Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

czwartek, 26 marca 2015

O duszy


Moje czytanie traktatu „O duszy” Arystotelesa.

Tekst jest trudny, wymagający nieustającego skupienia, częstych powrotów dla złapania zgubionej myśli, zaglądania do przypisów obszerniejszych od niego samego, to tekst, przez który trzeba się przedzierać. Po co więc podejmuję ten trud, skoro obok leży i czeka Octavio Paz, po którym wiele sobie obiecuję? Przez zwykłą ciekawość. Tak jak od Platona poszła w świat idea rozciętych połówek, tak w naszym kręgu kulturowym Arystoteles w znacznej mierze przyczynił się do popularności idei wieczności naszej duszy. Dostałem w prezencie kilka książek Arystotelesa, starych, ale solidnie wydanych; poprzedni właściciel wyzbył się w ten sposób nieczytanych książek, tym samym budząc we mnie potrzebę ich przeczytania – to efekt odruchowego u mnie nachylenia się nad niechcianym. Gdy przeglądałem tę książkę, pełen obaw co do moich możliwości zrozumienia treści (wiadomo, że traktaty autora nie były pisane do publikowania, będąc jedynie jego nieuporządkowanymi notatkami), znalazłem we wstępie takie słowa Pawła Siwka:

>>Jak powstaje w nas dusza rozumna? Problem ten - wyznaje Arystoteles - jest niesłychanie trudny. I podejmując się go nie obiecuje bynajmniej dać nam pełnego rozwiązania. Przypatrzmy się bliżej jego dowodzeniu.

(…) dusza zmysłowa (związana z funkcjonowaniem zmysłów, mają ją zwierzęta i ludzie - wyjaśnienie moje) zjawia się aktualnie w jestestwie żywym dzięki czynnikom, które kierują jego procesami rozwojowymi; ona jest ich normalnym uwieńczeniem; ale dusza rozumna w ten sposób powstać nie może. Rozum bowiem, który stanowi jej część istotną, posiada naturę ściśle duchową; jako taki nie może być skutkiem przyczyn materialnych; nie może być kresem ewolucji naturalnej jakiegokolwiek ciała - martwego czy żywego. On musi wejść w jestestwo żywe od zewnątrz.<< str. 31-32.



Zjawia się dzięki czynnikom kierującym jego procesami rozwojowymi… - zadziwiająca współczesność poglądu!

No i ta znamienna myśl: posiada naturę ściśle duchową i jako taki nie może być skutkiem przyczyn materialnych…

To były te słowa. Gdy je przeczytałem, wiedziałem, że przeczytam traktat Arystotelesa.



Już na początku pierwszej strony, od pierwszych zdań, autor pisze o duszy tak, jakby jej istnienie nie podlegało dyskusji, jakby było czymś najoczywistszym.:

„Dla tych to racji musimy umieścić badanie duszy w rzędzie naczelnych nauk. (…) Zamiarem naszym jest poddać naukowej dyskusji i dobrze poznać naprzód jej naturę i istotę, a następnie wszystkie jej właściwości.” (45)

Gwałtownie zaprotestowałem odczuwając bunt, bo oto wielki filozof, człowiek o niesamowicie wyćwiczonym umyśle, posiadający wyrafinowane umiejętności precyzyjnego myślenia i dzielenia przysłowiowego włosa na cztery, zaczyna swój traktat o duszy nawet nie zająknąwszy się nad kwestią zdawałoby się zasadniczą: istnienia przedmiotu swojego traktatu. Już miałem wołać do niego: „mam cię!”, ale gdzie mi do „złapania” Stagiryty! Po kilku stronach lektury zrozumiałem nieporozumienie tkwiące w obecnym znaczeniu tego słowa. Otóż dusza podstawowa u Arystotelesa, dusza wegetatywna, jest po prostu cechą wszystkich istot żywych, a objawiająca się właśnie ich życiem. Jest zdolnością do życia. Skoro więc pisał o istotach żywych, to tym samym pisał o istotach posiadających duszę, i nie było co tutaj udowadniać.

