Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

czwartek, 26 stycznia 2017

Sto dni


220117
Z parkingu u stóp Łysej Góry na Dudziarza niebieskim szlakiem, ale z licznymi odstępstwami: Przełęcz Widok, Przełęcz pod Kobyłą, stoki Ogiera, Trzmielowa Dolina, górne Komarno, Przełęcz Komarnicka, Skopiec, zboczami Ziemskiego Kopczyka, Leszczyńca i Straconki na szczyt Dudziarza. W drodze powrotnej dodatkowo wejścia na Ziemski Kopczyk, Kobyłę i Źróbka.


Niemal dokładnie sześć lat temu, w styczniu 2011 roku, po raz pierwszy poszedłem w Góry Kaczawskie. Nic o nich nie wiedziałem, a poszedłem właściwie w jednym celu – aby wejść na Skopca, szczyt zaliczany do Korony Gór Polskich; wtedy błąkała mi się po głowie myśl o założeniu na głowę tej korony, później pomyślałem, że… właściwie po co? Nie znając ani gór, ani zwyczajów twórców mojej mapy, a także chcąc uczynić trasę całodniową, punkt końcowy wyznaczyłem sobie na szczycie Dudziarza, jako że na mapie jest tam zaznaczone miejsce widokowe. Teraz wiem, że widoki są kilkaset metrów dalej, ze stoków tej góry, oraz, że gwiazdki miejsc widokowych są stawiane na tej mapie dość przypadkowo i niewiele mówią o miejscach z dalekimi widokami, ale wtedy kierowałem się mapą, nie miałem wiedzy posiadanej teraz.
Dzień był chmurny i mglisty, więc jeśli już trafiałem na miejsca widokowe, niewiele widziałem, jednak na tyle dużo, by nostalgiczny urok tych łagodnych gór przemówił do mnie. W pierwszym roku mojej przygody z Górami Kaczawskimi odwiedziłem je dwukrotnie, a w następnym, w 2012, spędziłem tam już jedenaście dni.
Dzisiaj poszedłem kaczawskimi drogami po raz setny. Od dawna miałem ustaloną trasę tego dnia, a miała być powtórzeniem tamtej pierwszej. Wiedząc, że muszę wejść na szlak przed początkiem dnia, aby w drodze powrotnej wyjść z leśnego masywu przed zmrokiem, o czwartej nad ranem byłem już sporo za Lesznem. Wczoraj czytałem prognozę pogody na dwóch stronach internetowych, na jednej pokazywali pełne słońce, na drugiej zero widoczności z powodu mgły. Im bliżej byłem Legnicy, tym częściej jechałem we mgle. Zawracać? Chociaż się wyśpię – podszeptywał mi diabełek. Zawziąłem się: dzisiaj miał być setny wyjazd i będzie.
Gdy skręciłem w boczną drogę wiodącą na parking pod wyciągiem, po lewej zobaczyłem majaczącą na tle nieco jaśniejszego nieba czarną ścianę Karkonoszy, a na niej nanizane świecące drżąco paciorki świateł miejscowości rozsianych w Kotlinie Jeleniogórskiej; piękny widok. W lusterku natomiast zobaczyłem pierwszy, delikatny, różowy uśmiech Eos, najpiękniejszy uśmiech radosnej kobiety. Gdy kwadrans później szedłem tą szosą ku Przełęczy Widok, jeszcze nie pogaszono ulicznych lamp w miejscowościach u stóp Karkonoszy, ale było na tyle widniej, że zobaczyłem niską mgłę na dnie kotliny. Tam, gdzie Jelenia Góra, ponad mgłę wystawał tylko jeden komin. Pomyślałem, że obie strony internetowe podawały dobre prognozy; byłem po prostu ponad poziomem mgieł. Nie widziałem ani wschodu, ani zachodu słońca będąc w lasach, jednak jutrzenkę i zorzę zachodu oglądałem, a słońce towarzyszyło mi cały dzień. Było kilka stopni mrozu, bez wiatru, pełne słońce i sypki, czysty śnieg.



