Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

wtorek, 31 marca 2015

Historia mojej mirabelki


Kwiecień.
Przez tak długie miesiące zimowe widziałem przez to okno brzydkie światła lamp oświetlających plac składowy firmy na sąsiedniej posesji; punktowe, jaskrawe światło wydobywało z mroku fragmenty stalowych konstrukcji, a czerń wokół wydawała się jeszcze czarniejsza. 
W dzisiejszą bezksiężycową noc kwietniową wynurza się do mnie z ciemności okna; jej najdalsze gałęzie są ledwie majaczeniem, domysłem białych kropelek jej pąków, bliższe są współgraniem szarości z młodą zielenią wykluwających się liści i jasną, nawet nocą, bielą pączkujących kwiatów; gałąź przytulona do szyby zwraca w moją stronę białe pąki, niczym oczy istoty tęskniącej do światła, zapatrzonej w jasność okna wśród ciemności nocy.
W zapłakany dzień ona i deszcz potrafi wykorzystać do wystrojenia się. Cała jest już w delikatnej zieleni, w pączkującej bieli kwiatów, w pełnej krasie swej wiosennej urody, a dzisiaj dodała jeszcze błyszczące diamenciki wody do bieli i zieleni swego stroju. Pierwsze rozwinięte kwiaty zobaczyłem na gałęzi przytulonej do szyby; powróciło do mnie wrażenie z poprzedniego roku - o pokazywaniu mi swoich kwiatów w geście chwalenia się.
Chwalę cię, mirabelko. Jesteś piękna.
W słoneczny ranek cienie ją wyprzedzają: ona sama jest tą pierwszą, drugą mirabelkę mam na szybie, a trzecią na ścianie pokoju. Zieleń jej liści jest błyszcząca, jasna, prześwietlona słońcem, rześka, obmyta w chłodnej rosie ranka, a w południe, gdy stoi w pełnym, niewidocznym z okna pokoju, słońcu, barwa liści jest inna, traci swoją świetlistość na rzecz płatków kwiatów, które teraz lśnią nieskalaną bielą o delikatnym odcieniu masy perłowej.

W trzy tygodnie później gwałtowna burza wiosenna pozbawiła moją mirabelkę ostatnich kwiatów. Gdy po pracy wszedłem do pokoju i spojrzałem na nią, zobaczyłem jej niepewność, bała się mojej reakcji. Cóż miałem jej powiedzieć? Że z białym welonem kwiatów była ładniejsza? Przecież nie mogłem. Zrobiłem więc to, co jako jedyne powinienem zrobić: uśmiechnąłem się i zapewniłem o pięknym wyglądzie, bo i po prawdzie, to teraz, po deszczu, w świeżej zieleni swoich liści, prezentowała się ładnie, brak kwiatów naprawdę niewiele zaszkodził jej urodzie.

Grudzień.
Dwa tygodnie temu mirabelka wytargana silnym wiatrem straciła swoje ostatnie liście i drżąc mocno stukała gałązkami w szybę mojego okna prosząc o wpuszczenie jej. Później przyszedł mróz, a ona znieruchomiała, zamarła w bezruchu, nie mając sił nawet na stukanie w szybę. Parę dni temu spadł śnieg i przykrył każdą jej gałązkę grubą pierzynką białego puchu chroniącego przed mrozem, a wtedy w niewielkich ruchach jakby rozluźnionych gałęzi dostrzegłem jej zadowolenie – już nie marzła tak bardzo.

Kwiecień po raz drugi.
Jem kolację siedząc na ławce ustawionej pod mirabelką, przy stojącym obok wozie kuchennym zaparkowanym na poboczu szosy pod Ostrowem. Żuję chleb, jest jakiś gliniasty, bez smaku. Patrzę w górę: nad głową mam zieloną gałąź, liście prześwietlone są słońcem, a między nimi widzę błękitne niebo. Doczekałem wiosny, to drzewo też, ale moja mirabelka nie doczekała...
Minęło już dwa lata od tamtej chwili z jesieni, gdy wróciwszy do bazy z karuzelowego sezonu nie zobaczyłem mirabelki w oknie swojego zimowego pokoju. Było przeraźliwie puste i paskudne, patrzyło na świat jakby ślepym i pustym wzrokiem. Nie było mojego drzewka, wiernego towarzysza jesiennych i zimowych dni.
Wczesną wiosną moja mirabelka pochylała do okna swoje ukwiecone gałązki, niewątpliwie w geście chwalenia się. Chwaliłem ją. Cudnie wyglądała w słońcu, w cieniu, pod chmurnym niebem i wieczorem, gdy wyłaniała się ku mnie z ciemności bielą swoich kwiatów. Nawet w deszczu, gdy zmoknięta i szarpana porywami wiatru stukała w okno. Gdy wracałem jesienią, ona, w ubogiej szacie jesiennej, jakby nie była pewna mojej reakcji; rozczulała mnie tymi swoimi obawami, bo przecież i wtedy nie brakowało jej uroku. Nawet w środku zimy patrzyłem na nią z upodobaniem. Roztrzepane wróble często siadały na jej gałęziach kołysząc nimi…
Pytałem o powód wycięcia tego drzewka, niewielkiego przecież i rosnącego w nieużywanym kącie posesji, pod samym płotem. Bo liście trzeba grabić, usłyszałem. Pamiętam, że poczułem wtedy silną złość i nie mniejszy żal. Żal został mi do dzisiaj. Od tamtego dnia wchodząc do pokoju staram się nie patrzeć w okno; siedząc w fotelu mam je, na szczęście, za plecami.

O niej


Właściwie to ją lubię. Nigdy nie podniosła głosu na mnie, nigdy nie okazała zniecierpliwienia, zawsze anielsko spokojna tłumaczy mi i przypomina. Nawet gdy jej nie słucham, nie obraża się, nie krzyczy na mnie, tylko tłumaczy jak ta przedszkolanka małemu dziecku, dostosowując swoje nauki do mojego zachowania, a ja, niewdzięcznik, jakże często okazuję jej zniecierpliwienie, albo wprost każę jej zamilknąć, gdy gada nie po mojej myśli. Niestety, tak: ona czasami budzi moją niecierpliwość. Ma przyjemny głos, co jest zupełnie naturalne u młodej kobiety, ale brakuje mi w nim emocji. Ona tak mówi, jak znudzona pani profesor po raz tysięczny tłumacząca sinusy i cosinusy kolejnemu rocznikowi uczniów. Z dzieciństwa pamiętam taki właśnie znudzony głos spikerki na stacji kolejowej, jednym tonem i bez przerwy ogłaszającej odjazd pociągu do Koluszek i informującej rolników o stonce – ich wrogu. Ona mówi tak samo, a ja chciałbym, żeby czasem tupnęła nogą na mnie. Bywa, że mam chęć krzyknąć na nią, sprowokować ją do podniesienia głosu, do odmiany tej jej nudnej belferskości, ale czasem odwrotnie, mówię jej miłe słowa, najczęściej podziękowania za wskazówki, ale zawsze odpowiedzią jest milczenie. 

Chyba nie słyszy mnie ta pani z pudełeczka GPSu...

O jej odejściu


Muszę w końcu przestać udawać, że jest dobrze i pogodzić się z faktami: ona już nie ma dla mnie swojego słonecznego ciepła. Niedawno miniony czas prowadzenia ze mną swoich kobiecych gierek dąsania się na przemian z czarowaniem mnie wspominam jak raj utracony, chociaż wtedy nie zawsze takim mi się wydawał. Teraz... teraz ma dla mnie już tylko chłód, a na dokładkę łzy. W czym zawiniłem? Co mogę zrobić? Dlaczego facet jest tak bezradny wobec kobiecych łez? To niesprawiedliwe.
Nie wiem co robić patrząc na jej dąsy, bo skąd mam wiedzieć, o co jej chodzi? Przecież zawsze składałem swoje szczere i liczne hołdy u jej stóp! Ileż to razy patrząc w te jej przepaściste, błękitne oczy, szeptałem słowa mojego podziwu, a widząc wtedy jej uroczy uśmiech wydawało mi się, że moje słowa sprawiają jej radość. Wydawało mi się... Teraz myślę, że nie radość to była, a nienasycona duma oczekująca więcej i więcej.
Jej uśmiechy... O, naiwności! Jak mogłem uważać, że są dla mnie? Jeśli uśmiechała się, to tylko do swoich myśli, w których wyobrażała sobie swój zwycięski pochód przez świat. Byłem dla niej tylko jednym z wielu jej wielbicieli, a swój uśmiech miała dla nich wszystkich...
Nie słucha mnie wcale, tylko prycha i rzuca się, a we mnie coś się zmienia: zaczynam mieć dość fochów tej rozkapryszonej smarkuli, której najwyraźniej własna uroda zwyczajnie przewróciła w głowie. Zresztą, jaka z niej smarkula? Ona jest pewnie starsza od Kronosa, tylko tak wygląda.
Odejdę! Niech się sama chmurzy i burzy.
Odejść... Jak to zrobić? Czy to w ogóle możliwe?
Wspominam te cudne dni z nią, gdy otwierałem oczy i widziałem ją radosną, ciepłą, piękną. Całe dnie była ze mną, gdziekolwiek byłem i cokolwiek robiłem. Czułem jej rozkoszny zapach, podziwiałem jej piękno, którego nie żałowała mi; to przecież dzięki niej świat miał dla mnie tyle uroku...
Odejść? Co też przyszło mi do głowy? Mnie pisana jest rola tego oczekującego, wasala podległego swojej pani.

Wiosno, wróć, proszę.

sobota, 28 marca 2015

Moja fascynacja twórczością Gołubiewa

O „Bolesławie Chrobrym” Gołubiewa słów parę.

