Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 22 lutego 2017

O smaku pewnej potrawy

190217
Spod pałacu w Gierczynie wokół Stożka, Kufel, zboczami Zamkowej do „górnego asfaltu” na Wysokiej, zejście do pierwszych domów wioski, Blizbor, Gierczyn.


Jeszcze nigdy nie położyłem się spać w sobotę tak wcześnie, jak wczoraj: o godzinie 19, ale też i wstałem wyjątkowo wcześnie – pół do trzeciej. Głęboką jeszcze nocą zabrałem Janka z Legnicy, towarzysza dzisiejszego dnia, i pojechaliśmy do Gierczyna, wioski na Pogórzu Izerskim.
Przejechanie dwustu kilometrów bocznymi albo przebudowywanymi drogami zajęło mi blisko cztery godziny. Lubię jazdę swoją vectrą, ale nie lubię zauważonego niedawno efektu przyzwyczajenia. Rok temu miałem ten samochód za ekskluzywną limuzynę, a teraz za (tylko) wygodny samochód. Luksus spowszedniał, a nawet zmalał. Na dokładkę wynajduję – nie szukając – dziur w całym: a to przydałoby się więcej koni w silniku, a to mógłby być cichszy przy wysokich obrotach, w środku nie ma półki na drobiazgi, no i jeszcze... Jestem niewdzięcznikiem wobec mojego samochodu i zachowuję się jak sabaryta.
Na szczęście zdaję sobie sprawę z tego i nie myślę o wymianie samochodu na droższy. Moja vectra ma u mnie dożywocie: będę dbać o nią do jej technicznej śmierci, i wcale nie chodzi o walkę z naturalną u ludzi skłonnością do luksusu, a o ważność celów. Pracować warto na takie wyjazdy jak ten dzisiejszy, nie warto na droższy samochód, jeśli posiadany jeździ.
Chciałem pokazać koledze moje (i nie tylko moje) ulubione miejsca wokół wioski, ale i poznać nowe drogi, a dzień zacząć na przełęczy między Blizborem a Stożkiem. W pogodny świt miejsce to potrafi czarować widokami: blisko, na wprost, falują łagodne wzgórza tak podobne do kaczawskich, a dużo dalej kraniec widnokręgu zamykają Góry Kaczawskie. W pogodny dzień rozpoznaję wiele ich szczytów, a wzrok sięga po najdalsze stąd pasmo wschodnie, oddalone o ponad 30 kilometrów. Z tego miejsca widać ich rozległość  – od Gór Ołowianych na południu, po Ostrzycę na północy, wyraźnie widoczną, wyniosłą i przyciągającą wzrok. Po prawej horyzont zamyka Tłoczyna, rozległa i pokaźnej wysokości zalesiona góra izerska. Nieco na lewo rozciąga się po odległy horyzont bezmiar pól z niewielkimi wzgórkami pogórza.
Dla tego widoku już kwadrans przed siódmą staliśmy na przełęczy. Zapowiadał się pogodny dzień, niebo zmieniało granaty na błękity, a wokół czarnej Tłoczyny coraz bardziej jaśniała słoneczna aureola. Niestety, nad Górami Kaczawskimi wisiały ciemne chmury, a mgiełka pod nimi zasłaniała góry. Słońce szybko, dosłownie w oczach, wyskoczyło zza grzbietu bliskiej góry tak jasne, że od razu rzucające cienie za nami. Chmury na wschodzie nabrały nieco kolorów, odległe góry wyładniały, ale ich przemiana była tak subtelna, że tylko ja ją zauważyłem, mój aparat pozostał ślepy. 


Ruszyliśmy w drogę, chcąc obejść Stożek. Ta góra widziana z wioski jest spora, ale od strony Blizbora trudno ją zauważyć, jednakże właśnie ona i wznoszący się po drugiej stronie Kufel tworzą swoimi zboczami dolinę, która zachwyciła mnie od pierwszego spojrzenia, gdy pewnego słonecznego i kolorowego dnia jesieni otworzyła się przede mną po wyjściu z lasu.
Niżej kilka zdjęć z tamtego dnia.






