Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

poniedziałek, 24 lipca 2017

Ludzie i karuzele


230717

Długo nosiłem się z zamiarem napisania tego tekstu, nie chcąc pisać tutaj o negatywnych emocjach. Jednocześnie nie odczuwam potrzeby przedstawiania się lepszym niż jestem, a z tekstów można wyciągnąć błędny wniosek o byciu… nie wiem. Marzycielem bez skazy z głową bujającą w obłokach, na przykład, albo wyrafinowanym estetą. Nie jestem ani jednym, ani drugim. Pokazanie się w innym świetle byłoby więc argumentem za napisaniem, jednakże jego waga wydawała mi się zbyt mała i dopiero dzisiejsze zdarzenie przeważyło szalę. Nie stało się nic szczególnego, typowa w mojej pracy historyjka, ale była tą kroplą, która przelewa dzban. Na swój sposób, pisząc, rozprawię się nią. Raczej z nimi.



Kiedyś zapytano mnie, w jakiej branży pracuję. Gdy powiedziałem, że w rozrywkowej, rozmówca był pewny, że śpiewam na estradzie. Teraz zwykłem zaznaczać, że pracuję w branży technicznych urządzeń rozrywkowych. Właśnie zastanawiałem się od kiedy i doszukałem się początku w 1982 roku. Wtedy jeszcze nie przy karuzelach, a w salonie gier telewizyjnych, ale tym samym już w tej branży. Trzydzieści pięć lat, które zmieniły mnie i mój osąd ludzi.

Klient klientowi nie jest równy, i nie o naturalnych różnicach między ludźmi napiszę, a o tych samych ludziach różnie się zachowujących w zależności od miejsca. Zwykło się mówić, iż poznać można człowieka gdy jest pod wpływem alkoholu; to prawda, ja jednak dodaję drugą okoliczność obnażającą człowieka: poznać go można po zachowaniu w lunaparku. Słyszałem twierdzenie, iż człowiek stając się klientem traci część swojej inteligencji, ja twierdzę, że także znaczną część swojej kultury. Lata pracy tutaj pokazały mi, iż nawet człowiek uznawany przez swoje otoczenie za sympatycznego, kulturalnego, wyrozumiałego, etc., w lunaparku potrafi zachowywać się w sposób skrajnie niewłaściwy.

Jawnie i bezwstydnie okazywana pogarda, nieuprzejme, złośliwe, a nierzadko wprost chamskie odzywki, podejrzliwość, interpretowanie każdej, dosłownie każdej niezrozumiałej dla siebie sytuacji czy słów jako prób oszukania, wyzwiska i groźby – oto codzienność tutaj, zwłaszcza w czasie pracy w kasie.

Wyłazi z tych ludzi ich osobiste piekiełko, ich brud, zapiekła ślepa złość i osiada na mnie, a ja, czując ohydny odór, z obrzydzeniem zdrapuję z siebie ślady kontaktów z nimi i liczę miesiące do emerytury, która pozwoli mi uciec tam, gdzie ich nie ma.

Myślę, że moja trudność w nawiązaniu bliskich kontaktów z ludźmi, moje upodobanie do samotności, ale też moje odruchowe oczekiwanie kłopotów, gdy zwraca się do mnie nieznany człowiek, jest skutkiem tak wielu lat mojej pracy w tej branży.

Teraz najgorsze, co prawdopodobnie nie będzie dobrze przyjęte, ale skoro temat zacząłem, będę szczery: takich ludzi jest wielu. Być może, że większość populacji.

Czasami… miałem napisać, że bronię tych ludzi, ale nie, nie bronię, a jedynie szukam źródeł zachowań, nie próbując ich wybielić. Rzucająca się w oczy aprioryczność tego rodzaju zachowań podsunęła mi wytłumaczenie, dlaczego przeciętny człowiek, wcale nie jakiś gbur, w lunaparku nierzadko staje się nim. Otóż powodem głównym jest fizyczna i psychiczna uciążliwość tej pracy, i związane z nią trudności w znalezieniu pracowników. Dawniej, „za komuny”, wielu karuzelników było bezdomnymi alkoholikami, ludźmi po wyrokach lub takimi, którzy nigdzie nie zagrzeją miejsca albo uciekają przed komornikiem. Teraz, w czasach kapitalizmu, jest lepiej, jednak wiem, że gdyby zaproponować mężczyznom spotkanym w pośredniaku pracę w lunaparku, z darmowym wyżywieniem i noclegiem, z pensją wcale nie minimalną, mało który zgodziłby się, a znaczna część z tych, którzy zgodziliby się, szybko spakowałaby manatki i uciekła stąd. Nie każdy da radę tutaj pracować.

Już w czasach komuny utrwalił się wśród ludzi stereotyp: karuzelnik równa się pijak i oszust. Funkcjonuje do dzisiaj. W rzeczywistości obecnie jest tutaj dość typowe robotnicze środowisko.

Nie próbuję wybielić tych, którzy z pogardą rzucają mi w twarz pieniądze (to nie przenośnia, a fakt!) lub oskarżenie o oszukiwanie, ponieważ mają rozum, którym powinni się posługiwać; mają też kulturę, a jeśli jej nie mają, powinni wejść do jaskini i nie wychodzić z niej, bo tam ich miejsce.

Wspomniałem o traceniu przez człowieka części inteligencji w chwili stania się klientem. Mógłbym w nieskończoność podawać zadziwiające przykłady osobliwej logiki myślenia tych, którzy patrzą na mnie z góry, podam tutaj jeden, zrozumiały bez obszernych wyjaśnień.

Zwykle pracuję na zapleczu zajmując się naprawami i remontami, czasami jednak siadam do kasy. Któregoś dnia podszedł do okienka mężczyzna z dziesięcioletnią córką i zapytał, czy to (tutaj gest ręki w stronę małej kolejki górskiej) jedzie do tyłu.

–Tylko przez chwilę, na początku, później już nie – odpowiedziałem.

