Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

sobota, 7 marca 2015

Świt w Górach Kaczawskich. Poszukiwanie oczarowania


Trasa pierwsza: Popiel, wzgórza na południe od niego, wzgórza na południe od Pastewnika, Cieciorka, Sośniak, wzgórzami via Popiel powrót do samochodu.
Trasa druga: z Płoniny żółtym szlakiem pod Diablaka, wędrówki po zboczach Lubrzy.

Wydawało mi się, że naturalnym południowym cyplem Gór Kaczawskich jest wzgórze Sośniak, ale moja sudecka encyklopedia mówi inaczej: leżące dwa kilometry dalej wzgórze Cieciorki jest jeszcze kaczawskie. Cóż, wypadało pojechać tam i zobaczyć wzgórze i okolicę na własne oczy. Oczywiście przy okazji odwiedzić Popiela, Sośniaka i okolicę. Chciałem też wejść na Lubrzę i zejść z niej tą drogą, która tak uroczo wybiega na łąki. Nijak nie potrafiłem ustalić wspólnej trasy, więc w końcu zdecydowałem, że w ciągu dnia podjadę samochodem, chociaż staram się unikać tego.
Forda zostawiłem na bocznej szosie pod Pastewnikiem, u podnóża Długotki, ledwie kwadrans drogi od Popiela. Dane mi było oglądać wschód słońca ze szczytu tego wzgórza. Nie był zupełnie bezchmurny, ale widziałem słońce zaplątane w gałęziach krzewu rosnącego na szczycie, widziałem szafranową posypkę na oszronionych trawach i najprawdziwszy oranż na gałązkach krzewu dzikiej róży. 





Widziałem cienie tak charakterystyczne dla wschodu oglądanego w tych górach: światło jest lekkie, w tych pierwszych chwilach ledwie widoczne i świeci równolegle do ziemi, dając przedziwnie długie cienie, a przy tym nasycone jest kolorami. Przez łagodnie wybrzuszony wierzchołek wzgórza biegnie zwiewna granica dnia i nocy, światła i cienia: z jednej strony owe delikatnie zaznaczone światło słońca, z drugiej, za ledwie widocznym wybrzuszeniem, dzień jeszcze nie rozpoczął się, ale linia światła na moich oczach przesuwa się oświetlając dalsze fragmenty zbocza. Ta granica przesuwa się też w pionie: słońce najpierw dotyka najwyższej gałązki krzewu dzikiej róży, a w chwilę później osuwa się po nim do ziemi – jakby koloryzująca kurtyna odsłaniała krzew. Właśnie tak: dodająca kolorów, bo w tych pierwszych chwilach dnia ważniejsze od jasności są kolory słonecznego światła. Później następuje zamiana: światło intensywniejąc traci swoje barwy, staje się zwyczajnie białe, czyniąc mój stumetrowy cień wyraźniejszym.

Na sąsiednim wzgórzu, tym, którego nazwy mapa nie podaje, stoi granitowy słupek, dlatego myślę, że górka jakoś się nazywa i że powinienem zapytać o to mieszkańców Pastewnik. Pomyszkowałem po wzgórzach na południe od Popiela, wyszedłem na zachodni ich kraniec zobaczyć Osełkę, Połom i Góry Ołowiane. Zobaczyłem też Sokoliki w Rudawach. Tak po prawdzie, to tylko mężczyznom mogą się te dwie góry kojarzyć z kobiecymi piersiami…
Tak, jestem facetem, bo mnie też się tak kojarzą!

Przeszedłem na drugą stronę wioski i szosy. Tam, między Pastewnikiem a Domanowem, są łąki i wzgórza warte zobaczenia i przemierzenia ich wzdłuż i w szerz. Kiedyś szedłem nimi z przeciwnej strony, zapamiętałem i obiecałem sobie wrócić. Na pewno nie po raz ostatni wróciłem.