 
Na północnym zboczu tej góry jest łąka z trzech stron obwiedziona lasami; idąc jej górną granicą w stronę doliny, dojdzie się do czarującego miejsca: ściana lasu po lewej znika zostawiając kilka jedynie drzew, a za nimi widać drugą łąkę. Wystarczy zrobić kilka kroków, by otworzył się piękny widok z łąki opadającej na dno doliny, która jakby płynie od lasów Blizbora ku otwartym przestrzeniom pól w dole. Po drugiej stronie, na stoku Kufla, widać samotny domek, który coraz częściej nazywam za jego właścicielką Domkiem, a po lewej pałac, charakterystyczny tutaj budynek, o wątpliwej jednak urodzie. Ta łąka pod lasem ponad doliną jest idealnym miejscem na posiedzenie i pogapienie się przed siebie w cieplejszy od dzisiejszego dzień.
W tej okolicy jest kilka miejsc, z których widać koniec Gór Izerskich: zbocza wyraźnych i sporych gór schodzą nie w dolinę, jak to mają w swoim górskim zwyczaju, a do poziomu pól i roztapiają się w ich nieskończoności. Jednym z takich miejsc jest szczyt Kufla, góry stojącej vis a vis Stożka. Siedząc na ustawionej tam ławce, ma się przed sobą ów nieskończony przestwór pól urozmaiconych nielicznymi i niewielkimi wzgórzami, podzielonej lasami i laskami, z zaskakująco dużą ilością wiosek i miasteczek, które z dużej odległości widać jako kolorowe plamki maleńkich domków dla krasnoludków, nad którymi tu i ówdzie górują cienkie wieże kościołów. Wzrok przyciąga  wzgórze wyższe od innych, z widocznymi ruinami: to Zamkowa i pozostałości zamku Gryf, oglądane z ośmiokilometrowej odległości. Druga Zamkowa, nota bene, wznosi zaraz obok Kufla.
Z boku i z tyłu widok zmienia się diametralnie: między Blizbora z sąsiednią Zamkową wcina się głęboka dolina zmierzając ku lasom Wysokiej, góry bardzo trafnie nazwanej i czyniącej wrażenie na mnie. 


Ilekroć jestem tutaj, myślę o przejściu doliny u stóp tej góry, na pewno kiedyś to zrobię. Obie doliny po dwóch stronach Kufla podobają się mi, chociaż ich uroda jest odmienna. Tamta jest jaśniejsza i pogodniejsza, jest doliną wędrowca, który z ulgą wychodzi w mrocznych lasów górskich na słoneczny przestwór, uśmiechem odpowiadając na uśmiech przyjaznej okolicy. Natomiast dolina u stóp Wysokiej jest bardziej mroczna, bardziej górska; ona jakby nie wiedziała, że tutaj jest kres gór. Pierwszą łatwo sobie wyobrazić zieloną, w słońcu, drugą przysypaną śniegiem.
Z Kufla dość szybko wygonił nas mroźny wiatr; nieco niżej, w starym kamieniołomie, znaleźliśmy dobre miejsca na przerwę śniadaniową. Nie wiem, dlaczego założyłem jedną tylko parę skarpetek; może za dużo myślałem o wiośnie? Tego ranka sięgnąłem do plecaka po zawsze noszoną drugą parę, ponieważ zmarznięte palce stóp uświadomiły mi dalsze panowanie zimy.
Idąc pod górę zboczem Zamkowej (a prowadzi tam zielony szlak) warto zatrzymywać się często i odwracać dla zobaczenia naprawdę ładnych widoków górskiego pogranicza. Są tam dwa miejsca wyjątkowo ładne, a pierwsze jest dobre na postawienie domu wśród dużych lip, z rozległym widokiem za oknami. Wygląd drugiego wskazuje na dużą popularność: wokół leżą puszki i butelki, kapsle i plastikowe opakowania. Nie potrafię zrozumieć człowieka, który w takim miejscu wyrzuca śmieci; nie potrafię zrozumieć jego obojętności na wygląd otoczenia.




Pod szczytem Zamkowej uznaliśmy, iż szlakiem rowerowymi obejdziemy Blizbor, a minąwszy górę, zejdziemy do wioski. A może uda się znaleźć dróżkę prowadzącą w tę bardziej górską dolinę? Szlak rowerowy jest, drogi w zaśnieżoną dolinę nie znaleźliśmy. Później dowiedzieliśmy się od Anny, że jest, ale tak zasypana śniegiem, że nie do zauważenia i raczej nie do przejścia. Nasza droga była wygodna: szlak wiódł wąską i niezbyt równą, ale jednak asfaltową szosą leśników.
Niekończące się lasy izerskie są świerkowe, z niewielką domieszką innych gatunków; widoków wiele nie ma, chociaż tu i tam między drzewami widać dal, a zmiany wysokości są niewielkie. Dzisiaj te lasy zobaczyłem inaczej niż kilka lat temu, gdy szedłem na Wysoką Kopę: droga trawersowała zbocze Wysokiej, a nachylenie stoku zmieniało obraz lasu, czyniąc go po prostu ładniejszym.
-Zobacz! – kijem pokazałem towarzyszowi miejsce wśród drzew, nie mówiąc o co chodzi. Spojrzał i zobaczył. Słońce roziskrzyło miriady kropelek wody wiszących na końcach igiełek świerku, a liście stojącego za nim buka uczyniło drobinkami intensywnych, żywych, świecących brązów. Ten statyczny, nieruchomy obraz cały był ruchem: niewidocznym, gdyby nie migotanie iskierek jaskrawego światła, drżeniem igliwia i szybkim, chociaż delikatnym, drganiem światła wśród liści.
-Ech, żeby to uchwycić na zdjęciu – westchnąłem.
-Wyjdzie pstrokate – kolega zmarszczył nos.
Wiedząc, że ma rację, nie wyciągałem aparatu.
W innym miejscu zobaczyliśmy brzozy z równie pięknie świecącymi w słońcu kropelkami wody wiszącymi na ich gałązkach – królewska ozdoba najładniejszych drzew. Śnieg widziałem bielusieńki, widziałem złocisty i skrzący się diamentowo, widziałem i najpiękniejszy: o lekko niebieskim odcieniu, a na brzegu odśnieżonej drogi pryzmy śniegu upodobniały się swoimi fantazyjnymi kształtami do topniejących gór lodowych.


