Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 29 kwietnia 2015

Oblicza pracy. Egzotyka (mojej) codzienności


Przeprowadzka, czyli spakowanie lunaparku i jego przewiezienie do nowego miasta. Tym razem jest to Żagań odległy od Poznania o 200 kilometrów. Początek pracy o siódmej, koniec – gdy ostatnia ciężarówka dojedzie do celu.


Pierwsza godzina.

Po dwóch tygodniach wstawania przed dziewiątą, nie było łatwo rozpocząć dzień tak wcześnie; pomogły plamy słońca na firance wiszącej nad łóżkiem i prozaiczna konieczność. Rozniosłem klucze do samochodów, podczepiłem busa pod potrzebną mi przyczepkę i zjechałem z górki, gdzie było zaplecze, na dół, między karuzele. Ustawiłem przyczepę do załadunku, a że zwolnił się HDS (dźwig instalowany na samochodach ciężarowych), zarekwirowałem go i do śniadania udało się nam, czyli mojej czteroosobowej ekipie, zapakować kasy na ciężarówkę i zdemontować byka.

Piąta godzina.

Ania (wbrew imieniu do facet, wyjątkowo okrągły pyknik; właśnie z racji swoich krągłości noszący to imię nadane mu wiele lat temu) zgłasza mi awarię hydraulicznego układu składania swojej karuzeli. Mam pewne pojęcie o stalowych konstrukcjach i o elektryce, ale bardzo blade mam pojęcie o hydraulice, także o mechanice, chociaż nierzadko muszę w tej pracy zajmować się jednym i drugim. Zostawiłem swoich ludzi, wziąłem skrzynkę narzędziową i poszedłem z Anią. Grzebałem się w tej hydraulice chyba ze dwie godziny, w końcu znalazłem wadliwie działające przyciski w pilocie sterującym pracą układu. Zwierane na krótko powodowały minimalne poruszenie siłowników. Co robić? – gapiłem się na zalaną olejem pompę i jakieś zawory. A może oleju brakuje? – myśl niekoniecznie jak olśnienie, raczej jak ostatnia deska ratunku. Odpowiedniego oleju miałem niewiele, ale okazało się, że akurat tyle układ potrzebował. Ania zajął się swoją robotą, ja wróciłem do swojej.

Na obiad było… nie wiem co. Kucharką jest Ukrainka, kiedyś zrobiła gulasz, który uznałem za zupę kartoflaną. Nie, było trochę inaczej: jedząc, byłem pewny, że to zupa, dopiero po obiedzie dowiedziałem się, że to był gulasz. Na szczęście działa przyzwyczajenie i pesto, dodawane przeze mnie do wielu potraw. W tej przyprawie, także w cząbrze, zakochałem się ostatnio.

Ósma godzina.
Przyjechał elektryk, odłącza nam prąd. Zwijamy przewody i rozdzielnie, odłączamy też wodę; dobrze, że rano pamiętałem zaparzyć kawę w termosie. Wóz z toaletami i kuchnia zostają przełączone na zasilanie w wodę ze zbiorników na dachach. Przygotowuję wnętrze campingu do jazdy: laptop, prywatny telefon, czajnik i krzesło przenoszę na łóżko, lodówkę przypinam do ściany, zbieram wszystkie drobiazgi ze stolika, a drzwi szafek zamykam na klucz. Grzejnik kładę na podłodze i zamykam okienko dachowe. Nota bene: używanie czegoś równie okropnie brzmiącego jak, za przeproszeniem, szyberdach czy alufelgi, powinno być prawem zakazane.
Dziesiąta godzina.

Ciepło. Zdjąłem sweter i jeden podkoszulek. W butli z wodą zobaczyłem dno. Nogi? Dobrze, jak na końcówkę demontażu urządzeń, czyli naście kilometrów przedreptanych po placu.

Zjechałem swoją scanią na dół i podczepiłem ją do pałacu śmiechu. Obszedłem plac, pokazałem stróżowi miejsca do wyrównania, zakopałem wyjęty przez nas kosz na śmieci z betonową podstawą, wydałem z magazynu silną chemię do umycia plam oleju na asfalcie – słowem: ostatnie przygotowania do wyjazdu. W końcu poszliśmy na górkę, do kuchennego wozu, na kolację.

Kolacja w dzień wyjazdu z miasta jest nietypowa: na dworze, obok wozu, na paru taboretach stoją talerze z kanapkami, ponieważ ławy i ławki pakowane są zaraz po obiedzie. Kucharka nalewa herbatę do jednorazowych kubków, a je się bez talerzy, na stojąco, w roboczych ubraniach, na ogół brudnymi rękoma trzymając chleb. Zwykle wtedy wydaję kierowcom dokumenty wozów i tarczki tachografów, a zapominalskim opisy trasy. Jeśli droga jest długa, od kucharki dostajemy woreczki z drugą kolacją, zwaną tutaj suchym prowiantem: chleb lub bułkę z kawałkiem kiełbasy. Jeszcze ostatnie wyjaśnienia dojazdu na plac, jeszcze ktoś przypomina sobie o niedziałających kierunkowskazach lub o konieczności wyskoczenia do sklepu, ktoś zabiera niezjedzone kanapki, inny opowiada dowcip, a popędzana przez kierowcę kucharka kręci się po kuchni szykując pomieszczenie do jazdy. Tu i tam słychać odpalane silniki, ktoś przeciera przednią szybę, a pierwsze zestawy powoli, ciężko kołysząc się, wyjeżdżają z placu.

Zaraz, czy wszystko zabrałem do kabiny? – zastanawiam się, widząc ruszający mój camping. Dokumenty, termos z kawą, wodę do picia, latarki, swoją skrzynkę narzędziową, naręcze ciepłych ubrań, opakowanie landrynek do gryzienia; to sposób na senność, praca mięśni odpędza sen. Chyba mam wszystko…

Jak zwykle wyjeżdżam ostatni. Czasami obejdę jeszcze plac, bardziej żegnając się z nim niż kontrolując go, czasami nawet nie obejrzę się; ot, jeszcze jedno miejsce za mną, a przede mną droga i kolejne miasto. To miejsce zapamiętam z powodu ładnych dni kwietniowych, mojego blogu i drzew: oglądanych wiele razy brzóz, wiązów i klonów.

Trzynasta godzina.

Na początku drogi, jeszcze w Poznaniu, na rondzie Rataje, ktoś skręcił nie tam gdzie powinien; zadzwoniłem do niego i usłyszałem zapewnienie o poradzeniu sobie z powrotem na ustaloną trasę. Poczułem ulgę, bo myśl o zawracaniu dwudziestoośmiometrowym zestawem, albo o rozczepianiu się i szukaniu zaginionego w dużym mieście, nie była przyjemna.

W kabinie upał. Pocę się, ale nie zdejmuję bluzy w obawie przewiania; w ostatnie dwa wieczory łykałem aspirynę czując zbliżające się przeziębienie. Na horyzoncie błyskawice rozdzierają noc, niewiele później wjeżdżam w burzę. Suche trzaski bliskich piorunów, szybkie ruchy wycieraczek i bąble wodne na szosie. Widoczność słaba, światła mam źle ustawione, bardziej rów niż szosę oświetlają. O godzinie 21.30 mijam Leszno; już liczę, że około północy powinienem być na miejscu. Jeśli tylko nie będzie awarii – zastrzegam się.

Piętnasta godzina.

Bardzo nielubiany widok: stojący na poboczu nasz wóz z włączonymi światłami awaryjnymi. Zatrzymałem się za nim i też włączyłem światła. Zniechęcony wyszedłem z samochodu, ale zimno wstrząsnęło mną tak, że wróciłem i założyłem sweter. Później założyłem jeszcze zimową kurtkę; o zabraniu zimowej czapki zapomniałem. Na szczęście awaria nie była poważna, tylko pęknięta opona, usterka częsta w tej pracy. Kierowcy i jego pasażerowi dałem swoje, lepsze, klucze do kół i świeciłem im latarką. Na szczęście nie padało, po godzinie ruszyliśmy.

Szesnasta godzina.

Właściwie lubię jazdę, zwłaszcza scaniami, lubię słuchać chrapliwego głosu ich silników. Gdy przegazuję duży, widlasty silnik diesla, jego niski ryk kojarzy mi się z rykiem wściekłości wkurzonego lwa. Lubię, jeśli wyjazdy nie są zbyt częste i nie ma awarii.