 Tyle, że było go 30 centymetrów, cały dzień czułem w nogach jego opór, a na podejściach wysysał siły. Miałem się trzymać niebieskiego szlaku, ale ponosiło mnie. W lesie szedłem kawałek szlakiem, ale gdy ten uciekał gdzieś w bok, a na dokładkę tracił wysokość, opuściłem go wchodząc w jakąś przecinkę uznawszy, iż wiedzie w dobrą stronę. Tak było, tyle że skończyła się, zostawiając mnie między świerkami. Poszedłem na wyczucie.
Wiele już raz zdarzyło mi coś podobnego, jak tego ranka w lesie: idę nieznaną okolicą, nie poznaję jej, a nagle wiem, że za chwilę pojawią się jej charakterystyczne cechy i znajdę się tam, gdzie miałem być. Nie piszę tego by chwalić się swoim wyczuciem kierunków czy pamięci, bo niewiele mam tych cech, chodzi o działanie naszej pamięci. Chodzi o to, że w pewnej chwili miewa się wrażenie bycia w dobrym miejscu, mimo iż rozglądając się wokół, nie dostrzega się nic, co mogłoby na to wskazywać. To trochę tak, jakbyśmy dwie mieli pamięci, dwie orientacje w przestrzeni.
Wyszedłem na skraju rozległego siodła między Kobyłą a Ogierem.




 Jak w wielu miejscach tych gór, i tam mam swoje ulubione miejsce. Szedłem ku niemu mając słońce na wprost, a wokół siebie gładką, idealnie równą i białą płaszczyznę łąki pod śniegiem. Buty wyrzucały do przodu sypką kurzawę śnieżnego pyłu, a słońce rozpalało tysiące lodowych kryształków. Każdy z nich przez mgnienie oka był świecącym diamentem, gasł i w tej samej chwili rozpalał się tysiąc następnych i kolejnych – jakbym szedł po rozsypanych kosztownościach sezamu. Zatrzymałem się, lodowe kryształki przestały gasnąć, świeciły czekając na mój ruch; skąd one wiedziały, że stoję nieruchomo? Bo wiedziały: gdy ruszyłem, pobiegły też diamentowe rozbłyski wokół mnie.
Podobną i jednocześnie zupełnie inną chwilę miałem sześć lat temu.:

„Wstrzymałem oddech. Najdelikatniejszy szmer osuwających się po kurtce płatków śniegu i… cisza. Na małej polance samotnie stojący świerk szeroko rozkłada swoje białe górą, dołem ciemnozielone, prawie czarne ramiona, a za nim droga i las niknie we mgle. Koniec szlaku. Świat był małym kręgiem drzew wokół i kawałkiem ledwie widocznej dróżki. Cisza go otulała i mgła.”

Widok z siodła jest na obie strony, północną i południową, od okolic Złotoryi po ścianę Karkonoszy. W czystym powietrzu widać budynki na szczycie Śnieżki, na grani Kotłów i na Szrenicy, a przysiągłbym, że i schronisko na Wysokim Kamieniu w Izerach widziałem; z lewej strony ponad ostatnie wschodnie szczyty kaczawskie wznoszą się wyraźne, mimo iż widoczne zza pozłacanej mgiełki, Góry Wałbrzyskie; wydaje mi się, że z odległości 30 kilometrów rozpoznaję falistą linię Trójgarbu.
W dole utrzymywała się niska, malownicza mgła, a okazała się też dobrym wskaźnikiem czystości powietrza: w głębi kotliny, nad Jelenią Górą, miała zabarwienie mocno beżowe, natomiast na wprost, u stóp Rudaw, była białosrebrzysta.
Skoro tam byłem, poszedłem na południowe zbocze Ogiera, do miejsca szczególnego dla mnie.




Postałem chwilę przy mojej kępce drzew, zjadłem jeden owoc róży tam rosnącej, popatrzyłem w dół, na Trzmielową Dolinę, najpiękniejszy zakątek tych gór, pieszcząc go wzrokiem i moją radością, a w końcu ruszyłem w dół, wszak długa jeszcze droga była przede mną. Tam, gdzie nitka drzew przecina nagą wstęgę Doliny, biegnie droga z niebieskim szlakiem, a na brzegu lasu rośnie lipa, jedna z moich lip w mojej dolinie moich gór. 