Gdy poznałem Pazura, jednego z bohaterów powieści, pomyślałem, że jest jedną z tych nijakich, drugoplanowych postaci – ot, zwykły, szary, mało wyraźny człowiek. Później stał się ciekawą, pełną i złożoną osobą – jak wielu innych bohaterów tej wielkiej i wspaniałej powieści.
Przed cytatem zamieszczonym niżej słowo wprowadzenia: w młodości Pazur brał udział w wojnie domowej, by użyć współczesnego określenia częstych wtedy walk między książętami, a w czasie tych walk po równo napadano zarówno na zbrojnych, jak i na wieśniaków. Szukając swojego oddziału, Pazur trafił na pogorzelisko i trupy, a jedyną ocalałą osobą była zmaltretowana, zgwałcona dziewczyna. Patrząc na nią, doznał przemiany.
Ten fragment kojarzy się mi z pamiętnym, wyjątkowym fragmentem z ostatnich stron „W stronę Swanna” Prousta, chyba przez podobną zmianę perspektywy, wyjście poza siebie narratorów, ale podczas gdy tam bohater powieści niknie, zastąpiony autorem mówiącym „ja”, tutaj bezosobowy zwykle narrator staje się obserwatorem Ziemi i ludzkości – wiecznym, ale nie bezstronnym, bo emocjonalnie zaangażowanym; staje się uosobieniem ludzkich marzeń o ziemskim raju  – tym, do którego ciągle dążymy w mozole wielkim – wolno, z okresowymi cofnięciami się, ale w dobrą stronę, bo cel jest, wierzę w to, coraz bliżej.


„Ziemio miła… Okryta płaszczem chmur, szumiąca zielenią lasów, ziemio moja, zadumana i cicha. Trzcina szeleści pod wiatrem i woda pluska o piaszczysty brzeg. Wejść w leszczynowy gąszcz, włochaty liść pogładzi po policzku i gronko niedojrzałych orzechów lekko uderzy po skroni. A od skoszonych łąk odurzająca woń i rzeka rozrzuconymi sierpami srebrzy się w skrętach śród olszyn. Jakżeś piękna, zadumana i cicha…
Czas był letni, wesoły, sosny ociekały żywicą. W oczach blask roziskrzonego pola. A jednocześnie żal – niepojęty żal za wszystkim, co niecofnięte i złamane; jakby i o to, że rzucony w głąb stawu kamień nie wypłynie na powierzchnię i że przebity strzałą ptak nie uleci nad pola i lasy; żal bezpłodny i próżny, a rosnący coraz mocniej, nie do przezwyciężenia. Od wieków patrzę w twe oczy – srebrzysty błękit urzekł mię i dźwięczy we mnie niby pieśń spływających wód. I buntuję się: bo wcale nie musi tak być – i ty możesz dojrzeć roziskrzony blask, lecieć radośnie i ufnie. Ptakiem jesteś.
Od wieków patrzę w twe oczy – i widzę w nich odblask pożogi. Widzę przerażenie i wstręt, strugi krwi i blask spadającego żelaza. Nauczyłaś mnie miłości i buntu, gdy spotkałem cię niespodzianie w sierpniowy ciepły dzień – i nigdy nie pogodzę się z przerażeniem w twych oczach.
Dzikie jest moje serce, ale najdziksze nawet – jest ludzkim sercem: może drgnąć miłością i buntem, nie godzić się na krzywdę i łzy. Zrobiłaś, że dojrzałem blask lasów i chmur, ciężkiej piosenki trzmiela nad kwiatem ostromlecza i srebrnych sierpów na łąkach. I dlatego tylko pragnę: byś mogła lecieć jak ptak.
Żeby mniej było krzywdy i łez, a jęk nie płynął chmurą nad dymami zrujnowanych miast. Żeby nie ogarniała cię trwoga na widok człowieka i żeby słowo brat nie było naigrywającą się drwiną. By wolno nam było iść miedzą i źdźbło brudu nie mąciło nam wzroku.
Ziemio miła, dla ciebie chcę żyć. Okryta płaszczem chmur, zadumana i cicha. Gdybym mógł chociaż jednym oczom ukazać, że człowiek jest więcej niż ptakiem. Gdybym mógł wziąć chociaż za rękę, pokazać na iskrzący się kraj i powiedzieć ci jedno słowo wyzwolenia:
-Idź…
I dlatego patrzę w oczy dziewki na skraju lasu i na dzikiego woja przed nią: z nadzieją, że niekoniecznie musi być tak. Najdziksze nawet serce jest jednak ludzkim sercem – i każde może usłyszeć piosnkę lecącego trzmiela.
Ziemio miła…

Powiódł oczami po roziskrzonej ścierni, jakby chciał je obmyć tym blaskiem. Wciąż przesączał się w nim gryzący żal o dolę tej obcej dziewki, rosnący coraz mocniej, nie do przezwyciężenia. Po prawdzie głupi to był żal, niemęski, niewojacki. Lecz zrodził się nie wiadomo skąd – i wciąż wzrastał. Już Pazur nie próbował jej objąć ni przytulić do siebie – nic już nie miało znaczenia. Podniósł się – ciężko, jak stary – i powiedział nie bardzo wiedząc, co zrobił:
-Chodź!”

Strony 153-155.

Są tutaj też słowa przywołujące pamięć hymnu „Święty Boże” Kasprowicza, utworu kiedyś znanego mi niemal na pamięć – a jest to przejmująca skarga człowieka bolejącego nad ludzkim życiem pełnym udręki – ale narrator u Kasprowicza nie ma nadziei, jest zrozpaczony, Boga i Szatana wyzywa, podczas gdy Gołubiew wierzy w dobroć człowieka i w dobroczynny na niego wpływ piękna ziemi. Słowa pierwszego są przejmujące, drugiego ujmujące.
Dziwne są nasze skojarzenia…

„Jesień nadciągała z wolna chłodem, wilgocią, ostrym zapachem upadłego listowia. Ptaki już odleciały. Rankiem na rudniejących trawach zimno srebrzyła się rosa. Chmury wisiały nisko, przytłaczały ciężkimi, ledwo przesuwającymi się zwałami ponurej szarzyzny, zda się – wraz opadną na ziemię, zgniotą dech w piersi. Nocami las podsuwał się pod samą chatę ciemnością i lękiem. Życie zamierało. (…)
Cichymi mgłami, zapachem butwienia i chłodu, coraz dłuższym trzaskaniem ognia w czasie wlokących się niby nić smolna wieczorów – nadciągała jesień. Natężysz ucho: zda się, słychać jej szeleszczące w liściach kroki za sennymi ścianami.” Strona 183.

Co jest wyjątkowego w tym cytacie? Nic, jest przykładem. To ładny, obrazowy i poetycki opis przyrody, jeden z wielu, jeden z bardzo licznych opisów w całym cyklu powieściowym; wyjątkowość tych opisów nie tylko w urodzie, ale i w ich spokoju, w zgodzie na naturalne przemiany pór roku; nie ma w nich marudzenia, krzywienia się na jesień, na zimę, albo pienia zachwytów nad majem - jak to bywa u mnie. Czytając te fragmenty, znajduje się przedziwny, rzadko uświadamiany urok nie tylko pięknych dni wiosny czy lata, ale w całego roku, każdej jego pory.
Parę dni temu doświadczyłem czegoś podobnego na sobie, gdy o zmierzchu wyszedłem z warsztatu. Było mglisto, mżył drobny deszcz, świat miał odcień szarego granatu, tylko pod lampami jarzyły się stożki światła podkreślające swą jasnością szarość zmierzchu, a mnie… mnie spodobał się ten wieczór. Zapragnąłem znaleźć się w górach, zobaczyć przed sobą ledwie majaczącą drogę, poczuć jedność z przyrodą i zależność od niej, ale najważniejszy był właśnie ten brak buntu we mnie.

„Piwo…
Jesienią baby rzucają rozpalone kamienie do cebrów, woda bulgoczy, bucha kłębami pary. Pogniecione przerośnięte ziarno jest słodkie, mdłe. Później brunatna ciecz chodzi w cebrze jak żywa, gęstą rzęsą narasta kożuch piany. Cała izba pełna ciężkiego zapachu. Piwo… - wyrosło to piwo wąsatym jęczmieniem, szorstkim wijącym się chmielem. A potem szumi w głowie, budzi wesele. Miło jest siąść po wieczerzy z kubkiem piwa na ławie, oczy przymknąć, nogi wyciągnąć, zatopić się w ciszy – i nie spać; żyć radosną ukojną czujnością, że oto słońce się chyli i wieczór nadchodzi, gwar wszelkiej krzątaniny osiada jak mgła nad jeziorem, ptaki lecą do gniazd i zorza powoli zagasa – a nynie jedno jest ważne: unieść kubek do ust i poczuć cierpki swojski smak na podniebieniu, lekki poszum w głowie; i błogość, i ukołysanie. Piwo… - czyliż złem jest to piwo, dane człowiekowi ku ukojeniu, ku zgodzie z życiem, ku radości?” Strona 239.
Nie, nie jest złem:)

Wszystkie cytaty pochodzą z drugiego tomu „Rozdroży” Antoniego Gołubiewa.

O życiowej mądrości. Smaki dzieciństwa


Oderwałem się od książki i podszedłem do stolika kuchennego przygotować herbatę, a wtedy, zapewne pod wpływem lektury powieści Gołubiewa, nagle, niczym objawienie, wróciła do mnie w całej swojej  krasie pamięć dzieciństwa spędzonego na wsi, u babki, w letni czas. Stałem przy stoliku, patrzyłem na niego, ale jakbym go nie widział, byłem tutaj, a jakby mnie nie było. Przez chwilę byłem na wsi.

