Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 15 kwietnia 2015

Dwa wrażenia. Granice i barwy


Przechodząc przez plac zastawiony karuzelami, zobaczyłem kosa skaczącego po błotnistych koleinach pozostałych po przejechaniu tabunu naszych ciężarówek. Ptak trzymał w swoim żółtym dziobie dwie glisty i rozglądał się za następnymi. Zatrzymałem się patrząc na niego, bo wyglądał śmiesznie, jakby długie i obwisłe wąsy mu wyrosły, a kos nie zwracając uwagi na moją bliską obecność, szybkim ruchem głowy wyłowił z błota jeszcze jednego robaka i tak obciążony poderwał się do lotu.

Później, już po pracy, nie chcąc zamykać zielonego i słonecznego jeszcze dnia w ciasnych ścianach campingu, usiadłem na trawie, z koła mojej ciężarówki robiąc oparcie pleców, i z ulgą wyciągnąłem nogi przed siebie. Siedziałem i po prostu gapiłem się przed siebie na zieleń drzew, na stok wzgórza zawłaszczonego przez tysiące mleczów - mniszków, na bliską kępę niezapominajek, na które patrzy się jak na drobinki nieba rozsiane wśród traw. Przy przednim kole ciężarówki usiadł kos, w dziobie trzymał robaka, a zza koła wybiegł inny ptak, nie wiem jakiego gatunku, był szary jak wróbel, ale wielkości kosa. Ten podbiegł do niego i szybkim ruchem głowy włożył mu w otwarty dziób przyniesione jedzenie.

Czy to ten kos, którego widziałem wcześniej z kilkoma robakami w dziobie? Więc nie dla siebie zbierał jedzenie? Ciekawe, czy karmiąc tego drugiego, sam nie był głodny...

Po paru minutach ptak znowu przyleciał, a ten drugi, ukrywający się pod samochodem, wyszedł mu na spotkanie. Oczekiwał go i wyglądał? Chyba tak. Jest chory? A może jeszcze nie potrafi latać? Nie wiem, nie wiem.

Pomyślałem, że tuż obok mnie dzieje się coś, czego nie rozumiem i co mnie nie dotyczy, coś niezwiązanego ze mną i do czego nie mam dostępu jako obcy. Pomyślałem o świecie podzielonym tysiącami granic, a właściwie o tysiącach światów jednocześnie współistniejących i rozdzielonych barierami, które istnieją wszędzie wokół nas, a niektóre i w nas.

Kiedyś obserwowałem rybę tkwiącą nieruchomo w nurcie strumienia, wydawało mi się, że patrzy na mnie. Wtedy doznałem silnego wrażenia istnienia bariery między nami. Dzieliło nas tylko dwa metry przestrzeni, ale jednocześnie dzieliło wszystko i to tak dokładnie, że nasze światy nie miały nic wspólnego – oddzielone ostrą linią styku wody i powietrza.

Nieskończoność światów. 


Idę ulicą, mijam ludzi, na niektórych spojrzę, przez moment widzę ich twarze, czasami usłyszę ich głosy. Są zajęci, gdzieś idą, coś załatwiają, mają swoje sprawy, swoje życie, ale wiedząc o tym wszystkim, traktuję ich jak bezosobowych statystów w filmie mojego życia. Istnieją dla mnie przez mgnienie i nie znaczą więcej niż tamten kos; po prostu na ulicy widzi się samochody, drzewa, domy i ludzi. Pojawiają się na granicy horyzontu moich zdarzeń, przechodzą obok i znikają. Przestają istnieć w moim świecie - statyści istniejący na obrzeżu mojego świata.

Dopiero uświadomienie sobie faktu bycia dokładnie takim samym drobnym i przez moment tylko istniejącym elementem świata każdego z tych ludzi (dla których miejsce przez nich zajmowane jest dla nich – jak moje dla mnie - w środku świata) pozwala podjąć próbę wyobrażenia sobie mnogości światów i ich nieustannego przenikania się przy zachowaniu granic każdego z nich.

Mogę odezwać się do któregoś z tych anonimowych przechodniów, może się zdarzyć, iż ta drobna decyzja uruchomi lawinę skutków w rezultacie których dwie granice przywrą do siebie, ale istnieć będą nadal, tyle że otworzą się przejścia na drugą stronę, przez które zobaczę fragment czyjegoś świata, a czasami – to już kres możliwości - będzie mi dana możliwość ograniczonego zaistnienia w tym drugim świecie.