 Na drzewach widzieliśmy pęczniejące pąki, wierzbom iwom już pąki pękają (fajne połączenie wyrazów) i widać biały puszek ich bazi, a Janek stwierdził, pociągając nosem, że w zapachu ziemi chwilami czuje wiosnę.
Na szczyt Blizbora wdrapaliśmy się nie najkrótszą, jak się okazało, drogą, ale nie dodatkowe 200 metrów bezdroża dało nam w kość, a głęboki śnieg zmiękczony słońcem i nie wytrzymujący naszego ciężaru, ale jakże było ominąć Górę Anny?… 


Dopiero wracając ze szczytu, znaleźliśmy wygodną ścieżkę.
Jeszcze raz poszliśmy na przełęcz pod Stożkiem spojrzeć na wschód, na Góry Kaczawskie, a wróciwszy do samochodu, pojechaliśmy pod Domek Anny, naszej blogowej znajomej. Z nią i z  jej rodziną czas biegnie inaczej, niewątpliwie szybciej. Ot, usiedliśmy, zjedliśmy obiad, chwilę, dosłownie chwilę porozmawialiśmy, i okazało się, że minęło dwie godziny, słońce już zaszło i trzeba się zbierać do powrotu. Ach, muszę wspomnieć o daniu na deser! Otóż gospodyni podała nam wyjątkowy przysmak, tradycyjne, śląskie, wigilijne danie: moczkę. Byłem ciekaw smaku tej potrawy, ale też bardzo, ale to bardzo niepewny byłem reakcji moich kubków smakowych, a to z powodu składników: wiele różnych słodkości w wywarze z ryby. Nie jestem odważnym eksperymentatorem kulinarnym, więc z niepewnością sięgnąłem po łyżeczkę.
No i co? Napiszże w końcu!
Już piszę: to jest super! Aniu, przepraszam za swoje niedowiarstwo.
Wcale nie czułem aromatu ryby, a tylko wielotonowy smak owoców i czekolady. Było tam coś chrupiącego, było strzelającego pod zębami, ale to wszystko pasowało i nie było zbyt słodkie. Może właśnie z powodu tego rybiego wywaru? Nie wiem. Dość, że wziąłem sobie dokładkę. Miałem chęć na drugą, ale było mi głupio wyjadać resztkę ze słoika.
Anno, dziękuję za zostawienie dla nas moczki. Dziękuję za ciepło i naturalność odczuwane w Twoim domu.
Jest wtorek, zbliża się godzina 20. Skończyłem pisać, odłożyłem laptopa i wyszedłem na dwór chcąc zobaczyć Wenus. Na tle ciemnej niebieskości zachodniego nieba zobaczyłem ją od razu. Była jasna, czysta, przyciągająca wzrok swoim blaskiem – prawdziwa bogini miłości, piękna, uśmiechu i radości życia.


piątek, 17 lutego 2017

Góry i moje pisanie


120217
Wokół Chrośnickich Kop.



Trzy tygodnie nie byłem w górach, a taka przerwa budzi we mnie tęsknotę, chociaż jeśli wiem, że może być ugaszona, właściwie ją lubię. Odczuwanie tęsknoty podnosi mnie we własnych oczach, utwierdza w przekonaniu o swojej wartości i goni mnie na włóczęgę bez zwracania uwagi na niedostatki i niewygody zimowej pogody. 
 Nieważne – mówi mi tęsknota – że dzień chmurny, że śnieg przykrył resztkę kolorów czyniąc świat czarno-białym, że po całym tygodniu marznięcia w nieogrzewanym warsztacie, dzień spędzisz na zimnie. Idź! Zabierz mnie, swoją tęsknotę i idź, miłe krajobrazy i nieodmiennie pociągającą dal mając wokół siebie, a w sobie rozpogodzenie i rosnące wyciszenie.
Więc idę zobaczyć swojskie róże i głogi, wierzby nachylające się nad strumieniem, polną dróżkę niknącą na zakręcie, wśród drzew. Idę, by gdzieś w ładnym miejscu usiąść na miedzy i patrzeć na dalekie szczyty pijąc gorącą herbatę. Idę patrzeć na metamorfozy gór wokół.

Takie jest to moje wędrowanie i gaszenie tęsknoty.