Dzień zaczynał się dotykiem budzącej mnie babki i w chwilę później smakiem zacierki, zupy gotowanej przez nią na śniadanie, wiejskiej, prostej zupy z mleka, wody, ziemniaków i klusek robionych w wyjątkowy sposób: babka trzymała nad wysokim, żeliwnym saganem przechyloną miskę z półpłynną masą, i szybkimi ruchami łyżki odrywała małe kąski ciasta, a te spadały do bulgoczącego zupy. Nigdy później już nie jadłem takiej zupy, i nigdy nie zapomnę jej smaku. Czasami czekał na mnie kubek mleka przykryty wielką pajdą chleba – proste jedzenie, któremu teraz nie dorównują żadne musle ni danonki. Albo chleb ze smalcem!: babka opierała o pierś wielki, okrągły bochen, i jednym ruchem noża, przesuwając go do siebie, odcinała długą i grubą kromkę, dając mi ją – niezapomniany gest i niespotykany już sposób - przyciśniętą kciukiem do noża. Perfekcja jej ruchów fascynowała mnie, zazdrościłem jej umiejętności idealnie równego krojenia, co mnie nie udawało się nigdy. Z chlebem w ręku schodziłem do piwnicy i smarowałem go smalcem nabieranym z wielkiego kamionkowego gara (kopałem studnie w białej płaszczyźnie smalcu chcąc dobrać się do skwarków ukrytych niżej, a później babka burczała na mnie). Z pajdą szedłem do warzywniaka za domem, zrywałem garść szczypioru i tak z dwoma zajętymi rękoma biegłem gdzieś za swoimi pilnymi i ważnymi sprawami, na przemian gryząc chleb i szczypior.
Smaki dzieciństwa…
Tamte żniwne dni były gorące, a ja miałem na sobie flanelową koszulę dla ochrony rąk i piersi przed ostrymi wąsami żytnich kłosów drażniących skórę od czerwoności; ciało miałem spocone, swędzące, zakurzone polnym pyłem. Powietrze pachniało rozgrzaną słomą, kurzem wyschniętego lessu, ziołami rosnącymi na miedzy i zielonym zapachem starego sadu owocowego – zapachami nieistniejącej już wsi i dawno minionych żniw, jedynym takim zapachem. Na brzegu pola, w cieniu starej wiśni, stała beczka z wodą do picia; pamiętam chłodny i rozkoszny smak tej wody nabieranej wielką chochlą zawieszaną na brzegu beczki, pamiętam orzeźwienie wlewające się we mnie i swoje nienasycenie smakiem tego eliksiru.
Dźwięki: ostry, głośny, szybki, równomiernie powtarzający się dźwięk kosy tnącej łodygi żyta i zgarniającej je na wysoką ścianę stojącego jeszcze zboża; chrzęsty i szmery podbieranego żyta, układanego na sznurze skręconym z łodyg, wiązanego w snopy i dziesiątkami ustawianymi w kopy, chrzęst rżyska po którym trzeba było iść coraz dalej, by dojść do wiśni osłaniającej beczkę w wodą. W krótkich chwilach odpoczynku słuchać było inne dźwięki: delikatny szum kłosów czesanych wiatrem i śpiew skowronka. Pamiętam, że rzadko kiedy udawało mi się znaleźć na niebie tę nieruchomą, trzepoczącą skrzydełkami, ciemną drobinkę na tle błękitnego ogromu – jakby ona tylko dźwiękiem była. Czasami przerwa była rytuałem ostrzenia kosy: wujek wbijał zaostrzony koniec drewnianego styliska w ziemię i trzymając kosę pod pachą tym jedynym, nie do powtórzenia uchwytem, wyciągał z kieszeni spodni osełkę i wyćwiczonymi, zapomnianymi już przez żniwiarzy ruchami, ostrzył kosę. Słyszę jeszcze ten ostry, metaliczny zgrzyt stali tartej kamieniem…
Znojne dni wypełnione pracą, ale przecież piękne, i nie tylko we wspomnieniach – one i wtedy takie były, ale dopiero teraz wiem o tym, wtedy nie zastanawiałem się nad ich urokiem, nie miałem świadomości przeżywania czasu wyjątkowego; po prostu ochoczo przyjmowałem każdy dzień, nie zastanawiając się nad źródłem swojej radości, nawet nie mając świadomości jej posiadania, jako że radość była stanem naturalnym.
Dla dziecka dzień jest zamkniętą całością, jest jedynym dniem, nie ma wczoraj i jutro, jest chwila pełna dziwów, tajemnic i poznawania, chwila rozciągnięta od rana do wieczora, a każda jej cząstka jest cenna zachłannością naturalnego, nienazwanego, pierwotnego przeżywania.
Może właśnie dlatego? Może właśnie wtedy życie jest najpiękniejsze, gdy jest najprostsze i najprościej przeżywane?
Mówią, że starość jest mądra, ale gdy wspominam dzieciństwo, jak dzisiaj wspominałem te gorące, pracowite i piękne dni żniw na podlubelskiej wsi lat sześćdziesiątych, myślę, że wtórna to mądrość, bo wracająca do mądrości tamtego dziecka cieszącego się dniem, zachłystującego się światem i życiem, że oto ów nawrót czasu pozwalający mi ponownie przeżywać tamte dni, unosi ze sobą cały, tak gruby i niepotrzebny, nalot tych dziesiątków lat i wszystkiego, co ze sobą niosły i co ciągle odsuwało mnie od pierwotnej, instynktownej mądrości tamtego dzieciaka biegającego miedzami – szczęśliwego i intensywnie przeżywającego.
Nie wiem, gdzie zapodziałem mądrości chłopca, którym byłem wtedy; gdzieś je roztrwoniłem w swoich gonitwach za mirażami, i dopiero teraz, widząc ich daremność, usiłuję mozolnie, bezradnie właściwie, odnaleźć to zatracone bogactwo dzieciństwa i wczesnej młodości.
Stojąc tak przy stoliku zastawionym kuchennymi rupieciami zasłanianymi wizjami przeszłości, doszły do mnie dźwięki preludium i fugi C-dur Bacha, przecudne dźwięki fortepianu śpiewającego pieśń bez słów. Wróciłem z krainy dzieciństwa i ponownie, jak przed laty, gdy dźwięki te oczarowały mnie po raz pierwszy, odczułem całe ich piękno, teraz dodatkowo splecione z ciepłymi wspomnieniami tamtego dawnego czasu, nie znającego przecież, nawet nie przeczuwającego istnienia tych dźwięków. Później przyszła do mnie inna myśl: że warto było przeżyć to wszystko, co za mną, bo dzięki temu jestem gdzie jestem i słucham tej muzyki.
Więc jak to jest? Gdzie mądrość?

Słownik współczesnej polszczyzny, fragment


Słownik.
-Suplement.
Czyli dodatek, uzupełnienie. Kiedyś używane właściwie tylko przez drukarzy w odniesieniu do uzupełniających tomów czy rozdziałów, na przykład encyklopedii, teraz jest w powszechnym użyciu, ale w jednej tylko dziedzinie: suplementem nazywane są preparaty odżywcze, te różne płyny i tabletki nadziane witaminami i żelazami. Nie sprzeciwiam się temu zwyczajowi, słowo używane jest prawidłowo, razi mnie tylko ta nagła moda, podatność wszystkich na nią, bo przecież jeszcze rok czy dwa lata temu nikt nie nazywał tranu suplementem, teraz wszyscy. Razi tym bardziej, że nazwa używana jest wybiórczo: nikt nie nazywa pieprzu suplementem, a jest nim dokładnie tak samo jak tamte, bo jedyna różnica (tutaj bogactwo smaku i aromatu, tam witamin i związków mineralnych) nie dotyka znaczenia słowa.
Kilka lat temu nasi, za przeproszeniem, politycy, nagle zapałali miłością do słowa konsensus, używając go nagminnie, tym częściej, im mniej porozumienia i zgody było między nimi; a później, równie nagle, słowa zapomnieli. Dlaczego? Możliwe wyjaśnienie znalazłem w wikipedii, a to poprzez skojarzenie z dawkinsowskim pojęciem memu, pasującym tutaj jak ulał. Definicja została sformułowana przez Glena Granta, oto ona: „Zaraźliwy wzorzec informacji powielany przez pasożytniczo zainfekowane ludzkie umysły i modyfikujący ich zachowanie, powodujący, że rozprzestrzeniają oni ten wzorzec. (…)”
Wyleczyli się z infekcji?
-Wskazane Dzienne Spożycie. GDA. Guideline daily amount.
To takie dziwadło wymyślone przez nie wiadomo kogo. To coś ma na celu zagłodzenie nas szybko i skutecznie, zmuszając do jedzenia otrębów i innego błonnika.
-Kalorie.
Coś, czego nikt nie widział, ale czego wszyscy mają za dużo, nawet jeśli bardzo się starają mieć tego mało. Kalorie mogą być zdefiniowane jako odwrotność pieniędzy, ponieważ o ile tych jest wiecznie za dużo, tamtych jest ciągle za mało, a podobną definicją posłużyli się Amerykanie, identyfikując nadmiar kalorii jako cechę biedy, a więc małej ilości pieniędzy. Postawienie znaczeń na głowie, bo wszak nasz język jeszcze pamięta wyrażenie „dobrze wyglądasz”, z czasów gdy otyłość była oznaką dobrobytu, chociaż teraz wyrażenie to jest już raczej uszczypliwością.

