Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Sierpniowe wspomnienie z Ustronia


Stałem tam, gdzie umówiliśmy się: przy młynie, trzydziestometrowym kole widokowej karuzeli. Zobaczyłem ją pierwszy, myszkowała wzrokiem wokół, a gdy nasze spojrzenia spotkały się, uśmiechnęliśmy się do siebie. Po chwili witałem się ze znajomymi blogerkami: Anną, Chudą i Gui. Do dzisiaj osobiście znałem tylko Annę i Gui. Byłem jeszcze w pracy, w roboczych ciuchach, z kieszeni portek wystawały mi przewody miernika, więc tylko dałem moim gościom bilety, ustaliliśmy czas spotkania już po pracy, i wróciłem do swoich zajęć. Ach, nie!: odebrałem prezent w postaci dwóch dań kuchni Ani. Pierwsze zjadłem już po godzinie, na kolację, a jakież było moje zaskoczenie, gdy otworzyłem pojemnik z makaronem do zupy owocowej!: był przystrojony niebieskimi płatkami kwiatów. Poczułem się tak, jakbym był w jakiejś orientalnej restauracji. Drugie danie, leczo przyprawione tajemniczymi dodatkami, dla mnie bardzo oryginalnymi i smacznymi, znikło już nazajutrz. Jakże miłą była ta odmiana po wędlinie podawanej na kolację codziennie, miesiącami całymi, w firmowej kuchni. Anna bardzo mnie ujęła pamięcią, ponieważ obiecała przywieść mi coś do połasuchowania ze swojej kuchni kilka miesięcy temu, w czasie naszego zimowego spotkania w górach, w Gierczynie, na drugim końcu Polski.

Miałem i ja przygotowany prezent dla Ani: możliwość zajęcia miejsca w fotelu scanii 164 top line (największej maszyny rodem ze szwedzkiej Scanii), oraz w renault magnum, francuskiej ciężarówce mającej największą kabinę ze wszystkich spotykanych w Polsce marek tirów. Kruszynce udało się wdrapać do kabiny, a gdy usiadła w fotelu i położyła dłonie na kierownicy, uśmiechnąłem się: mrówka i słoń. Chuda zrobiła mamie zdjęcia, może dostanę kopie? Zamieściłbym je tutaj, pod tekstem. Do magnum wsiada się inaczej niż do scanii, wszedłem więc pierwszy do kabiny, pokazując Ani sposób pokonywania przesuniętych stopni, a gdy usiadła w fotelu, zachęciłem do przekręcenia kluczyka w stacyjce. Nie wiem, czy miała tremę, chyba trochę tak, skoro po samodzielnym zapaleniu silnika bardzo oszczędnie go gazowała.

Anna zaproponowała opuszczenie lunaparku dudniącego głośnikami, więc ruszyliśmy na poszukiwanie spokojnej knajpki z widokiem na morze. Idąc, patrzyłem na panie nie mogąc nadziwić się ich podobieństwu widocznemu mimo różnic w wyglądzie. Trudno określić mi skąd się brało to wrażenie, ale było wyraźne. Dodam jeszcze swoje zdumienie pojawiające się we mnie ilekroć uświadamiałem sobie, iż patrzę na matkę i jej córki: wszak widziałem trzy siostry.

Niekrótki czas rozmowy przy kawie i ciastach minął mi stanowczo zbyt szybko. Odprowadziłem moich gości do samochodu, a przy pożegnaniu odebrałem podziękowanie, które ogrzało mi serducho: każda z pań objęła mnie. Gdy ramieniem przyciskałem do siebie Annę, przez głowę przeleciała mi myśl: tylko ostrożnie, bo zgnieciesz tę kruszynkę.

Gdy ich samochód odjechał, poczułem smutek: do końca sezonu nikt już mnie nie odwiedzi.