–Nie pojedziesz – usłyszałem słowa kierowane do dziewczyny – bo to jedzie do góry nogami.

–Ależ nie! Ta kolejka nie jedzie do góry nogami! – zaprzeczyłem.

­–Przed chwilą pan mówił, że jedzie do tyłu. To jedzie do góry nogami czy nie? Widzę, że pan tego nie wie!



Spróbujcie porozmawiać z kimś, kto ma was za głupków i na dokładkę zamiennie stosuje wyrażenia „jazda do tyłu” i „jazda do góry nogami”!

Jeszcze parę słów o zwyczaju czytania.

Znaczna część klientów nie potrafi wyjaśnić, na jakie urządzenie chcą kupić bilet. Rozumiem, że tysiące światełek miga im w oczach, że nie wiedzą gdzie patrzeć, ale to nie tłumaczy ich typowego zachowania:

­–Poproszę bilet.

–A na co?

­–Tam! – słowu towarzyszy nieokreślony gest dłonią, nierzadko widoczne zniecierpliwienie.

–Nie wiem, proszę pokazać jeszcze raz.

–To pan nie wie, na co sprzedaje bilety?!!


Ot, logika i uprzejmość klientów lunaparku.

Owszem, niektórzy podają przeczytaną nazwę, a napisy są na ogół wielkie, jednak takich klientów jest niewielu. Podobnie nieliczni są ci, którzy poproszeni przeczytają nazwę karuzeli, jednak znaczna część klientów nie dostrzega liter.

Ludzie mają coraz większe trudności z opisami, ze słownym wyrażeniem swoich myśli. Wszyscy, nie tylko klienci lunaparków. Wraz z upowszechnieniem telefonów robiących dobre zdjęcia, na naszych oczach upowszechnia się zwyczaj wysyłania zdjęć w miejsce opisów. Nawet jeśli opis byłby jednym niedługim zdaniem, wielu wysyła zdjęcie, nie próbując wyrazić słowami myśli. Osoba odbierająca też łatwiej odczyta sens ze zdjęcia niż z przeczytanego tekstu. Tekst wychodzi z użycia. Ta nasza magiczna umiejętność wyrażania nawet stanów naszego ducha literami, umiejętność, do której ludzkość dochodziła w ciągu tysiącleci, jest tracona, i to w tempie nieporównywalnie szybszym niż kiedyś była osiągana. Przeraża mnie obojętność ludzi wobec ich językowego barbarzyństwa. Zdarzało się nie raz, że pokazywałem mojemu pryncypałowi błędy, na przykład w instrukcjach, albo w jego mailach zawsze kończonych dziwacznym skrótem „PRZ”, ale zwykle odpowiedzią było wzruszenie ramionami. On nie jest wyjątkiem. Większości ludziom nie zależy na poprawnym wyrażaniu siebie, wystarcza im kasa i papka w telewizorni.

Właśnie, wracam do lunaparku. Jeszcze gorzej jest z rozumieniem instrukcji wiszących na karuzelach; tutaj czasami dochodzi do nieporozumień godnych uwiecznienia. Nagminna jest też nieznajomość różnic znaczenia słów „to” i „tamto”, „tutaj” i „tam”, co przy nastawieniu klientów tworzy następne nieporozumienia, tłumaczone przez nich w wiadomy sposób.

Czy można dziwić się trudnościom mojego pryncypała w naborze pracowników?…

Kiedyś siedząc w kasie zamyśliłem się (ruch był wtedy niewielki). Wróciłem do rzeczywistości słysząc pukanie, przy okienku stała kobieta i uśmiechała się.

–Mogę panu przerwać?

Do dzisiaj pamiętam jej cudny uśmiech, mimo upływu wielu lat.

Do wieczora tamtego dnia moje oczy nie mogły się uspokoić, szukając jej wśród ludzi. Dlaczego tak rzadko przychodzą do lunaparku tacy klienci, jak tamta kobieta?

Nie wiem, czy kobiety zdają sobie sprawę z posiadania ogromnej władzy nad mężczyznami, jaką im daje uśmiech. Kiedyś zapytałem o to moją znajomą. Odpowiedziała dziwnie, ale ciekawie: że mężczyźni pewnie nie wiedzą o swojej przewadze – o męskich ramionach, w których przed światem może się schować kobieta.

Czasami i ja chciałbym się schować, tylko głupio byłoby mnie, facetowi, chować się w ramionach kobiety…

Dlaczego tutaj jestem? To proste: dla pieniędzy. Nie ja stworzyłem świat oparty na pieniądzu, a siedzącego we mnie nakazu utrzymywania moich bliskich nie jestem w stanie zmienić, nawet jeśli chciałbym. Zresztą, po trzydziestu pięciu latach wśród karuzel, na trzy lata przed emeryturą, gdzie pójdę? Kiedyś słyszałem rozmowę o przyczynach światowej pozycji języka angielskiego. Słysząc wygłaszane bzdury uświadomiłem sobie, że mógłbym od ręki, bez wgłębiania się w temat, podać kilka powodów (historycznych, politycznych, ekonomicznych) i objaśnić je, ale kogo to obchodzi? Mojego pracodawcę obchodzi moja umiejętność zrobienia mu kampingu z rozsuwanymi ścianami, i za to mi płaci.

Powinien jeszcze płacić za kontakty ze swoimi klientami. Mógłbym wtedy szybciej uciec od nich.

Uciec od ludzi.





