Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 29 kwietnia 2015

Oblicza pracy. Egzotyka (mojej) codzienności


Przeprowadzka, czyli spakowanie lunaparku i jego przewiezienie do nowego miasta. Tym razem jest to Żagań odległy od Poznania o 200 kilometrów. Początek pracy o siódmej, koniec – gdy ostatnia ciężarówka dojedzie do celu.


Pierwsza godzina.

Po dwóch tygodniach wstawania przed dziewiątą, nie było łatwo rozpocząć dzień tak wcześnie; pomogły plamy słońca na firance wiszącej nad łóżkiem i prozaiczna konieczność. Rozniosłem klucze do samochodów, podczepiłem busa pod potrzebną mi przyczepkę i zjechałem z górki, gdzie było zaplecze, na dół, między karuzele. Ustawiłem przyczepę do załadunku, a że zwolnił się HDS (dźwig instalowany na samochodach ciężarowych), zarekwirowałem go i do śniadania udało się nam, czyli mojej czteroosobowej ekipie, zapakować kasy na ciężarówkę i zdemontować byka.

Piąta godzina.

Ania (wbrew imieniu do facet, wyjątkowo okrągły pyknik; właśnie z racji swoich krągłości noszący to imię nadane mu wiele lat temu) zgłasza mi awarię hydraulicznego układu składania swojej karuzeli. Mam pewne pojęcie o stalowych konstrukcjach i o elektryce, ale bardzo blade mam pojęcie o hydraulice, także o mechanice, chociaż nierzadko muszę w tej pracy zajmować się jednym i drugim. Zostawiłem swoich ludzi, wziąłem skrzynkę narzędziową i poszedłem z Anią. Grzebałem się w tej hydraulice chyba ze dwie godziny, w końcu znalazłem wadliwie działające przyciski w pilocie sterującym pracą układu. Zwierane na krótko powodowały minimalne poruszenie siłowników. Co robić? – gapiłem się na zalaną olejem pompę i jakieś zawory. A może oleju brakuje? – myśl niekoniecznie jak olśnienie, raczej jak ostatnia deska ratunku. Odpowiedniego oleju miałem niewiele, ale okazało się, że akurat tyle układ potrzebował. Ania zajął się swoją robotą, ja wróciłem do swojej.

Na obiad było… nie wiem co. Kucharką jest Ukrainka, kiedyś zrobiła gulasz, który uznałem za zupę kartoflaną. Nie, było trochę inaczej: jedząc, byłem pewny, że to zupa, dopiero po obiedzie dowiedziałem się, że to był gulasz. Na szczęście działa przyzwyczajenie i pesto, dodawane przeze mnie do wielu potraw. W tej przyprawie, także w cząbrze, zakochałem się ostatnio.

Ósma godzina.
Przyjechał elektryk, odłącza nam prąd. Zwijamy przewody i rozdzielnie, odłączamy też wodę; dobrze, że rano pamiętałem zaparzyć kawę w termosie. Wóz z toaletami i kuchnia zostają przełączone na zasilanie w wodę ze zbiorników na dachach. Przygotowuję wnętrze campingu do jazdy: laptop, prywatny telefon, czajnik i krzesło przenoszę na łóżko, lodówkę przypinam do ściany, zbieram wszystkie drobiazgi ze stolika, a drzwi szafek zamykam na klucz. Grzejnik kładę na podłodze i zamykam okienko dachowe. Nota bene: używanie czegoś równie okropnie brzmiącego jak, za przeproszeniem, szyberdach czy alufelgi, powinno być prawem zakazane.
Dziesiąta godzina.

Ciepło. Zdjąłem sweter i jeden podkoszulek. W butli z wodą zobaczyłem dno. Nogi? Dobrze, jak na końcówkę demontażu urządzeń, czyli naście kilometrów przedreptanych po placu.

Zjechałem swoją scanią na dół i podczepiłem ją do pałacu śmiechu. Obszedłem plac, pokazałem stróżowi miejsca do wyrównania, zakopałem wyjęty przez nas kosz na śmieci z betonową podstawą, wydałem z magazynu silną chemię do umycia plam oleju na asfalcie – słowem: ostatnie przygotowania do wyjazdu. W końcu poszliśmy na górkę, do kuchennego wozu, na kolację.