Ten sam samochód, ciągle jadący przede mną, zatrzymał się na łuku drogi, na podwójnej linii ciągłej. Czy jemu wydaje się, że jest u siebie na Ukrainie? – pomyślałem. Nie, zatrzymał się z powodu awarii. Dobrze, że zatrzymał się też kolega mający zielone pojęcie o mechanice; po poniesieniu kabiny i obejrzeniu wnętrzności maszyny wspólnie uznaliśmy, że tym razem awaria jest poważna, bo uszkodzenie skrzyni biegów. Kolega szybko zaproponował dobre rozwiązanie problemu doprowadzenia sprzętu na plac; ja analizowałbym sytuację i długo zastanawiał się nad najlepszym rozwiązaniem. Jedna ciężarówka miała z placu wrócić tutaj i holować zepsuty ciągnik siodłowy, druga miała podczepić się pod naczepę karuzeli i dokończyć trasę. Ta druga miała na sobie generator prądu, mógł się przydać gdyby okazało się, że trzeba będzie podnieść wielotonową naczepę na jej siłownikach hydraulicznych.

Pechowy kierowca został przy maszynie, my ruszyliśmy dalej.

Osiemnasta godzina.

Piętnaście kilometrów do celu. Pada niewielki deszcz, wycieraczki monotonnie kiwają się na boki, moje powieki też zaczynają się kiwać. Właściwie dlaczego tyle już lat trzymam się tej pracy, tak psychicznie ciężkiej dla mnie, pracy, której fizycznie nie wytrzymują dużo młodsi ode mnie? Czy na pewno tylko dla pieniędzy? Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Zresztą, teraz, po trzydziestu latach pracy w tej branży, czy ma to jakieś znaczenie? Jadę do kolejnego miasta. Z każdym tygodniem dzień jest wyraźnie dłuższy, za siedem przeprowadzek będą wakacje, czyli spokojniejsza praca gdzieś nad morzem. Przyjadą do mnie żona, dzieci i wnuczka. Po wakacjach będę liczyć przeprowadzki czekając na jesień i powrót do bazy. Przyjadę, musnę dłonią maskę forda, założę mu akumulator i rozpocznę sezon innych wyjazdów.

Mój umysł sam, zupełnie sam, kontroluje tor jazdy, sam decyduje o zmianie biegów, sam każe oczom zerkać w lusterka, a ja patrzę na przewijające się przede mną obrazy mojego czasu.

Budzi mnie głośny wystrzał. Wiem, co on oznacza: pęknięcie opony, tym razem u mnie, w mojej scanii. Samochód z obu stron tylnych kół ma zamontowane wielkie skrzynie ładunkowe, w których przewozi się tysiące najróżniejszych części, materiałów i narzędzi potrzebnych w lunaparku. Dna tych skrzyń są 30-40 cm nad ziemią, ale teraz na pewno nie było czterdziestu centymetrów, bo samochód stał pochylony. Zajrzałem z jednej strony i z drugiej, ale nie widząc możliwości podstawienia podnośnika z zewnątrz, położyłem się na jezdni i ciągnąc na sobą ciężkie żelastwo wczołgałem się pod dno skrzyni. Na łydkach, a po chwili i na pośladkach, poczułem zimny okład; myśl o wystających na zewnątrz nogach kazała mi podkulić je, przecież staliśmy na jezdni. Częściowo podniosłem ciężarówkę, ale spokoju nie dawała mi myśl o stabilności wielotonowego pojazdu. Szorując plecami po asfalcie i nosem po dnie skrzyni, wypełzłem spod niej i podłożyłem pod koła dodatkowy klin, a pod ramę drugi podnośnik. We dwóch, bo z moim pasażerem, Ukraińcem, przez półtorej godziny walczyliśmy z ciągle za nisko stojącym ciężarem, później w zapieczonymi nakrętkami kół, ze zdjęciem cholernie ciężkiego i założeniem drugiego koła, ale w końcu ruszyliśmy. Przed nami na horyzoncie świeciła łuna miasta. Ciągle padało.

Dwudziesta godzina.

Plac okazał się być zakiszony, więc zgodnie z zaleceniami szefa zaparkowałem na brzegu miasta. Nota bene: zakiszenie oznacza brak możliwości manewrowania z powodu ciasnoty na placu. Mojego campingu nie było tutaj, a na docelowym placu. Telefony kolegów milczały (po co odbierać, skoro w rezultacie może trzeba będzie wstać i gdzieś jechać), w końcu jeden odebrał, poprosiłem go o przyjechanie tutaj moim campingiem, bo w scanii nie mam pościeli, a poza tym mam przemoczone ubranie. Okazało się, że camping jest zastawiony, nie ma możliwości wyjechania. Na szczęście przyjechał bus z jedną z małych przyczepek, zostawiliśmy ją na parkingu i w końcu, po ośmiu godzinach podróży, dotarłem do mojego mieszkania. Stało tak mocno pochylone, że gdy położyłem się, miałem wrażenie zsuwania się głowy poza poduszkę – na ścianę; wrażenie często odczuwane w tej pracy, chociaż oczywiście kierunek zsuwania się z łóżka jest różny. Przy tych okazjach z zaciekawieniem przyglądam się szybkim procesom przystosowawczym mojego mózgu.: Trzymam pion, o czym jakiś ośrodek w mojej głowie wie, ale z oczu dochodzą informacje o odchyleniu od pionowych zwykle ścian, a zatem o przewracaniu się. Automatycznie zostaje uruchomiona korekta mojej pozycji, która oczywiście prowadzi do zachwiania równowagi. Mam wtedy wrażenie kręcenia się w głowie, które szybko mija, o ile widzę ściany lub pamiętam o ich pochyleniu. Przyzwyczajenie, czy raczej adaptacja, bywa wtedy tak pełna, że pojawia się zdziwienie kątem wiszenia kurtki czy ręcznika na ściennym haczyku, no bo przecież wszystko jest w normie, więc czemu to tak dziwnie wisi?.. Czasami, gdy zapomnę o pierwotnym powodzie, zdarza mi się macać ręcznik albo zaglądać pod niego w próbie ustalenia przyczyny jego wiszenia pod kątem do ściany, ale też odwrotnie: powraca zachwianie równowagi gdy zapomnę o pochyleniu wozu.

Tę dążność umysłu do tworzenia typowych obrazów i sytuacji, czy raczej do ich poprawiania, obserwuję też, gdy założę lecznicze okulary do czytania używane przy spawaniu lub szlifowaniu. Do ich szkieł przylepione są drobiny metalu, które widzę jako punktowe zaciemnienie i zamazanie ostrości obrazu, ale widzę tylko przez chwilę, później już nie.

Może jednak dość uwag o możliwościach adaptacyjnych naszego oprogramowania, wracam do zimnego campingu. Trzęsąc się z zimna zdjąłem mokre drelichy, chwilę kręciłem się szukając miejsca dla nich, w końcu rzuciłem je na leżący na podłodze grzejnik. W mieszkaniu mam niecałe dwa metry wolnej przestrzeni, ale po przygotowaniu wozu do jazdy, nie ma w nim nawet skrawka wolnej podłogi, bo leży na niej duży grzejnik, schodek wejściowy i zwój kabla zasilającego wóz; nawet krzesło kładę na łóżku, a rozbierając się, stoję na zwoju przewodu. Na szczęście w poprzednim roku zainstalowałem sobie silne oświetlenie ledowe z akumulatora, więc nie muszę już trzymać latarki w zębach w czasie szukania czegoś w szafie.

W ciągu ciepłego dnia obiecywałem sobie wziąć prysznic po przyjeździe do nowego miasta, ale teraz, w środku zimnej i mokrej nocy, byłem tak zmarznięty, że odechciało mi się kąpieli w zimnej wodzie. Pod kranem z wodą ciurkającą ze zbiornika na dachu umyłem się pobieżnie, założyłem czyste i suche, nareszcie suche!, skarpety, opatuliłem się dwoma podkoszulkami, i skulony, w embrionalnej pozycji, po czubek głowy przykryty dwoma śpiworami, zakończyłem pierwszy dzień przeprowadzki.


środa, 22 kwietnia 2015

Źródła, Szopen i sosna obejmująca brzozę


Zmęczył mnie Gorgiasz, sięgnąłem więc po mapę moich gór. Nota bene: zauważyłem, że coraz więcej dróg, miejsc, strumieni i ich źródeł w Górach Kaczawskich nazywam moimi:)
Widziałem dziesiątki kaczawskich źródeł, tutaj wspomnę o tych kilku najmocniej zapamiętanych, możliwe, że z powodu ich uroku.