260717
Dopisek.
Któregoś dnia klient zrobił mi wyjątkowo paskudną awanturę o nic, a bezpośrednio po odejściu od kasy spotkał znajomych. Widziałem przez szybę, jak beztrosko się śmieje, jak wylewnie, z widoczną radością, ich wita, zagaduje – słowem sielanka, przykład człowieka przyjacielskiego, przychylnego innym, lubianego i pogodnego.
Być może – snułem rozważania – ten człowiek wspomniał swoim znajomym, z jakim typem miał do czynienia w lunaparku, a wtedy wszyscy zdegustowani pokiwali głowami nad zdziczeniem obyczajów w obecnych czasach. A ledwie parę minut wcześniej ten człowieka okazał mi niczym nie zasłużoną pogardę, ubliżał mi nie mając ku temu żadnych powodów!
Obaj zapewne tak samo źle o sobie nawzajem myśleliśmy, ale czy obaj mogliśmy mieć rację? Gdzie tutaj jest prawda? Według jakich kryteriów oceniać mi jego i siebie? Pomyślałem, że może nie powinienem stawiać swojej kultury i moralności nad kulturą i moralnością tamtego człowieka, chociażby dlatego, że jeśli wystarczająco szczerze i głęboko sięgnę w głąb siebie, wypadnie mi przyznać, że i moje zachowania wobec innych ludzi nie zawsze są dobre. Czy w takim razie nie popełniam tego samego błędu, jaki on popełnił?: oceniam człowieka w pierwszej minucie widzenia go, oceniam na podstawie doświadczeń chwili. Pomyślałem, że może jednocześnie obaj mamy rację w swoich ocenach drugiego, i jednocześnie tej racji nie mamy. Że w kontaktach międzyludzkich nie ma ostrych granic, wyraźnych podziałów, nie ma monopolu na całą prawdę i całą winę, a wszystko jest zamglone, nie do końca ustalone, płynne, zmieniające się i jakże często dwuznaczne. Że w taki razie nasze pragnienie bliskości z ludźmi jest nie do osiągnięcia, poza bardzo ograniczoną liczbą wybranych osób. Pomyślałem o samotności w tłumie.
Jeszcze słowo wyjaśnienia dotyczące moralności. Wiem, że sporo ludzi nieprawidłowo definiuje pojęcie moralności, krążąc wokół seksu i zdrad małżeńskich. Tym ludziom wyjaśniam, iż seks bardzo niewiele ma wspólnego z moralnością i tylko w określonych sytuacjach. Czynem niemoralnym nie jest posiadanie kilku nawet kochanków przez kobietę, a skrzywdzenie kogoś. Skrzywdzenie zarówno finansowe, jak i na duchu.

Moja znajoma uznaje, iż takich ludzi nie ma dużo, ponieważ ona spotyka się na ogół z uśmiechem.
Polemizując, zacznę od stwierdzenia oczywistego faktu: kobieta częściej spotka się z uśmiechem niż mężczyzna, po prostu dlatego, że jest kobietą. Nie zaginął jeszcze całkowicie w brzydszej połowie ludzkości zwyczaj okazywania kobiecie szacunku. Obserwuję to i w pracy – kasjerce jest łatwiej niż kasjerowi.
To, co chciałem wyrazić, trudno uchwycić mi w słowa, może dlatego, że wcale nie jestem pewny swoich wniosków. W tamtej chwili pod kasą przyszło mi do głowy, że u wielu przyzwoitych ludzi może objawić się chamskie zachowanie, czyli nie ma ludzi, bądź jest niewielu, o których można powiedzieć, że są zawsze kulturalni, bądź nigdy tacy nie są. Nie ma tutaj ostrych granic. Uważam, że niektórzy spośród tych uśmiechających się do mojej znajomej, w pewnych sytuacjach są zdolni do skrajnie niekulturalnego zachowania wobec innego człowieka. Twierdzę, że częściej zdarzają się takie ich zachowania w miejscach, w których są anonimowi, oraz gdy mają do czynienia z ludźmi, o których mają apriorycznie złą opinię – właśnie jak w lunaparkach. Swoją znajomą zapraszam na kilka dni do kasy, albo wystarczy na jedną sobotę w czasie festynu. Na drugim dzień, gdy już ochłonie po kontaktach z agresywnymi podpitymi ludźmi, poproszę o rozmowę.
Gdyby wytknąć tym ludziom niestosowność ich zachowania, bywa, że wprost chamskiego, jestem pewny, że żaden z nich nie uznałby się za chama, a każdy twierdziłby, że tylko dał nauczkę czy odprawę chamowi, czyli mnie. Proszę zauważyć, że dochodzi do sytuacji, w której dwie osoby przyznają sobie prawo oceniania kultury tego drugiego, i obie nie dopuszczają myśli o swojej pomyłce, o złej ocenie tego drugiego. Obie uznają swoje prawo oceniania za niezbywalne i oczywiste.
Kto więc ma rację? Przyznałbym ją sobie uznając, iż moja wiedza, w tym także o ludzkich zachowaniach, moje oczytanie, moja moralność, dają mi takie prawo, tyle że te argumenty nie robią żadnego wrażenia na drugiej osobie. Żadnego.
Świat podzielony jest nieskończoną ilością granic, także wśród ludzi. Gdy różnice w światopoglądzie, w sposobach oceniania zjawisk życia, a nade wszystko w wartościowaniu, przekroczą pewną krytyczną wartość, wszelkie porozumienie między dwoma osobami przestaje być możliwe. Mimo iż mówią tym samym językiem, żyją na tym samym świecie, będzie tak, jakby człowiek próbował porozumieć się z kosmitą. Dwa światy zupełnie nie pasujące do siebie. Oto przyczyna tamtej sprzeczności wzajemnych ocen. Oni po prostu oceniają według innych skal i innych wartości. Tak, wiem, pojawia się kolejny dylemat: która skala jest właściwa, i tutaj analizę zacząć można od początku, ale ograniczę się tylko do spostrzeżenia, iż coraz bardziej wkraczam w dziedzinę zwaną życiem człowieka, chcąc powiedzieć mu, co jest dobre, a co złe.
Tyle że jego to nie interesuje, on sam chciałby dokonywać swoich wyborów.
Problem w tym, że gdy już tych wyborów dokona i je uzewnętrzni, ja muszę dokonywać długiego i skomplikowanego oczyszczenia; problem staje się większy, gdy uświadomimy sobie możliwość takiej samej reakcji tej drugiej osoby.

