Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

poniedziałek, 6 lutego 2017

Choroba i Camino de Santiago


310117

W czwartkowe popołudnie nie było źle, ot, zwykłe kichanie i smarkanie. Jeszcze byłem w stanie, leżąc w łóżku, obejrzeć „Drogę życia”, polecony mi film o Drodze św. Jakuba. W nocy coś się stało z czasem, odczuwaniem i ze mną też.

Obudził mnie ból. Otworzyłem oczy, w pokoju było ciemno. Leżałem wiercąc się dla znalezienia pozycji bez bólu, w końcu znalazłszy, poczułem niewysłowioną ulgę. Błogostan. Stan bez bólu. Nie wiem kiedy oczy zamknęły mi się, a gdy ponownie spojrzałem w okno, zobaczyłem szarość. Nie byłem śpiący. Wspomniawszy film, chcąc dowiedzieć się więcej o Camino de Santiago, zapytałem google, a z wyświetlonej listy wybrałem trzy strony. Chwilę patrzyłem, jak się ładuje jedna z nich, jak górna części ekranu wypełnia się ikonami obrazków i map. Gdy niżej pojawiły się dwie kolumny tekstu, powiększyłem obraz nie widząc dobrze liter, ale większe też nie były czytelne. Podniosłem się z poduszek chcąc nachylić się nad ekranem, a wtedy obok łóżka zobaczyłem laptop: leżał zamknięty i wyłączony. Bardziej zniechęcony niż zdziwiony położyłem głowę na poduszkę i zamknąłem oczy. Wydawało mi się, że tylko na chwilę, ale gdy otworzyłem je, był dzień. Tępo, bez myśli, patrzyłem na pokój nim znowu gdzieś popłynąłem. 
Ciemność i jasność. Dzień i noc. Sen i jawa. Plątało mi się wszystko, tylko ból stale powracał. 
 Pamiętam, że prowadziłem obliczenia jakiejś stalowej konstrukcji, próbowałem przypomnieć sobie ciężary profili, a nie pamiętając, wyprowadzałem je z objętości i ciężaru właściwego żelaza, a na koniec wszystkie te dane gdzieś mi się ulotniły i zapadłem się w niebyt myśli.

Gdy zacząłem wydostawać się z tego stanu otępienia bez czasu, poczułem osamotnienie – dojmujące, ciągnące mnie w dół, w czarną dziurę bez ratunku i szklanki wody – jakbym nie miał nikogo. Poczułem się bardzo źle i wtedy zadzwoniłem do żony.

– Przyjeżdżaj, będziesz chorować w domu  – usłyszałem ratujące mnie słowa.

Wstałem. Nogi miałem dziwnie zdrętwiałe, ale oczy sprawne. Był wieczór. Albo noc. Który dzień? Mozolnie liczyłem dni i wyszło mi, że w stanie bliskim malignie spędziłem dwa dni i trzy noce. Gorączki nie miałem, apetytu też. Co jadłem? Nic. Sięgnąłem po wagę: z satysfakcją stwierdziłem, że ważę ponad 2 kilogramy mniej.

Pakowanie toreb dziwnie zmęczyło mnie, usiadłem więc do komputera.

Camino de Santiago. Droga świętego Jakuba. Niedawno moja koleżanka ponownie wspomniała o swojej chęci jej przejścia, budząc we mnie ciekawość, a za nią myśli o poznaniu najbardziej znanej części drogi – od francuskich podnóży Pirenejów do hiszpańskiego wybrzeża Atlantyku. Osiemset kilometrów górami i wyżynami Nawarry, Kraju Basków, Kastylii i Galicji. Sam na sam z drogą, bez kapłana kroczącego przodem i mówiącego mi, jak mam się modlić i w jakiego Boga wierzyć. Koleżanka chciałaby przejść drogę z powodów religijnych, dla wyprostowania swoich dróg ku Bogu – i gorącą ją do tego zachęcam – a ja, zdeklarowany ateista? Przecież nie z powodów religijnych myślę o tej drodze, ale czy na pewno tylko dla magii tych historycznych nazw krain, dla dali, widoków i przygody, chciałbym przejść drogę św. Jakuba?