Kiedyś przeczytałem w encyklopedii opis Skory, małej rzeczułki płynącej przez Sądreckie Wzgórza; było w opisie coś, co zaciekawiło mnie i w rezultacie postanowiłem odszukać jej źródło. Tamtego dnia wędrowałem po wzgórzach na północ od Rząśnika; właśnie zszedłem ze zbocza Mieszka po bezskutecznym poszukiwaniu jaskini, o której mówił mi mieszkaniec wioski, a przeglądając mapę zobaczyłem, że jestem blisko źródła Skory. Poszedłem i znalazłem je szybko, widoczny na łące pasek traw przybrzeżnych już z daleka wskazał mi miejsce. Źródło jest wyraźne, pojedyncze i klasyczne: woda pojawia się tutaj, dokładnie tutaj, a długość strumienia można wymierzyć niemal co do centymetra. Szedłem kawałek wzdłuż Skory, póki nie skryła się między gęstymi zaroślami przybrzeżnymi.
Co właściwie jest niezwykłego w tym źródle, poza niezwykłością, jaką ma każde źródło? Nazwa. Większość z nich jest bezimienna, to natomiast jest początkiem nie jakiejś rzeczki, a tej jednej, mającej swoje imię, więc wyróżnionej na mapie i łatwiejszej do wyróżnienia przez moją pamięć.


Polny Strumyczek, którego źródło w pobliżu Rochowckiej Skały tak mi się podobało ostatniej zimy. Moje tegoroczne odkrycie. Źródło, które polubiłem od pierwszej chwili zobaczenia. Jest zaznaczone na mapie i to nawet dość dokładnie - około kilometr na wschód od Nowych Rochowic. Wiem, że jesienią pojadę w odwiedziny. Rośnie przy nim dzika róża, chyba też jakieś inne krzewy, a wszystkie bardzo chciałbym zobaczyć wiosną i latem. Chciałbym posiedzieć przy strumieniu – a i ten jest z tych, które nazywam czystymi i klasycznymi – popatrzeć na rozległe pola wokół i na kwiaty dzikiej róży tuż obok, posłuchać szeptu strumienia, szumu wiatru i śpiewu ptaków.


Źródło Piekiełka, tego pod Sędziszową, bo dwa są Piekiełka (i nie tylko one są zdublowane) na pogórzu. To źródło i ten strumień są zupełnie inne od Polnego: dzikie, zarośnięte, trudnodostępne. Zauroczył mnie kontrast otoczenia, który smakowałem już dwa razy. Wzgórza w okolicy są łagodne, stoki odkryte, widokowe, słoneczne. Polna droga ostrym łukiem omija cypel drzew wystających z leśnego masywu; w tym miejscu zaczyna się inna droga: zarastająca, nieużywana, obiegająca zbocze Owczarni, ocieniona, jeśli dobrze pamiętam, dzikimi czereśniami. Ładne miejsce i ładne widoki. 



Gdy wejdzie się między drzewa na zakręcie drogi, już po paru krokach widać strumień. Nie ma jednego źródła, woda wysącza się spod ziemi w niewielkim jarze. Ciemno tam, gąszcz zagradza przejście. Po paru krokach dochodzi się do skalnego progu wysokości może dwóch metrów; woda ścieka po skalnej ścianie, czasami ciurka cienką wstążką. Zejście na dno pogłębionego jaru jest już wejściem w inny świat: ciemny, błotnisty, ciasny, dziki, zarośnięty. A ledwie kilka metrów obok jaśnieje rozległy i słoneczny przestwór pól!


Nieco podobnie zaczyna się Złoty Strumień pod Bystrzycą: w niewielkim jarze, wśród gęstych drzew, pomiędzy którymi prześwituje otwarta przestrzeń pól. Przeszedłem całą jego długość, ale złota nie znalazłem. Jednak później dowiedziałem się o pewnych miejscach w jego pobliżu, które kiedyś odwiedzę, ale nic więcej nie powiem, bo liczę na… materialne uzasadnienie nazwy tego strumienia:)



Źródło na stoku Turzca, o którym niesłusznie piszą, że jest początkiem Kaczawy.


Prawdziwie górskie źródło: woda wypływa z kilku sąsiadujących źródeł, spod skał i korzeni drzew, na dość stromym zboczu w Górach Ołowianych, masywie Gór Kaczawskich. Na świerku przybita jest tabliczka podająca wysokość i informująca o źródle Kaczawy. Byłem tam dwa lata temu i chyba ze dwa razy przeszedłem pierwsze setki metrów strumienia, bo nic mi się tam nie zgadzało. Te ładne źródła dają początek nie Kaczawie, a Świdnie, niewielkiej rzeczce kończącej się z drugiej strony górskiego masywu.


Strumień i źródło wyróżnione moją pamięcią właśnie z powodu niezgodności stanu faktycznego z opisami. Jako to możliwe? Ano, „dzięki” drogowcom. Kiedyś Kaczawa spływała po zboczu swojego macierzystego Turzca do szosy, a dalej płynęła przydrożnym rowem w stronę Kaczorowa. W czasie niedawnego remontu drogi zrobiono pod szosą przepust, teraz cała woda ze źródeł spływa do studzienki i przepływając pod szosą, zasila Świdnę. Kaczawa wysącza się powoli z dna rowu i dopiero w Kaczorowie staje się strumykiem.


Dźwięczny strumyczek wypływający z południowego zbocza Folwarcznej. Przed chwilą szukałem go na mapie, w tamtym miejscu jest jeden zaznaczony, ale pewności nie mam, czy jest to ten mój, słuchany kiedyś. Nie wszystkie strumyki są zaznaczone na mapie.
Ten jest mały i nieco ukryty – płynie pogłębionym korytem, niemal przykryty jest trawami. Gdy byłem tam po raz pierwszy, najpierw usłyszałem go, później zobaczyłem. W tych górach mam kilka miejsc dla mnie wyjątkowych przez splot fikcji i rzeczywistości, fantazji i realności; ten strumyk jest jednym z takich miejsc.


Cały tamten duży, otwarty i widokowy, przestwór łąk na północ od wioski Komarno, jest po prostu piękny widokami. Na jego poznawaniu spędziłem kilka już dni, na pewno nie ostatnich. 





To przecież tam jest Wysoczka, wzgórze, na którym kiedyś zatańczyłem swój taniec oszołomienia widokami, tam jest Trzmielowa Dolina i jej małe odgałęzienie, któremu nadałem swoją nazwę Lipowej Dolinki. Tam też rosną brzozy oglądane już parokrotnie, we mgle i w śnieżny dzień, w porze rozwijania się listków; rośnie tam i głogowy lasek, którego chciałbym kiedyś zobaczyć w czas kwitnienia.


Jesienią pójdę tam, posłucham Dźwięcznego Strumyka, odwiedzę wszystkie moje miejsca i poznam nowe. Jesienią…









Zaczął się Konkurs Szopenowski, wyjątkowy czas, muzyczne święto. Bartek, młodszy syn, muzyk, powiedział mi o swoim oczarowaniu grą pewnego Rosjanina. Syn był dzisiaj w Warszawie, na żywo słuchał eliminacji; moja zazdrość pojechała z nim.


Nie na żywo słuchałem sonaty fortepianowej b-moll z opusu 35. W scherzo jest melodia grana delikatnie,  zwiewnie, czarodziejsko i uwodzicielsko; w moich uszach podobnie brzmi środkowa część lento – wcale nie żałobnie, a właśnie czarodziejsko.





Po pracy, a czasami i w ciągu dnia, kradnąc firmie chwile mojej pracy, przyglądam się pniom i pąkom klonu zwyczajnego i klonu jaworu, starając się zapamiętać różnice. Nadal nie mam pewności co do gatunku kilku niewielkich drzewek rosnących obok mojej ciężarówki. Stawiałbym na wiąz szypułkowy, bo i cechy pąków wskazują na ten gatunek i niepozorne pęczki drobniutkich kwiatów. Za pięć dni wyjeżdżamy stąd, a chciałbym jeszcze zobaczyć rozwinięte liście lub chociaż zaczątki skrzydlaków, po których nieomylnie poznałbym wiąz.


Obok, na niewielkim pagórku piaskowym, rosną dwa drzewa: brzoza i sosna, oba rosłe i przytulone do siebie. Sosna dwoma ramionami niemal obejmuję kibić brzozy, a ta jakby wywija się uciekając w górę, wysmukła i wyniosła.


Miłosna scena.



Dzisiaj wstałem wcześnie, żeby przed rozpoczęciem pracy pójść na pocztę i wysłać liścik do Heleny, mój pierwszy list wysyłany do wnuczki.



 Ranek był rześki i słoneczny, prawdziwie wiosenny. Zaraz za wozami zobaczyłem grupę brzóz, tych najładniejszych brzóz pendula. Widziałem je pod słońce, ich maleńkie jeszcze listeczki były prześwietlone światłem. Drzewa, otulone zielono-słoneczną mgiełką, wyglądały cudnie. Podszedłem do nich, dotknąłem wiszącej gałązki i poczułem łzy w oczach. Z przeżywania? Raczej odwrotnie: z braku możliwości. Praca, pogoń, szybko-szybko i tylko kradzione chwile jak ta.


Wróciłem do nich po pracy, usiadłem pod jedną z brzóz, patrzyłem na wiotkie gałęzie i błyszczące listki. Słońce jeszcze świeciło, kończył się piękny dzień. Dobrze mi się tam siedziało.