 
Czasami myślę o splocie tych wszystkich zdarzeń, które brały udział w moim znalezieniu się tak daleko od domu, a w rezultacie w stworzeniu możliwości wyjazdów w te góry. Tego rodzaju myśli pojawiają się we mnie tylko wtedy, gdy myślę o kimś mi drogim, lub o ważnych dla mnie zdarzeniach mojego życia. Te góry są dla mnie ważne. Gdy czasami myślę o zmianie pracy, a obecna bardzo obciąża moją psychikę, zauważam, że jednym z powodów mojego jej trzymania się jest możliwość wyjazdów w Góry Kaczawskie.
 Powyżej wsi Komarno jest leśny masyw ze szczytem Folwarczna. Na mapie jest tam zaznaczony punkt widokowy którego nie ma, ale nieco niżej skrajem lasu biegnie droga z niebieskim szlakiem – jedno z najładniejszych miejsc widokowych. 





Tam właśnie należałoby postawić rząd gwiazdeczek widokowych; dzisiaj znalazłem przy tej drodze kupkę chrustu, wymościłem sobie siedzisko, usiadłem i gapiłem się przed siebie póki nie zmarzłem. Proszę spojrzeć na mapę: szlak dochodzi do budynków wioski, a tuż poniżej liczby 660, wysokości zaznaczonej tam poziomicy, stoi wyjątkowy dom. Otóż jego właściciel ma z okien najładniejsze widoki w całych znanych mi Górach Kaczawskich, a znam je jako tako i wiem o wielu dobrych miejscach na postawienie domu, jednak żadnemu nie równać z widokami z tamtego miejsca. 


Obok jest jeszcze jedna niezabudowana działka. Pilnie szukam kilkuset tysięcy. Ma ktoś wolne? W zamian oferuję fotel przy przeszklonej ścianie salonu i szklanicę zimnego piwa :-)
W pobliżu Skopca widziałem ludzki ślad na szlaku, a wracając zauważyłem, że przeszło tamtędy kilka osób. Co ich ciągnie na tę górę? Nie wiem. Dzisiaj byłem na szczycie po raz trzeci i nie wiem, kiedy tam wrócę. Wierzchołek jest płaski i zalesiony (w tych górach jest sto takich szczytów), kiedyś był tam tylko wkopany betonowy znak ledwie widoczny między świerkami, dzisiaj zobaczyłem metalowy słup z tabliczką i skrzynką zamkniętą na kluczyk tkwiący w zamku. Otworzyłem, w środku leżą liczne karteluszki zostawione przez turystów i pieczątka na stalowej lince. 

Przybiłem pieczęć do kartki, było to potwierdzenie wejścia na szczyt. Wracając, spotkałem dwoje spacerowiczów; tak ich nazywam, ponieważ szli bez plecaków, a ich samochód stał na końcu szosy, o rzut beretem od przełęczy, kwadrans drogi od Skopca. Szli na szczyt. Dobrze, niech chodzą na Skopca i Okole, ja mam całe góry.

„Koniec szlaku. Świat był małym kręgiem drzew wokół i kawałkiem ledwie widocznej dróżki. Cisza go otulała i mgła. Obok zamarły w bezruchu świerk, srebrzyste badyle, ciemna plama mokrego śniegu, za mną świeże ślady. Podobał mi się ten świat. Był nostalgiczny. Mój.”

Wkleiłem te moje słowa napisane sześć lat temu i… zasłuchałem się w sonatę fortepianową b-moll nr 2 z opusu 35. Przyszło mi do głowy, iż one są podobne. Zarówno te góry, jak i muzyka tej znanej sonaty Szopena, budzą we mnie podobnie nostalgiczne wrażenia.