Chyba nie. Ja też mam do wyprostowania swoje drogi, tylko… czy do tego potrzebuję akurat Camino de Santiago? Z dawien dawna marzy mi się przejście całej południowej granicy Polski, drogi dużo dłuższej od tamtej części Jakubowego szlaku, więc może tutaj znajdę swoją Drogę?

Ale tam Nawarra, tam Kastylia, Santiago de Compostela… Słońce jest w tych nazwach, zapach ziół na górskich łąkach, kamienne domy pamiętające dziesięć pokoleń swoich właścicieli, samotna starożytna kolumna stojąca u źródła, sady oliwne – to wszystko i jeszcze coś nieokreślonego, magicznego i magnetycznego, jest w nich. Chciałbym usiąść gdzieś tam na stoku nieznanej mi góry i patrząc w dal zjeść kawałek koziego sera; chciałbym zasłuchać się w siebie i w ciszę.

Swojego Boga raczej nie znalazłbym tam, ale może spokój, a chociaż kawał dobrego tekstu?

Nazajutrz rano wyjechałem i przejechawszy 500 kilometrów szczęśliwie dojechałem do domu.

Czy wybiorę się pod Pireneje dla przejścia Drogi św, Jakuba? Nie wiem, ale chciałbym.


16 komentarzy:

  1. Krzysztof, w Polsce istnieje kilka dróg św. Jakuba.
    Jedna z nich wiedzie przez Leszno

    https://pl.wikipedia.org/wiki/Wielkopolska_Droga_%C5%9Bw._Jakuba

    Jest też Sudecka Droga św. Jakuba

    https://pl.wikipedia.org/wiki/Sudecka_Droga_%C5%9Bw._Jakuba

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, przypomniałem sobie. Ty w rodzinie masz Jakuba.
      Szczęśliwie dojechałeś do domu, a jeszcze trochę i Twój dom będzie w podróży. A Krzysztof jest patronem podróżników (i kierowców.

      Jeżeli mówimy o imionach, to według księgi imion:

      Krzysztofa pasjonuje głównie życie. Jest bardzo aktywny, pomysłowy, pewny siebie a jednocześnie zdolny do refleksji. Chętnie dzieli się z otoczeniem swoimi przemyśleniami oraz odczuciami. To bardzo miły, towarzyski i otwarty na świat człowiek. Lubi ryzyko oraz przygody, dlatego angażuje się w ciekawe działania. Niestety interesuje się zbyt wieloma rzeczami na raz i wszystko próbuje zrobić w jednym czasie. Nie ulega przy tym wpływom. Groźbami nie zmusi się go do działania, trzeba umiejętnie go zachęcić. Krzysztof pozostaje wierny w bliskich relacjach międzyludzkich. Należy jednak zachować przy nim szczerość, ponieważ bezbłędnie wyczuwa człowieka, a nie toleruje kłamstwa ani obłudy.

      Usuń
    2. Och, Janku, ten pewny siebie facet to mam być ja?! Ciekawe, ile cech można by dopasować do mnie czytając opis cech osoby noszącej inne imię…
      Gdzieś w internecie przeczytałem słowa, które uderzyły mnie prostotą i celnością. Brzmiały jakoś tak: droga św. Jakuba zaczyna się na progu twojego domu.
      Gdy przymierzyć się do jej przejścia, od razu pojawiają się dwa problemy do rozwiązania: czas i pieniądze. Przejście tamtej części zajmie około miesiąca, a kosztować będzie… nie wiem. Sporo. Natomiast od progu swojego domu, a więc ponad trzy tysiące kilometrów, to przynajmniej trzy miesiące marszu. Czytałem o kimś, kto przeszedł drogę wychodząc gdzieś z centrum Polski i wydając trzy tysiące złotych, ale myślę, że ten ktoś był harcerzem i dlatego. Chociaż jeśli pretendowałoby się do miana pątnika, a nie zwykłego wędrowcy, uciążliwości wynikłe z niedostatku pieniędzy byłyby jak najbardziej na miejscu; tak mi się wydaje, chociaż raczej trudno mi się rozpoznać w zawiłościach wiary.
      A propos. Czytałem też o jakubowych „wędrowcach” rowerowych i konnych. Wygoda czy brak czasu? Tak czy inaczej znamię czasu.