Poczułem chęć zrobienia kroku ku innemu człowiekowi i uśmiechnąłem się.



Znalazłem kamień: błyszczący, jakby wypolerowany dłońmi kawałek krzemienia bursztynowego koloru. Podniosłem go i obejrzałem. Podobał mi się. Zamknąłem go w dłoni i poczułem jego miłe ciepło. Jego ciepło? Otworzyłem dłoń i jeszcze raz, inaczej, uważniej, obejrzałem kamień. Był gładki i miał miłą, ciepłą barwę.

Czy nie jest tak, że ciepła barwa kamienia staje się ciepłem samego kamienia, a raczej ja, nieświadomie i odruchowo, przenoszę ciepło barwy na sam kamień? Pewnie tak, ale przecież i ciepło tej bursztynowej barwy też jest umowne, jest moim jej odczuwaniem istniejącym dzięki tysięcznym skojarzeniom, wspomnieniom i lekturom; w cieple tej barwy jest chwila z dzieciństwa, gdy w upalny letni dzień lepiącymi  się palcami poznawałem upajający zapach i podobieństwo świeżej żywicy do miodu, jest widok sosnowego lasu oświetlonego niskim słońcem, widok oglądany dawno temu, ale rokrocznie, niezmiennie budzący mój podziw, od tamtej chwili symbolizujący lato i słońce. A miód? Tyleż symboli w tym słowie, tak wiele budzi skojarzeń i wiele przywołuje obrazów, a wszystkie ciepłe i słoneczne.

To wszystko tkwi we mnie, niewypowiedziane, nieuświadomione, ale przecież odczuwalne, gdy zamykam dłoń na połyskliwym, bursztynowym krzemieniu, znowu czując jego ciepło.



Dwie zwykłe chwile. Z takich chwil składa się życie, a tak łatwo zlekceważyć je, niedocenić, a nawet niezauważyć.

Cóż wtedy zostanie?


10 komentarzy:

  1. Widzę, że bardzo podobnymi torami biegną nasze myśli. Jak niewiele nieraz trzeba, by w granicy pojawiła się szczelina prowadząca do świata drugiego człowieka. Czasem jest to uśmiech, czasem słowo. Mam zwyczaj rozmawiania z ludźmi w pociągach, uśmiechania się do przechodniów. Wiele z rozmów pamiętam do dziś, bo czegoś mnie nauczyły. Dzięki uśmiechowi przechodnie przestają być obcymi. Jeżeli codziennie mija się tych samych ludzi spieszących o tej samej porze do pracy, to w końcu zaczyna się traktować ich jak znajomych. Nawet zaczynamy się na drodze pozdrawiać- łączy nas wspólna godzina drogi do pracy.
    W przypadku rzeczy jest trochę inaczej. Tu neutralne coś poprzez wspomnienie nabiera nowego znaczenia i przestaje być tylko "czymś". Słowo wrzos na zawsze będzie pachniało morzem, przywoływało ciepło i uczucie bezgranicznego szczęścia na bornholmskim wrzosowisku. Figa będzie brzmiała śmiechem córki i radością z pobytu nad Małym Jeziorakiem. Jedno wspomnienie zmienia znaczenie rzeczy. Zmienia nas samych. Kaczawy już na zawsze będę widziała przez pryzmat Twoich wpisów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tekście poświęconym ostatniej mojej wędrówce piszę o samochodzie, a słowa te mają bardzo ścisły związek z Twoimi, Anno. Tak!, bo w mojej chęci utrzymania tego samochodu nie chodzi o pieniądze, o oszczędność, a nawet nie o moje przywiązanie do rzeczy, czyli do tego forda. Chodzi o mój czas, o pamięć tych lat, w czasie których jeździłem tym samochodem. Z tego samego powodu leży u mnie stara nokia, którą używałem przez dziesięć lat. Wiem, że rozumiesz mnie, Anno.
      Czy wiesz, że to, co piszesz o rzeczach, jest z gruntu Proustowskie? Parę lat temu przeczytałem jego wielkie dzieło z równie wielką intelektualną przyjemnością, i od tamtej pory wracam myślami do jego „Poszukiwania” lub czytam wybrane fragmenty.
      Cudowne są te związki rzeczy, wrażeń, przeżywania, naszej pamięci i naszego czasu.