Oto kilka zdjęć zrobionych przez Chudą. W komentarzach Anna podaje adres całego folderu fotek.







czwartek, 25 sierpnia 2016

Kilokalorie i kilometry


170816
Siedziałem na progu kampingu z puszką piwa w ręku, słuchałem Zimy Vivaldiego i patrzyłem na zmierzch wypełzający z krzaków rosnących między drzewami nowotomyskiego parku; na tle jaśniejszego nieba drobne listeczki brzóz wydawały się czarne, ale ładne nadal były. Nieco później, gdy na wozach zapaliły się neonowe światła nocne, ich barwa dodała do znowu widocznej zieleni liści nieco metalicznej poświaty.
W głowie kotłowały mi się zdarzenia ostatnich dwóch dób, a gdzieś dalej, na obrzeżu świadomych myśli, czaiły się góry. To dzięki prysznicowi: kwadrans temu po raz pierwszy od trzech dni mogłem wziąć porządny, gorący prysznic, a po nim, jak wiele już razy, zmęczenie znikło i z satysfakcją poczułem, że mógłbym założyć buty, wziąć mój plecak i pójść na łazęgę.
A przecież dzisiaj wczesnym rankiem padałem…
Poniedziałek skończył się późno, po kilkunastu godzinach prac przygotowawczych do demontażu urządzeń. Gdy szedłem do kampingu, spojrzałem na telefon: była 23.35. Zimna woda ledwie ciurkała z kranu (nie miałem czasu naprawić uszkodzenia), wieczór też był zimny; zniechęcony, toaletę zrobiłem mocno okrojoną: twarz, dłonie i stopy. Powinienem od razu położyć się spać, wszak wiedziałem, że nazajutrz położę się dopiero po przyjeździe do nowego miasta, więc zapewne pojutrze nad ranem, ale szkoda mi było kłaść się. Cichy był i spokojny ten ostatni wieczór w Ustroniu, więc siedziałem przy laptoku, coś napisałem i przeczytałem, zajrzałem na blog, a położyłem się dopiero po pierwszej, spałem więc pięć godzin.
Jakiś sen obudził mnie przed budzikiem, przez chwilę próbowałem gonić umykające mi wrażenia, ale nie dogoniłem. Rozbudzony, leżałem czekając na sygnał rozpoczęcia maratonu. Z przyjemnością przeciągałem się, odczuwając dobrostan mojego ciała. Dotykałem swoich ud i bioder, prężyłem mięśnie czując pod skórą ich twardość i gotowość słuchania mnie przez całą dobę. Szczupłość i sprawność mojego ciała sprawia mi satysfakcję, ponieważ, mając skłonność do tycia, od wielu, wielu lat zwykłem oszczędzać na jedzeniu, ponieważ – powód drugi - kopa lat już za mną.
Minione tysiąclecia istnienia naszego gatunku wykształciły w nas mechanizmy, które zupełnie nie pasują do całodobowych sklepów, lodówek w mieszkaniach, do powszechnej dostępności jedzenia. Głód odczuwamy z wyprzedzeniem w stosunku do rzeczywistych potrzeb organizmu, a poczucie sytości pojawia się z opóźnieniem; kiedyś ten mechanizm mobilizował nas do szukania pożywienia i najadania się po dziurki w nosie, teraz każe otwierać drzwi lodówki; to, co wtedy pomagało, teraz zwróciło się przeciwko nam. Ludzie mają zdolność pokonywania dużych odległości pieszo, a nie jest to przypadek, lecz konieczność wykształcona w toku rozwoju naszego gatunku; nasi przodkowie musieli sporo się nachodzić, żeby znaleźć jedzenie. Ponieważ ruch nie tylko zapewnia sprawność organizmu, ale i zużywa kalorie, mamy teraz dwa nieszczęścia: siedzącą pracę i jedzenie pod ręką. Efekty widać na ulicach.
Nam, ludziom, odczuwanie umiarkowanego głodu jest pisane. Kiedyś głodowaliśmy nie mogąc upolować czy znaleźć jedzenia, teraz powinniśmy głodować aby zrównoważyć braki w wydatkowaniu kalorii i nie utopić się w tłuszczu. Któregoś wieczoru wyszedłem na dwór i zobaczyłem kolegę siedzącego na progu swojego pokoju i jedzącego kurczaka.
-O tej godzinie jesz kolację? – wyrwało mi się. Dochodziła północ, minęło sześć godzin od kolacji, też byłem głodny, ale jeść kurczaka o tej porze?
Kolega rozłożył ręce w geście bezbrzeżnego zdziwienia i odpowiedział pytaniem:
-A jak to iść spać na głodno?
Nie podjąłem się wyjaśnienia. Może jemu brzuch nie przeszkadza? Ja bardzo nie chciałem go dźwigać.
Za kierownicą scanii usiadłem zgodnie z przewidywaniami - o godzinie 21, po czternastu godzinach pracy, nierzadko zmieniającej się w gonitwę lub w zmaganie z nawałem piętrzących się obowiązków, gdy nie można skończyć jednej pracy bez konieczności szybkiego zajęcia się paroma innymi, nowymi sprawami. Przed wyjazdem nie przyszło mi do głowy rozejrzeć się wokół, pożegnać miejsca tak jednoznacznie kojarzące się z latem, ot, po prostu gdy ostatni zestaw wyjechał, wsiadłem do ciężarówki i ruszyłem, goniąc czas. Jeszcze tylko ostatni raz z przyjemnością spojrzałem na mijane wiatraki, urządzenia nie tylko ładne dla mnie, ale i czarodziejskie w efektach swojej pracy, zaraz jednak myśl wróciła do spraw pracy: czy aby na pewno zatankowałem odpowiednie ilości paliwa do samochodów? Do rozdysponowania miałem go niewiele, musiałem kalkulować rozdzielając je. Wystarczyło.