      Usuń
  2. Wystraszyłeś mnie! Mam nadzieję, że już dochodzisz do siebie po tej dziwnej wyprawie w głąb własnego bólu. Jeśli zaś o Drogę św. Jakuba chodzi, to zaczyna się ona u Twoich drzwi. U drzwi każdego człowieka, który wyrusza w drogę. Przez Trzebiatów biegnie Pomorski Szlak Jakubowy, a moi znajomi niejednokrotnie przemierzali go rowerami. To nie jest wygoda i brak czasu. Każdy wybiera drogę, która jest mu bliska. Samotność rowerowa i piesza jest taka sama i tak samo w ciszy spotyka się wewnętrzne ja lub Boga. Coś wiem na ten temat. Ciekawie o Camino opowiadał Marek Kamiński, który przeszedł cały europejski szlak, pisałam kiedyś o spotkaniu z nim w Trzebiatowie. A polskim drogom poświęcona jest ta strona: http://www.camino.net.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałem grypę, tyle że była wyjątkowo ciężka, a dodatkowo pojawiły się bóle w ramieniu, to skutek przeciążenia kręgosłupa, efekt mojej wieloletniej pracy w lunaparku. To właśnie ucisk nerwów tak mi dokuczył; teraz jest lepiej, biorę leki, a grypę uczciwie (aczkolwiek niezupełnie przytomnie) przeleżałem. Moja kumpelka kazała mi brać lek na grypę, kolega kupił i posłusznie brałem, bo kumpelka jest (prawie) lekarzem.
      Anno, zaznaczając, iż tyle wiem co nic, powiem jednak, że tego rodzaju drogę wyobrażam sobie raczej jako pieszą wędrówkę. Czy jazda nie będzie bardziej absorbować uwagi, niż marsz?

      Aniu, dziękuję za słowa o straszeniu.

      Usuń
    2. Mam nadzieję, że już wydobrzałeś, bo w Gierczynie czeka na Ciebie słoik moczki. Wyjeżdżamy w poniedziałek. Dam Ci znać smsem, jak już będziemy na miejscu :)

      Usuń
    3. Grypa minęła, w barku coś siedzi, ale chodzić mogę i chodzę: dzisiaj po raz pierwszy od trzech tygodni byłem w moich górach.
      Słoik odbiorę osobiście. Dziękuję, Anno.

      Usuń
  3. Krzysztof, dla wzmocnienia organizmu możesz zastosować miód pszczeli. Należy rano na czczo wypić szklankę letniej przegotowanej wody z łyżeczką miodu (może być więcej)i z cytryną. Miodu nie należy rozpuszczać w gorącej wodzie, gdyż wysoka temperatura niszczy pektyny zawarte w miodzie.
    Miksturę miodowo cytrynową można przygotować wieczorem w niepełnej szklance wody, a rano ją pogrzać, uzupełniając szklankę ciepłą wodą.
    Na zdrowie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Janku. Kupię miód, obiecuję. Drugi tydzień wspomagam się inną metodą, mianowicie zjadam codziennie dwa ząbki czosnku. Wiesz, pracując na zimnie, całymi dniami marznę. Co prawda aromat oddechu nie jest wtedy szczególnie przyjemny, ale że mieszkam tutaj sam…

