Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

wtorek, 26 grudnia 2017

Śnieg, róże i głogi


171217

Na stokach Dudziarza.

Tuż przy szosie prowadzącej do Jeleniej Góry, na przełęczy oddzielającej Dudziarza w Górach Kaczawskich od Różanki w Górach Ołowianych, znam dobre miejsce na zaparkowanie samochodu. Przyjechaliśmy tam już o 6.30, więc jeszcze w nocy; poszlibyśmy po ciemku gdyby nie mgła. Siedząc w samochodzie z kubkiem kawy, czekałem na rozjaśnienie, na zobaczenie sąsiedniej ściany lasu, ale świt pokazał się tak przyduszony, tak szary, że niewiele poprawił widoczność; ruszyliśmy, gdy mogłem dostrzec drzewa odległe o dwieście metrów.

Chciałem pokazać Jankowi zbocza Dudziarza, a zaliczam je do najładniejszych miejsc w Górach Kaczawskich, ale wobec niepoprawiającej się widoczności, także z powodu padającego śniegu, uznałem, że dobrze byłoby zacząć dzień od pokazania pewnej polany na zboczu tej góry. Może w tym czasie mgła się podniesie?

Gdy kilka lat temu po raz pierwszy znalazłem się na zboczach widokowego Ziemskiego Kopczyka, nie znałem gór widzianych wokół. Moją uwagę zwróciła niemała, zalesiona góra z polaną głęboko wrzynającą się w jej stok. W poprzek rosły wyraźnie widoczne, mimo parokilometrowej odległości, cztery świerki. Widać je także przez obiektywy googlowskich satelit.



Od pierwszej chwili chciałem zobaczyć je z bliska. Długo kluczyłem po lasach, nim znalazłem polanę na zboczu Dudziarza, a będąc tam zobaczyłem, że trzy świerki rosną tak blisko siebie, że z daleka wydają się jednym drzewem, ale nazwy miejsca już nie zmieniałem. Była i jest dla mnie Polaną Czterech Świerków.

Dzisiaj prowadziłem na nią wygodną drogą leśną, a było wyjątkowo ładnie: sypał gęsty śnieg, mgła zacierając dalsze kontury przydawała lasowi wielkości i tajemniczości, drzewa stały ciche i wypiękniałe pod białym puchem. Na brzegu lasu droga okazała się być przegrodzona drzewami zwalonymi wichurą; widząc to trudne do przejścia zwalisko, wspomniałem scenę z powieści o Bolesławie Chrobrym i przez chwilę jakbym był w puszczy i widział wojów naszego pierwszego króla tarasujących przejście wrogim wojskom – tak literatura przeplata się z życiem, wzbogacając nasze chwile.




Na stokach Dudziarza byłem już kilka razy, a że zajmują ledwie parę kilometrów, mogłem przypuszczać, że znam je jak własną kieszeń. Jak się okazało, aż tak dobrze nie znam. Owszem, główne doliny i grzbiety dzielące zbocza są mi znane, ale jest tam tak wiele zaułków, że przy każdym kolejnym włóczeniu się tymi zboczami poznaję nowe, niedocenione lub niezauważone wcześniej. Po prostu jestem gapą, ale to dobrze, bo gdybym nim nie był, zobaczywszy i przeżywszy wszystko za pierwszym tutaj pobytem, zubożyłbym doznania następnych dni. Będąc tutaj w czerwcu i widząc, jak niewiele róż kwitnie na raz, poczułem zdziwienie z domieszką zawodu. Chciałoby się zobaczyć miriady kwiatów, doznać oszołomienia, ale przecież wtedy ich kwitnienie skończyłoby się w ciągu tygodnia czy dwóch. Ostrożnie szafując swoją urodą, krzewy dzikich róż długo przyciągają uwagę – i tutaj można dopatrzyć się podobieństwa do moich powrotów na Dudziarza i w tyleż innych miejsc gór.