-Roboty drogowe.
Tak nazywane jest miejsce, gdzie przez szereg miesięcy smętnie szwendają się faceci ubrani w żółte koszulki odblaskowe. Gdy w końcu znikną, zostają po nich: czasami nieco równiejsza nawierzchnia drogi, często wysepki na środku jezdni bardzo przeszkadzające w jeździe i niepotrzebne im już znaki ograniczające szybkość. Ponieważ gdzieś tam w pobliżu zawsze znajdzie się jakiś krzak, zaraz pojawiają się smerfy z suszarkami. Siedzą ukryci za tym krzakiem, od czasu do czasu wypadając na jezdnię tak szybko, jakby gonili złoczyńcę, a wtedy kierowca musi ze swojej kieszeni podratować budżet państwa. Gdy już wszyscy kierowcy wiedzą o tej ich kryjówce, smerfy znajdują inną, a faceci w żółci zabierają znaki. Na tym kończą się roboty drogowe.
- Idiota.
Kiedyś to słowo oznaczało osobę o zaniżonej inteligencji, obecnie nazywa się tak osoby mało cwane lub z gruntu uczciwe, tym samym stawiając znak równości między inteligencją a cwaniactwem. Znamienne przestawienie znaczeń.
- Gwintex. Śrubex. Żelazex.
To przykładowe nazwy sklepów sprzedających śrubki i gwoździe, a więc dawniej nazywanych sklepami żelaznymi. Bez x na końcu. Dwie ciekawostki z „x”: wyciorex – to swojski kominiarz, oraz gnatex, czyli po polsku sklep mięsny.
-Bynajmniej.
Słowo modne ostatnio i przeżywające metamorfozę swojego znaczenia. Ściślej: zamiany znaczenia ze słowem przynajmniej. Gdy obserwuję ludzi używających tego słowa w znaczeniu „przynajmniej”, odnoszę wrażenie, iż słowo to wydaje się tym ludziom bardziej eleganckie, a oni sami sobie bardziej obyci z ojczystym językiem. Przy okazji drobna porada: jak szybko i skutecznie zniechęcić do siebie rozmówcę?
To proste, wystarczy zwrócić mu uwagę na ten błąd.
-Odkrycie.
Kiedyś odkryć można było Amerykę, talent w sprincie na 100 metrów, lub nowe zjawisko fizyczne – teraz wszystko: nowy smak chipsów, bar z paskudnym, śmieciowym, jedzeniem zwany restauracją Mc Donald’s, kolejny napój o egzotycznie brzmiącej nazwie, a nawet orzeźwienie, o czym dowiedziałem się z informacji wydrukowanej na etykiecie butelki wody do picia…
-sms.
Kiedyś, w zamierzchłych czasach prapoczątków telefonów bez kabelków, była to krótka wiadomość tekstowa od kogoś nam znajomego, teraz główną rolą smsów jest nachalne naciąganie nas na wydatek w kolejnej szemranej loterii organizowanej przez anonimowych cwaniaków.
-Promocja.
Dawniej nazywano tak działania mające na celu zapoznanie klientów z marką bądź produktem, obecnie wyraz ten znaczy tyle co przecena, czasami oszukana przecena. Mechanizm jest prosty: handlarz… przepraszam: handlowiec chce sprzedać produkt za 100 złotych, więc wypisuje na etykiecie 200, przekreśla kwotę, i pisze obok 120 oraz słowo „promocja”. I co? Ano, skutkuje!
-w.
Czy można przekręcić znaczenie najprostszego, bo jednoliterowego słowa? Można, a pokazali to miłośnicy motoryzacji. Samochód może być w garażu, w rzece, ostatecznie w naprawie, a nawet ktoś może mieć samochód w d… Owszem, ale to nie wszystko. Otóż okazuje się, że samochód można mieć jeszcze w metaliku, w skórze, w diesel’u , można też mieć go w benzynie. Jakim sposobem? Nie wiem. Nie wiedzą tego też ludzie mający samochód w metalicznie skórzanej diesel’owskiej benzynie, ale wiedzą, że można, bo oni tak mają.
I już.
-Ufiskalizowana kasa. Alufelga. Szyberdach.
Któregoś dnia sprzedając bilety w kasie, zauważyłem na elektronicznej drukarce paragonów nalepkę z napisem „ufiskalizowana”. Aż się wzdrygnąłem sylabizując tego potworka słownego. Któż, na Boga, wymyśla takie okropności?!
Kiedyś znana była skłonność komuszych Rosjan do tworzenia dziwnych zlepków słownych, ale i nam znana jest ta umiejętność. Pal sześć felgę, skoro nie mamy dobrego polskiego słowa na określenie „tarczy koła”, ale przecież można powiedzieć felga aluminiowa albo okno dachowe. Alufelga i szyberdach są jeszcze bardziej niemieckie, brzmią strasznie. Używanie takich słów kojarzy się mi z powolnym przesuwaniem kawałka styropianu po szybie; powinno być prawem zakazane.
-PLN.
To nazwa nowej waluty obowiązującej w Polsce od kilku lat. Jakoś tak cichaczem i nie wiadomo kiedy zmienili nam walutę, a właściwie jej nazwę. Owszem, na banknotach jeszcze jest nasz swojski złoty, ale wszędzie indziej mamy już PLN. Co prawda wymiana jednej waluty na drugą nastąpiła w relacji jeden do jednego, niemniej żal mi tej starej, poczciwej złotówki, i nawet skrót starej nazwy, te „zł”, wcześniej dziwnie źle mi się kojarzący, teraz, gdy jest utracony, wydaje mi się ładny. Pisownia wielką literą nowej nazwy każe domyślać się skrótu, ale gdyby zapytać Polaków, w końcu użytkowników tej waluty, o jego znaczenie, zapewne nie doczekalibyśmy się odpowiedzi, co jednak nie przeszkadza im używać tej nazwy swobodnie i powszechnie. Zawsze dziwiła mnie łatwość w używaniu przez ludzi słów i skrótów, których nie znają i nie rozumieją.
-„Najlepiej spożyć przed końcem: data na nakrętce”.
Ten pokraczny sposób informowania jest powszechnie stosowany. Jeszcze nie zdarzyło mi się przeczytać poprawnie sformułowanego zdania, tylko takie lub podobne potworki, a przecież można to zrobić na wiele sposobów. Na przykład: „termin przydatności do spożycia podany jest na nakrętce”. Dlaczego tak się nie pisze? Nasuwa się myśl o jakiejś normie tutaj obowiązującej, że po prostu istnieje odgórna dyrektywa urzędnicza, która nakazuje pisać właśnie tak. „Na opakowaniu należy wydrukować następującą informację: >Najlepiej spożyć przed końcem:< tutaj podać miejsce wydrukowania daty. Kto nie zastosuje się do powyższego, podlega karze.”

czwartek, 26 marca 2015

O duszy


Moje czytanie traktatu „O duszy” Arystotelesa.

Tekst jest trudny, wymagający nieustającego skupienia, częstych powrotów dla złapania zgubionej myśli, zaglądania do przypisów obszerniejszych od niego samego, to tekst, przez który trzeba się przedzierać. Po co więc podejmuję ten trud, skoro obok leży i czeka Octavio Paz, po którym wiele sobie obiecuję? Przez zwykłą ciekawość. Tak jak od Platona poszła w świat idea rozciętych połówek, tak w naszym kręgu kulturowym Arystoteles w znacznej mierze przyczynił się do popularności idei wieczności naszej duszy. Dostałem w prezencie kilka książek Arystotelesa, starych, ale solidnie wydanych; poprzedni właściciel wyzbył się w ten sposób nieczytanych książek, tym samym budząc we mnie potrzebę ich przeczytania – to efekt odruchowego u mnie nachylenia się nad niechcianym. Gdy przeglądałem tę książkę, pełen obaw co do moich możliwości zrozumienia treści (wiadomo, że traktaty autora nie były pisane do publikowania, będąc jedynie jego nieuporządkowanymi notatkami), znalazłem we wstępie takie słowa Pawła Siwka:

>>Jak powstaje w nas dusza rozumna? Problem ten - wyznaje Arystoteles - jest niesłychanie trudny. I podejmując się go nie obiecuje bynajmniej dać nam pełnego rozwiązania. Przypatrzmy się bliżej jego dowodzeniu.

(…) dusza zmysłowa (związana z funkcjonowaniem zmysłów, mają ją zwierzęta i ludzie - wyjaśnienie moje) zjawia się aktualnie w jestestwie żywym dzięki czynnikom, które kierują jego procesami rozwojowymi; ona jest ich normalnym uwieńczeniem; ale dusza rozumna w ten sposób powstać nie może. Rozum bowiem, który stanowi jej część istotną, posiada naturę ściśle duchową; jako taki nie może być skutkiem przyczyn materialnych; nie może być kresem ewolucji naturalnej jakiegokolwiek ciała - martwego czy żywego. On musi wejść w jestestwo żywe od zewnątrz.<< str. 31-32.



Zjawia się dzięki czynnikom kierującym jego procesami rozwojowymi… - zadziwiająca współczesność poglądu!

No i ta znamienna myśl: posiada naturę ściśle duchową i jako taki nie może być skutkiem przyczyn materialnych…

To były te słowa. Gdy je przeczytałem, wiedziałem, że przeczytam traktat Arystotelesa.



Już na początku pierwszej strony, od pierwszych zdań, autor pisze o duszy tak, jakby jej istnienie nie podlegało dyskusji, jakby było czymś najoczywistszym.:

„Dla tych to racji musimy umieścić badanie duszy w rzędzie naczelnych nauk. (…) Zamiarem naszym jest poddać naukowej dyskusji i dobrze poznać naprzód jej naturę i istotę, a następnie wszystkie jej właściwości.” (45)

Gwałtownie zaprotestowałem odczuwając bunt, bo oto wielki filozof, człowiek o niesamowicie wyćwiczonym umyśle, posiadający wyrafinowane umiejętności precyzyjnego myślenia i dzielenia przysłowiowego włosa na cztery, zaczyna swój traktat o duszy nawet nie zająknąwszy się nad kwestią zdawałoby się zasadniczą: istnienia przedmiotu swojego traktatu. Już miałem wołać do niego: „mam cię!”, ale gdzie mi do „złapania” Stagiryty! Po kilku stronach lektury zrozumiałem nieporozumienie tkwiące w obecnym znaczeniu tego słowa. Otóż dusza podstawowa u Arystotelesa, dusza wegetatywna, jest po prostu cechą wszystkich istot żywych, a objawiająca się właśnie ich życiem. Jest zdolnością do życia. Skoro więc pisał o istotach żywych, to tym samym pisał o istotach posiadających duszę, i nie było co tutaj udowadniać.

„(…) jestestwo posiadające duszę różni się życiem od jestestwa, które jest jej pozbawione.” (76)



Nie znalazłem jednego decydującego argumentu, takiego do pokazania palcem: to ten, ale szereg wniosków wyciąganych z analizy naszej psyche przy użyciu logiki, której fundamentalnym założeniem jest zupełne oderwanie myślenia od materii. Nie, nie założenie, bo czuję, że logika powinna kierować się sobą tylko; to swoista fascynacja myśleniem abstrakcyjnym, niezwiązanym z materialną rzeczywistością, z codziennością, to fascynacja światem idei, prawdy, rozumowania.

W jakiejś mierze zrozumiała jest ta jego niemożność uznania materialnych podstaw istnienia duszy. Jest ona, a niechby tylko jej nieśmiały, niewyrażony zaczątek, we wszystkich chyba ludziach, bo każdy człowiek - może poza najbardziej twardogłowymi materialistami - gdzieś tam głęboko w sobie chowa nadzieję, niechby jej cień nieśmiały, na przetrwanie tego z nas, co o nas stanowi i co jest w nas najbardziej wartościowe.

“... jednostka, to co w osobie ludzkiej, w jej myśli najbardziej niezwykłe, nie umiera, pozostaje w pamięci Boga i będzie wskrzeszone." - jak to napisał Proust.