Teraz, wieczorem, w campingu, po napisaniu tych słów pomyślałem o ludzkiej konstrukcji psychicznej: wieczny dobrostan znudziłby nas, a i nie potrafimy zachwycać się bez przerwy, ani nawet często. Może dlatego właśnie takie kradzione chwile bywają najbardziej pamiętane, a nawet, zdarza się tak, najgłębiej przeżywane. Jest w tym wyraźna ambiwalencja: smutek, ale i jednocześnie pocieszenie.
Pocieszenie przeważa.



środa, 15 kwietnia 2015

Dwa wrażenia. Granice i barwy


Przechodząc przez plac zastawiony karuzelami, zobaczyłem kosa skaczącego po błotnistych koleinach pozostałych po przejechaniu tabunu naszych ciężarówek. Ptak trzymał w swoim żółtym dziobie dwie glisty i rozglądał się za następnymi. Zatrzymałem się patrząc na niego, bo wyglądał śmiesznie, jakby długie i obwisłe wąsy mu wyrosły, a kos nie zwracając uwagi na moją bliską obecność, szybkim ruchem głowy wyłowił z błota jeszcze jednego robaka i tak obciążony poderwał się do lotu.

Później, już po pracy, nie chcąc zamykać zielonego i słonecznego jeszcze dnia w ciasnych ścianach campingu, usiadłem na trawie, z koła mojej ciężarówki robiąc oparcie pleców, i z ulgą wyciągnąłem nogi przed siebie. Siedziałem i po prostu gapiłem się przed siebie na zieleń drzew, na stok wzgórza zawłaszczonego przez tysiące mleczów - mniszków, na bliską kępę niezapominajek, na które patrzy się jak na drobinki nieba rozsiane wśród traw. Przy przednim kole ciężarówki usiadł kos, w dziobie trzymał robaka, a zza koła wybiegł inny ptak, nie wiem jakiego gatunku, był szary jak wróbel, ale wielkości kosa. Ten podbiegł do niego i szybkim ruchem głowy włożył mu w otwarty dziób przyniesione jedzenie.

Czy to ten kos, którego widziałem wcześniej z kilkoma robakami w dziobie? Więc nie dla siebie zbierał jedzenie? Ciekawe, czy karmiąc tego drugiego, sam nie był głodny...

Po paru minutach ptak znowu przyleciał, a ten drugi, ukrywający się pod samochodem, wyszedł mu na spotkanie. Oczekiwał go i wyglądał? Chyba tak. Jest chory? A może jeszcze nie potrafi latać? Nie wiem, nie wiem.

Pomyślałem, że tuż obok mnie dzieje się coś, czego nie rozumiem i co mnie nie dotyczy, coś niezwiązanego ze mną i do czego nie mam dostępu jako obcy. Pomyślałem o świecie podzielonym tysiącami granic, a właściwie o tysiącach światów jednocześnie współistniejących i rozdzielonych barierami, które istnieją wszędzie wokół nas, a niektóre i w nas.

Kiedyś obserwowałem rybę tkwiącą nieruchomo w nurcie strumienia, wydawało mi się, że patrzy na mnie. Wtedy doznałem silnego wrażenia istnienia bariery między nami. Dzieliło nas tylko dwa metry przestrzeni, ale jednocześnie dzieliło wszystko i to tak dokładnie, że nasze światy nie miały nic wspólnego – oddzielone ostrą linią styku wody i powietrza.

Nieskończoność światów. 


Idę ulicą, mijam ludzi, na niektórych spojrzę, przez moment widzę ich twarze, czasami usłyszę ich głosy. Są zajęci, gdzieś idą, coś załatwiają, mają swoje sprawy, swoje życie, ale wiedząc o tym wszystkim, traktuję ich jak bezosobowych statystów w filmie mojego życia. Istnieją dla mnie przez mgnienie i nie znaczą więcej niż tamten kos; po prostu na ulicy widzi się samochody, drzewa, domy i ludzi. Pojawiają się na granicy horyzontu moich zdarzeń, przechodzą obok i znikają. Przestają istnieć w moim świecie - statyści istniejący na obrzeżu mojego świata.

Dopiero uświadomienie sobie faktu bycia dokładnie takim samym drobnym i przez moment tylko istniejącym elementem świata każdego z tych ludzi (dla których miejsce przez nich zajmowane jest dla nich – jak moje dla mnie - w środku świata) pozwala podjąć próbę wyobrażenia sobie mnogości światów i ich nieustannego przenikania się przy zachowaniu granic każdego z nich.

Mogę odezwać się do któregoś z tych anonimowych przechodniów, może się zdarzyć, iż ta drobna decyzja uruchomi lawinę skutków w rezultacie których dwie granice przywrą do siebie, ale istnieć będą nadal, tyle że otworzą się przejścia na drugą stronę, przez które zobaczę fragment czyjegoś świata, a czasami – to już kres możliwości - będzie mi dana możliwość ograniczonego zaistnienia w tym drugim świecie.

Poczułem chęć zrobienia kroku ku innemu człowiekowi i uśmiechnąłem się.



Znalazłem kamień: błyszczący, jakby wypolerowany dłońmi kawałek krzemienia bursztynowego koloru. Podniosłem go i obejrzałem. Podobał mi się. Zamknąłem go w dłoni i poczułem jego miłe ciepło. Jego ciepło? Otworzyłem dłoń i jeszcze raz, inaczej, uważniej, obejrzałem kamień. Był gładki i miał miłą, ciepłą barwę.

Czy nie jest tak, że ciepła barwa kamienia staje się ciepłem samego kamienia, a raczej ja, nieświadomie i odruchowo, przenoszę ciepło barwy na sam kamień? Pewnie tak, ale przecież i ciepło tej bursztynowej barwy też jest umowne, jest moim jej odczuwaniem istniejącym dzięki tysięcznym skojarzeniom, wspomnieniom i lekturom; w cieple tej barwy jest chwila z dzieciństwa, gdy w upalny letni dzień lepiącymi  się palcami poznawałem upajający zapach i podobieństwo świeżej żywicy do miodu, jest widok sosnowego lasu oświetlonego niskim słońcem, widok oglądany dawno temu, ale rokrocznie, niezmiennie budzący mój podziw, od tamtej chwili symbolizujący lato i słońce. A miód? Tyleż symboli w tym słowie, tak wiele budzi skojarzeń i wiele przywołuje obrazów, a wszystkie ciepłe i słoneczne.

To wszystko tkwi we mnie, niewypowiedziane, nieuświadomione, ale przecież odczuwalne, gdy zamykam dłoń na połyskliwym, bursztynowym krzemieniu, znowu czując jego ciepło.



Dwie zwykłe chwile. Z takich chwil składa się życie, a tak łatwo zlekceważyć je, niedocenić, a nawet niezauważyć.

Cóż wtedy zostanie?


wtorek, 14 kwietnia 2015

O dotknięciu horyzontu


Fascynuje mnie poplątanie ludzkich ścieżek, ich bezmierne rozgałęzienia i wzajemne zależności przemieszane z przypadkowością. Fascynuję mnie splot naszych decyzji i ich dalszych skutków. Splot naszej karmy z przypadkiem, który też jest wszechogarniający i wielopiętrowy, skoro nasza decyzja - rezultat świadomego wyboru i jednocześnie przypadku - uruchamia ciąg, którego rezultaty znowu mieszać się będą z przypadkami, teraz już innymi, i wspólnie wpływać na nasze kolejne wybory. Gdy wniknąć myślą w chwilę naszego życia, w jakąkolwiek naszą decyzję, możemy dostrzec oszałamiającą sieć, której krańców nie widać.

Chodzę po Górach Kaczawskich i czasami myślę o wszystkich swoich decyzjach – uwarunkowanych okolicznościami - które doprowadziły mnie na ich ścieżki, a wtedy, poszukując praprzyczyny, sięgam głębiej i głębiej w swój czas, do lat i decyzji, które, zdawałoby się, już nie mogły mieć nic wspólnego z kaczawską drogą, którą idę. Jednak po wnikliwej analizie okazuje się, że miały. Każda nasza decyzja, każde spotkanie z innym człowiekiem, nieomal każdy nasz krok, może wyryć ślad w naszym życiu – jeśli nie teraz, to za dziesięć lat.






Sezon górskich wędrówek skończyłem ledwie dwa tygodnie temu, a już układam plany na jesień. Właśnie uświadomiłem sobie, że w minionym sezonie ani razu nie byłem w tak lubianej przecież Trzmielowej Dolinie, nie odwiedziłem Lipowej Dolinki i Wysoczki. Nie widziałem też tej kępy brzóz i głogów na stoku Ogiera, z którą łączą mnie dziwnie poplątane więzy rzeczywistości i fikcji literackiej. Nie znalazłem widzianej i podziwianej rok wcześniej drogi pod brzozami na stoku Uliny. Jak co roku uświadamiam sobie swoje nienasycenie drogą.