„(…) jestestwo posiadające duszę różni się życiem od jestestwa, które jest jej pozbawione.” (76)



Nie znalazłem jednego decydującego argumentu, takiego do pokazania palcem: to ten, ale szereg wniosków wyciąganych z analizy naszej psyche przy użyciu logiki, której fundamentalnym założeniem jest zupełne oderwanie myślenia od materii. Nie, nie założenie, bo czuję, że logika powinna kierować się sobą tylko; to swoista fascynacja myśleniem abstrakcyjnym, niezwiązanym z materialną rzeczywistością, z codziennością, to fascynacja światem idei, prawdy, rozumowania.

W jakiejś mierze zrozumiała jest ta jego niemożność uznania materialnych podstaw istnienia duszy. Jest ona, a niechby tylko jej nieśmiały, niewyrażony zaczątek, we wszystkich chyba ludziach, bo każdy człowiek - może poza najbardziej twardogłowymi materialistami - gdzieś tam głęboko w sobie chowa nadzieję, niechby jej cień nieśmiały, na przetrwanie tego z nas, co o nas stanowi i co jest w nas najbardziej wartościowe.

“... jednostka, to co w osobie ludzkiej, w jej myśli najbardziej niezwykłe, nie umiera, pozostaje w pamięci Boga i będzie wskrzeszone." - jak to napisał Proust.

Zwykłem widzieć tutaj przejaw naszych tęsknot, naszej potrzeby ratowania się, nadania sensu naszemu życiu, podczas gdy Arystoteles widzi temat inaczej: do wniosku o istnieniu duszy nas przeżywającej dochodzi drogą rozumowania uwarunkowanego nie tylko poziomem wiedzy ówczesnej, ale i fascynacją myśleniem abstrakcyjnym, oderwanym od rzeczy i korzyści. Świat idei, prawdy, logiki, dociekania, a więc to, co Starożytni stawiali najwyżej i co w ich przekonaniu zbliżało ich do bogów. Po drugiej stronie był polityk zajęty umacnianiem swojej partii, kupiec zajęty towarami i rynkami, wytwórca myślący tylko o swoim zakładzie, a wszyscy oni mieli na uwadze władzę i zysk. Drugi świat.

Dobrze, tak jest: w naszej wierze w posiadanie nieśmiertelnej duszy mieści się pragnienie przetrwania jakiejś cząstki nas samych, ale Arystoteles przekreśla te nadzieje dokładnie tak, jak robią to obecnie ludzie wierzący w reinkarnację.:



„Gdy zaś chodzi o rozumowanie, miłość lub nienawiść, to nie są one właściwościami rozumu, lecz podmiotu, który jest nim obdarzony i o ile jest w jego posiadaniu. Dla tej racji, gdy podmiot ulega zniszczeniu, nie ma już miejsca dla wspomnień ani dla miłości. One bowiem nie były własnościami rozumu, lecz osobnika złożonego, który zginął. Rozum jest niezaprzeczalnie czymś bardziej boskim i nie podlegającym wpływowi ciał.” 64.

Więc i on, Arystoteles, oddziela duszę ode mnie. Gdy przeczytałem te jego słowa, poczułem smutek, taki irracjonalny smutek… opuszczenia? Ani on, ani buddyści, a może i inni, nie chcą pochylić się nad tym człowiekiem kończącym swoje życie, nad zniknięciem tego wszystkiego, co nosiła jego pamięć. Bo rozum jest bardziej boski i traci pamięć życia… A ja wolałbym, aby był mniej boski, a w zamian pamiętał najbardziej wzruszające chwile mijającego właśnie życia, aby zabrał je ze sobą – gdzieś tam, bliżej bogów, i przechował je. Nie wiem po co i dla kogo, ale może tak byłoby sprawiedliwiej, uczciwiej, litościwiej w  końcu? Może wtedy byłoby łatwiej zanurzyć się w tą osobliwość zwaną niebytem?..