Ścieżka częściej używana przez sarny niż ludzi, miedza ocieniona koroną rozłożystego, masywnego dębu, polanka otoczona zwartą ścianą drzew i krzewów, na którą trafiłem przeciskając się wąską szczeliną między kolczastymi gałęziami głogów, kamienny wzgórek z fantazyjnie wykrzywionymi pniami starych czereśni – każdy z tych drobiazgów krajobrazu potrafi budzić liczne, czasami zaskakujące skojarzenia, przywoływać miłe wspomnienia, działając na wyobraźnię dodawać swoją cząstkę do atmosfery czasu włóczęgi.

Radość kontaktu z przyrodą.







Na mapie, której adres podałem wyżej, niewiele widać pionowego urozmaicenia tych stoków, ale gaje różane i głogowe są widoczne. W wielu miejscach Gór Kaczawskich spotyka się skupiska krzewów, zwłaszcza głogi są liczne, ale nigdzie nie ma takich skupisk krzewów różanych, jak na Dudziarzu.

Dzisiaj zwróciliśmy uwagę na drzewa tam rosnące, szczególnie na brzozy, a rośnie ich tam wiele. Na uskoku gruntu, w miejscu znanym tylko sarnom, rośnie brzoza o wyjątkowo licznych konarach, a nie jest jedyną pięknisią rosnącą na tamtych zboczach. Wszystkie potwierdzają swoim wyglądem znaną prawdę: brzozy są piękne o każdej porze roku.







Śnieg chwilami padał tak gęsty, tak obfity, że na plecakach i czapkach rosły nam białe czapy, a na przerwę musieliśmy się schować w gęstym zagajniku świerkowym. Stojąc pod osłoną zwartych gałęzi, rozglądałem się za dobrym miejscem pod namiot. To odruch, znak, że mimo zastrzegania się, jednak chciałbym chociaż raz wybrać się na wielodniową zimową wędrówkę górską z namiotem. Posmakować wędrówki nieograniczonej do jednego dnia, nieprzerywanej codziennym schodzeniem do samochodu, bliższej dawnych czasów, gdy wszystko, co potrzebne do życia, niosło się ze sobą. Powiem szczerze: nie pójdę, bo chociaż imponuje mi przeżycie takiej wyprawy, jestem zbyt wygodny (wypadałoby wspomnieć też o niemałych kosztach wyposażenia), ale pojadę na wielodniową wędrówkę ciepłą porą roku. Marzy mi się iść od rana do wieczora, zjedzenie jakiegoś prostego, czy raczej prymitywnego posiłku, spanie gdzieś pod drzewami i rano dalsza droga za horyzont, za lasy i dalej. Iść, aż poczuje się głód i nasycenie drogą. Na taką wyprawę się wybiorę.

Gdy wyszliśmy z lasu pod wioską Komarno, przez krótki czas świeciło słońce, ale później zachmurzyło się i znowu zaczął padać gęsty śnieg. Dobrze się idzie wśród tysięcznych płatków śniegu, mimo iż potrafią wciskać się pod kaptur i osiadać na okularach. Świeży śnieg jest czystością i magią, wspomnieniem dawnych zim, gdy lepiło się bałwany i jeździło na sankach, jest nostalgicznym pragnieniem wędrówki, bycia daleko od świateł miasta.

Zabrakło nam czasu na pójście w stronę następnych wzgórz, a wzdłuż doliny wznosi się ich tam kilka. Popatrzyliśmy na nie z widokowego miejsca na zboczu Dudziarza, a gdy początek zmierzchu nasycił światła samochodów na szosie, poszliśmy w dół, do cywilizacji.





13 komentarzy:

  1. Trafiliście na rzadki w grudniu atak zimy. Ja wtedy na swoje nieszczęście siedziałam w Trzebiatowie i zamiast radości z biegania na nartach martwiłam się, czy dojadę na czas na pociąg. Na szczęscie po powrocie w góry jeszcze na jeden zimowy dzień się "załapałam". Rozumiem Twoje pragnienie oderwania od samochodu i cywilizacji. Gdy jedziemy z Gui, wioząc w sakwach cały nasz kilkudniowy majdan, czujemy tak niewypowiedzianą wolność, że potrafimy krzyczeć ze szczęścia, płakać ze wzruszenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, Aniu – radość. Niby tak wygodnie w domu z elektrycznością i bieżącą wodą, ale potrzeba wędrówki ciągnie nas za miasto, najlepiej w głuszę, z dala od ludzkich śladów.
      Na Lubelszczyźnie drugi dzień świeci słońce. Dobrze byłoby mieć taką pogodę w tamtą niedzielę, ale nie narzekam i myślę, że Janek też nie. Śnieg ma swój urok.
      Jak czytam, jeszcze masz sprawy na wybrzeżu i kursujesz między morzem a górami.