Dzisiaj pojechałem także dla odnowienia nietypowego związku z moimi Górami Kaczawskimi. Związku istniejącego wyłącznie w świecie fantazji, ale z tego powodu nie tracącego na swojej sile, a nawet zyskującego niezależnością od realiów. Otóż trzy lata temu w tych górach, a ściślej w paśmie Chrośnickich Kop, ulokowałem początek i koniec pisanego wtedy opowiadania. Zwykle po napisaniu jakiegoś większego tekstu trudno mi się oderwać, przez szereg tygodni wracam do niego, czytam i ciągle coś poprawiam, a gdy w końcu uwalniam się od swoich słów, tekst znajduje dla siebie ciche miejsce w pamięci laptopa. Pasmo Kop przecinałem jesienią ubiegłego roku, wtedy obiecałem sobie pójść tam na cały dzień, ale najwyraźniej na tyle uwolniłem się od opowiadania, że czas mijał, a ja odkładałem pójście na Lastka i inne szczyty Kop. Dopiero wysłanie opowiadania znajomemu i otrzymanie od niego bardzo precyzyjnych uwag, ponownie przybliżyło mnie do tekstu, a poprzez niego do Chrośnickich Kop. Dzisiaj pojechałem do Chrośnicy i cały dzień włóczyłem się po Kopach.

Zygzaki linii na mapie są nie tyle efektem drżenia palca przesuwanego po touchpadzie, co raczej odwzorowaniem dzisiejszej trasy będącej typowym włóczeniem się tam, gdzie oczy, chwilowa chęć i wspomnienia akcji opowiadania poniosły. Doznałem dziwnego poplątania własnych wspomnień (wszak byłem tutaj już parę razy), wrażeń dnia dzisiejszego i spisanej parę lat temu fantazji, która w moim odczuciu miewa cechy historii prawdziwej. Chwilami było tak, jakby dwóch nas było na Kopach: ja i bohater opowiadania; patrzyłem dzisiaj na góry wokół, ale bywało, że zza moich obrazów wyzierały obrazy widziane przez niego.



Nazwy miejsc i szczytów w tych górach bywają poplątane, nielogiczne, albo powtarzające się. Na przykład niejedna duża góra nie ma nazwy, a ma ją wzgórek wielkości mrowiska; są dwie góry Grodowa, dwie o nazwie Szubieniczna, Skib naliczyłem trzy, a w paśmie Chrośnickich Kop jest góra Kopy. Wobec tego idąc na nią, należałoby powiedzieć, że idę na Kopy w Kopach.

Jej łagodne stoki porastają laski, zagajniczki i kępki drzew skupione razem lub rozciągnięte wzdłuż strumienia lub uskoku, a między nimi leżą ciche, zapomniane przez wszystkich łąki i polany; iść można cały czas odkrytymi stokami, ale trzeba znać przejścia w ścianach drzew zagradzających dalszą drogę. Gdy byłem tam po raz pierwszy, idąc na szczyt przedzierałem się przez gęsty młodniak i jakieś chaszcze, więc dzisiaj postanowiłem wejść na wzgórze z drugiej strony, od południa, pamiętając odkryte tam stoki widoczne z siodła sąsiedniej przełęczy. Śniegu było sporo, ale stwardniały z wierzchu wytrzymywał mój ciężar, więc szło się dobrze. Udało mi się nie zaplątać w labiryntach zarośli, a meandrując wśród drzew, kilka razy widziałem ślad człowieka; później zauważyłem, że szedł tamtędy ktoś, kto dobrze znał przejścia. Znowu, jak parę już razy w podobnych okolicznościach, poczułem sympatię do człowieka zostawiającego te ślady; nie ja jeden zadurzyłem się w tych górach.







Ładne są tamte urozmaicone zbocza, ładne z nich widoki. Wokół stoją, jedna przy drugiej, spore góry wyraźnie oddzielone głębokimi i wąskimi dolinami, a po drugiej stronie największej doliny, wzdłuż której ciągnie się wioska, wznosi się wielka, nawet majestatyczna, ściana masywu Leśniak-Okole. W miarę nabierania wysokości wzrok sięga dalej i dalej, góry rosną, doliny pogłębiają się, a zbocza stają się bardziej strome (miałem napisać „stromsze”, wyraz wydaje się prawidłowy, ale brzmi niezbyt dobrze), a ze szczytu ładny widok jest na obie strony. Na rozległych zboczach masywu Leśniaka widziałem cienkie nitki dróg pnących się ku ścianie lasów. Patrzyłem na nie słysząc ich wołanie, w odpowiedzi obiecałem im przyjechać wkrótce. Bliżej rozciągają się w stronę Lastka łagodnie pofałdowane łąki, którymi tak dobrze się idzie z oczami utkwionymi w dal; poszedłem nimi ku mojej górze.

Ledwie kilometr od Lastka jest druga góra, Ptasia. Byłem na jej szczycie tylko raz, dawno temu, idąc od drugiej strony, dzisiaj postanowiłem odszukać zaznaczoną na mapie drogę łączącą obydwie góry. Jedyna znaleziona miała zupełnie inny przebieg, a wyprowadziła mnie na odkryte zbocze już za Ptasią. Zawróciłem i łaziłem lasami póki nie poznałem tamtejszych duktów i właściwiej drogi. Dodam, że tam, gdzie powinna być droga zaznaczona na mapie, jest ogrodzona szkółka leśna założona wiele lat temu, a twórcy mapy twierdzą, iż aktualizują ją rokrocznie. Szukając drogi na górę znalazłem na zupełnym odludziu, w miejscu, do którego nie prowadzi nawet ścieżka, ładną grupę skał; pionowa ściana najwyższej ma 10 metrów wysokości i jest z tych, które określam jako oscypkowe – przez podobieństwo ich struktury do tradycyjnych oscypków. 