Opowiem jeszcze pewną historyjkę, której byłem świadkiem w lunaparku. Zdarzenie tyleż humorystyczne, co i żałosne w swojej wymowie.
Jedną z atrakcji jest mechaniczny byk: ma kształt tułowia byka, z karku wystaje gruby sznur do trzymania się, a wokół leży gruba i nadmuchiwana poducha chroniąca spadających. Byk zachowuje się jak prawdziwy – kręci się i podskakuje chcąc zrzucić osobę, która siedzi mu na grzbiecie. Tempo tych ruchów można zmieniać w bardzo szerokim zakresie, od łagodnych wahnięć, gdy na byku siedzi dziecko, to tak ekspresyjnych ruchów, że nikt nie utrzyma się na grzbiecie nawet paru sekund, ale tych ostatnich biegów praktycznie nigdy się nie używa.
Gdy to urządzenie pojawiło się w lunaparku, byłem zdziwiony jego popularnością wśród dorastających dziewczyn, ale to tylko uśmiechnięta uwaga na boku.
Nigdy żaden klient nie doznał na byku kontuzji, aczkolwiek otarcia skóry, siniak czy stuknięcie o korpus byka się zdarzają, co przewidzi każdy klient, może z wyjątkiem dzieci, ponieważ wynika to z istoty zabawy.
Było ich dwoje – młodych, dorosłych osób. Chłopak wskoczył na byka, jedną ręką trzymał się sznura, a drugą klepał po zadzie wołając:
–Majster, na maksa!! Dawaj, co tak wolno!?
Najwyraźniej trafiliśmy na autentycznego kowboja. Nie obsługiwałem, ale widziałem po ruchach, że kolega nie ustawił najszybszego biegu, aczkolwiek i wolny nie był. Kowboj spadł dość szybko, a w czasie swojego lotu ku ziemi musiał stuknąć głową o byka, bo gdy się podniósł, z czoła ciekła mi krew. Usłyszałem przeraźliwy wrzask partnerki kowboja; długi, niekończący się krzyk mrożący krew w żyłach, jakby ta dziewczyna widziała fruwające fragmenty ciała swojego chłopaka. Spojrzałem na niego i zobaczyłem metamorfozę godną pióra Owidiusza: oto ten pewny siebie kowboj, ten macho, na widok którego dziewczynom drżą kolana, zamienił się nagle w chłopczyka, który potknął się o swoją stopę i upadając zrobił sobie kuku. Musiał usiąść, bo nie miał siły stać, trzeba było wodą skrapiać mu twarz, bo (według oceny jego wrzeszczącej towarzyszki) bliski był omdlenia. Oczywiście dziewczyna domagała się przyjazdu policji i karetki, wszak wielka była rana na głowie, a i silne było podejrzenie pęknięcia czaszki. Ktoś z biura poradził sobie z tą wielką raną kawałkiem typowego opatrunku z przylepcem, a okazał się bardzo skutecznym lekarstwem, bo po jego przylepieniu macho odzyskał siły i wspólnie zażądali rozmowy z właścicielem w sprawie odszkodowania za doznane szkody na ciele i na duchu.


020817
O względności ocen, czyli o urokach kontaktów z klientami
Tego sprzedawałem bilety. Na kolację zmienił mnie kolega, a po powrocie opowiedział mi zdarzenie, które wiernie zapisuję.
Do okienka podeszła para, bilety kupował mężczyzna. Szło mu niezdarnie, jako że w jednym ręku trzymał kebaba. Jeden z biletów (a są to plastikowe krążki) upadł mu.
–Proszę dać mi drugi bilet, upadł mi.
Zdumiewające oczekiwanie, które można próbować tłumaczyć jedynie wielką otyłością mężczyzny.
–Nie mogę, będę mieć manko. Proszę sobie podnieść.
W tym czasie kobieta schyliła się i podniosła bilet.
–Już nie trzeba, chamie. – powiedział klient i odszedł.
 

czwartek, 13 lipca 2017

O rzeczach w naszym otoczeniu


130717

Prawie dwadzieścia trzy lata temu kupiłem wieżę audio z odtwarzaczem płyt CD i po raz pierwszy mogłem w pełni rozkoszować się idealnie czystym dźwiękiem. Skok jakościowy między muzyką odtwarzaną z magnetofonów, albo z radia, a słyszaną z płyt cyfrowych, był dla mnie oszałamiający. To tak, jakby z rozklekotanego samochodzika przesiąść się do mercedesa klasy S.

Pamiętam wieczorne słuchanie muzyki i nieustannie odnawiane zdumienie czystością dźwięku, także swoją ciekawość, z jaką dowiadywałem się szczegółów technicznych sposobu zapisu i odtwarzania sygnały na tych małych, lśniących krążkach. Wiedza ta nie tylko nie zmniejszyła mojego podziwu dla tego dzieła ludzkiego umysłu, ale i zwiększyła go. Krążek CD używany jest od ponad ćwierćwiecza, dopiero w ostatnich latach powoli wychodzi z użycia wypierany przez pamięci ogromnej pojemności i szerokopasmowy internet dający dostęp do wirtualnych bibliotek i płytotek. W tej jakże szybko zmieniającej się gałęzi techniki mało jest wynalazków żywotnością i popularnością dorównujących płytom CD.

Gdy zacząłem jeździć po Polsce, wieżę przejęła córka, używając jej przez wiele lat, a po moim zatrudnieniu się w lunaparku przywiozłem zestaw tutaj, do pracy. Używałem tylko wzmacniacza, a jako źródło sygnału służył laptop, w którym mam zapisane wszystkie swoje płyty. Bo z muzyką jest podobnie jak z pieniędzmi: jej zapis traci materialny swój nośnik, stając się wirtualnym, właściwie niematerialnym. W moim komputerku mam zapisane 460 godzin muzyki; taka ilość płyt CD zajęłaby wszystkie półki mojego mieszkania na kołach. Piszę o komputerku, ale to zdrobnienie nie jest pieszczotą, a stanem rzeczywistym. Nie tylko ma swoje lata, ale jest po prostu mały: ekran ma dziesięciocalowy i wagę jednego kilograma. Będzie u mnie póki nie umrze śmiercią z przepracowania.