Kaczawskie drogi…

Jeśli tylko nie są rozjeżdżone przez maszyny leśników zostawiających za sobą wyrżnięty las, podobają mi się wszystkie, ale oczywiście mam w tych górach dróżki wyjątkowo lubiane i pamiętane. Nawet nie muszę oczu zamykać, żeby stanąć na brzegu lasu i zobaczyć jedną z nich, jak dwoma wąskimi śladami opasuje zbocze wzgórza przy brzozowym zagajniku. Wzrokiem biegnę za nią, a ona celuje w niebo i na jego tle kończy się. Czuję w sobie ciekawość i pragnienie poznania jej, idę więc za nią po stoku, a gdy jestem wyżej, tam, gdzie droga dotyka nieba, gdy wydaje mi się, że i ja zaraz go dotknę, horyzont ucieka otwierając przede mną dolinę. To czarodziejska chwila, chwila nagłego otworzenia się rozległego widoku – jakby ta pojawiająca się przede mną dolina została stworzona właśnie w tej chwili.

Moja droga czekała na mnie za szczytem, a teraz, widząc mnie, wbiega między szpaler głogów i róż, przeskakuje cienie dzikich czereśni i wpadając między domy wioski, znika mi z oczu. Szukam jej po drugiej stronie doliny, ale nie znajduję. Po chwili uśmiecham się, bo wydaje mi się, że spomiędzy domów słyszę jej radosny śmiech.

Ta droga przynajmniej doprowadziła mnie do wioski, a ileż to razy szedłem prowadzony którąś z nich, ufając jej, a ona zostawiała mnie samego gdzieś na polach lub w lesie! One są płoche i figlarne, bywają oszukańcze, ale dla ich uroku godzę się na każdy ich psikus. Z właściwym dla nich wdziękiem wołają mnie, a ja, widząc ich uśmiech, zapominam o wszystkim i idę wpatrzony w nie.






Wróciłem z wieczornego spaceru; po słonecznym dniu jest piękna, gwieździsta, prawdziwie wiosenna noc kwietniowa. Bardzo chciałbym wędrować po moich górach wiosną i latem, ale nie mając takiej możliwości, mogę tylko próbować wyobrazić sobie ich kwiecisty i rozsłoneczniony wygląd. Czasami, gdy patrzę na nie w zimie i widzę je tak ubogie w kolory, pod chmurnym niebem, gdy odzywa się we mnie chęć oglądania je zielonymi pod błękitem nieba – oglądania ładniejszymi - wydaje mi się, jakbym zasmucał je. Szkoda mi się ich wtedy robi i upycham ich letnie wyobrażenie w głąb siebie, przepraszając je i zapewniając o ich podobaniu się. Irracjonalne i egzaltowane? Na pierwsze zgodzę się, skoro mało jest we mnie racjonalności i mam skłonność do personifikowania przyrody, a na drugie… Na drugie wzruszę ramionami. Tak naprawdę wszystko, co piszę tutaj, jest o moich wrażeniach, o chwilach odczuwania. Piszę o swoim związku emocjonalnym z określonym miejscem, ze skrawkiem Ziemi. 


Mojej Ziemi, skoro zostawiam na niej swoje ślady. Dla mnie to wszystko jest prawdą i jest mną.






Dlaczego Góry Kaczawskie? Dlaczego te pagórki, na wyrost nazywane górami?

Może przywiódł mnie tutaj ten chłopak, który kiedyś biegał po polnych drogach i miedzach podlubelskiej wsi, drogach nieco podobnych do kaczawskich? Może chodzę tymi drogami, bo mało jest we mnie zdobywającego mężczyzny, a w tych górach nie ma co zdobywać? Może chodzę nimi, bo więcej we mnie Amfiona niż Zetosa?.. Te góry przemierza się, poznaje, kontempluje, w tych górach zakochuje się, ale nie zdobywa się je. To one zdobywają wędrowca. Czarują swoim urokiem, ale tak, jak nieświadomie, a nawet niechcący, czyni to kobieta śliczna swoją kobiecością; kobiecością, którą najpierw trzeba odkryć, żeby zostać nią olśniony, bo ta jej cecha nie jest na pokaz, nie rzuca się w oczy, będąc dla mężczyzn potrzebujących nade wszystko ciepła. Nie przypadkiem piszę tutaj o kobiecie: kaczawskie wzgórza i drogi mają dla mnie cechy niewieście, myślę o nich i piszę jak o kobietach. Szczerze mówiąc, to i o zorzy porannej, o strumieniu i o mojej mirabelce myślę jak o niej. Cóż, w końcu jestem facetem, a w moim odczuciu istotną cechą męskości jest zauroczenie kobiecością. Jest we mnie jakaś nić łącząca fascynacje kobiecym uśmiechem z kaczawskimi drogami. One uśmiechają się do mnie, gdy idę nimi, a gdy jestem od nich daleko, wołają mnie. Słyszę ich głos w sobie; jest dziwną, bo przyjemną w odczuwaniu, tęsknotą, jest nieugaszonym pragnieniem, a ostatnio i oczekiwaniem jesieni wyznaczającej początek moich wędrówek. Gdy po raz pierwszy poczułem w sobie to oczekiwanie, byłem nie tylko zaskoczony, ale i rozbawiony: czekać na listopad!:)






Są i inne powody.: Dziwnie silne identyfikowanie polnych dróg z drogami życiowymi i wędrówki nimi jako synonimu życia; także poczucie swobody i jednocześnie prostoty życia na szlaku, skoro wystarczy iść, a iść można gdzie oczy poniosą. Odczuwam też pragnienie najzupełniej irracjonalne, ale przecież najpiękniejsze: pragnienie dotknięcia horyzontu. Nie jestem pięknoduchem ani poetą, wcale: najgłębszym źródłem tego pragnienia jest inne pragnienie - zostawienia tego i tamtego za sobą, więc ucieczki, ale i oczyszczenia. Będąc wyrazem mojej potrzeby kontaktów z przyrodą i z pięknem, moje wędrówki są więc też swoistym katharsis.



Raz jeden widziałem miejsce wsparcia tęczy o ziemię, raz jeden dotknąłem horyzontu. Naprawdę! W górach jest to dość proste: wystarczy podejść pod wyraźny, ostro zarysowany grzbiet, przy jego szczycie kucnąć albo położyć się i wyciągnąć rękę do najwyższego miejsca – tego, które dotyka nieba. Dotknąłem. W dotyku horyzont do złudzenia przypominał … trawę:)

























czwartek, 9 kwietnia 2015

Porządkowanie zdjęć


Nareszcie wziąłem się za uporządkowanie setek zeskanowanych zdjęć z rodzinnych zbiorów. Przeglądam je, segreguję, kadruję i zapisuję, ale to tylko zwykłe prztykanie opuszkami palców w klawiaturę, natomiast głębiej, we mnie, wspomnienia pomieszały twarze, lata i uczucia.
Nagie drzewa przysypane śniegiem na czarno-białej fotografii, zamarznięte bajoro, które nie wiedzieć czemu zwróciło moją uwagę, nisko nad ziemią sunąca śnieżna kurzawa; tutaj kwitną trawy, tam kaczeńce na łące, oset rozwija swój kwiat pyszniący się pięknym fioletem, pszczoła usiadła na niebieskim dzwoneczku leśnego kwiatu, a górą, ponad blokami niepamiętanego miasta, słońce złoci obrzeża granatowych chmur.
Dawno zapomniana wiosna trwa nadal w pęczniejących pąkach drzew, droga pod lasem zamarła w oczekiwaniu na nowe ślady moich stóp, krople wody nadal wiszą na gałązce, która teraz może jest już konarem, a pod brzozami sypiącymi żółtymi liśćmi błyszczy muchomor nasyconą czerwienią. Jest piękny, odbija słońce, pyszni się; pamiętam go, pamiętam las pod Siedlcami w połowie lat dziewięćdziesiątych, nagrzany słońcem zagajnik brzozowy i czerwone muchomory.
Małgosia na setkach zdjęć: patrzy zaciekawiona w obiektyw, uśmiecha się zalotnie lub szelmowsko, przytula do twarzy zerwany na łące kaczeniec, ogon jej włosów frunie za nią, fikającą koziołki na batucie, oburącz trzyma wielką kanapkę, wyłuskuje szczura ze swoich włosów i znowu ufnie uśmiecha się do mnie. Pozuje, jeszcze dobrze nie chodzi, a już z upodobaniem pozuje, chce się podobać. Podobasz mi się. Jesteś najpiękniejsza.
Widzę ją! Widzę w tamtej chwili sprzed osiemnastu laty, w chwili istniejącej tylko we mnie, nie na fotografii – jak i w tamtej o trzynaście lat późniejszej, z plaży w Kołobrzegu, widzę w tyluż innych naszych chwilach.
Małgosia. Moja córka.
A te zdjęcia? Myśl krąży bezradnie wokół lat i zdarzeń, by w końcu, zaczepiona o promień słońca, zakręt drogi, dalekie skojarzenie, twarz tak bardzo odmłodniałą, rozepchnąć niepamięć i dobyć z jej głębokich pokładów chwilę, a razem z nią zdarzenia i wrażenia, uczucia i czas.
Lata fruwają, zamieniają się miejscami, umykają w zapomnienie i zaraz wracają – inną porą roku, innym widokiem, zmienioną nie do poznania twarzą dobrze znanej kiedyś osoby.
Wracają chwile fascynacji sprzed wielu lat, zapomniane widoki, twarze dorosłych już dzieci…
Porządkuję zdjęcia.