      Usuń
  2. Zimowe pejzaże :). Prawie ich już nie pamiętam, chociaż przeżyłam pamiętną zimę, kiedy śnieżnymi tunelami poruszałam się na piechotę w mieście i czas się w ogóle nie liczył. Śnieg był pewnie wilgotny i ciężki z powodu mgły. Bajeczna aleja, i cztery świerki, których jest trzy. Sprawdziłam - widać. Niesamowity ten google i chociaż to nie to samo to pięknie było zobaczyć łąkę na górze Dudziarza w zielonej koszuli. Skąd się wziął tam ten Dudziarz, czyżby zakochał się w jeleniogórzance? Gdzie ją spotkał? A może to było tak... Dudy to piszczałka, taka chyba ogromniasta i pewien Szkot miał kiedyś wielką ambicję zostania najlepszym dudziarzem w swojej okolicy. Eh, co tam, on marzył o palmie pierwszeństwa na calutkim świecie. Co to ten świat, jak duży jest za bardzo nie wiedział, lecz chciwie nadstawiał ucha na plotki i nowinki o innych wprawnych w jego fachu. Usłyszał w pubie o pewnych pięknych górach, leżących za morzem, w ktorym też dmą w dudy. Myśląc nie za wiele, rozgrzany, oszołomiony chmielem i wizją zawodów wybrał się, tak jak stał w drogę. Wiele przygód po drodze przeżył, zanim stanął u wrót pasma Sudetów. Na nocleg zatrzymał się w pierwszym zamku. Marianna, pani tego miejsca przyjęła go bardzo serdecznie. Miała gospodynię - Natkę z gór Kaczawskich i ...

    Głogi i dzikie róże. Głogi sa ładne z daleka - takie do podziwiania. Za to dzikie róże, pomimo kolców sa bardziej przyjazne. Nad morzem jest ich mnóstwo. Niektóre mają bladoróżowy kolor, perłowy. Kiedy mieszkałam w Wwie tak za nimi tęskniłam, że jedna sobie zasadziłam i ... przyjęła się.
    Ostatnie zdjęcie - cudne, zmierzch i nadzieja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świerków jest sześć, dlatego polana zwie się czteroświerkową :-)
      Dopiero po powrocie, przy oglądaniu zdjęć, zorientowałem się, że nie mam ujęcia sześcioświerkowego mojej Polany Czterech Świerków.
      Oj, tak, tak: aleja pod szpalerem drzew wygląda bardzo ładnie.
      Ciekawą historię przeczytałem o Dudziarzu. Wiele by wskazywało na szkockie pochodzenie nazwy góry, nieprawdaż?
      Tyle że ja słyszałem nieco odmienną wersję tej historii. To Szkotka, biorą sprawy w swoje ręce, przyjechała do królestwa Polan w poszukiwaniu swojej miłości, bo wszak wiadomo wszystkim, że w tej Szkocji faceci nie noszą portek, a ozdobne spódnice. No więc przyjechała w poszukiwaniu pewnego rodaka, który wiele jej obiecywał przed, a po uciekł. No i w ten sposób trafiła do przydrożnej karczmy (która istnieje do dzisiaj u stóp góry), a tam, zobaczywszy naszego dudziarza, zapomniała o tamtym facecie w spódnicy. :-)

      PS
      Koniak jest królem wszelkich trunków!