Cholera, chyba rozkleiłem się.

------------------

"Gdyby oko było zwierzęciem, wzrok byłby jego duszą, bo wzrok stanowi istotę oka, gdy chodzi o jego definicję, samo zaś oko stanowi jedynie materię wzroku (...) Ciało jest tylko bytem w możności; ale jak źrenica wraz ze wzrokiem stanowią oko, tak dusza i ciało stanowią razem zwierzę." str 75.

Wzrok byłby duszą tego przykładowego zwierzęcia będącego okiem, ponieważ stanowiłby jego istotę. Oryginalnie wyrażona definicja. Co zatem stanowi istotę człowieka, jako osoby posiadającej duszę rozumną? Myśl zawarta w tych zdaniach dziwnie uparcie kojarzy się mi z cytowanymi słowami Prousta: to, co w naszych myślach najbardziej niezwykłe, nie umiera… Jeśliby dalej iść tym torem rozumowania, za duszę należałoby uznać najlepsze, najwznioślejsze osiągnięcia naszej psychiki, naszej osobowości. Podoba mi się ta myśl. Zawarte jest w niej milczące przekonanie o boskim miłosierdziu, o wybraniu z nas do oceny, do zachowania na wieczność, tylko dobra, a o litościwym zapomnieniu ludzkiego zła i małości. W istocie jest to myśl chrześcijańska, ściślej: powinna nią być.

Arystoteles idzie jednak zupełnie inną drogą: dusza wegetatywna jest po prostu zdolnością ciała do wykonywania funkcji życiowych, dusza zmysłowa do odbierania sygnałów z otoczenia, a dusza rozumna zdolnością do myślenia. Skoro potrafimy myśleć, mamy duszę rozumną; fakt naszego myślenia jest dowodem na istnienie naszej duszy.



„Ale dusza jest właśnie tym, dzięki czemu przede wszystkim żyjemy, spostrzegamy i myślimy.” 79.

Dusza wegetatywna, odpowiedzialna za funkcje życiowe organizmu, z oczywistych powodów nie może być oddzielona od ciała, które dzięki niej jest żywe; podobnie jest z duszą zmysłową, która do funkcjonowania, a więc do słyszenia czy widzenia, potrzebuje materialnych odbiorników - uszu czy oczu, ale nasz rozum? Skoro nie jest konieczny dla ciała lub od ciała uzależniony jak tamte, to może można by oddzielić go od ciała? – zastanawia się Arystoteles. Tutaj uwaga: pojęcie „rozum” ma dla Arystotelesa nieco inne znaczenie niż dla nas: oznacza duszę rozumną, intelektualną, nie jest utożsamiane z mózgiem, o którego funkcjach niewiele wiedziano w starożytności; rozum to ta część duszy, „przez którą dusza poznaje i wydaje sąd o rzeczach.” (125)

Dalej autor pisze tak:



„Co najbardziej wygląda na wyłączną właściwość duszy, to myślenie, ale jeśli i ono jest szczególnym rodzajem wyobraźni (a dla Arystotelesa była to cecha psychofizyczna, więc związana z ciałem – uwaga moja) lub przynajmniej nie może zaistnieć bez niej, w takim razie i ono jest niemożliwe bez ciała.” (48)

„Otóż zdaje się, że również wszystkie przeżycia duszy – odwaga, łagodność, strach, litość, zuchwalstwo a wreszcie miłość i nienawiść – implikują ciało. (…) Z tego wszystkiego wynika, że uczucia są formami tkwiącymi w materii.” (48)



Myśli ciekawe i stojące jakby opozycji do twierdzenia o niepodległości i nieśmiertelności duszy. Szukałem wyjaśnienia, ale tutaj Arystoteles zrobił unik:



„Co się jednak tyczy rozumu i władzy teoretycznej (myślenia), to nie ma dotąd nic jasnego; jest to jednak, jak się zdaje, zgoła inny rodzaj duszy, który sam jeden jest w stanie istnieć po oddzieleniu od ciała jako istota wieczna od rzeczy zniszczalnej. Co się tyczy innych części duszy, to widać z tego co powiedzieliśmy, że nie mogą istnieć oddzielnie – przeciwnie niż to niektórzy utrzymują.” 78



Czytając, odnosiłem wrażenie istnienia pewnej sprzeczności u Arystotelesa: gdy zacznie analizować kwestie dotyczące duszy rozumnej, dochodzi do wniosku, iż jest ona związana z ciałem – z wszystkimi tegoż konsekwencjami – ale niejako obok powraca myśl, niczym echo, o boskim pochodzeniu i o nieśmiertelności naszego ducha, a wszystko na co zdobywa się autor, to przypuszczenie odmienności tej części duszy, która to odmienność ma ją wynieść ponad ciało.

Cytowane tutaj słowa są z początku drugiej księgi, ale do końca traktatu zdania nie zmienił. Nie chcę, broń Boże, krytykować Arystotelesa, mam zbyt wiele szacunku wobec jego umiejętności  i świadomości własnej niewiedzy, ale akurat tutaj jestem nieco rozczarowany.

W paru miejscach jego logika jakoś tak rozmija się z moją, jak w tekście niżej.:

„To, że odporność na wpływy zewnętrzne nie jest taka sama we władzy zmysłowej i myślącej, widać jasno, gdy się zestawi organy zmysłowe z postrzeżeniem. Po odebraniu zbyt silnej podniety zmysł nie jest w stanie postrzegać, na przykład słyszeć dźwięku po usłyszeniu ogłuszających dźwięków, ani widzieć lub wąchać po postrzeżeniu nadmiernie silnych barw czy zapachu. Tymczasem gdy rozum pomyślał o czymś dla niego bardzo jasnym, nie myśli gorzej, lecz jeszcze lepiej o rzeczach mniej jasnych. Władza zmysłowa bowiem nie istnieje niezależnie od ciała, gdy tymczasem rozum jest od niego oddzielony.” 126.



Przymiotnik „jasny” użyty na określenie przedmiotu myślenia  rozumieć można dwojako: jako myśl prosta, o rzeczy nam dokładnie znanej, albo też myślenie o rzeczy przyjemnej dla nas. W obu przypadkach może być tym odpoczynkiem dla umysłu, o którym pisze tutaj autor. I tu właśnie widzę błąd, w zestawieniu tej chwili umysłowego odpoczynku z ogłuszeniem zapachami lub hałasami lub z nadmierną jasnością światła. Aby porównanie było prawidłowe, należałoby napisać tutaj o wpływie na umysł myślenia o rzeczach bardzo trudnych, a nie prostych czy miłych, czyli uznanie za podobne nadmiernie silnego światła dla oczu z nadmiernie trudnym zadaniem dla umysłu.

Owszem, gdzie indziej Arystoteles zauważa znużenie umysłu, ale zawsze tłumaczy go wpływem ciała. Starożytni zbyt mało wiedzieli o rozumie, chyba nic o systemie nerwowym; Arystoteles na przykład uznawał serce za organ wyobraźni, co razem prowadziło go do niemożności dostrzeżenia wpływu starości czy alkoholu na umysł, czy ogólniej: dostrzeżenia wpływu ciała na umysł.

Rozumiem go. Stagiryta nie wiedział, bo nie mógł wiedzieć o funkcjach naszego rozumu i całego systemu nerwowego, a był zafascynowany logiką i teorią, ale jednak odczuwam nieco żalu do niego, a także i odrobinę zawodu nim i jego traktatem. Przecież nikt inny jak on właśnie ustalił zasady dochodzenia do prawdy i sposoby kontrolowania wyników badań. To jego jest logika. Mnie nie równać się z nim, ale, na bogów!, czemu ani razu nie poddał pod wątpliwość swojego założenia o nieśmiertelności rozumu i o jego wejściu w nas z zewnątrz? Wszystko analizuje, nad wszystkim się zastanawia, a tutaj po prostu stwierdza i już. Jakby posiadł jakąś wiedzę tajemną, jakby ta nieśmiertelność była oczywista, albo była dogmatem.

