Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

czwartek, 13 lipca 2017

O rzeczach w naszym otoczeniu


130717

Prawie dwadzieścia trzy lata temu kupiłem wieżę audio z odtwarzaczem płyt CD i po raz pierwszy mogłem w pełni rozkoszować się idealnie czystym dźwiękiem. Skok jakościowy między muzyką odtwarzaną z magnetofonów, albo z radia, a słyszaną z płyt cyfrowych, był dla mnie oszałamiający. To tak, jakby z rozklekotanego samochodzika przesiąść się do mercedesa klasy S.

Pamiętam wieczorne słuchanie muzyki i nieustannie odnawiane zdumienie czystością dźwięku, także swoją ciekawość, z jaką dowiadywałem się szczegółów technicznych sposobu zapisu i odtwarzania sygnały na tych małych, lśniących krążkach. Wiedza ta nie tylko nie zmniejszyła mojego podziwu dla tego dzieła ludzkiego umysłu, ale i zwiększyła go. Krążek CD używany jest od ponad ćwierćwiecza, dopiero w ostatnich latach powoli wychodzi z użycia wypierany przez pamięci ogromnej pojemności i szerokopasmowy internet dający dostęp do wirtualnych bibliotek i płytotek. W tej jakże szybko zmieniającej się gałęzi techniki mało jest wynalazków żywotnością i popularnością dorównujących płytom CD.

Gdy zacząłem jeździć po Polsce, wieżę przejęła córka, używając jej przez wiele lat, a po moim zatrudnieniu się w lunaparku przywiozłem zestaw tutaj, do pracy. Używałem tylko wzmacniacza, a jako źródło sygnału służył laptop, w którym mam zapisane wszystkie swoje płyty. Bo z muzyką jest podobnie jak z pieniędzmi: jej zapis traci materialny swój nośnik, stając się wirtualnym, właściwie niematerialnym. W moim komputerku mam zapisane 460 godzin muzyki; taka ilość płyt CD zajęłaby wszystkie półki mojego mieszkania na kołach. Piszę o komputerku, ale to zdrobnienie nie jest pieszczotą, a stanem rzeczywistym. Nie tylko ma swoje lata, ale jest po prostu mały: ekran ma dziesięciocalowy i wagę jednego kilograma. Będzie u mnie póki nie umrze śmiercią z przepracowania.

Stara wieża też zajmuje miejsce, szczególnie cenne w kampingu, gdy odwiedza mnie żona. Od kilku lat nosiłem się z zamiarem wymiany tego starego zestawu na nowy, niewielki, ale czas upływał, wieża stała. Nie z powodu pieniędzy, wszak elektronika popularnej klasy jest teraz bardzo tania. Gdy próbowałem wyjaśnić swoje odwlekanie, doszedłem do wniosku, iż po prostu żal mi wyrzucać urządzenie, które tak wiele lat mi służyło.

Kiedyś myślałem, że długo używana rzecz wchłania w siebie jakąś aurę, coś tajemniczego, co promieniuje z człowieka, a później oddaje ją, promieniując w stronę użytkownika. Dlatego rzeczy codziennego użytkowania wydają się swojskie, bardziej przyjazne. Nie odpychają nas, ani nie budzą niepokoju lub obcości, jak to bywa z rzeczami nowymi.

Nie porzuciłem tej koncepcji całkowicie uznając, iż być może jakieś jądro prawdy w niej tkwi, jednakże przeniosłem powody naszych zmian odczuwania kontaktów z rzeczami na nas samych.

Nasza pamięć potrzebuje haczyka, którego się chwyci, by móc obudzić wspomnienia minionego czasu. Może to być zapach kwiatu, smak potrawy, widok szpaleru drzew, dźwięk dzwonu, albo rzecz z naszego otoczenia, jak wieża przy której siedziało się setki godzin. Obraz przedmiotu sąsiaduje w naszej pamięci ze wspomnieniami, w których brał udział lub tylko asystował, a przy sprzyjających okolicznościach staje się zapalnikiem uruchamiającym naszą pamięć. Patrzymy na tę rzecz i czujemy obudzone w nas uczucia, wrażenia, słowa. Czasami to wszystko jest rozróżniane w naszej pamięci, przechowywane w osobnych przegródkach, ale i bywa, iż to, co czujemy, jest wynikiem przenikania się wielu zdarzeń, ich łączenia w nastrój, atmosferę minionego czasu, czasami silniej przeżywaną niż wtedy.