Spodobało mi się to miejsce: las na kamienistym stoku, omszałe skały podstawy, wyżej szaroczarna wieża skalna stercząca tam od zarania dziejów, a najbardziej podobała mi się pustka wokół. Stąpając po zielonych kamieniach zbocza, cały czas miałem świadomość nadzwyczaj rzadkiego bywania tutaj ludzi. Raz i drugi wspomniałem ładne, przecież ładne skały Rudaw, ale z klepiskami wokół ubitymi tysiącami butów ludzi tam chodzących. Kto zobaczy te kaczawskie skały, skoro nie są przy drodze, ani nie ma ich na mapie? Niech nikt ich nie znajdzie. Będą moim miejscem. Moim i Jasia, bohatera mojego opowiadania.

Charakterystyczny szczyt Ptasiej – odsłonięte skały i kilka samotnych drzew – widoczny jest z daleka i z wielu miejsc gór; dzisiaj zobaczyłem, że rosną tam jawory. Pomiędzy nimi w dole widziałem Czernicę, a wyżej dal najdalszą, rozległy widok na pół widnokręgu. Niestety, dzisiaj ledwie widoczny w zamglonym powietrzu.




Jak wiele już razy w różnych miejscach moich gór, przy znalezionych skałach poczułem satysfakcję z bycia tam, gdzie bywa bardzo mało ludzi, a także swój związek emocjonalny z tymi miejscami Gór Kaczawskich.

Wróciłem na moje, najbardziej moje miejsce pod szczytem Lastka, posiedziałem na pniaku pozwalając myślom błądzić samopas, a gdy poczułem zimno wstałem i poszedłem w dół, by okrężną drogą obejść masyw i od strony Janówka ponownie wejść na szczytowe partie Kop. Parę razy szedłem tą drogą, ale zawsze od przeciwnej strony, no i w rezultacie nie od razu, gapa, znalazłem przejście przez jęzor lasu porastającego głęboki jar ze strumieniem płynącym dnem – ładne miejsce, którego dzikość chętnie oglądam ilekroć tam jestem. Stoki za jarem są zupełnie inne: jasne, pogodne, szerokie, przyjazne, z dalekimi widokami, najbardziej kaczawskie z kaczawskich.

Przynajmniej dwa razy widziałem miejsca nazywane przez ornitologów kuźnią dzięcioła. Otóż ten ptak, zmyślne zwierzę, szuka takiego miejsca na drzewie, w którym może unieruchomić szyszkę dla jej rozdziobania i wydobycia nasion; może to być, na przykład, odpowiednie rozwidlenie gałęzi albo szpara w konarze, niekoniecznie na drzewie iglastym. Działającej kuźni nie widziałem, ale odpady z niej owszem: resztki, czasami w znacznych ilościach, szyszek leżących na ziemi. Drobiazg, powie ktoś, i będzie mieć rację, tyle że dostrzeżenie kuźni – a wcześniej nie dostrzegałem takich miejsc, albo nie zwracałem na nie uwagi – jest elementem wzbogacającym moje widzenie świata, jest kolejnym potwierdzeniem arcyważnej prawdy: wiedza pozwala zobaczyć świat pełniej, widzieć go bogatszym, ciekawszym i piękniejszym. Nadto każde takie miejsce budziło moją myśl o znajomym, który powiedział mi o tym zwyczaju dzięciołów.

Synoptycy obiecali niewielkie zachmurzenie rano, całe popołudnie słoneczne. Prawie trafili ze swoją prognozą: było chmurno i mglisto niemal cały dzień, a słońce zaświeciło dopiero na godzinę przed zachodem, gdy wracając, schodziłem ku Przełęczy Chrośnickiej. Zdążyłem tylko zrobić parę zdjęć rozświetlonym śniegom i wyładniałym górom.





Idąc od przełęczy do wioski, zboczyłem jeszcze na stok Kopy; w pobliżu ściany lasu i skał Skaliska rośnie wiekowa wierzba, moja przyjaciółka. Chciałem się z nią przywitać i zrobić jej sesję zdjęciową, co oboje lubimy; na tle bladej zorzy zachodu prezentowała się ładnie, ale jej urodę tylko ja widziałem, aparat nie. Schowałem go do kieszeni, dotknąłem pnia drzewa i poszedłem w dół, do wioski.






poniedziałek, 13 lutego 2017

Trzy tematy: obojętność, piękno i ekstaza


130217
Córka przysłała mi książkę. Właściwie jest o psychologii, trochę o socjologii, ale w nietypowym ujęciu podkreślonym tytułem książki: „Dziwnologia: Odkrywanie wielkich prawd w rzeczach małych”, autorstwa Richarda Wiseman’a.
Rzecz warta jest przeczytania: zaskakuje, dziwi, szokuje, poprawia humor, ale też potrafi wpłynąć na lepsze widzenie człowieka. Właśnie o tym chciałem napisać parę słów.
Zwykłem w czasie lektury (a niemal zawsze czytam własne książki, nie chcąc rozstawać się z nimi po przeczytaniu), robić notatki na marginesach, podkreślać szczególnie ładne czy trafne fragmenty, a w wyjątkowych przypadkach przepisuję cytaty do laptopa. Oto przepisany fragment tej książki.