W części traktatu definiującej duszę stwierdza, iż „nic nie stoi na przeszkodzie, by niektóre części duszy mogły się odłączyć od ciała.” Str. 75. Proste: nic nie stoi na przeszkodzie.

Z jednej strony myśli on bardzo wnikliwe, chociażby we fragmencie, w którym pisze o związku pamięci z ciałem i zmysłami, albo o powstawaniu dusz niższych jako rezultacie procesów

rozwojowych człowieka – jakby wiedział o piętrach rozwojowych naszego mózgu - a z drugiej strony mam jego twierdzenie o niemożności istnienia związku rozumu z ciałem, bo ten ma naturę duchową i z tego powodu nie może podlegać ciału…

Dalej myśl znamienna: „Mówiąc ogólnie, jak przedmioty poznania dają się oddzielić od materii, tak samo rzecz się ma z rozumem. 127.

Myśl ta rzuca nieco światła na rozumowanie Arystotelesa, jednak coś mi tutaj umyka w jego rozumowaniu. Liczba czy trójkąt ze swoimi kątami są abstrakcją. Owszem, można liczyć jabłka, ale łatwo się ich wyzbyć i mieć do czynienia tylko z liczbami. To proste przykłady, są i inne, dotyczące pojęć, idei. Pole działania rozumu jest tutaj niezwiązane z rzeczami, z materią (lub dające się rozdzielić), ale przecież sam autor prowadził badania przyrodnicze, a więc badania niemożliwe bez chociażby początkowego empiryzmu, czyli nie zawsze, nie na każdym etapie, da się oddzielić poznanie od przedmiotu poznania, a poza tym jak się ma możliwość oddzielenia przedmiotu poznania od materii, do oddzielenia rozumu od materii?

W tym miejscu doszedłem do końca rozumienia traktatu, mimo iż przeczytałem go, i to kilkakrotnie, do końca.

Jak się zdaje jest to inny rodzaj duszy – i już…

Jednak w wielu innych miejscach traktatu zafascynowany byłem logiką, na przykład tutaj:



„Ponieważ postrzegamy zmysłami, że widzimy i słyszymy, z tego konieczny wniosek, że albo wzrokiem postrzegamy, że widzimy, albo innym zmysłem. Ale w tym ostatnim przypadku ten sam zmysł będzie miał za przedmiot postrzegany zarówno wzrok, jak i przedmiot wzroku, tj. barwę. Stąd znowu wynika, że albo dwa zmysły będą istnieć do postrzegania tego samego przedmiotu, albo ten sam zmysł będzie postrzegał sam siebie. Poza tym jeśli zmysł postrzegający wzrok jest odrębny od wzroku, to albo szereg zmysłów pójdzie w nieskończoność, albo będzie jakiś zmysł postrzegał sam siebie.” 115



Co właściwie wie w nas, że widzimy? Sam wzrok, czy coś, co wie, że widzimy i wie co z tym widzeniem zrobić i wie, że wie, bo jak inaczej przerwać ciąg coraz wyżej stojących zmysłów? Siwek tak oto tłumaczy ten tekst.:



>>Gdy człowiek coś postrzega, poznaje równocześnie, że on postrzega. Poznaje zaś to nie tylko samym rozumem, lecz także jakimś zmysłem: postrzega, że postrzega. Taki akt zakłada jakąś refleksję. Bowiem aby postrzec postrzeżenie zmysłu jako swoje własne, trzeba je odnieść do siebie samego jako do źródła tego postrzeżenia; konsekwentnie musi się siebie w jakiś sposób „postrzec”. O tej to funkcji psychicznej zaczyna tu mówić Arystoteles. Dziś nazywamy ją świadomością.<< 205