Zwykłem widzieć tutaj przejaw naszych tęsknot, naszej potrzeby ratowania się, nadania sensu naszemu życiu, podczas gdy Arystoteles widzi temat inaczej: do wniosku o istnieniu duszy nas przeżywającej dochodzi drogą rozumowania uwarunkowanego nie tylko poziomem wiedzy ówczesnej, ale i fascynacją myśleniem abstrakcyjnym, oderwanym od rzeczy i korzyści. Świat idei, prawdy, logiki, dociekania, a więc to, co Starożytni stawiali najwyżej i co w ich przekonaniu zbliżało ich do bogów. Po drugiej stronie był polityk zajęty umacnianiem swojej partii, kupiec zajęty towarami i rynkami, wytwórca myślący tylko o swoim zakładzie, a wszyscy oni mieli na uwadze władzę i zysk. Drugi świat.

Dobrze, tak jest: w naszej wierze w posiadanie nieśmiertelnej duszy mieści się pragnienie przetrwania jakiejś cząstki nas samych, ale Arystoteles przekreśla te nadzieje dokładnie tak, jak robią to obecnie ludzie wierzący w reinkarnację.:



„Gdy zaś chodzi o rozumowanie, miłość lub nienawiść, to nie są one właściwościami rozumu, lecz podmiotu, który jest nim obdarzony i o ile jest w jego posiadaniu. Dla tej racji, gdy podmiot ulega zniszczeniu, nie ma już miejsca dla wspomnień ani dla miłości. One bowiem nie były własnościami rozumu, lecz osobnika złożonego, który zginął. Rozum jest niezaprzeczalnie czymś bardziej boskim i nie podlegającym wpływowi ciał.” 64.

Więc i on, Arystoteles, oddziela duszę ode mnie. Gdy przeczytałem te jego słowa, poczułem smutek, taki irracjonalny smutek… opuszczenia? Ani on, ani buddyści, a może i inni, nie chcą pochylić się nad tym człowiekiem kończącym swoje życie, nad zniknięciem tego wszystkiego, co nosiła jego pamięć. Bo rozum jest bardziej boski i traci pamięć życia… A ja wolałbym, aby był mniej boski, a w zamian pamiętał najbardziej wzruszające chwile mijającego właśnie życia, aby zabrał je ze sobą – gdzieś tam, bliżej bogów, i przechował je. Nie wiem po co i dla kogo, ale może tak byłoby sprawiedliwiej, uczciwiej, litościwiej w  końcu? Może wtedy byłoby łatwiej zanurzyć się w tą osobliwość zwaną niebytem?..

Cholera, chyba rozkleiłem się.

------------------

"Gdyby oko było zwierzęciem, wzrok byłby jego duszą, bo wzrok stanowi istotę oka, gdy chodzi o jego definicję, samo zaś oko stanowi jedynie materię wzroku (...) Ciało jest tylko bytem w możności; ale jak źrenica wraz ze wzrokiem stanowią oko, tak dusza i ciało stanowią razem zwierzę." str 75.

Wzrok byłby duszą tego przykładowego zwierzęcia będącego okiem, ponieważ stanowiłby jego istotę. Oryginalnie wyrażona definicja. Co zatem stanowi istotę człowieka, jako osoby posiadającej duszę rozumną? Myśl zawarta w tych zdaniach dziwnie uparcie kojarzy się mi z cytowanymi słowami Prousta: to, co w naszych myślach najbardziej niezwykłe, nie umiera… Jeśliby dalej iść tym torem rozumowania, za duszę należałoby uznać najlepsze, najwznioślejsze osiągnięcia naszej psychiki, naszej osobowości. Podoba mi się ta myśl. Zawarte jest w niej milczące przekonanie o boskim miłosierdziu, o wybraniu z nas do oceny, do zachowania na wieczność, tylko dobra, a o litościwym zapomnieniu ludzkiego zła i małości. W istocie jest to myśl chrześcijańska, ściślej: powinna nią być.

Arystoteles idzie jednak zupełnie inną drogą: dusza wegetatywna jest po prostu zdolnością ciała do wykonywania funkcji życiowych, dusza zmysłowa do odbierania sygnałów z otoczenia, a dusza rozumna zdolnością do myślenia. Skoro potrafimy myśleć, mamy duszę rozumną; fakt naszego myślenia jest dowodem na istnienie naszej duszy.



„Ale dusza jest właśnie tym, dzięki czemu przede wszystkim żyjemy, spostrzegamy i myślimy.” 79.

Dusza wegetatywna, odpowiedzialna za funkcje życiowe organizmu, z oczywistych powodów nie może być oddzielona od ciała, które dzięki niej jest żywe; podobnie jest z duszą zmysłową, która do funkcjonowania, a więc do słyszenia czy widzenia, potrzebuje materialnych odbiorników - uszu czy oczu, ale nasz rozum? Skoro nie jest konieczny dla ciała lub od ciała uzależniony jak tamte, to może można by oddzielić go od ciała? – zastanawia się Arystoteles. Tutaj uwaga: pojęcie „rozum” ma dla Arystotelesa nieco inne znaczenie niż dla nas: oznacza duszę rozumną, intelektualną, nie jest utożsamiane z mózgiem, o którego funkcjach niewiele wiedziano w starożytności; rozum to ta część duszy, „przez którą dusza poznaje i wydaje sąd o rzeczach.” (125)

Dalej autor pisze tak:



„Co najbardziej wygląda na wyłączną właściwość duszy, to myślenie, ale jeśli i ono jest szczególnym rodzajem wyobraźni (a dla Arystotelesa była to cecha psychofizyczna, więc związana z ciałem – uwaga moja) lub przynajmniej nie może zaistnieć bez niej, w takim razie i ono jest niemożliwe bez ciała.” (48)

„Otóż zdaje się, że również wszystkie przeżycia duszy – odwaga, łagodność, strach, litość, zuchwalstwo a wreszcie miłość i nienawiść – implikują ciało. (…) Z tego wszystkiego wynika, że uczucia są formami tkwiącymi w materii.” (48)



Myśli ciekawe i stojące jakby opozycji do twierdzenia o niepodległości i nieśmiertelności duszy. Szukałem wyjaśnienia, ale tutaj Arystoteles zrobił unik:



„Co się jednak tyczy rozumu i władzy teoretycznej (myślenia), to nie ma dotąd nic jasnego; jest to jednak, jak się zdaje, zgoła inny rodzaj duszy, który sam jeden jest w stanie istnieć po oddzieleniu od ciała jako istota wieczna od rzeczy zniszczalnej. Co się tyczy innych części duszy, to widać z tego co powiedzieliśmy, że nie mogą istnieć oddzielnie – przeciwnie niż to niektórzy utrzymują.” 78



Czytając, odnosiłem wrażenie istnienia pewnej sprzeczności u Arystotelesa: gdy zacznie analizować kwestie dotyczące duszy rozumnej, dochodzi do wniosku, iż jest ona związana z ciałem – z wszystkimi tegoż konsekwencjami – ale niejako obok powraca myśl, niczym echo, o boskim pochodzeniu i o nieśmiertelności naszego ducha, a wszystko na co zdobywa się autor, to przypuszczenie odmienności tej części duszy, która to odmienność ma ją wynieść ponad ciało.

Cytowane tutaj słowa są z początku drugiej księgi, ale do końca traktatu zdania nie zmienił. Nie chcę, broń Boże, krytykować Arystotelesa, mam zbyt wiele szacunku wobec jego umiejętności  i świadomości własnej niewiedzy, ale akurat tutaj jestem nieco rozczarowany.

W paru miejscach jego logika jakoś tak rozmija się z moją, jak w tekście niżej.:

„To, że odporność na wpływy zewnętrzne nie jest taka sama we władzy zmysłowej i myślącej, widać jasno, gdy się zestawi organy zmysłowe z postrzeżeniem. Po odebraniu zbyt silnej podniety zmysł nie jest w stanie postrzegać, na przykład słyszeć dźwięku po usłyszeniu ogłuszających dźwięków, ani widzieć lub wąchać po postrzeżeniu nadmiernie silnych barw czy zapachu. Tymczasem gdy rozum pomyślał o czymś dla niego bardzo jasnym, nie myśli gorzej, lecz jeszcze lepiej o rzeczach mniej jasnych. Władza zmysłowa bowiem nie istnieje niezależnie od ciała, gdy tymczasem rozum jest od niego oddzielony.” 126.



Przymiotnik „jasny” użyty na określenie przedmiotu myślenia  rozumieć można dwojako: jako myśl prosta, o rzeczy nam dokładnie znanej, albo też myślenie o rzeczy przyjemnej dla nas. W obu przypadkach może być tym odpoczynkiem dla umysłu, o którym pisze tutaj autor. I tu właśnie widzę błąd, w zestawieniu tej chwili umysłowego odpoczynku z ogłuszeniem zapachami lub hałasami lub z nadmierną jasnością światła. Aby porównanie było prawidłowe, należałoby napisać tutaj o wpływie na umysł myślenia o rzeczach bardzo trudnych, a nie prostych czy miłych, czyli uznanie za podobne nadmiernie silnego światła dla oczu z nadmiernie trudnym zadaniem dla umysłu.

Owszem, gdzie indziej Arystoteles zauważa znużenie umysłu, ale zawsze tłumaczy go wpływem ciała. Starożytni zbyt mało wiedzieli o rozumie, chyba nic o systemie nerwowym; Arystoteles na przykład uznawał serce za organ wyobraźni, co razem prowadziło go do niemożności dostrzeżenia wpływu starości czy alkoholu na umysł, czy ogólniej: dostrzeżenia wpływu ciała na umysł.

Rozumiem go. Stagiryta nie wiedział, bo nie mógł wiedzieć o funkcjach naszego rozumu i całego systemu nerwowego, a był zafascynowany logiką i teorią, ale jednak odczuwam nieco żalu do niego, a także i odrobinę zawodu nim i jego traktatem. Przecież nikt inny jak on właśnie ustalił zasady dochodzenia do prawdy i sposoby kontrolowania wyników badań. To jego jest logika. Mnie nie równać się z nim, ale, na bogów!, czemu ani razu nie poddał pod wątpliwość swojego założenia o nieśmiertelności rozumu i o jego wejściu w nas z zewnątrz? Wszystko analizuje, nad wszystkim się zastanawia, a tutaj po prostu stwierdza i już. Jakby posiadł jakąś wiedzę tajemną, jakby ta nieśmiertelność była oczywista, albo była dogmatem.