      Usuń
    2. Czytałam tamten wpis o samochodzie. Przywiązujemy się do rzeczy, gdy wiąże się z nimi tyle wspomnień. W ramach czytania klasyki nigdy nie dotarłam do Prousta. Poległam na "Czarodziejskiej Górze" Manna i "Ulissesie" Joyce'a. Zwłaszcza to drugie dzieło skutecznie odstraszyło mnie od wielkiej klasyki ;) może teraz, gdy jestem starsza o te dzieścia lat czas wrócić do niektórych lektur?

      Usuń
    3. Anno, ja też poległem na Ulissesie, ale wiesz, co Ci powiem? Nasze niedoczytanie dobrze świadczy o naszym guście literackim. Inaczej mówiąc: nie wszystko, co uznawane jest za klasykę, warte jest przeczytania, a tak właśnie jest z „dziełem” Joyce. Dobitnie opisałem swoje zdanie oraz uzasadniłem je w tym tekście:
      http://krzysztofgdula.blogspot.com/2014/09/proust-joyce.html

      Proust jest zupełnie inny. Jego dzieło nie jest łatwe w czytaniu, ponieważ nie ma w nim akcji i dialogów, a zdania są rozbudowane i wielokrotnie złożone. Czytać należy powoli, w skupieniu. Miejscami bywa mało ciekawy (dla mnie), gdy na przykład opisuje jakieś szczegóły dotyczące paryskiej arystokracji, ale to tylko miejscami. Cała reszta jest po prostu pięknym zapisem głębokiego przeżywania życia, odkrywczo ujętym opisem naszych stanów emocjonalnych, subtelną, ale i dogłębną, analizą naszych miłości i wpływu na nas piękna.
      Przeczytałem w swoim życiu wiele książek, żadna nie wywarła na mnie tak wielkiego wpływu jak ta i w żadnej nie znalazłem tyle uroku co w „Poszukiwaniu”.
      Gdybyś chciała dowiedzieć się więcej o moim odbiorze tego dzieła, zapraszam tutaj, do moich recenzji książek Prousta. Pierwszy tom dzieła nosi nazwę „W stronę Swanna”.
      http://www.biblionetka.pl/user_added_reviews.aspx?type=1&id=8743

      Usuń
  2. Ten kos, który zbierał dżdżownice to był dorosły On, czyli tata. A szary ptaszek, to było jego dziecko niesamowicie żarłoczne.
    Kiedy uważnie obserwujemy przyrodę, stwierdzamy, że w świecie zwierząt dużo rzeczy jest odwrotnie niż u ludzi. A może to u nas jest odwrotnie? O co mi chodzi? Pozostańmy przy kosie. On czarny, z żółtym dziobem i żółtą obwódką wokół oczu, natomiast pani kosowa jest szara. Dlaczego? Ona, gdy siedzi na gnieździe po prostu ma być jak najmniej widoczna wśród szarych gałęzi. Tak samo szare są również młode kosy. W razie niebezpieczeństwa, On wyróżniający się kolorystycznie, ma zwracać na siebie uwagę potencjalnego napastnika i swoim zachowaniem odciąga wroga od gniazda.
    Wśród kosów wykształciła się populacja miejska, która przyzwyczaiła się do obecności ludzi. Krzysiu, na pewno wczesnym rankiem słyszysz melodyjny fletowy śpiew. Tak pięknie wita Cię kos i jego głos śmiem porównać do śpiewu słowika.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, Janku.
      Wyrośnięte było to dziecko, wielkością dorównywało rodzicowi.
      Tak jest w świecie zwierząt, faktycznie. Dodałbym tutaj drugi powód istnienia kolorowych akcentów u panów-zwierzaków: upodobania pań. Pawi ogon przeszkadza, i to bardzo, właścicielowi, ale podoba się potencjalnym partnerkom, co uruchomiło ewolucyjny proces jego wydłużania. Wyodrębnianie się podgatunków ściśle związanych ze środowiskiem przekształconym przez człowieka jest widoczne. Chyba najbardziej jaskrawym przykładem są gołębie, które potrafią furczeć z irytacji, że idąc, zmusza się je do ustąpienia.
      Śpiew kosa jest piękny! Bardzo podoba mi się także śpiew wilg.