Stałem na szczycie Cieciorki, przy granicy lasu i pól, rozglądając się. Wzgórza z lewej strony były mi znane, kaczawskie, z prawej zaczynały się Góry Wałbrzyskie, niemal nieznane, stałem więc na dwóch różnych granicach. Dolina z prawej wydawała się szersza, wyraźniejsza – może dlatego uznaną ją za granicę Gór Kaczawskich i Wałbrzyskich?.. – zastanawiałem się. Tak jest, gdy jedną i niepodzielną przestrzeń człowiek sztucznie dzieli. Skoro dla swojej wygody jedną część gór nazwał tak, drugą inaczej, niejako automatycznie pojawia się problem granic terytorialnych obowiązywania tych nazw, a z nimi sztuczność podziałów.
Podnóżem wzgórza biegnie nieczynna, zarośnięta drzewami, linia kolejowa.
Przez wiele wsi sudeckich przebiegała żelazna kolei, w wielu wsiach stoją okazałe i solidne budynki stacji. Kiedyś jej doprowadzenie do miejscowości było nobilitacją, wygodą i przyczyną gospodarczego rozwoju, a teraz te drogi, zbudowane ogromnym nakładem pracy, rdzewieją i zarastają drzewami. Będąc niechciane i nieopłacalne, są smutne i opuszczone. Pomyślałem, że kiedyś taki sam los może spotkać szosy. Może jakiś wędrowiec w dalekiej przyszłości będzie szedł zarastającą szosą, jak ja szedłem taką drogą w Bieszczadach, i pomyśli o ogromie pracy włożonej kiedyś w te dziwne budowle…
Wracając wszedłem na Sośniaka; to były zwykłe odwiedziny znajomego mającego swój własny  las bukowy. Nawet teraz, w zimie, taki las jest ładny: charakterystycznie nagie i gładkie, umięśnione i jasnoołowiane pnie, ziemia przysypana brązowymi liśćmi, tu i tam omszałe skały. 


Nieco dalej, przechodząc obok szczytu bezimiennego wzgórza, przypomniałem sobie, że w listopadzie czy może nawet w grudniu widziałem pod skałą na szczycie kwitnącą iglicę. Wiedziony irracjonalnym impulsem poszedłem tam: parę starych czereśni, wszędobylskie wierzby iwy (gdyby nie ich bazie, trudno byłoby mi znaleźć w tych drzewach cokolwiek ładnego), w szczelinie skały rachityczna brzoza. Kwiatu nie znalazłem, ale później, idąc polem, zobaczyłem parę maleńkich, nieznanych mi kwitnących roślinek schowanych w skibach ziemi. Teraz, gdy do wiosny jeszcze kilka tygodni, gdy w rowach i w lasach leżą jeszcze grube łachy zeskorupiałego śniegu, ta roślina rozwinęła swoje biało-niebieskie kwiaty wielkości paru milimetrów; próbowałem zrobić im zdjęcia, ale żadne nie było ostre. Jak te delikatne drobiny wytrzymują marcowe mrozy, skoro nie wytrzymują przymrozków dużo późniejsze kwiaty drzew owocowych?

Jadąc przez Płoninę w stronę Kaczorowa, po prawej mija się drogę do Starych Rochowic, a sto parę metrów dalej, też po prawej stronie, zaczyna się polna droga z żółtym szlakiem; jest tam mały placyk, dobre miejsce na zostawienie samochodu. Do Diablaka, okazałej skały u podnóża Lubrzy, jest dwa kilometry.
Idąc tam plan miałem prosty: ze szczytu góry zejść duktem w stronę Mysłowa, do miejsca, w którym droga wybiega na łąkę pnącą się po zboczu. Miałem nadzieję na ponowne przeżycie oczarowania, którego doznałem tam rok temu. Odwiedziłem Diablaka, zrobiłem skale kilka zdjęć i poszedłem pod górę. 