W części traktatu definiującej duszę stwierdza, iż „nic nie stoi na przeszkodzie, by niektóre części duszy mogły się odłączyć od ciała.” Str. 75. Proste: nic nie stoi na przeszkodzie.

Z jednej strony myśli on bardzo wnikliwe, chociażby we fragmencie, w którym pisze o związku pamięci z ciałem i zmysłami, albo o powstawaniu dusz niższych jako rezultacie procesów

rozwojowych człowieka – jakby wiedział o piętrach rozwojowych naszego mózgu - a z drugiej strony mam jego twierdzenie o niemożności istnienia związku rozumu z ciałem, bo ten ma naturę duchową i z tego powodu nie może podlegać ciału…

Dalej myśl znamienna: „Mówiąc ogólnie, jak przedmioty poznania dają się oddzielić od materii, tak samo rzecz się ma z rozumem. 127.

Myśl ta rzuca nieco światła na rozumowanie Arystotelesa, jednak coś mi tutaj umyka w jego rozumowaniu. Liczba czy trójkąt ze swoimi kątami są abstrakcją. Owszem, można liczyć jabłka, ale łatwo się ich wyzbyć i mieć do czynienia tylko z liczbami. To proste przykłady, są i inne, dotyczące pojęć, idei. Pole działania rozumu jest tutaj niezwiązane z rzeczami, z materią (lub dające się rozdzielić), ale przecież sam autor prowadził badania przyrodnicze, a więc badania niemożliwe bez chociażby początkowego empiryzmu, czyli nie zawsze, nie na każdym etapie, da się oddzielić poznanie od przedmiotu poznania, a poza tym jak się ma możliwość oddzielenia przedmiotu poznania od materii, do oddzielenia rozumu od materii?

W tym miejscu doszedłem do końca rozumienia traktatu, mimo iż przeczytałem go, i to kilkakrotnie, do końca.

Jak się zdaje jest to inny rodzaj duszy – i już…

Jednak w wielu innych miejscach traktatu zafascynowany byłem logiką, na przykład tutaj:



„Ponieważ postrzegamy zmysłami, że widzimy i słyszymy, z tego konieczny wniosek, że albo wzrokiem postrzegamy, że widzimy, albo innym zmysłem. Ale w tym ostatnim przypadku ten sam zmysł będzie miał za przedmiot postrzegany zarówno wzrok, jak i przedmiot wzroku, tj. barwę. Stąd znowu wynika, że albo dwa zmysły będą istnieć do postrzegania tego samego przedmiotu, albo ten sam zmysł będzie postrzegał sam siebie. Poza tym jeśli zmysł postrzegający wzrok jest odrębny od wzroku, to albo szereg zmysłów pójdzie w nieskończoność, albo będzie jakiś zmysł postrzegał sam siebie.” 115



Co właściwie wie w nas, że widzimy? Sam wzrok, czy coś, co wie, że widzimy i wie co z tym widzeniem zrobić i wie, że wie, bo jak inaczej przerwać ciąg coraz wyżej stojących zmysłów? Siwek tak oto tłumaczy ten tekst.:



>>Gdy człowiek coś postrzega, poznaje równocześnie, że on postrzega. Poznaje zaś to nie tylko samym rozumem, lecz także jakimś zmysłem: postrzega, że postrzega. Taki akt zakłada jakąś refleksję. Bowiem aby postrzec postrzeżenie zmysłu jako swoje własne, trzeba je odnieść do siebie samego jako do źródła tego postrzeżenia; konsekwentnie musi się siebie w jakiś sposób „postrzec”. O tej to funkcji psychicznej zaczyna tu mówić Arystoteles. Dziś nazywamy ją świadomością.<< 205



Łatwo wzruszać ramionami, może nawet uśmiechać się z politowaniem nad próbami rozwiązania zagadki duszy, ale przecież i teraz nie wydaje się być w pełni wyjaśniona, a dla wielu ludzi jest nierozwiązywalna; jakże łatwo o to wzruszenie ramion z pozycji XXI wieku! Arystoteles myli się w paru miejscach, ale jego pomyłki są wynikiem braku wiedzy. Gdyby starożytność wiedziała o istnieniu systemu nerwowego, tej wszechobecnej sieci informacyjnej zbiegającej się w naszym mózgu, gdyby znała chociaż na tyle budowę tegoż, na ile znamy obecnie, gdyby znała owe piętra jego rozwoju tak trafnie przewidziane przez autora dzielącego duszę na wegetatywną, zmysłową i rozumną, wtedy - jestem tego pewny - zadziwiłby naszych naukowców (ale nie teologów - tych nie da się zadziwić) swoimi wnioskami.

Euklides tworzy obraz idealnej i przewidywalnej przestrzeni, Platon idee i idealne państwo, Sokrates mówi, że tylko od ludzi, poprzez dociekania, dowie się czegoś nowego, Arystoteles tworzy obraz ducha niezależnego od ciała. Idealnego. Nieśmiertelnego. Któregoś dnia przyszła mi do głowy myśl (w czasie pracy, gdy łączyłem przewody układu sterującego silnikami w lunaparkowym urządzeniu – idealny kontrast dwóch światów), pytanie: co powiedziałby, jak zachowałby się Euklides po zapoznaniu się z pracami Einsteina? Jak Arystoteles, po poznaniu materialnych podstaw działania naszego umysłu? Ci ludzie czasami mylili się, ale ich błędy wynikały z braku wiedzy niemożliwej wtedy do zdobycia. Wierzę, że z otwartym umysłem przyjęliby nową wiedzę, uznając swoje wcześniejsze pomyłki, ponieważ byli oni prawdziwymi miłośnikami prawdy.

Ten fascynujący styk dwóch światów – materialnego i duchowego, ta niemożność zrozumienia związku między materią a świadomością i czystą myślą, obecna jest w nas do dzisiaj, i wszystkie odkrycia naukowe niewiele tutaj zmieniły. Tak naprawdę niewiele odeszliśmy od Arystotelesa.

Na koniec dwa cytaty (ze wstępu) ważne dla zrozumienia Arystotelesa i jego czasów.:

>>Dobro nie mniej niż prawda jest czymś obiektywnym. Myśl tę dobitnie wyraża Arystoteles mówiąc, że "nie dlatego jest coś dobrem, że go pragniemy", lecz przeciwnie, "pragniemy go właśnie dlatego, że jest dobrem"<<. str. 34.

"W pismach Arystotelesa znajdujemy częste wzmianki o rozumie teoretycznym i o rozumie praktycznym. Nie chodzi w tych wypadkach o dwa rodzaje rozumu czy nawet o dwie jego części (władze), lecz o dwie odmienne funkcje. Rozum zwie się teoretycznym lub praktycznym zależnie od tego, czy rozpatruje on przedmiot pod kątem widzenia prawdy czy dobra. W pierwszym wypadku celem jego jest kontemplacja, w drugim czyn prowadzący do osiągnięcia owego dobra." str. 34.



Obiektywne istnienie dobra i prawdy, oraz pragnienie dobra dla niego samego…

Prawda jako obiekt kontemplacji…

Jakże to wszystko pociągające i jakże potrzebne nam w świecie kontemplującym mamonę.

środa, 18 marca 2015

O rozległych polach, wielkich lipach i o czarnej głębi ziemi


Między Sędziszową, Gozdnem, Kondratowem i Rzeszówkiem. Odnalezienie jaskini na Wielisławce.


Moja znajomość Gór Kaczawskich jest wyspowa, uznałem któregoś dnia oglądając mapę. Znam te okolice i tamte, ale niewiele znam dróg między nimi. Długo siedziałem nad mapą, wiele razy zmieniałem trasy, ale wzrok i myśl uparcie wracały w okolice Wielisławki i Mojej Drogi. Ta dróżka zaczyna się w pobliżu stacji paliw w Sędziszowej i biegnie w stronę Gozdna, dla mnie jest najładniejszą drogą kaczawskiego pogórza. Pójdę do Gozdna, a później zdecyduję – ustaliwszy w ten sposób szczegółowy plan wędrówki, odłożyłem mapę i sięgnąłem po książkę.

Na miejscu okazało się, że stacja paliw, gdzie planowałem zostawić samochód, była jeszcze zamknięta. Kręciłem się trochę szukając miejsca, w końcu przylepiłem forda do ślepej ściany jakiegoś budynku i poszedłem. Była szósta piętnaście, mglisty ranek, siąpił drobny deszcz. Dobry dzień na wędrówkę lasami, uznałem.

Szedłem moją drogą. Moją dobrze znaną drogą. Wiedziałem, że za chwilę dojdę do jabłoni, której smacznymi owocami kiedyś wypchałem kieszenie; wiedziałem, że gdy obejrzę się przez lewe ramię, zobaczę Skąpą wznoszącą się ponad łagodny garb bezimiennego wzgórza, na którym tydzień temu żegnałem dzień. Szedłem. Ptasie odgłosy przypominały mi skowronkowe śpiewy słyszane ostatnio; wsłuchiwałem się w otoczenie, ale nie słyszałem tych ptaków, które tak jednoznacznie kojarzą mi się z otwartą przestrzenią, ze słońcem, z polami, z dzieciństwem spędzonym na Lubelszczyźnie. Słyszałem natomiast skrzypienie butów. Rozkoszny odgłos wydawany przez zginającą się grubą skórę. Lubię ten dźwięk, lubię moje buty. Gdy nie mogę wyjechać na łazęgę, zakładam buty i wsłuchuję się w ich skrzypienie; ten dźwięk łagodzi moją tęsknotę.

Gozdno – garść domów, trochę ruin, uschnięte badyle w zdziczałym ogrodzie i w przydrożnych rowach, czarne i nagie drzewa; ta pora roku, już bez śniegu, ale jeszcze bez zieleni, bezlitośnie odsłania ludzki bród i martwe resztki zeszłorocznego życia, ale przecież w bieli delikatnych kwiatków rosnących na zaśmieconym poboczu drogi tkwi zapowiedź zbliżającej się przemiany.