* * *
Garść statystki na zakończenie (tego opisu, nie mojej przygody z Górami Kaczawskimi):
Przeszedłem dzisiaj 25 do 28 kilometrów w ciągu jedenastu godzin. Na podstawie cząstkowych pomiarów szacuję, iż w przeciętny dzień przechodzę dwadzieścia kilometrów, więc w ciągu minionych sześciu lat przeszedłem moimi górami dwa tysiące kilometrów. To mniej więcej tyle, ile trzeba przejechać samochodem, aby wyjeżdżając z Warszawy dojechać do Neapolu.
Raz pojechałem w góry na cztery dni, parę razy miałem wyjazdy trzydniowe, a kilka razy dwudniowe; po policzeniu okazało się, że w Góry Kaczawskie jechałem 77 razy, a to znaczy, że przejechałem około 25 tysięcy kilometrów; to trasa z Warszawy do Lizbony via Władywostok.
Swoje wędrówki zarejestrowałem na siedem i pół tysiącach zdjęć zajmujących ponad 30 GB, oraz opisałem na czterystu pięćdziesięciu znormalizowanych stronach (1800 znaków).
Nie jestem skrupulantem, to komputer zmusił mnie do porządkowania tekstów i zdjęć przy pomocy cyfr. Dla ładu wśród tysięcy fotek i możliwości znalezienia czegokolwiek w setkach stron opisów, foldery ze zdjęciami oznaczam numerem kolejnym stawianym na początku nazwy i datą na końcu, wtedy komputer nic mi nie miesza i porządkuje foldery tak jak lubi, według cyfr właśnie. Folder z setnej wędrówki ma nazwę „100 Góry Kaczawskie 220117”, a tekst opisany jest datą w takim samym formacie.
Żeby mieć do dyspozycji cały dzień, od świtu do zmierzchu, w dzień wyjazdu wstaję o trzeciej, czasami nieco później, jadę 150 do 170 km, a na szlak wychodzę gdy tylko się rozwidni. Czasami, gdy coś źle policzę, wychodzę gdy już jest widno, ale częściej siedzę w samochodzie przy kawie czekając na koniec nocy. Do Leszna wracam około godziny 20, ale bywa, że sporo później. Żeby nie usypiać za kierownicą, a mam z tym kłopoty, zwłaszcza w czasie powrotów, w sobotnie popołudnie nie piję kawy a piwo i kładę się spać o dwudziestej, albo troszkę później; staram się też mieć coś do gryzienia w czasie jazdy powrotnej; ostatnio nie biorę nic dodatkowego, a dla odgonienia senności powoli gryzę nie zjedzone w ciągu dnia kanapki – efekt mojej odwiecznej walki z kaloriami. Ponieważ nad ranem nie jestem zbyt przytomnym, w sobotnie popołudnie wszystko przygotowuję, łącznie z wyłożeniem ubrań i włożeniem do plecaka czy kieszeni jakichś drobiazgów.
Zajrzałem do opisu pierwszego dnia, jest tam o marszu na drewnianych nogach i o zwaleniu się w fotel samochodu. Te słowa przypomniały mi tamten wieczór: mozolne brnięcie w głębokim śniegu przez pole i ogromną ulgę, gdy usiadłem w samochodzie. Wspominam tamten mój stan dla porównania ze stanem dzisiejszym, po przejściu nieco dłuższej trasy, w podobnych warunkach. Nie szedłem na drewnianych nogach; owszem, zmęczenie czułem, ale umiarkowane. Miarodajnym wskaźnikiem mojego zmęczenia jest stan mięśni na drugi dzień rano; no więc w poniedziałek wstałem bez bólu, mięśnie normalnie mnie niosły, chociaż wieczorem tego dnia nieco je czułem. Fakty te odnotowuję z radością, jako że jestem w wieku, w którym zaczyna się zwracać na nie uwagę, a ich niezmieniony stan sprawia satysfakcję.
W czasie wspólnych wędrówek Janek zrobił mi trochę zdjęć, a wśród nich jest kilka wyjątkowo podobających mi się. Jedno z nich zamieszczam tutaj, ponieważ dobrze obrazuje mnie na szlaku. 