Drogę dobrze pamiętałem, wszak szedłem nią już parę razy; na szczycie pewnie skręciłem w następny dukt i… i tutaj zaplątałem się. Droga biegła w dół i biegła, a las nie kończył się. Niewątpliwie pomyliłem dukty, bo wszak już powinienem dojść do brzegu łąki - uznałem. Zawróciłem. Las w pobliżu rozdroża i szczytu Lubrzy zmienił się, leśnicy prowadzili tam wycinkę drzew, teren jest zryty, przysypany zostawionymi gałęziami, kluczyłem między pniakami szukając właściwej drogi, a gdy nie znalazłem, ponownie poszedłem pierwszym duktem. Niżej było niepamiętane rozdroże, skręciłem w lewo. Ładny, zielony i równy, dukt niemal poziomo trawersował strome zbocze porosłe czystym, dorodnym borem świerkowym. Wyszedłem zza zakrętu i aż przystanąłem: przede mną stał Diablak. Nie – zorientowałem się po chwili - inna skała, nieco podobna, ale ładniejsza i chyba wyższa. Oglądałem ją z przyjemnością. Warto było zawracać, kluczyć i ponownie wchodzić na Lubrzę – myślałem patrząc na skałę. Moją skałę – miałem nadzieję na wyłączność. 




Wszedłem stromym zboczem pod szczyt skały, a tam zobaczyłem ślady ogniska. Więc nie tylko ja wiem o tej skale? – przez chwilę czułem dziecinny zawód – jakbym brał udział w oszukańczej zabawie. Popatrzyłem w górę szukając stopni umożliwiających wejście na szczyt skały, która z tej strony nie ma chyba nawet dziesięciu metrów, i wtedy zobaczyłem kilka stalowych oczek wbitych z ściany. Więc to oni tutaj przychodzą? Naliczyłem cztery czy pięć szlaków wyznaczonych tymi oczkami, ale dobrego dla mnie wejścia nie znalazłem. Są tam dwa stopnie, po pokonaniu których wszedłbym na wierzchołek, ale pierwszy jest na wysokości półtora metra, następny tyleż wyżej. Nie, nie dla mnie takie akrobacje bez liny. Poszedłem dalej duktem chcąc zobaczyć gdzie się zaczyna; później zamierzałem obejść podnóże Lubrzy i po prostu dojść od dołu do tego urokliwego miejsca na zboczu. Gdy stanąłem na granicy łąk i odwróciłem się, dowiedziałem się, że jednak oczarowania nie da się przywołać, bo rzadkie to przeżycie i nieprzewidywalne, jednak przyjemność patrzenia na piękny krajobraz miałem. 


Wszedłem w las i po paru minutach doszedłem do znanego mi już rozdroża: pod górę na Lubrzę, w prawo do drugiego Diablaka. Uśmiechnąłem się zrozumiawszy, że usytuowanie drogi zapamiętałem dobrze, źle natomiast pamiętałem jej długość – wydawała mi się dużo krótsza niż jest w rzeczywistości; gdybym poszedł sto metrów dalej, doszedłbym na skraj lasu bez tego kręcenia się wokół góry. Tak, doszedłbym, ale wtedy nie poznałbym miejsca, które na pewno będę odwiedzać.
Wracając, wspomniałem znajomego, który namawiał mnie na zostanie przewodnikiem, no bo skoro tyle chodzę w góry i tak dobrze je znam… Ech, ja przewodnikiem! – uśmiechnąłem się do wyobrażenia siebie w tej roli. Nie dość, że prowadziłbym ludzi na manowce, to jeszcze nie znam żadnej kapliczki ani kościoła, a podejrzewam, że ta wiedza jest konieczna, bo w posiadanych przeze mnie przewodnikach najwięcej informacji jest o tych właśnie budowlach, natomiast o drogach jest za mało.
Kaczawskie drogi.