      Usuń
  3. Szkotka wzięła sprawy w swoje dłonie? Dlaczego? I skąd widziała o Dudziarzu i o królestwie Polan?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, pytasz o dawne sprawy, Chomiku. Do dzisiaj dotrwały ledwie echa historii sprzed wieków, ale spróbuję odpowiedzieć.
      Dlaczego Szkotka wykazała się inicjatywą? A czego spodziewać się po facecie w spódnicy, czyli jak nie ona, to kto? Jednak broniłbym go nieco, ponieważ mówi się, że wybrał Polskę nie tylko z powodu odległości, więc jako miejsce schronienia się przed niechcianym małżeństwem, ale także, może nawet przede wszystkim, dla urody niewiast tutaj mieszkających, a mówiło się i mówi o niej nawet na północnych krańcach Szkocji.
      Wydaje mi się (bo przekazów historycznych nie ma), że karczma pod Dudziarzem (wtedy góra miała inną nazwę) była miejscem przypadkowym. Ot, podróżowała. Możliwe, że od strony Czech jechała Kotliną Jeleniogórską, a czy miała konkretne informacje o miejscu ukrycia się Szkota, czy szukała po omacku – nie wiem. Dość, że gdy weszła do karczmy i zobaczyła muzyka grającego na dudach, gdy on ją zobaczył…

      „…nagle dziwny na nich czar jakiś padł, dziwnie jedno drugiemu zaczęło być miłe, bliskie, kochane… „

      Historia ich miłości była znana w okolicy. Od jego zawodu poszła nazwa miejsca ich spotkań – góra Dudziarz. Te same urocze stoki, które ostatnio oglądałem z Jankiem.
      Chomiku, moja wersja nie ma ambicji być jedyną słuszną, jako że każdy opowiadający ma swoją własną, równie prawdziwą, historię miłości wyjaśniającej nazwę góry.

      Usuń
    2. Aha, przyjechała za spódniczką i znalazła spodnie. Dudziarz czar na nią rzucił. Nie graniem lecz urodą. Oj, płocha to była panna, choć wytrwała w poszukiwaniach. Chyba, że zemsta tu była motorem i straciła swoją moc, kiedy Szkotka zoczyla Dudziarza.
      Tak sobie myślę, co dalej uczynili. Pewnikiem do Szkocji wrócili, gdyż wielką siłę przekonywania owa Szkotka miała, a Dudziarz dął w swój instrument na obcych pagórkach. Estymą wśród Szkotów cieszył się niebywałą. TIra, tak miała na imię owa Szkotka.
      W królestwie Polan zaś pielęgnowano wspomnienie utraty Dudziarza i przeklinano chwilę spotkania tych dwojga, ponieważ nie było godnego następcy do stanięcia w szranki na dorocznym „Muzykowaniu o świcie”.

      Usuń
    3. Czar rzucają kobiety, nie mężczyźni. Tak słyszałem. Zemsta faktycznie mogła być motorem jej wytrwałości, bo kobiety mścić się potrafią. Tak słyszałem, chociaż wiary takim plotkom nie daję nic a nic.
      No… może troszeczkę.
      Jednak myślę, że ani zemsty tam nie było ani czarowania, a spotkanie połówek – dokładnie tak, jak opisał to Arystofanes czyli Platon. Prawdopodobnie masz rację: obie połówki znikły i zapewne pojawiły się w Szkocji.
      A z tym przeklinaniem chyba jednak było nieco inaczej. Trzymam się wersji zasłyszanej na dworze księcia bolkowskiego, pana tamtych ziem, a słyszałem z wiarygodnych ust, mianowicie dwórek księżnej pani.
      One mile wspominały dudziarza wcale nie z powodu jego umiejętności muzycznych. Miał i inną, wielce cenioną wśród płci nadobnej, umiejętność. Piękne i pełne zaułków stoki góry wiele widziały…
      A co było dalej, łatwo sobie dopowiedzieć. Wędrówki panien miejscami przywołującymi tak miłe wspomnienia i złączenie się w jedno dudziarza z nazwą góry…