>>(…) jednym z najlepszych wskaźników uczynności jest gęstość zaludnienia. Dlaczego obszary o wyższej gęstości zaludnienia zajęły ostatnie miejsca w rankingu? Milgram tłumaczy to wyższym w dużych miastach poziomem „przeciążenia sensorycznego”. Ich mieszkańcy są nieustannie bombardowani informacjami pochodzącymi od innych ludzi, z telefonów komórkowych, ruchu ulicznego i reklam. W rezultacie postępują tak samo, jak wszystkie systemy przeciążone danymi – ustalają listę priorytetów, dzięki czemu nie muszą poświęcać tyle czasu rywalizującymi o ich uwagę źródłom informacji. Milgram uważa, że z tego powodu ludzie mijają obojętnie potrzebujących, przenosząc na innych odpowiedzialność za udzielenie im pomocy. Prowadzi to do paradoksu: im większa liczba ludzi mieszka na danym obszarze, tym większego doświadczają poczucia samotności i izolacji.<<

Strony nie zapisałem, ale najważniejsze dla uchronienia się przed plagiatem, mianowicie źródło, podałem.
Uderzająca jest trafność myśli tutaj wyrażonej i wiedza potrzebna do wysnucia takiego wniosku. Od dawna jestem pod wrażeniem fachowości naukowców, a ich precyzja myślenia, umiejętności kojarzenia faktów i wyciągania wniosków, fascynują mnie. Autor nie rozwinął swojej myśli, zapewne uznając dalsze wnioski za oczywiste, więc pozwolę sobie wyręczyć go tutaj, ponieważ w myśli tutaj wyrażonej dostrzegam drugie znaczenie, dla mnie głębsze, i pocieszający wniosek.
Niedawno czytałem jakąś rzecz z pogranicza psychologii ewolucyjnej; rozważając optymalną wielkość grup ludzi mających współpracować ze sobą, autor wskazywał na często pojawiającą się liczbę 150, jako maksymalną wielkość takiej grupy, a przyczyn szukał w naszej odległej przeszłości. Ponieważ przez krocie tysiącleci żyliśmy w niewielkich grupach, w których znaliśmy wszystkich i ze wszystkimi łączyły nas jakieś więzi – rodzinne, przyjacielskie, a chociażby zadzierzgnięte przy okazji wykonywania codziennych prac, nasza psychika została odpowiednio do tego stanu dopasowana. Obcy ludzie ledwie dla nas istnieją gdzieś na obrzeżach naszej świadomości, co widać doskonale chociażby w porównaniu naszej reakcji na śmierć członka rodziny, przyjaciela czy choćby znajomego z jednej strony, a śmierć obcej osoby, kogoś dla nas bezimiennego, z drugiej strony. Nie radzimy sobie w grupach liczniejszych, rozbijamy je na mniejsze niejako odruchowo, bez specjalnych intencji, i bronimy się niedostrzeganiem innych ludzi. Na gruncie psychologii ewolucyjnej łatwiej zrozumieć nasze kłopoty, częstokroć nieuświadomione, życia we współczesnych mrowiskach ludzkich; o jednym z nich pisze Wiseman.
Jest tutaj dysproporcja czasów: wykorzystując nasz intelekt, potrafimy tak szybko zmieniać nasz świat, że duchowo, psychicznie, nie nadążamy za zmianami. W tym dostrzegam wspomniane głębsze znaczenie, ale też pocieszenie, ponieważ w istocie słowa cytatu zadają kłam twierdzeniom o ludzkiej znieczulicy, o obojętności na cierpienia, przenosząc winę (a przynajmniej jej część) na obcy nam świat, mimo iż przez nas stworzony.

Swoją drogą, to uwaga poboczna, można w nas dostrzec wiele takiego nienadążania. Ciemnych i ciasnych pomieszczeń boimy się nadal, kiedyś ten strach był nam pomocny, chociaż teraz jest już reliktem, ponieważ obecnie takie miejsca nadzwyczaj rzadko zagrażają naszemu życiu. To dziedzictwo naszych odległych przodków. Dużo bardziej niebezpieczne są szybko jadące samochody, ale żeby traktować je jako niebezpieczeństwo zagrażające naszemu życiu, musi to być nam wpojone. Strach przed ciemnością jest wpisany w nas, tkwi w naszych genach, i dlatego odczuwamy go bez nauki, a nawet jest niejako odwrotnie niż w przypadku samochodów: potrzebujemy wysiłku, żeby go nie odczuwać.