niedziela, 5 kwietnia 2015

Buki we mgle


Ledwie wyjechałem w coroczną delegację, a już z obawą myślę o siedmiomiesięcznej przerwie w wędrówkach, a już obiecuję sobie – jak co roku - w przyszłym sezonie górskim nie opuścić żadnego weekendu, niechby deszczowego. Zapewnienie o tyleż daremne, że najwyraźniej wpadłem w pułapkę: im więcej czasu spędzam na wędrówkach, tym bardziej mi ich brakuje. Gdy zaczynałem swoją przygodę z górami, w Sudetach spędzałem kilka dni w roku, tej zimy włóczyłem się prawie miesiąc.
Jadę odczuwając tęsknotę, ale wyjazd gasi ją na kilka dni, a później czuję się jak ten motyl pędzony feromonami kochanki.
Pojechać gdzieś, tam kłapnąć drzwiami samochodu, zostawić wszystko za sobą, założyć plecak i po prostu iść. Nieważna pogoda i trasa, byleby droga rozwijała się przede mną.
Pojechałem z kolegą w Góry Kamienne, ściślej w ich część nazywaną Górami Suchymi, które dzisiaj suche nie były - dzień był mglisty i deszczowy.
Budzik nastawiłem na 1.45, a na myśl o zawirowaniach związanych ze zmianą czasu, dla pewności ustawiłem dodatkowy budzik w drugim telefonie. Obudziłem się o pierwszej, bezskutecznie próbowałem usnąć, w końcu wstałem i zaparzyłem mocną kawę zaczynając długi dzień, ostatni dzień mojego sezonu górskiego.
W Sokołowsku, najwyraźniej biedniejącej i pustoszejącej miejscowości na krańcu Polski, byliśmy o szóstej. Kwadrans później szliśmy niebieskim szlakiem wiodącym po szczytach kolejnych gór w stronę Waligóry, a tam, ledwie dwieście metrów wyżej, chmurna wiosna ustąpiła miejsca zimie. Wiał porywisty, mroźny wiatr, śniegu leżało dużo, miejscami nogi zapadały się wyżej kostek. Jeszcze w połowie zbocza Włostowej, pierwszej naszej góry, zdążyliśmy zobaczyć w oddali Stożek Wielki, górę na którą muszę kiedyś wejść, później weszliśmy we mgłę i do końca dnia nic dalekiego nie widzieliśmy. Trudno. W nagrodę dużo widzieliśmy obok nas, a pierwszym widokiem był rzadko spotykany las jaworowy na zboczu Włostowej. Po raz drugi w życiu szedłem wśród jaworów (pierwszy był gdzieś w Górach Bialskich), a las taki czyni duże wrażenie. Młode jawory oglądane zimą są trudno rozpoznawalne, dość tuzinkowe, ale duże drzewa, z ich tak charakterystycznie łuszczącą się korą, nierzadko porośniętą mchami, wydają się drzewami bardzo, bardzo starymi. 


Mnie czasami kojarzą się z bajką, w której zgubione dzieci – tak sobie wyobrażam – błądzą w zaczarowanym lesie, wśród straszących je drzew.
Góry Suche mają charakterystyczną budowę. Kolega, niezły znawca Tatr, dostrzegał ich podobieństwo do zachodniej części naszych najwyższych gór. Nieba nie dotykają, najwyższe niewiele przewyższają 900 metrów, ale ich zbocza są strome, miejscami nawet bardzo, a całe góry podobne są do stożków – jak miano wspomnianej góry wznoszącej się nad sąsiednim Unisławem Śląskim.
Mimo mgły i deszczu, kilka razy mijaliśmy grupki turystów; widziałem ich więcej, niż w najładniejsze dni kaczawskich wędrówek. Na myśl o pustych drogach moich gór, poczułem zazdrość z odrobiną smutnego zawodu, ale i dziwną satysfakcję: drogi Gór Kaczawskich są moje, nie muszę się z nikim dzielić.
Widzieliśmy kilka wielkich kęp śnieżycy wiosennej; to właściwie nie były już kępy, skoro gęsto rosły na sporych połaciach stoków. Sporo spędziliśmy czasu na ich kontemplacji i fotografowaniu. Tomek śmiesznie wyglądał klęcząc przy kwiatkach, z głową przy ziemi; na pewno ja wyglądałem równie pociesznie.




 Gdy patrzy się na te rozległe dywany kwiatów, zadziwia ich delikatność, czystość, chciałoby się powiedzieć czystość dziewicza i bezbronna, ujmuje ich zwiewność omalże niematerialna, a krótkość ich istnienia budzi nie tylko rozczulenie, ale i zadziwienie bliskie fascynacji ich pędem ku spełnieniu, życiowej sile każącej rozkwitać i wydawać owoce bez względu na okoliczności. Trudno nie zwrócić uwagi na kontrast między urokiem tych małych i niskich kwiatów, a martwymi szczątkami zeszłorocznego życia, wśród których rozkwitają. Uschnięte badyle (niektóre z nich mogły być równie piękne w czasie swojego kwitnienia), żółte trawy, butwiejące szczątki drzew, a wśród tego cmentarzyska białe kwiaty wystrojone kropelkami deszczu i nadzieją przyszłego życia.
Coraz częściej dostrzegam w przyrodzie ów przemożny, nie liczący się z niczym, pęd do życia. Nie bacząc na przeszkody, na niekorzystne warunki, na brak nadziei spełnienia, pąki rozwijają się w kwiaty, nasiona pęcznieją kiełkami, a liście wychylają się ku słońcu. Na jednej z mijanych skał oglądałem zielony mchami pień dawno przewróconego drzewa, które rosło wczepione korzeniami w pęknięcia skał, a w końcu uległo wiatrom. Gdy widzę takie resztki drzew, czasami zupełnie irracjonalnie konstatuję, że gdyby rosło w lepszym miejscu, pewnie żyłoby jeszcze, czemu więc rosło tutaj? Jedyną odpowiedzią i sensem wszystkiego są jego potomkowie - małe drzewka rwące się do słońca obok martwego przodka, bo najpierwotniejszym celem życia jest podanie go dalej.
Co ciekawe: chyba podobne myśli miewa mój towarzysz, skoro opowiadał o pielęgnowanych przez siebie śliwach będących wnuczkami śliwy zasadzonej przez dziadka.
Każdy rodzaj lasu we mgle jest ładny… Może inaczej: każdy czyni wrażenie, bo bywa, że urodę przewyższa niesamowitość scenerii – na przykład lasów łęgowych, zwłaszcza wierzbowych. Dość łatwo przeżyć wrażenie zupełnego odludzia, przeniesienia się o tysiące lat wstecz, silnego osamotnienia; wystarczy w listopadowy mglisty zmierzch być na łęgach.
Więc każdy las we mgle może się podobać, ale ostatnio najładniejszym wydaje mi się być las bukowy. 