Łatwo wzruszać ramionami, może nawet uśmiechać się z politowaniem nad próbami rozwiązania zagadki duszy, ale przecież i teraz nie wydaje się być w pełni wyjaśniona, a dla wielu ludzi jest nierozwiązywalna; jakże łatwo o to wzruszenie ramion z pozycji XXI wieku! Arystoteles myli się w paru miejscach, ale jego pomyłki są wynikiem braku wiedzy. Gdyby starożytność wiedziała o istnieniu systemu nerwowego, tej wszechobecnej sieci informacyjnej zbiegającej się w naszym mózgu, gdyby znała chociaż na tyle budowę tegoż, na ile znamy obecnie, gdyby znała owe piętra jego rozwoju tak trafnie przewidziane przez autora dzielącego duszę na wegetatywną, zmysłową i rozumną, wtedy - jestem tego pewny - zadziwiłby naszych naukowców (ale nie teologów - tych nie da się zadziwić) swoimi wnioskami.

Euklides tworzy obraz idealnej i przewidywalnej przestrzeni, Platon idee i idealne państwo, Sokrates mówi, że tylko od ludzi, poprzez dociekania, dowie się czegoś nowego, Arystoteles tworzy obraz ducha niezależnego od ciała. Idealnego. Nieśmiertelnego. Któregoś dnia przyszła mi do głowy myśl (w czasie pracy, gdy łączyłem przewody układu sterującego silnikami w lunaparkowym urządzeniu – idealny kontrast dwóch światów), pytanie: co powiedziałby, jak zachowałby się Euklides po zapoznaniu się z pracami Einsteina? Jak Arystoteles, po poznaniu materialnych podstaw działania naszego umysłu? Ci ludzie czasami mylili się, ale ich błędy wynikały z braku wiedzy niemożliwej wtedy do zdobycia. Wierzę, że z otwartym umysłem przyjęliby nową wiedzę, uznając swoje wcześniejsze pomyłki, ponieważ byli oni prawdziwymi miłośnikami prawdy.

Ten fascynujący styk dwóch światów – materialnego i duchowego, ta niemożność zrozumienia związku między materią a świadomością i czystą myślą, obecna jest w nas do dzisiaj, i wszystkie odkrycia naukowe niewiele tutaj zmieniły. Tak naprawdę niewiele odeszliśmy od Arystotelesa.

Na koniec dwa cytaty (ze wstępu) ważne dla zrozumienia Arystotelesa i jego czasów.:

>>Dobro nie mniej niż prawda jest czymś obiektywnym. Myśl tę dobitnie wyraża Arystoteles mówiąc, że "nie dlatego jest coś dobrem, że go pragniemy", lecz przeciwnie, "pragniemy go właśnie dlatego, że jest dobrem"<<. str. 34.

"W pismach Arystotelesa znajdujemy częste wzmianki o rozumie teoretycznym i o rozumie praktycznym. Nie chodzi w tych wypadkach o dwa rodzaje rozumu czy nawet o dwie jego części (władze), lecz o dwie odmienne funkcje. Rozum zwie się teoretycznym lub praktycznym zależnie od tego, czy rozpatruje on przedmiot pod kątem widzenia prawdy czy dobra. W pierwszym wypadku celem jego jest kontemplacja, w drugim czyn prowadzący do osiągnięcia owego dobra." str. 34.



Obiektywne istnienie dobra i prawdy, oraz pragnienie dobra dla niego samego…

Prawda jako obiekt kontemplacji…

Jakże to wszystko pociągające i jakże potrzebne nam w świecie kontemplującym mamonę.

2 komentarze:

  1. Wybacz, Krzysztofie, ale nie będę partnerem w rozważaniach filozoficznych - nie czuję się na siłach. Chyba nigdy nie zapuściłam się w te głębiny. Przeczytałam jednak Twój tekst z uwagą, na jaką mnie stać i chciałabym, zapewne w oderwaniu, odnieść się do fragmentu:
    "Tymczasem gdy rozum pomyślał o czymś dla niego bardzo jasnym, nie myśli gorzej, lecz jeszcze lepiej o rzeczach mniej jasnych. Władza zmysłowa bowiem nie istnieje niezależnie od ciała, gdy tymczasem rozum jest od niego oddzielony".