Wspomnę tutaj niedawną rozmowę z moim znajomym, ponieważ w swojej wymowie jest podobna do cytatu z „Dziwnologii”, ale najpierw słowo o moim rozmówcy. Przez ponad 10 lat okazjonalnie rozmawialiśmy na stronach biblionetka.pl. Kilka lat temu specjalnie przyszedł do lunaparku stacjonującego w jego mieście, ale miał pecha, nie zastał mnie. Powtórnie przyszedł jesienią ubiegłego roku, tamtego dnia widzieliśmy się po raz pierwszy. Jest człowiekiem podziwianym przeze mnie za wiedzę i kulturę.
Nasza rozmowa dotyczyła wrażliwości na piękno przyrody ludzi żyjących w starożytności. Na początku rozmowy uznawałem, iż przed tysiącami lat tej wrażliwości nie mieliśmy, jako że miałem ją za wytwór kultury oraz dobrostanu materialnego i społecznego. Nie używam tutaj słowa „dobrobyt”, ponieważ nie chodzi o zamożność w obecnym rozumieniu tego słowa, a o taki stan, w którym zabezpieczone są materialne potrzeby życia, oraz istnienie pewnej stabilności społecznej i politycznej – po prostu ludzie potrzebują żyć w miarę spokojnie i bezpiecznie. Po rozmowie ze znajomym nadal uważam te dwa warunki za potrzebne dla przeżywania piękna przyrody, jednakże zmniejszyłem ich ważność. Obecnie skłaniam się raczej ku widzeniu w nich warunków wspomagających naturalną, tkwiącą w nas, w naszej konstrukcji psychicznej, potrzebę obcowania z pięknem, a nie jako czynniki tworzące tę potrzebę. Inaczej mówiąc, w naszym zauroczeniu pięknem świata mniej byłoby rozumowej, więcej duchowej potrzeby, mniej intelektu, więcej odczuwania, a to znaczy, że potrzeba ta tkwiłaby w nas głębiej, mocniej w nas umocowana.

Dwie różne myśli nas dotyczące, w obu podobnie pozytywne pierwiastki.

Na zakończenie coś całkowicie odmiennego, trochę uśmiechniętego, ale i nie pozbawionego możliwości dostrzeżenie głębi: o pewnym moim wrażeniu.
Kilka lat temu moja kumpela…
Uwaga a propos: w naszym języku nie ma dobrego słowa określającego przyjaciela płci niewieściej. Przyjaciel budzi prawidłowe skojarzenia, przyjaciółka już nie. Gdy słyszymy to słowo, myślimy o kochance, tylko inaczej, bardziej oględnie, nazwanej. Moja kumpelka zasługuje na więcej, niż nazwanie jej znajomą, ale przyjaciółką w potocznym znaczeniu tego słowa nie jest.
Więc ta moja Więcej Niż Znajoma będąc we Włoszech, przysłała mi pocztówkę ze zdjęciem rzeźby Berniniego „Śmierć Błogosławionej Ludwiki Albertoni. Pocztówkę mam do dzisiaj, stoi na honorowym miejscu parapetu; na jej odwrocie czytam słowa podziwu dla rzeźby. Wystrojona koronką poduszka wydała się kumpelce wcale nie z kamienia, bo czyż coś tak miękkiego i delikatnego może być marmurem?.. 



Chcąc poznać bliżej twórczość Berniniego, współczesnym zwyczajem poprosiłem google o pomoc i w rezultacie długo siedziałem wśród wspaniałych rzeźb. Może kiedyś napiszę o niektórych z nich, teraz chciałbym napisać o jednym spośród wszystkich możliwych wrażeń budzonych „Ekstazą świętej Teresy”.
Proszę spojrzeć na minę anioła, na jego uśmieszek – nie tylko, a raczej nie tyle psotny, co frywolny. Ludwika miała umierać w ekstazie i owszem, jej twarz wyraża ekstazę, samą ekstazę bez cierpienia, i podobna jest twarz Teresy. Zobaczcie stopę wysuwającą się spod fałd okrycia świętej, szczegół jakże wymowny, spójrzcie na ułożenie jej ciała. Przyjrzyjcie się dłoni dotykającej piersi Ludwiki. Gdy obejrzałem kilka zdjęć, uśmiechnąłem się do rzeźbiarza uznając, iż on oko puszcza do nas mówiąc o ekstazie tych kobiet.
Ekstaza jak najbardziej, ale czy na pewno religijna?

Świadomie i celowo nie czytałem w internecie opisów obu rzeźb; podobnie robię mając napisać coś swojego o przeczytanej książce. Opis ma być mój, wrażenia też, trzeba więc sięgnąć w siebie, a nie w google, mimo iż w internecie na pewno jest więcej pełniejszych, bardziej szczegółowych i odkrywczych, opisów.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Choroba i Camino de Santiago


310117

W czwartkowe popołudnie nie było źle, ot, zwykłe kichanie i smarkanie. Jeszcze byłem w stanie, leżąc w łóżku, obejrzeć „Drogę życia”, polecony mi film o Drodze św. Jakuba. W nocy coś się stało z czasem, odczuwaniem i ze mną też.