Wydaje się nam, że to wszystko przychodzi do nas od przedmiotu, gdy w rzeczywistości jest w nas.

Możliwym wydaje mi się być eksperyment udowadniający ten mechanizm odczuwania: wystarczyłoby bez naszej wiedzy zamienić przedmiot na inny, ale identycznie wyglądający. Myślę, że nasze odczuwanie powtórzyłoby się bez zmian.

Moja Małgosia była malutką dziewczynką, gdy przywiozłem wieżę do domu, tego domu, którego już nie ma. Kupiłem ją miesiąc przed wymianą pieniędzy, kosztowała 9 milionów, a gdy płaciłem pierwszą ratę, na początku stycznia 1995 roku, kasjerka wydała resztę już w nowych złotówkach. Pamiętam, że w domu z ciekawością oglądaliśmy te nieznane jeszcze pieniądze.

Wieża stała na swoim miejscu gdy córka kończyła kolejne szkoły; stała przede mną siedzącym przy laptopie, dyskretnie świecąc swoim srebrzystym ekranem, gdy przeżywałem radości bądź udręki pisania, a dzisiaj odebrałem paczkę z nowymi, niewielkimi głośnikami…

Blat stolika zrobił się nagle duży, tylko na podłodze nie mam miejsca. Patrzę na stojące tam pudła wieży i na myśl o ich wyrzuceniu czuję się podle.


5 komentarzy:

  1. Gdy w pokoju pojawia się choinka, jest radocha i święto.
    Pojawia się pustka, gdy choinka znika.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może dlatego, że jej zniknięcie jest widomym znakiem końca świątecznego czasu?
      A co powiesz o starych, popękanych i wykrzywionych butach, w których przez lata przemierzałeś góry i łąki, a teraz, gdy nie są już zdatne do użytku, masz je wyrzucić? Janku, przyjrzyj się im, a w ich porysowanej skórze zobaczysz odbicie skrzydeł motyli widzianych na tamtych łąkach.
      Widzisz je?
      Jeśli zobaczyłeś, to już nie będzie łatwo wyrzucić te buty...

      Usuń
    2. Och, mam takie buty i one są okropnie ściachane.
      Odbicie motyla powiadasz? Gdy moim zielonym autem pierwszy raz dojechałem w okolice Opatowa, na chłodnicy samochodu widniała rozpłaszczona rusałka pawik. Czy ona musiała w ten sposób zakończyć swój żywot? Wpadła tam chyba przed zakończeniem podróży, była świeża. Gdy wróciłem do domu, już jej tam nie było.

      Usuń
    3. A teraz się zastanawiam, ściachane czy zciachane?

      Usuń
    4. Janku, budując cywilizację techniczną, wykraczamy poza prawa i zależności ustalone w toku rozwoju życia na Ziemi. W czasie ostatniego mojego wyjazdu w góry zderzyłem się z dzikiem. Siedział w rowie po lewej stronie szosy, a widząc samochód, chciał uciec na prawą stronę, no i w rezultacie wpadł na vectrę.
      Szybkość miałem niewielką, więc dzik podniósł się i pobiegł dalej, zderzak samochodu lekko tylko jest wygięty. Gdyby dzik nic nie robił, minęlibyśmy się, a wbiegł, ponieważ zwierzęta nie potrafią analizować ruchu obiektu szybszego od tych, z którymi odwiecznie miały do czynienia.
      Szosy są cmentarzami nie tylko dla ludzi.

      Janku, nie jestem pewny pisowni tego wyrazu. Jest z mowy potocznej, nie znalazłem go w słowniku PWN. Mnie bardziej się kojarzy z nożem czy nożyczkami, którymi coś ciachniemy. Jeśli tak, to analogicznie do przecięcia byłoby przeciachanie, ale to słowo jest dziwaczne; słownik podaje jego znaczenie związane właśnie z przecięciem. Miałeś na myśli zużycie butów, więc może „zciachanie”? Takiego słowa też nie ma w słowniku, ale „ściachanie” funkcjonuje w mowie potocznej, co pokazały mi google.
      --------------
      Zrobiłem błąd, musiałem wykasować. Szkoda, że nie można poprawiać swoich komentarzy.

      Usuń