Stara wieża też zajmuje miejsce, szczególnie cenne w kampingu, gdy odwiedza mnie żona. Od kilku lat nosiłem się z zamiarem wymiany tego starego zestawu na nowy, niewielki, ale czas upływał, wieża stała. Nie z powodu pieniędzy, wszak elektronika popularnej klasy jest teraz bardzo tania. Gdy próbowałem wyjaśnić swoje odwlekanie, doszedłem do wniosku, iż po prostu żal mi wyrzucać urządzenie, które tak wiele lat mi służyło.

Kiedyś myślałem, że długo używana rzecz wchłania w siebie jakąś aurę, coś tajemniczego, co promieniuje z człowieka, a później oddaje ją, promieniując w stronę użytkownika. Dlatego rzeczy codziennego użytkowania wydają się swojskie, bardziej przyjazne. Nie odpychają nas, ani nie budzą niepokoju lub obcości, jak to bywa z rzeczami nowymi.

Nie porzuciłem tej koncepcji całkowicie uznając, iż być może jakieś jądro prawdy w niej tkwi, jednakże przeniosłem powody naszych zmian odczuwania kontaktów z rzeczami na nas samych.

Nasza pamięć potrzebuje haczyka, którego się chwyci, by móc obudzić wspomnienia minionego czasu. Może to być zapach kwiatu, smak potrawy, widok szpaleru drzew, dźwięk dzwonu, albo rzecz z naszego otoczenia, jak wieża przy której siedziało się setki godzin. Obraz przedmiotu sąsiaduje w naszej pamięci ze wspomnieniami, w których brał udział lub tylko asystował, a przy sprzyjających okolicznościach staje się zapalnikiem uruchamiającym naszą pamięć. Patrzymy na tę rzecz i czujemy obudzone w nas uczucia, wrażenia, słowa. Czasami to wszystko jest rozróżniane w naszej pamięci, przechowywane w osobnych przegródkach, ale i bywa, iż to, co czujemy, jest wynikiem przenikania się wielu zdarzeń, ich łączenia w nastrój, atmosferę minionego czasu, czasami silniej przeżywaną niż wtedy.

Wydaje się nam, że to wszystko przychodzi do nas od przedmiotu, gdy w rzeczywistości jest w nas.

Możliwym wydaje mi się być eksperyment udowadniający ten mechanizm odczuwania: wystarczyłoby bez naszej wiedzy zamienić przedmiot na inny, ale identycznie wyglądający. Myślę, że nasze odczuwanie powtórzyłoby się bez zmian.

Moja Małgosia była malutką dziewczynką, gdy przywiozłem wieżę do domu, tego domu, którego już nie ma. Kupiłem ją miesiąc przed wymianą pieniędzy, kosztowała 9 milionów, a gdy płaciłem pierwszą ratę, na początku stycznia 1995 roku, kasjerka wydała resztę już w nowych złotówkach. Pamiętam, że w domu z ciekawością oglądaliśmy te nieznane jeszcze pieniądze.

Wieża stała na swoim miejscu gdy córka kończyła kolejne szkoły; stała przede mną siedzącym przy laptopie, dyskretnie świecąc swoim srebrzystym ekranem, gdy przeżywałem radości bądź udręki pisania, a dzisiaj odebrałem paczkę z nowymi, niewielkimi głośnikami…

Blat stolika zrobił się nagle duży, tylko na podłodze nie mam miejsca. Patrzę na stojące tam pudła wieży i na myśl o ich wyrzuceniu czuję się podle.


wtorek, 4 lipca 2017

O zielonym ludziku


290617
Gdy myślę o organizacjach zajmujących się ekologią, o „zielonych”, odczuwam obcość. Nie, dziękuję, nie dla mnie – mógłbym powiedzieć. Czy w takim razie jestem przeciwnikiem dbałości o Ziemię? Nie, ale ja i zieloni?…
Ostatnia moja lektura, „Sekretne życie drzew”, książka niemieckiego leśnika Petera Wohlleben’a, pozwoliła mi uświadomić sobie, iż odczuwana obcość wynika li tylko z mojego trzymania się z dala od wszelkich organizacji i zerowego zaangażowania społecznego. Moje zachowania, sposoby wartościowania i nadzieje na przyszłość, są tożsame z dążeniami zielonych.