Kolacja w dzień wyjazdu z miasta jest nietypowa: na dworze, obok wozu, na paru taboretach stoją talerze z kanapkami, ponieważ ławy i ławki pakowane są zaraz po obiedzie. Kucharka nalewa herbatę do jednorazowych kubków, a je się bez talerzy, na stojąco, w roboczych ubraniach, na ogół brudnymi rękoma trzymając chleb. Zwykle wtedy wydaję kierowcom dokumenty wozów i tarczki tachografów, a zapominalskim opisy trasy. Jeśli droga jest długa, od kucharki dostajemy woreczki z drugą kolacją, zwaną tutaj suchym prowiantem: chleb lub bułkę z kawałkiem kiełbasy. Jeszcze ostatnie wyjaśnienia dojazdu na plac, jeszcze ktoś przypomina sobie o niedziałających kierunkowskazach lub o konieczności wyskoczenia do sklepu, ktoś zabiera niezjedzone kanapki, inny opowiada dowcip, a popędzana przez kierowcę kucharka kręci się po kuchni szykując pomieszczenie do jazdy. Tu i tam słychać odpalane silniki, ktoś przeciera przednią szybę, a pierwsze zestawy powoli, ciężko kołysząc się, wyjeżdżają z placu.

Zaraz, czy wszystko zabrałem do kabiny? – zastanawiam się, widząc ruszający mój camping. Dokumenty, termos z kawą, wodę do picia, latarki, swoją skrzynkę narzędziową, naręcze ciepłych ubrań, opakowanie landrynek do gryzienia; to sposób na senność, praca mięśni odpędza sen. Chyba mam wszystko…

Jak zwykle wyjeżdżam ostatni. Czasami obejdę jeszcze plac, bardziej żegnając się z nim niż kontrolując go, czasami nawet nie obejrzę się; ot, jeszcze jedno miejsce za mną, a przede mną droga i kolejne miasto. To miejsce zapamiętam z powodu ładnych dni kwietniowych, mojego blogu i drzew: oglądanych wiele razy brzóz, wiązów i klonów.

Trzynasta godzina.

Na początku drogi, jeszcze w Poznaniu, na rondzie Rataje, ktoś skręcił nie tam gdzie powinien; zadzwoniłem do niego i usłyszałem zapewnienie o poradzeniu sobie z powrotem na ustaloną trasę. Poczułem ulgę, bo myśl o zawracaniu dwudziestoośmiometrowym zestawem, albo o rozczepianiu się i szukaniu zaginionego w dużym mieście, nie była przyjemna.

W kabinie upał. Pocę się, ale nie zdejmuję bluzy w obawie przewiania; w ostatnie dwa wieczory łykałem aspirynę czując zbliżające się przeziębienie. Na horyzoncie błyskawice rozdzierają noc, niewiele później wjeżdżam w burzę. Suche trzaski bliskich piorunów, szybkie ruchy wycieraczek i bąble wodne na szosie. Widoczność słaba, światła mam źle ustawione, bardziej rów niż szosę oświetlają. O godzinie 21.30 mijam Leszno; już liczę, że około północy powinienem być na miejscu. Jeśli tylko nie będzie awarii – zastrzegam się.

Piętnasta godzina.

Bardzo nielubiany widok: stojący na poboczu nasz wóz z włączonymi światłami awaryjnymi. Zatrzymałem się za nim i też włączyłem światła. Zniechęcony wyszedłem z samochodu, ale zimno wstrząsnęło mną tak, że wróciłem i założyłem sweter. Później założyłem jeszcze zimową kurtkę; o zabraniu zimowej czapki zapomniałem. Na szczęście awaria nie była poważna, tylko pęknięta opona, usterka częsta w tej pracy. Kierowcy i jego pasażerowi dałem swoje, lepsze, klucze do kół i świeciłem im latarką. Na szczęście nie padało, po godzinie ruszyliśmy.

Szesnasta godzina.

Właściwie lubię jazdę, zwłaszcza scaniami, lubię słuchać chrapliwego głosu ich silników. Gdy przegazuję duży, widlasty silnik diesla, jego niski ryk kojarzy mi się z rykiem wściekłości wkurzonego lwa. Lubię, jeśli wyjazdy nie są zbyt częste i nie ma awarii.

Ten sam samochód, ciągle jadący przede mną, zatrzymał się na łuku drogi, na podwójnej linii ciągłej. Czy jemu wydaje się, że jest u siebie na Ukrainie? – pomyślałem. Nie, zatrzymał się z powodu awarii. Dobrze, że zatrzymał się też kolega mający zielone pojęcie o mechanice; po poniesieniu kabiny i obejrzeniu wnętrzności maszyny wspólnie uznaliśmy, że tym razem awaria jest poważna, bo uszkodzenie skrzyni biegów. Kolega szybko zaproponował dobre rozwiązanie problemu doprowadzenia sprzętu na plac; ja analizowałbym sytuację i długo zastanawiał się nad najlepszym rozwiązaniem. Jedna ciężarówka miała z placu wrócić tutaj i holować zepsuty ciągnik siodłowy, druga miała podczepić się pod naczepę karuzeli i dokończyć trasę. Ta druga miała na sobie generator prądu, mógł się przydać gdyby okazało się, że trzeba będzie podnieść wielotonową naczepę na jej siłownikach hydraulicznych.

Pechowy kierowca został przy maszynie, my ruszyliśmy dalej.

Osiemnasta godzina.