11 komentarzy:

  1. Krzysztofie, nie wiedziałam, że prowadzisz blog i fotografujesz tak piękne widoki :-).
    Już nie pamiętam kiedy byłam w górach, mając możliwość wyboru kieruję się zwykle nad morze - dobrze się tam czuję. Lubię nadmorskie powietrze, jednostajnie szumiące morze, piasek na plaży.
    Tak ciekawie opisujesz swoje wędrówki, no i przedstawiasz piękne górskie widoki, że z pewnością będę zaglądać częściej. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniko, dziękuję.
      Od wielu lat rokrocznie spędzam wakacje nad morzem; niestety, pracując, ale przez niemal dwa miesiące mam trochę okazji do posmakowania lata i morza, o czym jest i tutaj sporo tekstów (muszę je uporządkować, bo teraz mają tylko nic nie mówiące numerki…). Jednak powiem Ci szczerze, że wybieram odmiennie od Ciebie, wybieram góry. Wiele miejsc w Sudetach przeszedłem wzdłuż i w szerz, ale tylko w zimie, a to z powodu mojej pracy. Nawet nie wiem jak wyglądają moje Góry Kaczawskie w lipcu…
      Na ostatnim wyjeździe w góry (niedzielnym, czyli wczorajszym) widziałem kwiaty podbiału i inne, białe, ładne, ale nieznane mi. Ty pewnie wiesz jak się nazywają:) Gdy będę zamieszczać tutaj tekst, dodam zdjęcie tych kwiatów, a już teraz poproszę Cię o ich nazwę.

      Usuń
  2. Przecudne robisz zdjęcia, Krzysztofie. W ostatnich relacjach urzeka mnie zwłaszcza kanciastość i "brylastość" skały, która nie jest Diablakiem i ten korzeń, ten korzeń z siódmgo zdjęcia w poście o gadającym pudełku. Chciałabym dotknąć tej skały, poczuć jej chłód i chciałabym wodzić palcami po plątaninie tamtych korzeni, śledzić, jak się rozwidlają, przeplatają, zanurzają i wynurzają...
    A Twój strumyk niech będzie jednak Strumyczkiem. Różany Strumyk jest egzaltowany a Polny Strumień - pospolity :)
    Jeśli wolno mi wyrazić swoje zdanie :)
    Latorosłka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc dobrze, tamten strumyczek będzie się nazywać Strumyczek. Trochę tak, jak kotek mojej córki, który nazywa się Kotek:)
      Jedno ze zdjęć drugiej Diablaka podoba mi się, faktycznie widać mięsistość bryły i jej kanciastość. Tam jest ładnie: dukt jest płaski, równy, zielony, strome zbocze porosłe czystym, jasnym lasem świerkowym, bez krzaczastych zarośli, cisza wokół i ta wielka (jak na kaczawy) skała. Na brzeg łąki, z której roztacza się ten ładny widok, jest parę minut drogi, a do samochodu trzy kwadranse spacerkiem. Usiąść na brzegu tej łąki w letni dzień, siedzieć i gapić się…
      Buki podobają mi się. Mam wiele ich zdjęć, wczoraj znalazłem kilka kolejnych wielkich okazów, ich zdjęcia mam już w laptoku. Tamten buk jest jednym z kilku znanych mi i rozpoznawanych w tych górach buków. Czasami specjalnie zbaczam z trasy żeby odwiedzić któregoś z nich:)
      Moje zdjęcia? Wiesz, pierwszy w życiu aparat kupiłem dwa lata temu, a swoje lata już mam – taki ze mnie fotograf.

      Usuń
  3. Byłam raz w Kaczawach, ale mięsistej skały nie widziałam :) Nie wiem, czy w naturze występuje gdziekolwiek mięsista skała :)
    A buczynowe lasy są takie trochę... niesamowite. Bardzo "przejrzyste", i jakieś takie ciemne. Żadnych krzaczorów. Żadnych jeżyn, paproci i innego dziadostwa łapiącego za nogi. I jesienią te masy rudych liści leżących cicho pod drzewami. Szłam kiedyś takim lasem z Hali Krupowej, gołe drzewa o szarej korze, słońce migało pomiędzy nimi, choć był już listopad a liście szeleściły, nadeptywane. Dobrze było tak iść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, Krzysztof.

