśmy do szlaku. Mając jeszcze nieco rezerwy czasu poszliśmy ku niej, znajdując skalną grupę za ścianą, którą oglądaliśmy z drugiej strony myśląc, iż stanowi kres kamiennych dziwów.

Wróciliśmy godzinę po zachodzie słońca, było już niemal ciemno, a na szlaku spędziliśmy blisko 10 godzin. Minęły zbyt szybko, jak każdy dobry czas.