Pierwsze sto kilometrów minęło mi dobrze, później zaczęła się walka mojej woli z wymęczonym organizmem żądającym snu. Najpierw sięgnąłem po jedzenie, ale jedna bułka (ze służbowego przydziału – druga kolacja wydawana przy długich przerzutach sprzętu) i małe opakowanie suchych wafelków nie wystarczyły na długo; kiełbasę uznałem za niejadalną. O gumie lub cukierkach nie pomyślałem, skleroza, ale miałem pięciolitrową butlę wody zabranej z powodu przeciekającej chłodnicy. Gdy traciłem świadomość zatrzymywałem się, otwierałem drzwi i wychylając się nalewałem na dłoń wody i polewałem twarz. Najpierw wycierałem się papierem toaletowym (miał ładny zapach, bezskutecznie próbowałem przypomnieć sobie, co w naturze tak pachnie), ale później zauważyłem, że zabieg  jest skuteczniejszy bez wycierania twarzy, ponieważ spływająca i wysychająca woda łaskotała. Jak każdy sposób na odpędzenie snu, i ten okazał się skuteczny tylko do czasu. Oczywiście starym zwyczajem otwartą dłonią biłem się po twarzy, ale raczej rzadko, bo nie wiedzieć czemu nie lubię bić się. Wymyśliłem wspomożenie dla wodnego odpędzania snu: liczyłem. Głośno liczyłem. Nudne to było okropnie, ale odrobinę pomagało. Myliła mi się kolejność liczb, zaczynałem od początku albo od przypadkowej liczby, ustawałem i zmuszałem się do dalszego liczenia. Może gdybym liczył coś konkretnego, liczyłoby mi się łatwiej, ale nic nie przychodziło mi do głowy poza baranami, ale przecież to głupie: liczyć nieistniejące barany jadąc ciężarówką w środku nocy. Później znalazłem dla siebie wytłumaczenie: wszak liczenie baranów wspomaga uśnięcie, więc ma działanie przeciwne. Samochód jakby wyczuwał mój niezbyt przytomny stan, uparcie uciekając na środek jezdni; kilka razy budziło mnie trąbienie kierowców, kilka razy sen odpędzały koleiny, na których scania wyczyniała dzikie harce i dopiero czując moje dłonie zaciśnięte na swojej kierownicy, a nie tylko oparte o nią, posłusznie trzymała swoje prawe koła przy krawędzi jezdni. Na szczęście otępiały umysł sam kazał moim oczom patrzeć w lusterka i przez mijane ronda tak przeciągać długi zestaw, żeby nie jechać po krawężnikach.
W jakiejś przytomniejszej chwili pojawiła się we mnie refleksja: to, czego tak stanowczo domaga się organizm, jest dla jego dobra, ale przecież gdyby dostał, gdybym usnął, mógłby to być sen mój ostatni, więc organizm wymusza na mnie zachowanie zagrażające mu. Uderzająca sprzeczność. Jakby dwóch nas było, stojących na wprost siebie: ja i moje ciało.
Nad ranem, gdy jasna, księżycowa noc zaczęła ustępować miejsca dniowi, coś dziwnego stało się z odległościami. W czasie normalnych podróży dwadzieścia kilometrów jest małą odległością, pięć to już niemal cel jazdy, a tej nocy było tak, jakbym oddalał się przybliżając, jakby każdy kolejny kilometr był dłuższy od swojego poprzednika. Na początku trasy do przejechania dziesięciu kilometrów nawet kwadrans nie był potrzebny, teraz wystarczał na przejechanie kilometra. Kolejne tablice z odległościami mijałem coraz rzadziej, na koniec jakbym siedział w pełzającej maszynie, bełkocząc swoje liczby. Jechałem i jechałem bijąc się ze snem, a tablicy z napisem „Nowy Tomyśl” nie było, mimo iż godzinę temu miało być tylko pięć kilometrów do miasta.
Gdy w końcu zobaczyłem pierwszy, ten mój, zjazd do miasta, obok satysfakcji poczułem odrobinę zdziwienia. Jak zwykle na wyczucie, nie widząc konarów drzew, wjechałem dwudziestosześciometrowym zestawem na gruntową dróżkę wiodącą między ciasno rosnącymi tutaj drzewami parku. Zgasiłem światła i wyłączyłem silnik. Przez chwilę słuchałem ciszy dzwoniącej mi w uszach. Wydawało mi się, że rosa na trawie lekko świeci stonowanym, szarostalowym światłem, gdy szedłem do wjazdu; po lewej, między drzewami, żywymi kolorami jaśniała Jutrzenka.
Po chwili na brzegu polanki pojawił się mój kamping, machnąłem ręką w kierunku grupy akacji, pokazując kierowcy gdzie ma się zatrzymać.
Była godzina piąta, minęła dwudziesta druga godzina mojej pracy dzisiaj. Dojechałem.
Umyłem twarz i dłonie, wypiłem piwo, budzik nastawiłem na cztery godziny snu i wpadłem w sen jak w czarną studnię bez dna.