      Teraz moja tęsknota do Gór Kaczawkich odezwala się ze zdwojoną siłą i wiem, od którego miejsca zacznę swoje tegoroczne łazikowanie. Dzięki Ci Krzysztof za tablicę, to chyba Twój prezent dla mnie.Uprzedziłeś mnie, a ja chciałem Ci powiedzieć o zwyczajach niektórych modraszkowatych. Jeszcze raz dziekuję Ci za tablicę, ponieważ za jej pośrednictwem trafiłem na interesujaca mnie stronę.
      Ja motyle nazywam fruwającymi kwiatkami.

      Miłych chwil życzę...

      Usuń
    2. Tak, dobrze się idzie bukowym lasem. Zauważ, że taki las wyróżnia się nie tylko brakiem zarośli, ale i kolorami nawet teraz, w zimie. Te ładne, ołowiane w odcieniu, pnie, przejrzystość lasu – jak napisałaś, ale i brązowe liście trzymane całą zimę przez wiele młodych buków, a brąz to ładny, wyrazisty, nasycony. Gdy w chmurny dzień zdarzy się promyk słońca, mały buczek robi się po prostu cudny, a tym wielkim nawet słońca nie trzeba, żeby robić wrażenie swoją… mięsistością:)
      Hmm, czy są mięsiste skały? Myślę, że raczej nie, chociaż te czyste, nie przyprószone ziemią i drobnymi złomkami, te o wyrazistych kolorach i równych liniach pęknięć, jakby bliżej były tej mięsistości. Zauważyłem, że kilka już razy tak określiłem zdjęcia, teraz zastanawiałem się nad powodem. Otóż na dobrze zrobionym zdjęciu dobrze widać trójwymiarowość przestrzeni i rzeczy. Ich masywność, obłe czy ostro łamane kształty, kolory i ich zmiany zależne od kąta oglądu i padania światła, to wszystko na dobrych zdjęciach bywa lepsze niż w naturze, i takie zdjęcia są mięsiste.
      Jeżyny w lesie świetnie nadają się na testera wytrzymałości obuwia i ubrania, ale też jako booster spalania kalorii. Przejdź takimi zaroślami kilometr czy dwa dziennie, i – zapewniam – nie musisz już liczyć kalorii:)

      Usuń
  4. Aaaaaa... O wędrówkach powiem tak:

    To były piękne dni,
    Po prostu piękne dni...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Janie, za miłe słowa i za obecność.
      Odrobinę znam dziwaczne i zaskakujące zwyczaje sposobów dojrzewania niektórych zwierząt, ale akurat o tych motylach nie wiedziałem. Niesamowite jest to dla mnie.
      Widziałem Twoje zdjęcia z motylami, właściwie podziwiałem je, bo zdjęcia umiesz robić naprawdę dobrze.
      Fruwające kwiaty, mówisz?.. Janie, to, co mnie najbardziej zaskakuje w urodzie kwiatów (zwłaszcza ich, ale nie tylko, podobnie jest z niektórymi zwierzętami, nie wyłączając motyli), to niewątpliwy fakt podobania się kwiatów nam i owadom. Kwiaty ewoluowały tak, aby zwrócić na siebie uwagę zapylających je owadów. To, co je przyciągało do kwiatów, w większości przypadków przyciąga i nas – jakbyśmy dzielili z owadami wspólne kryteria piękna. Owszem, owady nie zwracają uwagi na aspekt estetyczny, niemniej to, co widzą, działa na nie tak, że zbliżają się. W sumie więc tak jak my, nieprawdaż?
      To właśnie jest dla mnie fascynujące i wielce ciekawe.