Spójrzcie: jestem sam na sam z drogą i idę skupiony na niej, a droga idzie ze mną. Czy widzicie to?
Mogę uznać, że te czy inne góry poznałem, mogę poczuć, iż tracą one swój urok świeżości, ale drogi są inne, nie do przejścia, nie do nasycenia się nimi. Drogi są jak uśmiech kobiety widziany w szary dzień, są jak marzenia ratujące naszą psychikę.
Są symbolem mojego, ludzkiego, czasu.







 





11 komentarzy:

  1. Gratuluję!!! statystyki wprawiają w podziw, ile kroków, kilometrów, dni, a jeszcze w przeliczeniu na odległości do niektórych miast europejskich ... aż wierzyć się nie chce; dla mnie jednak nie one są ważne, a Twoje odczucia, które tak umiesz opisać, i które zawsze czytam w niemym podziwie; taka widoczność w górach to gratka, ostatnio krążę często między domem a Pogórzem, i już zdawałoby się, że mróz i słońce to doskonali kompani na widoki, a jednak jakiś opar, unoszący się w powietrzu przeszkadza; mróz dalej ma się dobrze, właśnie spojrzałam na termometr, -15 kolejna noc; baśniowa zima na Twoich zdjęciach, a zatem ... życzę wielu następnych wypraw, zdrowych nóg, i przywiezionych wrażeń, które opiszesz; wypiłam już kawę z cynamonowym miodem, popatrzę jeszcze na zdjęcia i zmykam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Mario.
      Pisałaś przed szóstą! Ty chyba jesteś jak moja żona i jak Ania Kruczkowska: one obie nie mogą pospać rano, a zrywają się nocą.
      Minus 15 u was? Wiesz, po latach mieszkania w Wielkopolsce trochę odwykłem od mrozów wschodniej Polski.
      Mario, taka pogoda jaką miałem w niedzielę zdarza się bardzo rzadko, raz czy dwa razy w roku widzę pełne słońce i czysty, skrzący się śnieg w górach. Tak to już mamy, my, Hiperborejczycy, jak mówili o nas Grecy.
      Wczesnym rankiem widziałem, jak zapala się słońce na wschodnim stoku Śnieżki, piękny widok, którego mój aparat nie zauważył. Mario, Ty jesteś częściej na Pogórzu, niż ja w górach, więc nie jedne dalekie widoki i diamenciki rozsypane na śniegu zobaczysz.
      Piszę o nietypowej godzinie, bo wczoraj dopadło mnie przeziębienie, leżę zasmarkany i obolały, a miałem jutro jechać do wnuczki.

      Usuń
    2. Chyba i Ciebie dopadła grypa, trzeba jednak wyleżeć choróbsko; szybkiego powrotu do zdrowia życzę.

      Usuń
    3. Dopadła, Mario. Wczoraj przyjechałem do domu, namówiony przez żonę. Trochę mi lepiej, ale choróbsko trzyma już szósty dzień.

      Usuń
  2. Jubileusz ma w sobie jakiś niepowtarzalny urok. On sam w sobie jest uroczysty.
    Gdy w Legnicy, w tym dniu, po porannej mgle wyjrzało słońce, powiedziałem do siebie:
    - Dzisiaj Krzysztof ma piękne warunki do wędrowania.
    Może to była nagroda, za wszystkie chmurne i mgliste dni?
    Gdy zadzwoniłeś do mnie, w Twoim głosie była ogromna radość, gdy dzieliłeś się swoimi wrażeniami z tego dnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krzysztof, po stokroć, to był piękny dzień. Wszystko iskrzyło. A diamenciki, o których piszesz, uwieczniłeś również na swoich zdjęciach (najwięcej jest ich na obrazku 6).
      Krzysztof, cieszę się niezmiernie z tego, ze spodobało ci się to zdjęcie.
      Są takie chwile, że odruchowo naciskam spust migawki.
      To trwa ułamki sekund. Pamiętam dobrze ten moment, gdy fotografowałem ową drogę i ona była pusta. A gdy Ty mnie mijałeś, w wizjerze zobaczyłem właśnie ten obraz i...
      dokonało się.