sobota, 13 sierpnia 2016

O wymienialności pieniądza


120816

Przez szereg tygodni miałem tutaj, w Ustroniu, kogoś z rodziny, ale od kilku dni jestem sam. Czas, na który wszyscy czekaliśmy tak długo, już minął. Jeszcze przedwczoraj miałem trójkę gości, spędziłem z nimi miłe popołudnie, które mam nadzieję pamiętać długo - ostatni promyk słońca na chmurnym niebie. Dołączam go do wspomnień sylwetki córki na tle morza, rozmów z synem przy dobrym piwie, wołającej mnie przez sen Heleny, wieczornych chwil z żoną, swoich spacerów po uliczkach miasteczka i zadumanego gapienia się na morze.

Siedzę przy włączonym grzejniku i słucham werblu deszczu o dach kampingu. Wczoraj po raz pierwszy od wielu dni założyłem długie spodnie, dzisiaj dodałem jeszcze sweter. Odzwyczajony od takich ubiorów czułem się źle, jak w pancerzu. Spodnie przeszkadzały, bluza ograniczała ruchy, ciało dopominało się słońca na nagiej piersi i ramionach, delikatnego łaskotania poruszanych wiatrem włosów na gołych nogach, letniej swobody. Znowu pada… Deszcz zabiera mi słońce; gdy budzę się, nie widzę tych uroczych słonecznych cieni tańczących na firance. Wiem, że wrócą jeszcze słoneczne dni, ale wszyscy wyjechali, bliskich mi ludzi zobaczę dopiero późną jesienią, rozsypuje mi się wieloletnia znajomość, niebo jest szare i znowu zaczyna się okres przeprowadzek: za parę dni wyjeżdżam z Ustronia.