      Usuń
    2. Właśnie, bardzo fascynijace i ciekawe, Krzysztofie.

      Kwiaty kwitną nawet wtedy, gdy nikt na nie nie patrzy.
      Kwiat jest uśmiechem rośliny.

      Już nie pamiętam, gdzie wyczytałem te słowa, ale podobały mi się tak bardzo, że je zawsze sobie przypominam ilekroć spojrzę na jakiś kwiat. Podobnie jak Ty często cytujesz "W sukni o barwie..." itd. i Twoje inne porównania mnie fascynują.

      Najbardziej podobają mi się kwiaty roślin dziko rosnących i zawsza podziwaim ich wolę przetrwania. U Ciebie aż sie roi od fantastycznych opisów tych cudeniek natury.
      Ja, gdy widzę jakiś kwiatek gdzieś w zaroślach, a jeszcze do tego intrygująco oświetlony, to nie mogę się powstrzymać od woli zrobienia im zdjęcia. A gdy w danej sytuacji nie mam przy sobie aparatu, to wtedy "jestem chory"
      Dlatego kupiłem taki sprzet, a nie inny.

      Fascynujace w Naturze jest to, ze ona się nawzajem uzupelnia, wspomaga, rozwija i trwa, a my ludzie możemy to podziwiać, utrwalić albo zniszczyć.

      Przyroda będzie istniała i bez nas, a my bez przyrody niestety nie.

      Usuń
    3. Cześć, Janie:)
      Kwiat jest uśmiechem rośliny… Ładnie powiedziane. Lubię ładne wyrażenia i oryginalne porównania. Z dawien dawna jestem pod wrażeniem słów. Słowa, dźwięki, obrazy – właśnie w tej kolejności. Chyba dlatego nie mam i nie raczej mieć nie będę telewizora, a za to mam dużą bibliotekę i niewiele mniejszą płytotekę.
      Tak, wola życia jest wyraźnie widoczna i czyni wrażenie, tyle że – jak na pewno też zauważyłeś - trzeba dobrze patrzeć, a i wiedzy chociaż odrobinę przydałoby się. Właśnie ta zależność – kiedyś odkryta przeze mnie, chociaż nie byłem pierwszym odkrywcą - też czyni na mnie wrażenie: im więcej się wie, tym więcej się widzi. Jest i pochodna zależność: im więcej wiesz, tym widzisz świat bardziej złożonym i po prostu piękniejszym. Czy zauważasz to samo, Janie?
      Chyba wiem, dlaczego tak pociągają Cię niepozorne kwiatki ukryte gdzieś wśród zarośli czy w leśnym poszyciu. Ty chcesz się nachylić nad nimi i powiedzieć im: nikt was nie widzi tutaj i nikt nie docenia, ale ja widzę i jestem pod wrażeniem waszej urody. Tak mówisz tym kwiatom, Janku? Przyznaj się:)
      Ja przyznam, że niewiele kwiatów dziko rosnących rozpoznaję, chyba ledwie kilkanaście gatunków, ale przecież patrzę i zgadzam się: one wyglądają uroczo, zwłaszcza w swoim naturalnym środowisku. Chaber oglądany w dojrzewającym zbożu jest po prostu piękny. Z maleństw mam dwoje ulubieńców: iglicę pospolitą i bodziszka kosmatego. Lubię też maleńkie niezapominajki, bodajże to łąkowa odmiana tych powszechnie znanych.
      Kiedyś sporo czytałem o greckiej mitologii, trochę zostało we mnie z jej czaru, jakbym przejął odrobinę sposobu widzenia Greków. To dlatego przychodzi mi do głowy nimfa mieszkająca w strumieniu, czy Eos, bogini świtu. Patrzę na zorzę poranną i odruchowo już myślę jako o niej – o pięknej kobiecie. Dlatego tak bardzo spodobały mi się tamte słowa Homera:)

      Usuń