Idąc łąką, odruchowo omijam kwiaty, a zrywam je bardzo rzadko. Dlaczego? Hmm, dwa są tutaj powody. Kiedyś, jako jeszcze młody mężczyzna, obiecałem komuś nie zrywać konwalii, bo to dla nich śmierć; wydaje mi się, że ta obietnica nadal jest dla mnie wiążąca, a może po prostu tyle zostało z tamtych dni, gdy wszystko inne czas obrócił wniwecz dawno temu. Drugi powód, wynikający z moich przemyśleń i wiedzy, jest jak najbardziej racjonalny: zerwanie kwiatu jest zniszczeniem piękna – tak po prostu. Nie wiążę tej oczywistej konstatacji z ekologią, która kojarzy mi się raczej z dziwnie wyrażanymi protestami ekstrawaganckich ludzi, a właśnie z estetyką. Ostatnio jednak coraz częściej pojawia się zwykły żal. Po prostu szkoda mi marnować kwiat dla swojej krótkiej przyjemności jego oglądania. Ci, którzy odczuwają smutek, albo i wyrzuty sumienia, widząc zwiędły bukiet kwiatów, w głębi ducha myślą podobnie.
Niedawno widziałem w moich górach piękny dużych dąb; stojąc pod nim zobaczyłem drut opasujący jego pień i wrastający już w tkankę drzewa. Poczułem wtedy złość i… jakby współczucie, a może żal. Pomyślałem, że powinienem chodzić w góry z ucinakami, jako że ten dąb nie był pierwszym drzewem tak bezmyślnie maltretowanym przez ludzi.
Staram się nie łamać gałęzi, nie rozdeptywać małych żyjątek, nie straszyć większych, ale takie moje zachowanie nie ma u mnie zielonej barwy, wynikając raczej z uznawania praw do życia współmieszkańców Ziemi, naszych ewolucyjnych kuzynów, jest więc natury rozumowej – filozoficznej i ewolucyjnej.
Prawa tego pozbawiam muchy i komary (też naszych kuzynów!), które obiecuję tłuc przy każdej nadarzającej się okazji, w nosie mając zarówno prawa tych szkarad do życia, jak i zielonych. Nielogiczne stanowisko? Swoistej logiki nabiera wtedy, gdy mając ledwie parę godzin snu przed sobą, nie mogę usnąć słysząc latające w kampingu bombowce. Tak, swój sen stawiam ponad ich prawem do życia, jednak już pszczołę czy osę zaglądającą mi do talerza zostawiam w spokoju, chyba że utopi się w mojej zupie; może dlatego, że nie przeszkadzają mi w uśnięciu.
Jakieś dwa lata temu oglądałem „Konopielkę”. Jedną ze scen najwyraźniej zapamiętaną było beznamiętne i bezwzględne zatłuczenie małego węża przez żniwiarza. Okropna scena. Czy ktoś ją pamięta i powie, jakiego gatunku był to wąż?
Pięć lat temu, w słoneczny dzień wrześniowy, stałem na polu i patrzyłem na to oto ładne zwierzę.


Leżało nieruchomo, może widziało mnie i się bało? Podpis pod zdjęciem jest oryginalny, sprzed pięciu laty, i wiele mówi o mojej (nie) znajomości fauny, ale też o urodzie tego węża. Teraz jestem prawie pewny, że to był bezbronny zaskroniec; niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę. Zbyt rzadko mam do czynienia z wężami, by móc powiedzieć, czy odczuwam dość typowy dla ludzi atawistyczny lęk i obrzydzenie, pamiętam jednak, że wtedy nie czułem nic takiego, wąż był mały, nieruchomy i ładny (ładniejszy niż na zdjęciu), więc przeważała ciekawość. To w odruchu, rozumowe podejście jest inne: to zwierzę jest mieszkańcem Ziemi, jak ludzie, i też ma prawo do życia. Owszem, gdyby to był zagrażający mi wąż, miałbym prawo do czynnej obrony łącznie z jego uśmierceniem, ale tylko wtedy. Oczywiście wcześniej powinienem zadbać o nie tworzenie takich sytuacji.
Ostatnio zauważam u siebie zmiany w moim stosunku do roślin, mianowicie dawanie im praw zwierząt. Wszak i z nimi dzielimy przestrzeń życiową, i chociaż (prawdopodobnie) rośliny nie odczuwają bólu ani nie mają świadomości, są żywymi organizmami, na dokładkę niezbędnymi dla życia całej fauny, ludzi nie wyłączając. Musimy dbać o roślinność. O każdą, nie tylko o zasiane zboża. Żeby się nie powtarzać, wkleję tutaj fragment mojego opisu wędrówki Wąwozem Myśliborskim przed trzema laty.

Zobaczyłem wszystkie skały wymieniane w przewodnikach, chociaż te najdziksze, najładniejsze, nazwy chyba nie mają. Porastają je niezwykłe paprocie: języcznik zwyczajny. Nie jestem botanikiem, nie ekscytuję się rzadkimi roślinami, ale gdy patrzyłem na tamte paprocie, pomyślałem, że dobrze zrobiono tworząc tutaj rezerwat mający je chronić, bo człowiek, mając na sumieniu tak wiele zniszczeń i jednocześnie mając możliwość chronienia różnorodności życia, powinien to robić.

Wspomniana różnorodność życia ma kapitalne znaczenie, jako że w toku ewolucji wytworzyła się bardzo skomplikowana równowaga w przyrodzie oraz współzależność wszystkich gatunków istot żywych – jeśli nie bezpośrednio, to pośrednio, w wielkiej ilości nierzadko długich łańcuchów powiązań. Naruszenie tej równowagi może spowodować niekorzystne zmiany daleko od pierwszej przyczyny.
Różnorodność życia ważna też jest dla odległej przyszłości życia na Ziemi. Nigdy nie będzie wiadomo, jakie rośliny zdołają przeżyć przyszłe zmiany warunków na naszej planecie, ani nie da się wykluczyć, że dalecy potomkowie tej paproci, języcznika zwyczajnego, odegrają ważną rolę w poniesieniu dalej życia na naszej planecie. Człowiek, mając rozum i możliwości techniczne, powinien starać się przekazać Ziemię przyszłym pokoleniom, wierzę, iż mądrzejszym od nas, w możliwie jak najmniej zubożonym stanie.
Tak więc i tutaj moje „zielone” stanowisko wynika z wiedzy i logiki, jest więc rozumowe, bez ochów i achów, ani bez dopatrywania się mistycznych i mitycznych związków ludzi i roślin. Ale ale!: bywa, że gdy patrzę na wyjątkowo ładne drzewo, spodziewam się zobaczyć hamadriadę, która wyłoni się z drzewa, piękna i zwiewna niczym marzenie, więc jakaś cząstka oczekiwań i tęsknot mitycznych tkwi także i we mnie.
Wracając na ziemię wspomnę o pokazaniu koledze z pracy kępy kwitnących iglic, którą on rozdeptał. Celowo, śmiejąc się, rozdeptał! Chyba miał ten czyn za dobry dowcip nie wiedząc, iż dobitniej nie mógł mi pokazać, jakiej próby jest jego kultura, nie tylko ta dotycząca ekologii.
Podobnie negatywne wrażenie czyni na mnie bezwstyd, z jakim większość moich kolegów z pracy, a już zwłaszcza Ukraińców, wyrzuca śmieci. Polacy też śmiecą, ale częściej można u nich zaobserwować ukradkowość tego czynu – świadectwo ich wiedzy o czynieniu źle. To, co najgorsze u Ukraińców, co czyni najsilniejsze wrażenie, to właśnie niczym nieskrępowana naturalność gestu, z jakim wyrzucają w krzaki lub wprost pod nogi puszkę po piwie; także wyraz niezrozumienia lub ironiczny uśmieszek na ich twarzach, gdy próbuje się wytłumaczyć im, iż robić tak nie można.
Nieśmiecenie także nie ma u mnie zielonych barw ani wyraźniejszej treści ekologicznej, a wynika głównie z poczucia estetyki: po prostu czysty las jest ładniejszy do zaśmieconego.
Chwalę się? W moim przekonaniu nie mam czym, tym bardziej, że przynajmniej niektórzy goście część moich słów uznają za dziwne. Staram się tylko opisać swoje odkrycie, które zdumiało mnie: jestem zielonym. Czy w takim razie zapiszę się do jakiejś organizacji? A po co? Będąc sceptykiem uznaję, iż świata nie zmienię. Zamiast brać udział w marszach protestacyjnych, wolę pojechać na włóczęgę.
Cytat a propos z końca książki; podpisuję się pod tymi słowami i to dwoma rękoma.:

„Wykorzystujemy żywe istoty, które są zabijane dla naszych celów, nie ma tu co tuszować prawdy. Z drugiej strony nasuwa się pytanie, czy nasze postępowanie rzeczywiście jest naganne. W końcu też jesteśmy częścią natury, a nasze ciała zbudowane są w taki sposób, że możemy przeżyć tylko dzięki substancji organicznej z innych gatunków. Tę konieczność dzielimy ze wszystkimi zwierzętami. Pytanie brzmi tylko, czy nie czerpiemy ponad miarę z leśnego ekosystemu i czy oszczędzamy przy tym drzewom niepotrzebnego cierpienia, analogicznie do postępowania ze zwierzętami użytkowymi. Zasady są takie same, czyli korzystanie z drewna jest w porządku, o ile drzewa mogły żyć w zgodzie z wymogami i potrzebami swego gatunku. A to oznacza, że mają prawo rosnąć w prawdziwym leśnym klimacie i na nietkniętych glebach oraz przekazać swoją wiedzę następnym pokoleniom. Przynajmniej część z nich powinna mieć prawo godnie się zestarzeć, a wreszcie umrzeć naturalną śmiercią.”
„Lasy nie są głównie fabrykami drewna i magazynami surowca, a jedynie przy okazji złożoną przestrzenią życiową dla tysięcy gatunków, jak to uważa dzisiaj leśna gospodarka planowa. Wręcz przeciwnie.”

Zabawię się w futurologa, a pójdzie mi tym łatwiej, że nasze podejście do świata zwierząt już się zaczęło poważnie zmieniać. Myślę, że coraz więcej praw będziemy przyznawać zwierzętom, także spośród tych, które obecnie jednoznacznie kojarzone są z ludźmi.
Wierzę w nastanie czasów, w których świadome i celowe rozdeptanie kwiatów będzie uznawane za czyn naganny i niemoralny – jak obecnie znęcanie się nad zwierzęciem, czego jeszcze sto lat temu nikt nie łączył z moralnością i na co niewielu się oburzało.
Wierzę w nadejście czasów osiągnięcia harmonijnego współżycia człowieka z całą przyrodą, gdy nie będziemy dla niej przekleństwem, jak nierzadko bywamy obecnie, a przyjaznym i mądrym opiekunem.
Tak, jestem zielonym.

Szukając zdjęcia węża, znalazłem wiele zdjęć dróg; kilka z nich zamieszczam niżej. Czyż nie są piękne?





A na koniec zdjęcie zielonego ludzika zrobione przez Janka pod jeszcze zielonym drzewem.
Janku, pamiętasz tamten dzień? Pamiętam, gdzie zrobiłeś to zdjęcie.


sobota, 1 lipca 2017

Letni czas


210617

Wczoraj pięknie pożegnała nas zimna i chmurna wiosna; chciałbym wierzyć, że w ten sposób przeprosiła za swoje gorsze dni kwietniowe.

Dzisiaj przez pół dnia pracowałem na dworze bez T-shirta; mocne słońce rozkosznie pieściło ciało, niemal całkowicie uwolnione od krępującego ubrania, i dopiero szczypanie skóry na ramionach kazało mi założyć podkoszulek, gorący, ciężki i przeszkadzający niczym pancerz.

Wieczorem, który w tych dniach jest dalszym ciągiem dnia, siedziałem na progu rozgrzanego kampingu czytając ciekawą książkę o drzewach. Gdy podnosiłem głowę chcąc zobaczyć przemianę dnia w noc, widziałem szpaler lip; słońce długo jeszcze trzymało się ich wysokich szczytów.

Więc dzisiaj jest magiczny czas najdłuższego dnia i najkrótszej nocy! – uświadomiłem sobie ten fakt ze szczególną wyrazistością późnym wieczorem, gdy w końcu wnętrze kampingu ostygło na tyle, że mogłem wejść do środka.

Słońce weszło na szczyt, pokręci się tam dzisiaj – jutro, i zacznie schodzić drugim zboczem. Może jednak dałoby się go jakoś zatrzymać? Ale jak? Nie kłaść się spać?

Nazajutrz.

Jednak położyłem się, chociaż spałem krótko, jak zwykle. Nie mam czasu na sen nie tylko z powodu dużej ilości godzin pracy, ale także z powodu stawania się chytrusem żałującym upływającego czasu.

Pracując cały dzień, staram się posmakować urok słonecznego dnia lata niechby przelotnie, w chwilach kradzionych pracy.