Gozdno będzie dla mnie także wspomnieniem uroczych pól wśród lasów, pól, które przeszedłem wzdłuż i w szerz, a później jeszcze wróciłem do nich; także kilku wielkich lip i topól rosnących w wiosce. Długo kręciłem się pod nimi, nie mogąc napatrzeć się na ich grubaśne pnie.










Za wioską żółty szlak prowadzi równą, wygodną drogą szutrową. Dobrze mi się szło. Żwir chrzęścił (śliczne brzmienie słów, idealnie oddające słyszane dźwięki) pod butami, wokół mnie stał ładny, jasny las; szedłem łowiąc plamy kolorów i śpiew ptaków. Ale, ale: kiedy mijałem ostatni znak szlaku? Dawno. Chodząc nieoznakowanymi drogami, zapominałem o wypatrywaniu znaków na drzewach. Zapewne szlak gdzieś skręcił, machnąłem ręką i poszedłem dalej. Rozdroże. W lewo, czy w prawo? W prawo. Po kolejnym kilometrze doszedłem do brzegu lasu, a tam czekały na mnie dwie niespodzianki: znowu pojawiające się znaki żółtego szlaku, a niżej domy Kondratowa, a nie Rzeszówka, jak się spodziewałem.


 Tym razem pomyliłem się bardzo, bo o kilka kilometrów i kilkadziesiąt stopni kierunku. No i fajnie – uznałem. Droga jest ładna, poznałem przejście między moimi wyspami, pójdę poznać inne. Zawróciłem. Dla odmiany szedłem żółtym szlakiem, pilnie wypatrując rzadkich znaków na drzewach. Szlak kluczył mało używanymi duktami, a gdy dołączył do poznanej już szutrowej drogi, poszedłem szukać innych nitek łączących wyspy. Znalazłem dwie drogi w stronę Rzeszówka; jedna z nich wychodzi na pola w poznanym wcześniej ładnym miejscu: łąki wciskają się tam klinem w las, na jego brzegu rosną w zgodzie, obok siebie, gruby dąb i takiż buk; obaj wyciągają ramiona nad łąką – w stronę słońca. Spomiędzy ostatnich drzew lasu roztacza się rozległy widok, a tuż za mną sterczy zmurszały, obrosły grzybami, pień dawno umarłego buku. Rzadki widok - takie zostawione grzybom wielkie drzewo. Patrzyłem na nie próbując wyobrazić sobie te lasy przed tysiącem lat.

Cisza i pustka. Kto zagląda tutaj? Chyba tylko właściciel łąki, ale przecież nie w zimie. Byłem sam na sam z przestrzenią i z naturą. Podobała mi się świadomość bycia na odludziu, podobała cisza i samotność. Usiadłem na jakimś pniaku i wyciągnąłem termos. Patrzyłem i słuchałem siebie. Byłem tam, gdzie chciałem być, robiłem to, dla czego wstałem w nocy i przyjechałem tutaj.

Kilka godzin wędrowałem lasami, a wracałem tak, żeby znowu przejść Moją Drogę, tym razem w dół. Na brzegu lasu otwiera się rozległy widok, jeden z najładniejszych widoków kaczawskich, mam tam swoje miejsce, odwiedzane ilekroć jestem w pobliżu. Nikt go nie zna, nie jest zaznaczone na żadnym przewodniku. Trochę mam takich miejsc w moich górach.




Gdy zszedłem do Sędziszowej, do zmierzchu było ponad dwie godziny, podjechałem więc pod Wielisławkę, żeby podjąć drugą już próbę odszukania jaskini opisanej w mojej sudeckiej encyklopedii. Idąc podnóżem góry uświadomiłem sobie, że nie pamiętam, czy otwór wejściowy ma być 100 metrów w lewo czy tyleż w prawo od Organów. Szedłem więc z głową zadartą, szukając czarnej plamy w zboczu lub wydeptanej ścieżki. Jedną znalazłem, poszedłem nią. Ostro pięła się w górę blisko bocznej krawędzi urwiska, a skończyła się na jego szczycie. Czując charakterystyczne u mnie drętwienie nóg odczuwane nad przepaściami, złapałem się drzewka rosnącego na krawędzi i rozejrzałem się. W dole zobaczyłem dach szałasu stojącego u podnóża, dalej wioskę i okoliczne wzgórza – widok warty wejścia tam. Z ulgą, ale i z satysfakcją bycia na szczycie, odsunąłem się od krawędzi przepaści i poszedłem w dół.

Stanąłem przed Wielkimi Organami i patrzyłem na nie.



Gdy byłem tutaj po raz pierwszy, wyobrażałem sobie wysłuchanie pod tą skalną ścianą sławnej toccaty i fugi d-moll Bacha. Dzisiaj byłem chyba w innym nastroju, bo zamiast tamtej majestatycznej kaskady dźwięków, wspomniałem niedawno słuchany koncert organowy a-moll (BWV 593). Cały jest spokojniejszy, a jego śpiewna, nastrojowa część adagio brzmi po prostu doskonale.

Idąc drogą między podnóżem góry a Kaczawą, oglądałem drzewa, a las na zboczach Wielisławki jest dla mnie wyjątkowo ładny, bo dębowo-grabowy. Nisko, na samym brzegu łąki, zobaczyłem ciekawie poprzeplatane pnie kilku drzew; oglądałem je, gdy usłyszałem kobiece głosy. Pań było trzy (co prawda najmniejsza miała pięć lat, ale przecież panią in spe była), najwyraźniej mama, córka i wnuczka. Zapytałem o jaskinię i ze zdumieniem usłyszałem, że wejście do niej jest w zupełnie innym miejscu – nie 100, a około 500 metrów od Organów. Rozmawialiśmy. Starałem się nie patrzeć zbyt nachalnie na uśmiech mamy dziewczynki. Właściwie dlaczego uśmiech kobiety ma taką siłę działania na nas?

Za młynem, przy samej rzece – tak mówiły. Trzymając się tych wskazówek, zszedłem na brzeg Kaczawy. Nie było łatwo, bo zbocze jest tam strome, miejscami urwiste, a gęsty las schodzi do samej wody. Nie tyle szedłem, co przedzierałem się, aż w końcu uznałem, że bezpieczniej będzie iść nieco wyżej. Na stoku zobaczyłem ogrodzone siatką zapadlisko, za nim ścieżkę. Zszedłem nią ku domom i tam, przy mostku, znalazłem jaskinię. Przy wejściu stoi tablica zakazująca wejścia, ale wszedłem. Plecak zostawiłem przy wejściu, na czoło założyłem latarkę i poszedłem. Tylko kawałek – mówiłem sobie. Korytarz nie ma nawet metra wysokości, szedłem piętami dotykając pośladków, a gdy za mną nie było widać światła, zatrzymałem się i wyłączyłem latarkę. Ciemność, której można doświadczyć tylko pod ziemią, natychmiast oblepiła mnie całego. Czarna, zimna, oślizła, namacalna ciemność. Wracaj! Uciekaj stąd! – usłyszałem przemożny głos w sobie. Przyłożyłem dłoń do twarzy, nic nie zobaczyłem. Zapaliłem latarkę. Blisko twarzy zobaczyłem szarą, chropawą skałę. Pójdę jeszcze kawałek – zdecydowałem. Zadając sobie gwałt, poszedłem, ale niewiele dalej był koniec korytarza. Obwał wydawał się być świeży. Więc ta dziura na zboczu?.. Uciekaj, zaraz zawali się! – krzyczał głos we mnie. Odwróciłem się i poszedłem, stukając głową o sklepienie.

Dzień, jasność, kolory, daleki widok, głowa niedotykająca skał. Świat jest piękny.



Dla chętnych przeżycia tych doznań, zamieszczam opis dojścia do jaskini.:

Jadąc drogą 328 ze Złotoryi na południe, dojedzie się do miejscowości Sędziszowa. Vis a vis zielonej tabliczki z nazwą miejscowości, po lewej stronie szosy, przy niewielkim mostku, zaczyna się uliczka Młyńska, o czym informuje stosowna tabliczka. Tuż za mostkiem skręcić w prawo, do jaskini dojdzie się po przejściu dwudziestu metrów ścieżką między drzewami. Otwór widać z szosy, o ile wie się, gdzie patrzeć.



Wracałem już, gdy mijając las u wylotu jaru zwanego Piekiełkiem, pomyślałem o zajrzeniu doń. Zawróciłem, ale przy drodze, obok której kiedyś zostawiłem samochód, zobaczyłem tabliczkę zakazującą wejścia na teren prywatny. Skoro jest prywatny… - pomyślałem. Poszedłem w drugą stronę, na zbocze Wygorzela. Stoją tam dzikie, ponure, ciemne, poszarpane wiekiem i porośnięte lasem, wysokie skały. Ładne skały. Aparat uznał, że nie nadają się do sfotografowania.

Mijała jedenasta godzina włóczęgi. Wróciłem do samochodu, zapiąłem pas i ruszyłem na północ.




czwartek, 12 marca 2015

O bukiecie kwiatów w jednym kwiecie i o urokach pewnego strumienia


Wzgórza wokół wsi Rzeszówek. Poszukiwanie Czarciej Drogi. Wędrówka wzdłuż Kamiennika. Oczywiście w Górach Kaczawskich.


Chcąc powłóczyć się wokół Rzeszówka, wybrałem parking przy drodze między tą wioską i Wojcieszowem, a że w pobliżu są dwie groty czy jaskinie, plan ustalił się sam: jaskinie, później wzgórza wokół wioski i odnalezienie pewnej drogi w lesie, której kiedyś daremnie szukałem.

Zbliżała się szósta, gdy odnalazłem parking. Szara godzina, ale niebo nabierało już kolorów. W pogodny  świt mam iść szukać jaskiń? Poszedłem polami na szczyt sąsiedniego pagóra i tam oglądałem Eos, wystrojoną dzisiaj wyjątkowo kolorowo, by nie powiedzieć pstrokato.


Gdy słońce wzeszło, wróciłem do samochodu i pojechałem  do Rzeszówka, odkładając znalezienie jaskiń na koniec dnia. Wszedłem na łagodne, pokryte polami, zbocze Łupkowej i stamtąd oglądałem słoneczny ranek. Później, już po powrocie, w czasie porządkowania zdjęć, w pierwszej chwili uznałem, że te zrobione rankiem mają nienaturalne kolory, za dużo na nich intensywnych żółci i oranżu, ale gdy sięgnąłem pamięcią, wspomniałem dokładnie taki właśnie ranek i krajobraz wokół. 