      Usuń
  4. Kusi mnie Jakubowa Droga, ale tylko dla samej drogi, otoczenia, zmęczenia, bo już samo Santiago dC raczej nie; oglądałam kiedyś program o samym przybytku odpustowym... no cóż, nieciekawie, "maszyna do obrabiania pielgrzymów" nie mająca nic wspólnego z głębszymi przeżyciami; czytałam też książkę o drodze, jakiegoś niemieckiego autora ... tak, szłabym, kończąc wędrówkę u bram miasta. Zdrowia życzę, które powinieneś oszczędzać, bo grypa lubi zostawiać paskudne ślady.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Mario.
      Więc podobnie zapatrujemy się na Jakubową Drogę. Poszlibyśmy właśnie dla drogi; myślę też, że dzielisz ze mną ciekawość krain, przez które droga wiedzie. Czy tak?
      Czytałem artykulik o schroniskach na tej drodze, że niektóre prowadzone są przez seksty, a część z nich jest nawet bezpłatna. Autor odradzał nocowanie tam z powodu możliwego „prania mózgów”, a ja pomyślałem, że gdybym poszedł, właśnie takie darmowe schroniska wybierałbym. Mnie nie wypiorą, nie przy moim jednoznacznie określonym stosunku do wszelkich instytucji związanych z religiami; nie przy mojej nieznajomości hiszpańskiego i przy szczątkowej znajomości angielskiego.
      Do kościołów wchodziłbym – z ciekawości ich wnętrz.

      Usuń
  5. Byles u Marii z pogorza, wiec zagladnelam do twego bloga...ciekawy bardzo. Zrobilam 300km Camino de Santiago, wyszlam z Saint Jean Pied de Port , przeszlam Pireneje, po okolo 200km przeskoczylam do Galicji hiszpanskiej do Sarrii skad do Santiago de Compostela jest 100km..Zadnych pran mozgow, zadnej presji, natarczywosci religijnej, w Roncesvalles wypelnilam druczek gdzie zadeklarowalam sie jaki motywy mnie do przejcia drogi zmobilizowaly, napisalam...kulturowe i turystyczne , inni pisali ..sportowe, religijne, mistyczne etc..schroniska cudowne, darmowe albo bardzo tanie, spotkalam po drodze 42 narodowsci, spalam w sali schroniskowej ze 100 osobami, milo, kulturalnie, to byl jeden z najlepszych moich pomyslow na wedrowanie. Zadnych pran mozgow!!! a ja jestem niewierzaca.
    Chodzi sie po trasach zupelnie bez kontroli, przesypia noce, kiedy sie jest zmeczonym, czasem robilam 30 km a czasem 10...jezeli spodobalo mi sie miejsce, zostawalam i napawalam sie...eh! pieknie bylo a byl to poczatek czerwca, wiec i pogoda byla cudowna. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Grażyno.
      Twoja relacja brzmi zachęcającą. Będę myśleć o wybraniu się pod Pireneje, bo chciałbym przejść tę drogę. W próby zmian wierzeń, w te „pranie mózgów”, nie wierzyłem, a Ty to potwierdzasz.
      Napisz jeszcze, proszę, czy po angielsku można się porozumieć w schroniskach? Te tanie noclegi ile kosztowały?

      Usuń
    2. Po angielsku oczywiscie! bez problemow...ja mowie po hiszpansku ale na trasie jest tyle narodowosci i wspolnym jezykiem jest wlasnie angielski. Schroniska moga byc za darmo , albo za 4 euro, moze byc za 6 euro...jezeli sie zdecydujesz to kup sobie przewodnik i wybieraj takie odleglosci by zostawac na noc w najtanszych opcjach..ja czasem pozwalalam sobie na jakis hotelik, ale mozna calkiem dobrze ustalic sobie odcinki z tanimi lozkami...bedziesz zadowolony, to jest bardzo piekna wedrowka. Jezli masz jakies pytania to smialo pytaj, na moim blogu jest moj adres mailowy..pozdrawiam i trzymam kciuki bys sie zdecydowal..

      Usuń
    3. Te najtansze albo darmowe noclegi moga zapelniac sie wczasnie, tzn. wczesnie po poludniu, wiec warto wychodzic na dzienne wedrowke o 6 rano i dochodzic do schroniska wczesnym popoludniem...

      Usuń
    4. Dziękuję, Grażyno.
      Faktycznie, ceny niskie, nawet jak na polskie wynagrodzenia. Gdyby to tylko ode mnie zależało, pojechałbym, jednak mam swoje ograniczenia i obowiązki. Jeśli tylko uda mi się je pogodzić, spakuję plecak, w czym mieć będziesz swój udział, Grażyno.
      Obejrzałem Twój tatrzański post. Zdjęcie robisz bardzo ładne. Gratuluję.

      Usuń