W przeciwieństwie do świerkowego boru, niemal czarnego i niedostępnego, albo przeraźliwie smutnych wierzbowych zarośli, taki las jest czysty i przestronny, jasny nawet w chmurny dzień, jest lasem zapraszającym między swoje drzewa. Idąc, próbuję dostrzec moment wyłaniania się drzew z mgły. Gdy pojawiają się, zrazu są ledwie domysłem (czarodziejska to chwila, bo wydaje się, jakby drzewa istniały w naszym świecie dopiero od momentu zobaczenia ich), później są leciutkim cieniem rzuconym na szarość ściany mgieł, cieniem zapełniającym się szczegółami i rosnącym w miarę zbliżania, nabierającym realności i masywności. Oglądane z bliska, wyglądają inaczej: mokra skóra na ich naprężonych mięśniach traci swoją zwykłą barwę szarego ołowiu czerniejąc i błyszcząc, ich sylwetki są ostro zarysowane i wydają się większe – grubsze i tak wysokie, że ich szczyty giną we mgle. Gdy do mgły dołączy zmrok, ich widok może czynić duże wrażenie. Te drzewa wydają się być zastygłymi monstrami, które przecież zaraz mogą się obudzić, wystarczy spojrzeć na ich niesamowicie powyginane, a przy tym wyciągnięte w moją stronę, ramiona. Gdy w chmurny dzień patrzę z bliska na duże drzewo, zwłaszcza na buka, wyraźniej niż w słoneczny dzień odczuwam jego tajemniczą aurę samotnego i niepojętego życia.
Gdy minie już chwila niepokoju lub fascynacji, wzrok przyciąga uroda gładkich, mięsistych pni, także ich wielkość, czasami majestatyczna, a chyba najbardziej piękny kolor liści. W słoneczny dzień zimowy liście buków, mimo iż wtedy bardziej są nasycone kolorami, zwłaszcza gdy się przez nie ogląda słońce (aparat tego nie potrafi, to urządzenie ślepnie od słońca wtedy, gdy ja jestem nim olśniony), nie przyciągają tak wzroku rozbieganego między obudzonymi kolorami wokół, natomiast pod chmurnym niebem, gdy wszystko szarzeje, a już zwłaszcza we mgle tonującej nie tylko resztki kolorów, ale i kontury, liście na małych bukach wydają się skupiać w sobie wszystkie kolory świata. Są jak bukiet świeżych kwiatów w brzydkim pokoju, albo jak uśmiech kobiety widziany wbrew spodziewaniu w ponury dzień.



Zejście z Waligóry do schroniska łatwe nie było. Stromizna stoku miejscami chyba przekracza 45 stopni, a ścieżka była oblodzona. Bez raków nie było szans przejść nią; ileż to razy mój kolega czynił sobie wyrzuty z powodu nie zabrania swoich leciutkich, przyczepianych raków! Zeszliśmy bez perturbacji tylko dlatego, że szliśmy obok szlaku, po śniegu, ale i tak kilka razy wisiałem na kijach wbitych swoimi widiowymi grotami w zlodowaciały śnieg. Po przejściu tej trasy uznałem, że dopiszę takie raki do listy swojego obowiązkowego wyposażenia górskiego.

Idąc żółtym szlakiem doszliśmy do Skalnych Bram i zamku Rogowiec, a wracaliśmy niebieskim, prowadzącym nieco inną drogą. Bramy podobały mi się: kilkunastometrowe, pionowo wbite w ziemię, złomy skał sterczą po obu stronach ścieżki, uzasadniając nadaną im nazwę. Wierzchołkami niektórych prowadzi ścieżka, stałem na krawędzi urwiska podziwiając poszarpane kształty skał i drzewa wdzierające się na nie. Mgła dodawała im wielkości i dzikości.

Wracając, w Andrzejówce zjedliśmy dobrą, aczkolwiek nie tanią, szarlotkę. Godzinę później wspólnie uznaliśmy, że ruinom wieży zamku Radosno można nadać nazwę kebabu, a to przez jego podobieństwo do pionowo kręcącego się na rożnie mięsa widzianego w przybytkach serwujących to danie. 


Okolica tych ruin warta jest zobaczenia: resztki budowli wzniesionej siedemset lat temu, strome stoki, wychodne skały, dorodne drzewa lasów wokół, a w dole strumień, przy którym można spotkać salamandrę. Ciekawostka: to ładne zwierzę ma dłuższy genom od ludzkiego.

Szedłem oglądając się nie tylko dlatego, że kończyła się ostatnia wędrówka tego sezonu; otóż do głowy przyszła mi przejmująca myśl: może jestem tutaj po raz ostatni?.. Nie wiem, skąd ta myśl. Może w związku z niepewnością mojej pracy (a jej zmiana byłaby pożegnaniem z Sudetami), może przez niespodziewane wspomnienie osoby kiedyś mi bliskiej.

Stukający i grzechoczący tłumik mojego forda przypomniał moją ekonomiczną rozterkę: złomować tego staruszka i kupić następny samochód, czy dalej reanimować? Gdybym miał kierować się li tylko ekonomią, już parę lat temu powinienem wymienić samochód, ale nie bardzo potrafię tak postępować. Ten samochód już sześć lat wozi mnie, służąc mi wiernie, jakże więc mogę zdać go na złom, zastąpić nowszym? Czy nie będzie to zdradą? Niegodziwością? Skończyłem nie tylko sezon górski, ale i sezon jeżdżenia swoim samochodem. Do jesieni jeździć będę (równie starą) scanią, służbową ciężarówką, a po powrocie oddam mojego forda do załatania zardzewiałych miejsc. 
Przejdzie w stan spoczynku wtedy, gdy nie będzie miał sił wozić mnie. Nie wcześniej.
Ja przestanę chodzić po górach wtedy, gdy zabraknie mi sił. Nie wcześniej.

Magia pisma. O dwóch czarownych chwilach


Pierwsza jest mi teraz niedostępna i nie wiem, kiedy będę mógł przeżyć ją ponownie, a jest nią początek koncertu w filharmonii. To ta chwila, gdy dyrygent odwraca się do orkiestry, podnosi ręce i na chwilę zamiera, podczas gdy muzycy przybierają sobie właściwe pozycje: smyczki podnoszą się i zastygają w bezruchu nad strunami, wargi dotykają ustników fagotów, klarnetów i waltorni, mechate pałeczki zawisają nad kotłami, a harfistka przechyla swój instrument do siebie i tym jedynym w swojej urodzie ruchem wyciąga dłonie ku strunom. Piękne dłonie z palcami, które już za chwilę zaczną pieścić struny wykonując ruchy tak subtelne, zgrabne, delikatne, tak pełne gracji, że często gubię się w swoim odbiorze nie wiedząc, czy raczej patrzeć mam na dłonie harfistki, czy skupić się na słuchaniu całej orkiestry. To chwila oczekiwania na spełnienie, więc najpiękniejsza chwila: wszystko jeszcze przede mną, a we mnie drżenie, radość i ekscytacja.
Pożądanie.
Do przeżycia drugiej chwili nie jest potrzebny wyjazd do filharmonii ani wieczorowy strój; ta chwila może zdarzyć się wszędzie: w pociągu, w pokoju, w czasie przerwy w pracy, a nawet, czasem tak bywa, na ulicznej ławce, na której przysiądę i wyciągnę swój komputerek. To chwila tuż przed napisaniem pierwszych słów, gdy gnany potrzebą albo myślami, które znalazły słowa zdolne je wyrazić, otwieram edytor tekstów i patrząc na pustą, jasną stronę, kładę palce na klawiaturze. Ta chwila jest siostrą tamtej, z filharmonii, bo mimo swojej odmienności, daje mi, jak i tamta, przeżyć radość i ekscytację. Dotykam klawiszy, opuszkami palców czując ich gładkość i delikatny opór, a na ekranie pojawiają się pierwsze litery. Pojawiają się jak zjawy, jak duchy z innego świata, nie wiadomo skąd, jakim cudem, na białej stronie wirtualnej kartki papieru. To tajemnica, cud, który nieodmiennie, od tylu już lat, dziwi mnie, mimo niejakiego pojęcia o funkcjonowaniu komputerów, ale z tą wiedzą jest podobnie, jak z wiedzą o tajnikach życia: jej posiadanie nie umniejsza fascynacji. Myśl, wrażenie – czym one są w materialnym świecie? Zapewne elektrycznymi czy chemicznymi zmianami w miliardowym gąszczu neuronów mojego mózgu. Nie są słowami, obywają się bez nich, i już to jedno jest zadziwiające. Zapisanie ich jest w istocie próbą przeobrażenia tego, co jest pozasłowne - właśnie w słowa. A czym stają się zapisane słowa? Znowu czymś niematerialnym, ale w odmienny, trudny do wyobrażenia sposób: stają się zmienionym stanami elektrycznymi krzemowych drobin w układach pamięci, lub stanem namagnesowania określonych miejsc na twardych dyskach, miejsc, które komputer odczytuje jako niekończący się ciąg zer i jedynek, który to fakt dodatkowo potęguje tamten cud. A przecież ja tam napisałem o smutku listopadowego zmierzchu, albo o drodze przede mną - o swoich wrażeniach!
Gdy zaczynam pisać, prawie nigdy nie wiem, w jakie słowa ubierze się moja myśl; czasem po pierwszych słowach czy zdaniach ona umyka mi, nie dając uchwycić się i przeobrazić w te czarne znaki na białym ekranie, ale bywa też odwrotnie: myśl staje się szybkim strumieniem słów, a wtedy palce ledwie nadążają za nimi, zamieniając je w te literki pojawiające się na ekranie jakby z tajemnego świata, by po udzieleniu mi cząstki swojej tajemnicy, być zapisanymi w przepastnych pamięciach komputera, a oznacza to właściwie tyle, co zniknięcie ze świata nam dostępnego.
Zapisanie słów, każdych słów, i późniejsza możliwość ich odczytania, jest czymś niesamowitym, czymś z pogranicza magii, którą na pewno odczuwał kiedyś człowiek niepiśmienny patrząc na tekst; magii, którą zapewne i teraz odczuwają dzieci, ale zapisanie słów wyrażających wrażenie, stan ducha, jest magią najczystszą.