Tak, nastrój mam jesienny.



W dwóch miejscach pisałem o pieniądzach. Tutaj w związku z jego umownością, której jeśli się nie dziwimy, to chyba tylko przez przyzwyczajenie, którego dzieci nie mają i dlatego tak trudno im dostrzec wartość w kawałku zadrukowanego papierku. Tutaj po raz pierwszy pisałem o kosztach zdobycia tych papierków. Ponieważ tekst jest długi, pozwalam sobie na wklejenie niżej odpowiedniego fragmentu.:



Płacimy za dostępność dóbr. Za możliwość posiadania wszystko mającego telefonu, aparatu foto (jeszcze skuter wodny musimy kupić, koniecznie!), kina domowego, samochodu, za możliwość w miarę taniego i szybkiego podróżowania po świecie, za modny i absurdalnie drogi ciuch. Aby to wszystko było w naszym zasięgu, produkcja musi być tania, podaż i popyt masowy. Aby taki był, musi być konkurencja zmuszająca firmy do obniżania kosztów i do wiecznej gonitwy, a przez nie i reklama. Nota bene: reklama ma też za zadanie przekonanie nas do kupienia czegoś, co nie jest nam potrzebne, albo do uczestnictwa w czymś, co nas nie interesuje, oczywiście o ile chcemy być trendy; „Nie widziałeś tego?! Nie byłeś tam?! Nie masz tego?! Co za obciach!” Płacimy więc też oglądaniem reklam (w większości debilnych i wysoce szkodliwych), a jest ich mnogość, bo je oglądamy i jesteśmy pod ich wpływem, czyli są skuteczne, opłacalne dla zleceniodawców. Za możliwość kupienia komputera po tygodniu pracy, albo samochodu za kilkumiesięczny dochód, płacimy nerwową pracą, biegiem, alienacją, częstym uprzedmiotowieniem w pracy; płacimy widzeniem nas jako żywe narzędzia i jako konsumentów, i sami jakże często widzimy bliźniego jako przeszkodę lub środek w staraniach o zysk. To ten nasz raj konsumpcyjny wysusza nam serca, z uczucia i z erotyki czyniąc dochodową gałąź przemysłu – nie neuronowe pochodzenie naszej świadomości.

Po namyśle stwierdzam, że ta pogoń za rzeczami jest jednak wtórna, jest skutkiem. Co pierwotną przyczyną? Najogólniej mówiąc: brak innych celów. Nasz konsumpcjonizm jest widomym dowodem bezsilności religii i wewnętrznej słabości wielu ludzi. No bo skoro małej będąc wiary nie bardzo potrafią nadać swojemu życiu sensu mniej związanego z dobrami doczesnymi, a nadto nie umieją w subtelniejszy sposób wypełnić swojego czasu…

Wypada mi zaznaczyć, że owa pogoń za dobrami, nasze dni zabiegane i zapracowane, często są po prostu na nas niejako wymuszone; co prawda człowiek tak naprawdę niewiele potrzebuje do życia, ale przecież gdzieś musi zatrzymać swoje ograniczanie potrzeb - nie każdy może być Diogenesem, a i nasz klimat uniemożliwia mieszkanie w beczce. Dla wielu ludzi konieczność zapewnienia podstawowego utrzymania, więc wyżywienia, ubrania i niechby najskromniejszego mieszkania, zajmuje dużo czasu i dostarcza wielu trosk. Ci ludzie dalecy są od konsumpcjonizmu w ścisłym znaczeniu tego słowa, mimo iż tak wiele ich wysiłku związanego jest z dobrami materialnymi.



W tekście chodziło o jakoby zgubny dla człowieka i cywilizacji wpływ wiedzy o materialnym pochodzeniu naszej psyche (zainteresowani całością mogą kliknąć drugi link), teraz chciałem wrócić do tematu rozwijając inny jego aspekt: koszta psychiczne zarabiania pieniędzy, o których wyżej ledwie wspomniałem.