      Usuń
    2. Dziękuję, Janku.
      Mnie też się wydaje, że o zrobieniu dobrego zdjęcia mogą decydować sekundy, że niekoniecznie świadomy wybór każę nacisnąć przycisk, a jakieś przeczucie, nie zawsze uświadomione. Tak to sobie wyobrażam, ponieważ piszę tutaj o umiejętności, którą mam w bardzo umiarkowanym stopniu.
      Troszkę za długa była trasa, Janku. Nie zawsze robiłem postój tam, gdzie chciałem. Teraz inaczej planuję dzień: raczej jako kręcenie się wokół wybranych miejsc, ale jak wiesz, trasa miała być powtórzeniem tej pierwszej.

      Usuń
    3. Krzysztof, zdjęcie Dziewicza droga robi wrażenie. Wydaje mi się że mogę ocenić grubość pokrywy śnieżnej.
      A na ostatnim zdjęciu widzę Twoje ślady.

      Podoba mi się pomysł z wpisową skrzynką. Jeżeli nikt jej nie zdemoluje, to będzie wspaniała pamiątka. Może to jest jakiś zaczątek likwidacji głupich napisów wyrytych na korach drzew, rosnących, na swoje nieszczęście na różnych szczytach.
      Oby.

      Usuń
    4. Zbocze nietknięte ludzką stopą :) Śniegu było 30, miejscami 40 cm, pod górę szło mi się bardzo ciężko, ale okolica ładna. To zbocze Ziemskiego Kopczyka, na szczycie tego zbocza jest siodło z którego widok jest na obie strony, a co ciekawe, samochód można zostawić na końcu szosy, jakieś 20, może 25 minut od tamtego miejsca.
      Z takim wyposażeniem na szczytach gór jest pewna prawidłowość: otóż im trudniej tam się dostać, tym dłuższe życie mają takie skrzyneczki – i vice versa. A do tej skrzynki dojść łatwo, w 20 minut od wspomnianego końca szosy, bez wspinaczki, wygodną drogą. Czyli... Obym się mylił.
      Janku, nie pamiętam, czy mówiłem Ci, że wydawnictwo w końcu opublikowało Twój tekst o mojej książce. Dziękuję Ci bardzo.

      Usuń
  3. Wywołana do tablicy w komentarzach- jestem. Do czytania zabierałam się kilkakrotnie, ale ciągle ktoś mi przerywał. Teraz, po obiedzie mogłam spokojnie doczytać do końca.
    Korona Gór Polskich... tez o niej marzyłam, wędrując najpierw po Beskidach, potem po Sudetach. Skopiec wydawał mi się mało atrakcyjny, a potem już nie widziałam potrzeby wchodzenia tam, gdzie najwyżej, wiedząc, że są miejsca ciekawsze i ładniejsze. Zazdroszczę Ci tej pięknej pogody na szlaku. Na Wybrzeżu było ostatnimi czasy bardzo ponuro, a teraz, gdy wreszcie wyjrzało słońce, nie jestem zdrowa na tyle, by wyjść na rower. Śniegowe diamenciki są tym, co w zimowej scenerii uwielbiam. Obawiam się jednak, że nim rozpoczniemy ferie, to śnieg zdąży się stopić...( u nas dziś +10)
    Wiesz, jest jakaś magia w tym, że góry razem z Tobą świętowały, pokazując to, co mają najpiękniejszego...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anno, więc w sprawie korony doszliśmy do jednakowych wniosków. Mnie przeszkadzało chodzenie po górach nie dla nich samych, a dla zdobycia odznaki. Nie przekreślam zdobycia jej w przyszłości, ale raczej sam ją sobie przyznam gdy uznam, że zasłużyłem.
      Nie pomyślałem o związku między pogodą a setnym moim wyjazdem w te góry, a gdy już napisałaś o nim, uznałem, że dopatrywanie się go jest miłe – jakbym dostał prezent od gór na moją jubileuszową trasę.
      Może Twoja Góra nie zostawi Cię bez śladu ładnej zimy?

      Usuń