środa, 1 kwietnia 2015

O najwyższej jakości


Zepsuł się mi komputer, markowy Hawlett Packard. Gdy znajomy powiedział mi o stosowanym przez HP systemie serwisu door to door, powiedziałem mu, że nie bardzo wierzę, aby szło to tak zgrabnie. I faktycznie. Gwarancję miałem nie wypełnioną, ale w lubelskim salonie Ery, gdzie sprzęt był kupowany, powiedziano mi, że skoro mam fakturę, a na niej jest przecież pieczęć sprzedawcy i data, to wszystko jest OK., a komputer wystarczy zanieść do jakiegokolwiek salonu firmowego Ery. Logiczne. W miejscowym salonie najpierw wybałuszyli oczy, a później grzecznie mi wyjaśnili, że oni nie są gwarantem, a tylko sprzedawcą. Logiczne. Na żaden z podawanych numerów serwisu HP nie mogłem się dodzwonić z komórki, bo były to specjalne, tanie linie, ale w końcu, korzystając z uprzejmości znajomego, udało mi się to z normalnego, kabelkowego telefonu. Najpierw wysłuchałem długiej litanii w rodzaju “jeżeli chcesz się dowiedzieć, dlaczego NASZA firma jest najlepsza na świecie, naciśnij 1”, później usłyszałem ostrzeżenie o nagrywaniu rozmowy w celu – jak mnie zapewniono - utrzymania najwyższej jakości świadczonych usług, a na koniec dowiedziałem się, że to nie ten dział, i mam zadzwonić pod inny numer. Tam uprzejma dziewoja specjalnie modulując głos zapytała mnie o numer komputera, podałem go, a po chwili usłyszałem, że tego komputera nie ma Systemie komputerów na gwarancji. Zupełnie wyraźnie słyszałem wymowę wielką literą. System, nie jakiś tam zwykły system. A co to znaczy? Ano, że widocznie minął już rok od daty jego wyprodukowania.
-Ale przecież – jeszcze się broniłem – gwarancję mam przez rok od daty sprzedaży.
-Tak – dziewoja jakby westchnęła – ale System przechowuje dane od daty produkcji.
-System informowania o komputerach na gwarancji?
-Tak – rozmówczyni nie dostrzegła ironii w moim pytaniu.
-To mam gwarancję, czy jej nie mam?
-Ma pan, ale komputera nie ma w Systemie. Musi pan udowodnić, że ma gwarancję.
Mailem lub faxem miałem wysłać wypełnioną gwarancję i fakturę. Niewypełnionej nie uznają, bo ich SYSTEM na to nie pozwala.
-Gdy będę miała dokumenty, zadzwonię i umówię kuriera, ale proszę nic nie dołączać do wysyłanego komputera, zasilacza i baterii też, bo z serwisu już nie wrócą.
Rozumiem – chciałem powiedzieć – że taki zwyczaj jest zgodny ze stosowanym u was Systemem jakości ISO293884 – ale nie powiedziałem. W końcu co ta dziewczyna jest winna? Nauczyli ją bić pokłony Systemowi i mówić idiotycznie brzmiący w naszym języku zwrot “czym mogę służyć”, więc bije i mówi, i może nawet jest z tego dumna, bo wierzy, iż jest to zachowanie bardzo profesjonalne. Czy miałem jej tłumaczyć rzucającą się w oczy absurdalność w działaniu tego ich Systemu? Albo wskazywać na śmieszność zestawienia słów o najwyższej jakości świadczonych usług z ostrzeżeniem o “zapominalstwie” pracowników serwisu?
Potwierdziły się ponownie moje wielokrotne już doświadczenia. To przez nie, gdy słyszę o systemach jakości wdrożonych w firmie, o najwyższej jakości usług, gdy czytam angielskie napisy i hasła reklamowe w materiałach polskiej firmy – czuję zapach kłopotów, ponieważ w naszym kraju wysokość świadczonych usług zbyt często utożsamia się z ilością używanych słów w rodzaju “służę, proszę, dziękuję, życzę, professional, no i oczywiście SYSTEM”. W wielu firmach idzie się dalej: stawia się znak równości między takim słownictwem, a jakością - oczywiście po nauczeniu kobiety (koniecznie młodej) odpowiednio słodkiego, modulowanego tembru głosu.
A dla mnie obsługa zgodna z ISO 2001 i jedna trzecia, a może nawet z ISO 1002 i dwie trzecie, mogłaby mieć taki przebieg:
-Czy to firma HP?
-No, ale teraz mamy przerwe na kawe.
-Najmocniej przepraszam. Obiecuję nie dzwonić więcej o tej porze.
-No dobra, dobra. O co chodzi?
-Komputer mi się zepsuł. Nie działa...
-Hehe, wiadomo, jak sie zepsuł, to nie działa. I pewnie jeszcze chce pan kuriera, co?
-Jeśli to możliwe, to byłbym wdzięczny...
-Panie, to już nie te czasy, że sie flaszke brało, teraz to my tu mamy ten.. no... jak mu tam, zaraza. O, pamiętam!, my tu mamy ISO 2010! Dobra, kawa mi stygnie, to podaj pan adres, jutro wyśle Franka, to jest kuriera.

Po stokroć wolałbym przeprowadzić taką rozmowę!
Oj, był ciąg dalszy, i to bardzo daleki. Otóż po kilku dniach przysłano mi komputer, ale częściowo tylko naprawiony: nie wymieniono w nim klawiatury, którą kilkumiesięczne użytkowanie pozbawiło farby. Pewnie kupili chińską, w cenie pięciu centów za galon, oczywiście w ramach utrzymywania najwyższej jakości. Na szczęście przyjęli mój łaciaty komputer do ponownej naprawy, i już w cztery tygodnie od wystąpienia uszkodzenia odebrałem swoje cudo rodem z Chin... to znaczy z USA. Pierwszy wgrany program nie chciał się uruchomić sygnalizując brak jakiegoś tam pliku. Przypadek? Może. Drugi wgrany program wyświetlił analogiczną informację. To już nie przypadek. Znajomy informatyk powiedział, że ten plik jest częścią systemu operacyjnego. Systemu wgranego w serwisie HP. Mając dość tych najwyższych specjalistów, laptopa wysłałem do syna.
Od wystąpienia uszkodzenia minęło już pięć tygodni.
Oto fragment listu wysłanego do mnie przez firmę HP.:
"Stan zgloszenia mozna sprawdzic, klikajac nastepujace lacze."
Aż chciałoby się powiedzieć specjalistom (od czego??) z tej firmy, że w języku polskim używa się znaków z ogonkami. Może nie wiedzą? A może "lacze" to jakaś nowomowa już powszechna, tyle że mnie nieznana?

A to uroczy liścik otrzymany od UPS, firmy kurierskiej.:

"To read this message in English, click here.
Użytkownik HEWLETT PACKARD zażądał wysłania tej wiadomości w celu powiadomienia o przesłaniu do firmy UPS poniższych informacji o przesyłce elektronicznej. Wysyłka fizycznych paczek mogła faktycznie nie zostać zlecona firmie UPS.
Aby sprawdzić aktualny status transportu przesyłki, kliknij poniższy link umożliwiający monitorowanie lub skontaktuj się bezpośrednio z firmą HEWLETT PACKARD."
Użytkownik zażądał (ojej!) wysłania informacji o przesłaniu informacji o przesyłce informacji. Ale fizyczna wysyłka... oj, nie, przepraszam: wysyłka fizycznej paczki nie nam mogła być zlecona.
Pytanie do specjalistów z UPS: czym różni się zwykła paczka do fizycznej paczki?
Zrozumiałe są dla mnie dwa zdania - pierwsze (angielskie) i ostatnie, natomiast pozostałe są:
- zwykłym szyfrem,
-bełkotem pijanego,
-ćwiczeniem językowym w pierwszym semestrze nauki języka polskiego gdzieś w UK,
-wynikiem automatycznego, komputerowego tłumaczenia, którego nikt nie sprawdza. Może nikt nie potrafi sprawdzić, a może SYSTEM im na to nie pozwala.
Stawiałbym na ostatnie wyjaśnienie.
Coraz ważniejsze staje się tempo produkcji, usług i konsumpcji. Byle jak, byle szybciej, byle taniej. Zalewa nas bylejakość i brakoróbstwo. Coraz powszechniejszy staje się brak wstydu z powodu swojej ignorancji, coraz większe jest zaśmiecenie naszego języka.
Bić na alarm? Komu?