      Usuń
    4. O! Wersja z dworu księcia bolkowskiego do mnie nie dotarła. Nic dziwnego, Ty bliżej źródła możesz się przechadzać, mi pozostaje tylko księgi wertować, tak daleko żem od tej okolicy. Wiarę dałabym przekazom ustnym, gdyż pisemne łatwiej nagiąć do swojej woli.
      Zaczynam martwić się o Tirę w tej odległej Szkocji, mogła mieć nielekkie życie z owym Dudziarzem, jeśli był tak wrażliwy na wdzięki niewieście. Chyba, że prawdę rzeczesz o tych połówkach platońskich.
      Doszukałam się jeszcze dwóch informacji, co prawda pośrednich więc zawierzyć w nie trudno, ponieważ zwieść mogą. Będę próbowała dalej, kiedy skończę pracę nieskończoną, ledwo rozpoczętą. Otóż, podobno ci dwaj dudziarze, szkocki i polski znali się oraz przyjaźnią darzyli. Po rozstaniu pieśni sobie dedykowali. Docierały do nich po czasie z względu na odległość. Ten, który powędrował z Tirą do dalekiej Szkocji stworzył „Amazing the grace”. Przyjaciel odpowiedział mu „Auld lang syne”. Oryginalnych wykonań nie uświadczysz. Wielka szkoda że wtedy nie było możliwości rejestrowania dźwięku. W sieci udało mi się odnaleźć marne przybliżenia. Słowa piękne.
      Pierwszy w otoczeniu licznych pięknych kobiet (więc ciągle drżę o Tirę):
      https://www.youtube.com/watch?v=HsCp5LG_zNE
      Drugi to głos Mairi Campbell (podobno Szkot, który osiedlił się w królestwie Polan)
      https://www.youtube.com/watch?v=ZGBb7IbY56k

      Usuń
    5. Chomiku, wysłuchałem obu pieśni i obejrzałem zdjęcia. Gdy pracowałem w Anglii, chciałem pojechać do Szkocji, zobaczyć ich góry, te długie jeziora, wrzosowiska, ale zabrakło pieniędzy. Nie byłem, a dzisiaj, widząc zdjęcia ze Szkocji, znowu poczułem pragnienie pojechania tam. Tyle pięknych miejsc jest do zobaczenia, a możliwości tak mało.
      Pieśni są piękne. Amazing grace w tym wykonaniu słuchałem, drugi utwór słyszałem po raz pierwszy, ale już zapisałem adres w zakładkach.
      W przyjaźń tamtych dwóch mężczyzn uwierzę, jako że mieści się w mojej wizji męskiej przyjaźni, a o miłość Tiry nie musisz się martwić. Jeśli do faktu spotkania platońskich połówek, co można inaczej nazwać po prostu przeznaczeniem, dodać ich wolę, ich wybór, tworzy się związek właściwie niemożliwy do rozerwania. Nawet jeśli oni oboje rozeszli się w jakiejś złej chwili, poniesieni negatywnymi emocjami, te same przeznaczenie tak pokieruje ich krokami, że spotkają się ponownie, niechby nawet jedno z nich ukryło się w zapomnianej przez Boga wiosce na najmniejszej wysepce Hebrydów.
      No i masz jeden z wątków książki, o której pisałem:-)
      Chomiku, dziękuję za wspólną zabawę słowami i fantazją. Nie możemy z całą pewnością wyjaśnić etymologii nazwy tej góry, ale przecież możliwe jest, że opisywaliśmy starą, zapomnianą historię.

      Usuń
    6. I ja dziękuję Ci za stworzenie zapomnianej historii :-)

      Usuń
  4. Marzy mi się, żeby kiedyś zostawić tę kulę u nogi, znaczy auto i iść przed siebie; może nie z namiotem, ale od schroniska do schroniska; z drugiej strony pojazd daje niezależność, szybką zmianę planów, paskudna pogoda niestraszna, bo jedzie się dalej; chciałaby dusza do raju:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mario, mam dokładnie tak samo. Chciałoby się swobody wędrowania, ale z tej naszej chęci tworzy się nam obraz nieco idealizowany: jest ładna pogoda, nie jesteśmy spragnieni ani głodni, mamy gdzie nocować, a nawet bieliznę mamy na sobie świeżą. Tylko skąd to wszystko, skoro idziemy któryś dzień nie schodząc ku cywilizacji, skoro są przecież zimne dni unurzane w błocie?
      Oj, chciałaby dusza do raju… :-)

      Usuń