      Usuń
    2. Och, śpiew wilgi. A tego ptaszka jeszcze moje oczy nie widziały
      Wracając do kosa: pani kosowa mogła zginąć lub odejść do innego partnera (i to się zdarza podobnie jak w serialach, których nie oglądam), a wtedy pan kos sam zajmuje się swoim potomstwem.

      Zastanawiam się zawsze, co powoduje jednoczesny zryw gołębi oraz zwrot w tę samą stronę ławicy ryb. Taką paradę ludzie muszą mozolnie ćwiczyć, a one to robią bez żadnych prób. Jeszcze mało wiemy i umiemy

      Usuń
    3. Janku, wilgi i ja nie widziałem. To chyba przeciętnie wyglądający ptak, ale przecież jego śpiew jest nieprzeciętnie ładny.
      Nie oglądasz seriali? Oj, toś bratnią mi duszą! Wiele lat temu poszedłem jeszcze dalej: zaprzestałem oglądania telewizorni. Chociaż nie, czasami, raz na parę miesięcy, zdarza mi się coś tam widzieć, ale już po godzinie mam dość, bo widzę te same, albo gorsze, reklamy, no i seriale, których pierwsze odcinki oglądała moja babka za czasów swojej młodości.
      W którejś książce R. Dawkinsa, oksfordzkiego biologa, czytałem sporą wzmiankę o zachowaniach wielkich skupisk zwierząt. Wyobraź sobie, że naukowcy i to badali. Konkretnie na przykładzie szpaków, których ogromne chmary latają w okolicy Oksfordu. Stworzono nawet program komputerowy do badania zachowań tych gromad. Dokładnych wyników badań nie podam Ci, nie zapamiętałem wszystkiego, zresztą, ten temat był uboczny względem głównego tematu książki autora, dość, że stwierdzono, iż nie ma tam przywódców. Każdy ptak pilnuje się tylko najbliższych towarzyszy i reaguje tak, jak oni. Co inicjuje zmiany – nie pamiętam, ale są to inicjatywy oddolne, nie sterowane centralnie.
      Skąd pomysł na takie badania, na które trzeba było przecież wyłożyć pieniądze – może zapytasz. Otóż te badania miały pewien związek z badaniem procesów ontogenezy, czyli rozwoju osobniczego. Od zapłodnionego kobiecego jaja aż do pełnego ukształtowania dziecka, rozwój następuję jako rezultat lokalnie działających reguł, bez ogólnego planu budowy i bez budowlanego nadzoru – w tym właśnie jest to podobieństwo do chmur szpaków i nie tylko.
      Jeśli naprawdę temat Cię ciekawi, poszukam, może zabrałem tę książkę ze sobą, a jeśli mam ją w campingu, podałbym jej nazwę i strony z tym rozdziałem.

      Usuń
  3. Krzysiu, wilga jest również pięknie ubarwionym ptakiem.(szczególnie on). ale trudno ją zobaczyć, ponieważ bytuje wysoko w koronach drzew.

    Książka mnie zaciekawiła i jeżeli nie sprawi Ci to kłopotu, podaj mi jej namiary.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Janie, sprawdzałem podręczną biblioteczkę. W objazd zabrałem dwie książki Dawkinsa: Fenotyp rozszerzony i Ślepy zegarmistrz. Nie ma w nich rozdziału o wielkich chmarach ptaków, więc jest w jakiejś innej jego książce. Nie pamiętam w jakiej, ale na pewno w książce o ewolucji; poza tymi dwiema napisał ich jeszcze dwie czy trzy. Mam pomysł, w godzinę czy dwie możesz mieć książkę z tym rozdziałem. Pójdź do biblioteki, weź inne jego książki i uważnie przekartkuj szukając zdjęcia na całą stronę przedstawiającego chmurę czarnych punkcików – to zdjęcie szpaków pod Oksfordem. W ten sposób znajdziesz. Oczywiście mogę sam znaleźć i podać Ci tytuł, ale dopiero na koniec października, gdy wrócę do Leszna, do bazy i do swojego zimowego pokoju.
      Wilgi nie widziałem. Te ptaki faktycznie unikają ludzi.

      Tak przy okazji, Janku: odebrałeś list ode mnie? Ten wysłany 28 marca?

      Usuń