    Ja położyłabym nacisk nie na samo słowo "jasny", ale na frazę "o czymś dla niego bardzo jasnym", a dokładniej "dla niego". Nie zdarzyło Ci się coś takiego, że nagle czujesz i wiesz, że coś TAK powinno być? Nie potrafisz wytłumaczyć tego przekonania (błysku) racjonalnie, a jednak coś tkwi (jakaś myśl, przekonanie) w umyśle i jest zaczątkiem nowego spojrzenia na sprawy, nową perspektywą pozwalającą ogarnąć kwestie dotąd nierozwiązane? Mam wrażenie, że Arystoteles odróżnia to co jest jasne dla umysłu od tego co jest jasne, wytłumaczalne, logiczne, zrozumiałe dla "zwykłego" stanu świadomości pełnej (samo)ograniczeń.

    I luźno o postrzeganiu - między spostrzeżeniem "widzę drzewo" a prawdziwym widzeniem go ("drzewo, widzę cię, skupiam na tobie uwagę, chcę cię poznać i czuję cię") niedawno dostrzegłam potężną różnicę. To nie to samo co zarejestrowanie obrazu drzewa i schronienie się w jego cieniu w upalny dzień.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, Aniko.
      Ucieszyłem się czytając Twoje słowa tutaj: więc jednak ktoś uważnie przeczytał ten tekst! :)
      Wiele już razy mówiono o mnie jako o filozofie lub przynajmniej o osobie interesującej się filozofią. Dziwi mnie to, bo prawdą nie jest ani jedno, ani drugie. Filozofia jest dla mnie nieco nudna, jest swoistym dzieleniem włosa na cztery i bardzo, ale to bardzo bywa oderwana od życia. Mam wykształcenie techniczne i bardziej ciekawi mnie biologia ewolucyjna, na przykład, niż filozofia. Jednakże są dialogi Platona, do których sięgam od wielu lat, a na półkach mojej biblioteki stoją książki treścią nieodległe od filozofii (vide: moja dyskusja z O. Paz’em zamieszczona tutaj)
      Czyli jednak…
      Nie było we mnie zacięcia filozoficznego przy sięganiu po ten traktat, a irracjonalna chęć przeczytania nieczytanej książki, wspomagana chęcią zgłębienia historii pewnej idei, więc ciekawość raczej socjologicznej czy antropologicznej natury.
      Oczywiście miewam takie chwile, o jakich piszesz!:)
      W omawianym fragmencie Ty jakbyś sięgała głębiej – w intencje autora, ja ograniczyłem się do wierzchniego znaczenia słów. Nota bene: trzeba byłoby mieć umysł Arystotelesa, żeby nie męczyć się trudnymi prawami; mój męczy się nimi:)
      Nie pasowało mi bezpośrednie porównanie reakcji zmysłu (wzroku) na coś bardzo jasnego i umysłu na jasną myśl (zmysł jasnością zmęczy się, umysł jasną myślę nie), ale po przeczytaniu Twoich słów pomyślałem, że przy takim rozumieniu tych słów widać zbyt duże uproszczenie w porównaniu, o co trudno posądzać autora, więc może należałoby wniknąć w nie głębiej i nie czytać dosłownie.
      Twoja fascynacja głębią postrzegania i przeżywania ciekawi mnie, ponieważ swoją uwagę kierujesz na nieco odmienne aspekty naszej duchowości. Mnie bardziej fascynuje nasza pamięć w chwilach głębokiego przeżywania i rozciągłość czasowa duchowych skutków tych chwil, o których myślę jako o momentach silnego zjednoczenia naszego ducha ze światem zewnętrznym.
      Będę się starać przemyśleć Twoje fascynacje, bo wszak nie są odległe (a nawet spokrewnione) od moich.

      Usuń