Wspomniałem o lipach: rosną wzdłuż parkanu i jak często bywa z miejskimi drzewami, są poranione odcinaniem „niewłaściwie” rosnących konarów. Zapewne dlatego z ich pni wyrastają młode pędy z wielkimi liśćmi. Przyłożyłem dłoń do jednego z nich, był jej wielkości. Gdybym zobaczył ten liść oderwany od drzewa, chyba miałbym kłopoty z rozpoznaniem gatunku. Wyżej widziałem ukwiecone gałęzie pachnące początkiem lata – widok i zapach nieodmiennie kojarzący się mi z Kochanowskim.


Zatrzymałem się pod brzozą płaczącą tak, żeby widzieć jej gałązki prześwietlone niskim słońcem. Zielone i żółte światło drżało, czułem je na twarzy, ale starałem się nie mrużyć oczu chcąc przyjrzeć się tym momentalnym przemianom kolorów, światła i cienia tworzącymi ulotny, raczej nie do oddania słowem lub pędzlem, letni obraz.

Przy wejściu do mojego warsztatu rośnie kępa cykorii podróżnika. Pierwszego dnia widziałem jeden tylko kwiat, po dwóch było ich wiele. Rozejrzałem się oceniając szanse rośliny na przeżycie najazdu lunaparku i uznałem, że nie powinno być rozjechane czy zadeptane. Ilekroć patrzę na cykorię, zwraca mają uwagę jej przemiana z niepozornej, właściwie brzydkiej rośliny przed kwitnieniem, w mały krzew wystrojony kwiatami niczym królewna. Czasami pojawia się we mnie myśl o podobieństwie cykorii do magnolii: obie rośliny są niepozorne poza okresem kwitnienia, a gdy kwitną, nieodparcie nasuwa się porównanie do kolorowych motyli odpoczywających na ich gałązkach. Tyle że pyszna magnolia krótkie ma gody, podczas gdy mniej rzucająca się w oczy cykoria długo cieszy moje oczy.


W kącie placu, za ostatnim wozem, gdzie zaprowadziła mnie potrzeba chwili odosobnienia od tłumu ludzi, znalazłem cały łan powoju. Zawsze podobały mi się kwiaty tej rośliny i zawsze odczuwałem zdziwienie ciszą nad nimi. Chwali się te i tamte kwiaty, a kto chwali powój? Jakby nie zauważano piękna ich delikatnych kielichów, efemeryd żyjących jeden dzień.


Nad nimi jaśmin spleciony w uścisku (miłosnym?) z różą – połączenie w realnym świecie wspomnień z lektury „Powrotu z gwiazd” Lema i moich wędrówek kaczawskich. Że dziwne, a może nawet dziwaczne skojarzenie? Owszem, ale znajdujące w mojej pamięci miejsce obok siebie.

Nachyliłem się nad kwitnącą koniczyną, chcąc przyjrzeć się błyszczącym kroplom wody na ich liściach i zobaczyłem mrowiące się tam życie – liczne a drobne żyjątka chodzące po źdźbłach traw, pełzające po ziemi, skaczące i latające; któż je wszystkie rozpozna i nazwie?




Zbieram okruszynki letniego czasu.



Wieczorem, właściwie głęboką nocą, w porze, która snem być powinna, wysłuchałem i obejrzałem na you tube „Clair de lune” Debbussy’ego w wykonaniu na harfę i jeden z koncertów brandenburskich Bacha.

Muzyka klasyczna wykonywana na żywo jest świętem ludzkiej kultury, najwyższym stopniem jej wyrafinowania i największym oddaleniem od spraw przyziemnych. Jest finansową ekstrawagancją, na którą kiedyś stać było tylko książęta, a i obecnie nie wszystkie społeczeństwa. Patrząc na muzyków i słuchając ich gry, odczuwam nie tylko estetyczną przyjemność, ale i zdumienie ich wysublimowanym kunsztem, także dumę z ludzkich osiągnięć, wszak nasi odlegli przodkowie musieli wytężać wszystkie siły dla przeżycia i nie dane im było brać udziału w koncercie muzyki klasycznej.



270617

Do Ustronia przyjechałem nadspodziewanie szybko: już pół godziny po północy zgasiłem silnik scanii i ubrawszy się cieplej poszedłem na plażę. Łuna zachodu straciła swoje kolory, ale nadal była widoczna jaśniejszym pasmem nad linią horyzontu. Popatrzyłem na fale, posłuchałem ich szumu (a może w głowie mi szumiało po wielogodzinnej jeździe?) i wspomniałem cały już szereg takich nocnych powitań morza. Od wielu lat pracuję w wakacyjne miesiące nad morzem, tutaj przyjeżdża moja rodzina. Nad morzem moja malutka wtedy córka dała mi przeżyć najpiękniejszą chwilę bliskości i uczucia; tutaj, na tej plaży, widziałem niesioną w chuście córeczkę mojego dziecka. Morze mało ma dla mnie uroków, jednak cenne jest wspomnieniami.

Gdy przed położeniem się spać o drugiej wyjrzałem na dwór, nad drzewami zobaczyłem rozjaśniające się niebo. Uroczy jest ten czas bliskiego sąsiedztwa zachodu i wschodu słońca.

W ostatnie tygodnie pracowałem do dziewięćdziesięciu nawet godzin tygodniowo, jako że maj i czerwiec to czas festynów i cotygodniowego przerzutu lunaparku, tych setek ton żelastwa, do innego miasta. Źle znoszę ten okres z powodu braku czasu dla siebie, a jest on lekarstwem na moją duszę maltretowaną psychicznymi uciążliwościami pracy tutaj. Kradnę godzinki mojemu snu, które dzielę między rodzinę, blog i korespondencję; jakże mało czasu zostaje – o ile zostaje – na moje pisanie!

Dzisiaj po raz pierwszy od tygodnia mam kilka wolnych godzin – cały wieczór i kawałek nocy, więc staram się ubrać w słowa pamiętane chwile, a te zgubione w mojej pamięci odnaleźć, by znalazły miejsce dla siebie w moich dopiskach.

Staram się uratować chwile od zapomnienia.