Obudził mnie ból. Otworzyłem oczy, w pokoju było ciemno. Leżałem wiercąc się dla znalezienia pozycji bez bólu, w końcu znalazłszy, poczułem niewysłowioną ulgę. Błogostan. Stan bez bólu. Nie wiem kiedy oczy zamknęły mi się, a gdy ponownie spojrzałem w okno, zobaczyłem szarość. Nie byłem śpiący. Wspomniawszy film, chcąc dowiedzieć się więcej o Camino de Santiago, zapytałem google, a z wyświetlonej listy wybrałem trzy strony. Chwilę patrzyłem, jak się ładuje jedna z nich, jak górna części ekranu wypełnia się ikonami obrazków i map. Gdy niżej pojawiły się dwie kolumny tekstu, powiększyłem obraz nie widząc dobrze liter, ale większe też nie były czytelne. Podniosłem się z poduszek chcąc nachylić się nad ekranem, a wtedy obok łóżka zobaczyłem laptop: leżał zamknięty i wyłączony. Bardziej zniechęcony niż zdziwiony położyłem głowę na poduszkę i zamknąłem oczy. Wydawało mi się, że tylko na chwilę, ale gdy otworzyłem je, był dzień. Tępo, bez myśli, patrzyłem na pokój nim znowu gdzieś popłynąłem. 
Ciemność i jasność. Dzień i noc. Sen i jawa. Plątało mi się wszystko, tylko ból stale powracał. 
 Pamiętam, że prowadziłem obliczenia jakiejś stalowej konstrukcji, próbowałem przypomnieć sobie ciężary profili, a nie pamiętając, wyprowadzałem je z objętości i ciężaru właściwego żelaza, a na koniec wszystkie te dane gdzieś mi się ulotniły i zapadłem się w niebyt myśli.

Gdy zacząłem wydostawać się z tego stanu otępienia bez czasu, poczułem osamotnienie – dojmujące, ciągnące mnie w dół, w czarną dziurę bez ratunku i szklanki wody – jakbym nie miał nikogo. Poczułem się bardzo źle i wtedy zadzwoniłem do żony.

– Przyjeżdżaj, będziesz chorować w domu  – usłyszałem ratujące mnie słowa.

Wstałem. Nogi miałem dziwnie zdrętwiałe, ale oczy sprawne. Był wieczór. Albo noc. Który dzień? Mozolnie liczyłem dni i wyszło mi, że w stanie bliskim malignie spędziłem dwa dni i trzy noce. Gorączki nie miałem, apetytu też. Co jadłem? Nic. Sięgnąłem po wagę: z satysfakcją stwierdziłem, że ważę ponad 2 kilogramy mniej.

Pakowanie toreb dziwnie zmęczyło mnie, usiadłem więc do komputera.

Camino de Santiago. Droga świętego Jakuba. Niedawno moja koleżanka ponownie wspomniała o swojej chęci jej przejścia, budząc we mnie ciekawość, a za nią myśli o poznaniu najbardziej znanej części drogi – od francuskich podnóży Pirenejów do hiszpańskiego wybrzeża Atlantyku. Osiemset kilometrów górami i wyżynami Nawarry, Kraju Basków, Kastylii i Galicji. Sam na sam z drogą, bez kapłana kroczącego przodem i mówiącego mi, jak mam się modlić i w jakiego Boga wierzyć. Koleżanka chciałaby przejść drogę z powodów religijnych, dla wyprostowania swoich dróg ku Bogu – i gorącą ją do tego zachęcam – a ja, zdeklarowany ateista? Przecież nie z powodów religijnych myślę o tej drodze, ale czy na pewno tylko dla magii tych historycznych nazw krain, dla dali, widoków i przygody, chciałbym przejść drogę św. Jakuba?

Chyba nie. Ja też mam do wyprostowania swoje drogi, tylko… czy do tego potrzebuję akurat Camino de Santiago? Z dawien dawna marzy mi się przejście całej południowej granicy Polski, drogi dużo dłuższej od tamtej części Jakubowego szlaku, więc może tutaj znajdę swoją Drogę?

Ale tam Nawarra, tam Kastylia, Santiago de Compostela… Słońce jest w tych nazwach, zapach ziół na górskich łąkach, kamienne domy pamiętające dziesięć pokoleń swoich właścicieli, samotna starożytna kolumna stojąca u źródła, sady oliwne – to wszystko i jeszcze coś nieokreślonego, magicznego i magnetycznego, jest w nich. Chciałbym usiąść gdzieś tam na stoku nieznanej mi góry i patrząc w dal zjeść kawałek koziego sera; chciałbym zasłuchać się w siebie i w ciszę.

Swojego Boga raczej nie znalazłbym tam, ale może spokój, a chociaż kawał dobrego tekstu?

Nazajutrz rano wyjechałem i przejechawszy 500 kilometrów szczęśliwie dojechałem do domu.

Czy wybiorę się pod Pireneje dla przejścia Drogi św, Jakuba? Nie wiem, ale chciałbym.