Może dzięki wyjątkowej przejrzystości powietrza? Nie wiem, ale białe szczyty Karkonoszy były tak wyraźne, że w pierwszej chwili wydawało mi się, iż w pół godziny będę na szczycie Śnieżnych Kotłów. Później pojawiła się  myśl o pojechaniu na zbocze Zapiecka, żeby zobaczyć rozległe widoki których nie mogłem obejrzeć będąc tam ostatnio. Spojrzałem w tamtą stronę, policzyłem góry i kilometry – i zrezygnowałem. Za daleko, szkoda dnia na jeżdżenie samochodem. Parę godzin chodziłem po zboczach Łupkowej, Pasternika i Pustelnika. Na zboczu tej ostatniej góry znalazłem śliczną widokami drogę pod lasem, a na jakimś bezimiennym wzgórzu po raz pierwszy w tym roku usiadłem na ziemi robiąc dłuższą przerwę dla pogapienia się. Tak po prostu pogapienia się na rozległy i słoneczny świat wokół mnie – przedsmak letnich biwaków. Na wprost widziałem Skopca odległego o 10 kilometrów, a tuż przy nim i wiele dalej bielał szczyt Śnieżki; królowa wydawała się mniejsza od niskiego kaczawskiego wasala.

Obok kwitł podbiał. Setki, setki kwiatów z daleka podobnych do kwiatów mniszka, ale przecież wystarczy nachylić się, żeby zobaczyć różnicę: dziesiątki bardzo wąskich płatków koloru najładniejszej żółci otaczają wysepkę milimetrowych pąków z których, po otworzeniu się, wyłaniają się maleńkie kwiaty. Mają po pięć płatków wygiętych w zgrabny łuk, a wielkość łebka szpilki. Kunsztowna i elegancka konstrukcja tworzy kwiat w kwiecie, ogród w ogrodzie, zamknięty świat. Nachylam się nad nim i oglądam z przyjemnością, z jaką patrzy się na piękne dzieło natury, ale gdy podnoszę głowę i widzę wokół setki takich miniaturowych ogrodów, odczuwam coś bliskiego bezradności. Jak je ogarnąć patrzeniem i przeżywaniem? 



Parokrotnie wracałem myślami do pierwszego mojego poszukiwania Czarciej Drogi, leśnej drogi zaczynającej się w Rzeszówku, a kończącej na szosie 365 pod osadą Jurczyce. Po wcześniejszych niepowodzeniach uznałem, że łatwiej będzie znaleźć ją idąc właśnie od tej osady. Z Rzeszówka przyszedłem polami i drogę znalazłem dokładnie tam, gdzie zaznaczona jest na mapie. Dalej jej przebieg nie zawsze jest jednoznaczny, bo jak zwykle w lasach jest istna plątanina duktów, czasami ledwie widocznych, czasami rozgałęziających się, biegnących równolegle i dalej znowu łączących się, ale mogę uznać, że odtworzyłem przebieg tej drogi aż do brzegu lasu na wschód od Dworskiej Góry. Jest tam rozdroże, zgodnie z mapą szukana droga powinna biec prosto w stronę Rzeszówka – i ona tam jest. Mało używana, ale widoczna. Tyle że paręset metrów dalej już jej nie ma. Uparcie szukałem po lesie, szedłem zygzakami wypatrując jeśli już nie drogi, to jej dawnego śladu w postaci pasa młodniaka. Nie ma tam Czarciej Drogi. Po prostu nie ma. Zapytany mieszkaniec wsi nie słyszał o tej nazwie, ale też potwierdził wynik moich poszukiwań: w tamtym rejonie są jedynie ślepe, kończące się na polu, dróżki dojazdowe używane przez rolników. Jeśli na wspomnianym rozdrożu skręci się w prawo (czyli w stronę Ościenia), dojdzie się do szutrowej drogi którą biegnie szlak rowerowy, można nią dojść pod Rzeszówek, ale Czarcia Droga ma zaznaczony na mapie inny przebieg. Wygląda więc na to, że Czart przykrył drogę ogonem.



Najpierw zamierzałem przejść kilka kilometrów wzdłuż Kamiennika, później zrezygnowałem, nie chcąc zamykać słonecznego dnia wśród drzew, ale gdy Czarcia Droga doprowadziła mnie do brodu i zobaczyłem strumień, poszedłem. Tylko kawałek – mówiłem sobie. Jeszcze trochę, do tamtego zakrętu, za tamte zwalone drzewa – mówiłem później i szedłem dalej. Zauroczył mnie ten strumień swoją zmiennością; to właśnie ta jego cecha, budząc ciekawość, kazała mi iść dalej.

Jaki pokaże mi się strumień za chwilę?



Szybko płynąca woda, dźwięcząca i błyszcząca, ledwie przykrywa równe, kamieniste dno. Z nurtu wystają łachy kamiennego, wypłukanego kruszywa; potrącone butem wydawało charakterystycznie głuchy odgłos. Szedłem nurtem ufny w szczelność moich butów, a gdy woda była zbyt głęboka, skakałem z kamienia na kamień. Wiele razy przechodziłem z jednego brzegu na drugi wybierając dogodniejszy - łagodniejszy lub mniej zarośnięty. Strumień nieustannie meandruje, czasami niemal zawraca omijając wzgórek lub duże drzewo, a bywa, że tworzy ślepe odnogi ze stojącą wodą. W nasłonecznionych miejscach, zwłaszcza z kamienistym i płytkim dnem, woda jest przejrzysta i migotliwa, wydaje się ciepła i przyjazna, aż chciałoby się zdjąć buty i iść na bosaka lub wykąpać się; w innych miejscach, zwłaszcza pod dużymi i gęstymi drzewami, z głębokim dnem pokrytym zielonymi głazami, woda robi się ciemna, wydaje się być zimna i niebezpieczna.

W ciasnym miejscu nurt zwęża się, nabiera szybkości i z impetem wpływa między korzenie olsz. Pnie drzew stoją nad wodą na odsłoniętych, omszałych i powykrzywianych korzeniach, a strumień dalej podmywa je; miejsce kojarzy się z lasami namorzynowymi. 



Za zakrętem strumień przeciska się przez gąszcz gałęzi kilku zwalonych przez siebie drzew. W innym miejscu rozlewa się w miniaturowe jeziorko, zwalnia tak bardzo, że wydaje się tkwić nieruchomo; na powierzchni przejrzystej wody nie widać żadnych zmarszczek, nic po niej pływa, doskonale widać kamienie na głębokim tutaj dnie. Szukam ryb, ale nie widzę, chyba nie ma ich. Na monstrualnych korzeniach wielkiego świerku, metr nad powierzchnią wody, leżą gałęzie naniesione nurtem, między nimi parę plastikowych butelek, jakżeby inaczej. Najwidoczniej i tutaj trafiają ludzie, dla których czymś normalnym i naturalnym jest wyrzucenie śmieci między drzewa. Te gałęzie z butelkami podsuwają obraz innego strumienia, nie tak spokojnego jak ten, strumienia wezbranego i wzburzonego. Dzisiejszy Kamiennik podobał mi się, był pogodnym i łagodnym strumykiem, ale i tamten, rozlany i pędzący, też chciałbym zobaczyć. 


Wracając, wszedłem w dużą kępę kwiatów; patrząc na wodę zobaczyłem je zbyt późno i – gapa ze mnie - w rezultacie parę rozdeptałem. Białe, wiszące dzwoneczki wielkości kciuka, na końcach sześciu płatków znamiona, w środku szafranowe pręciki. Zrobiłem im wiele zdjęć, ale jako tako udały się tylko te, do których trzymałem kwiaty między palcami. 


Nie wiem jak zmusić aparat do nastawianie ostrości w określonym miejscu; niestety, będę musiał sięgnąć po instrukcję obsługi, ech.

Szukając dalszego ciągu Czarciej drogi, doszedłem w pobliże Dworskiej Góry, wszedłem więc na nią, żeby posiedzieć chwilę i popatrzeć, a to wzgórze widoki oferuje rozległe. Sporo gór i górek zidentyfikowałem, ale dalece nie wszystkie. Jak rankiem, na zboczu Łupkowej, zgubiła mi się Łysa Góra (schowana za Okole), tak teraz nie mogłem dopatrzyć się Miłka. Tam niewątpliwie jest Połom – analizowałem oglądany widok - na lewo długi masyw zaczynający się Gruszką a kończący Bukowinką, a Miłek? Dopiero po paru minutach kręcenia głową i mapą puknąłem się w czoło: to właśnie ten masyw zasłaniał mi widok! Usprawiedliwiałem się przed sobą oglądaniem tych gór po raz pierwszy z tej strony i pocieszałem dostrzeżeniem i rozpoznaniem paru innych gór, dalekich i mało widocznych.



We wsi widziałem dom.

Parter ma kamienny, piętro ze ścianami szachulcowymi, a wysoki dach kryty płaskimi płytkami ceramicznymi ma rząd okienek w kształcie wolich oczu (pokoje na poddaszu!). Z jednej strony domu do okien piętra zagląda grubaśny jawor, z drugiej przytula się swoimi długimi ramionami świerk, a z tyłu wśród chaszczy płynie strumień. Napis na ścianie ostrzega przed wchodzeniem do domu, ale że drzwi były otwarte, zajrzałem. Pomieszczenie ma około 60 metrów (piękny salon byłby!) małe okna i kamienne sklepienia wsparte na dwóch ładnych słupach. Wokół leżą śmieci, płot się rozwala, duży budynek gospodarczy ledwie stoi, a ogród jest zarośnięty.

Opuszczony, niechciany dom czekający na nowego właściciela.



Jaskinie nie miały dzisiaj szczęścia: wróciwszy do samochodu pół godziny przed zachodem słońca, na myśl o nie oglądaniu końca dnia zmieniłem plan i pojechałem do Sędziszowej. Zaparkowałem w znanym mi miejscu, dziesięć minut drogi od szczytu bezimiennego wzgórza nad wioską, vis a vis Wielisławki, i tam spędziłem ostatnie minuty dnia ładnego słońcem i drogą.