Mamy dobry pieniądz. Dobry, czyli w pełni, praktycznie bez żadnych ograniczeń, wymienialny na towary i usługi. Możemy za nasze złotówki kupić wszystko, czego zapragniemy, częstokroć w niemałych ilościach. Już słyszę słowa protestów, ale proszę o chwilę cierpliwości. Aby określić ilość jako dużą lub małą, nierzadko trzeba ją odnieść do czegoś, a tutaj porównania czynię do przeszłości, czasami odległej; gdy czynić je do najbogatszych krajów świata, wypadają nieco inaczej. Ale nawet w naszym kraju, mieszącym się w okolicach pięćdziesiątego miejsca w światowym rankingu bogactwa, za niewielką pensję miesięczną kupimy tonę mąki lub kilka tysięcy jajek, albo komplet ubrań na wszystkie pory roku, możemy za te pieniądze przelecieć pół świata. Przy odpowiednich staraniach jedna dziesiąta pensji wystarczy na wyżywienie dostarczające organizmowi niezbędnych substancji pokarmowych. To relacje i ilości oszałamiające naszych przodków, niekoniecznie odległych.



Dobry pieniądz nierozerwalnie związany jest z kapitalizmem, co doskonale pokazali ci różni Leninowie, a nadal pokazują Kastrowie. Kapitalizm to kapitał, bóstwo tego świata, i kapitaliści. Oj, przepraszam: biznesmeni. Ludzie interesu. Przedsiębiorcy. Ci, dla których pracujemy i od których dostajemy pieniądz, wypłatę, zamieniony w papierek nasz czas, naszą pracę i umiejętności. Niemałą część naszego życia. Tak naprawdę my się sprzedajemy. „Mam cię do dyspozycji przez tyle godzin w miesiącu, będziesz robić to, co ustaliliśmy (w praktyce należy dopisać: także to, co wymyślę), a w zamian dam ci tyle pieniędzy.” – mówi kapitalista, nasz przyszły pracodawca. To forma handlu. W pracy mamy zapomnieć o domu i jego kłopotach, o swoich chęciach czy przyzwyczajeniach, mamy robić to, czego wymaga się od nas.

W odhumanizowanych korporacjach jednostka jest maleńkim trybikiem, którego tempo kręcenia się jest wymuszone sąsiednimi trybikami. Musi się kręcić, musi nadążyć, a nawet popędzać inne trybiki, „wykazać się”, przynieść dochód większy, niż w poprzednim miesiącu. Człowiek istnieje tam i zarabia tylko dlatego, że jest przydatny w staraniach o zysk; z chwilą zwolnienia obrotów znika z firmy, przestaje istnieć jako niepotrzebny, nieprzydatny. Niehumanitarne? Tak, ale nie to jest najgorsze; gorsza jest świadomość, że tak musi być, aby towarów było mnóstwo, a pieniądz dobry; że bez tych batów i kieratów będziemy (jako ogół; rozpiętość zachowań u ludzi jest znaczna) pracować mniej wydajnie, a półki sklepowe opustoszeją.

Co się dzieje w małych firmach prywatnych, u „prywaciarzy”? W zasadzie to samo, o ile pryncypał jest człowiekiem w miarę kulturalnym. Inaczej, gorzej, gdy słowo „kultura” kojarzy się mu z bakteriami w jogurcie. Wtedy jest pomiatanie, zwykłe chamskie ubliżanie, psychiczny terror. Z jednej strony właściciel firmy stawiający znak równości między grubością portfela a wartością jego właściciela, cwaniaczek mający się wybitną jednostkę, osoba w praktyce stojąca ponad prawem i mająca nad nami sporą władzę, z drugiej konieczność zarabiania tych zadrukowanych papierków.

Czy tak musi być? Oczywiście, że nie, ale nie ma innego czynnika potrzebnego do zmienienia takich ludzi i takich sytuacji, jak czas potrzebny do zmiany ludzi na lepszych, kulturalniejszych, moralniejszych, czyli bardzo dużo czasu.

Czym w istocie jest pieniądz? Skumulowanym ekwiwalentem owoców ludzkiej pracy? Tak, ale jest też ekwiwalentem ludzkiego czasu, więc życia i jego trudów (nierzadko w pracy i przez pracę pomnażanych), a częstokroć i ludzkiej godności.