Piętnaście kilometrów do celu. Pada niewielki deszcz, wycieraczki monotonnie kiwają się na boki, moje powieki też zaczynają się kiwać. Właściwie dlaczego tyle już lat trzymam się tej pracy, tak psychicznie ciężkiej dla mnie, pracy, której fizycznie nie wytrzymują dużo młodsi ode mnie? Czy na pewno tylko dla pieniędzy? Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Zresztą, teraz, po trzydziestu latach pracy w tej branży, czy ma to jakieś znaczenie? Jadę do kolejnego miasta. Z każdym tygodniem dzień jest wyraźnie dłuższy, za siedem przeprowadzek będą wakacje, czyli spokojniejsza praca gdzieś nad morzem. Przyjadą do mnie żona, dzieci i wnuczka. Po wakacjach będę liczyć przeprowadzki czekając na jesień i powrót do bazy. Przyjadę, musnę dłonią maskę forda, założę mu akumulator i rozpocznę sezon innych wyjazdów.

Mój umysł sam, zupełnie sam, kontroluje tor jazdy, sam decyduje o zmianie biegów, sam każe oczom zerkać w lusterka, a ja patrzę na przewijające się przede mną obrazy mojego czasu.

Budzi mnie głośny wystrzał. Wiem, co on oznacza: pęknięcie opony, tym razem u mnie, w mojej scanii. Samochód z obu stron tylnych kół ma zamontowane wielkie skrzynie ładunkowe, w których przewozi się tysiące najróżniejszych części, materiałów i narzędzi potrzebnych w lunaparku. Dna tych skrzyń są 30-40 cm nad ziemią, ale teraz na pewno nie było czterdziestu centymetrów, bo samochód stał pochylony. Zajrzałem z jednej strony i z drugiej, ale nie widząc możliwości podstawienia podnośnika z zewnątrz, położyłem się na jezdni i ciągnąc na sobą ciężkie żelastwo wczołgałem się pod dno skrzyni. Na łydkach, a po chwili i na pośladkach, poczułem zimny okład; myśl o wystających na zewnątrz nogach kazała mi podkulić je, przecież staliśmy na jezdni. Częściowo podniosłem ciężarówkę, ale spokoju nie dawała mi myśl o stabilności wielotonowego pojazdu. Szorując plecami po asfalcie i nosem po dnie skrzyni, wypełzłem spod niej i podłożyłem pod koła dodatkowy klin, a pod ramę drugi podnośnik. We dwóch, bo z moim pasażerem, Ukraińcem, przez półtorej godziny walczyliśmy z ciągle za nisko stojącym ciężarem, później w zapieczonymi nakrętkami kół, ze zdjęciem cholernie ciężkiego i założeniem drugiego koła, ale w końcu ruszyliśmy. Przed nami na horyzoncie świeciła łuna miasta. Ciągle padało.

Dwudziesta godzina.

Plac okazał się być zakiszony, więc zgodnie z zaleceniami szefa zaparkowałem na brzegu miasta. Nota bene: zakiszenie oznacza brak możliwości manewrowania z powodu ciasnoty na placu. Mojego campingu nie było tutaj, a na docelowym placu. Telefony kolegów milczały (po co odbierać, skoro w rezultacie może trzeba będzie wstać i gdzieś jechać), w końcu jeden odebrał, poprosiłem go o przyjechanie tutaj moim campingiem, bo w scanii nie mam pościeli, a poza tym mam przemoczone ubranie. Okazało się, że camping jest zastawiony, nie ma możliwości wyjechania. Na szczęście przyjechał bus z jedną z małych przyczepek, zostawiliśmy ją na parkingu i w końcu, po ośmiu godzinach podróży, dotarłem do mojego mieszkania. Stało tak mocno pochylone, że gdy położyłem się, miałem wrażenie zsuwania się głowy poza poduszkę – na ścianę; wrażenie często odczuwane w tej pracy, chociaż oczywiście kierunek zsuwania się z łóżka jest różny. Przy tych okazjach z zaciekawieniem przyglądam się szybkim procesom przystosowawczym mojego mózgu.: Trzymam pion, o czym jakiś ośrodek w mojej głowie wie, ale z oczu dochodzą informacje o odchyleniu od pionowych zwykle ścian, a zatem o przewracaniu się. Automatycznie zostaje uruchomiona korekta mojej pozycji, która oczywiście prowadzi do zachwiania równowagi. Mam wtedy wrażenie kręcenia się w głowie, które szybko mija, o ile widzę ściany lub pamiętam o ich pochyleniu. Przyzwyczajenie, czy raczej adaptacja, bywa wtedy tak pełna, że pojawia się zdziwienie kątem wiszenia kurtki czy ręcznika na ściennym haczyku, no bo przecież wszystko jest w normie, więc czemu to tak dziwnie wisi?.. Czasami, gdy zapomnę o pierwotnym powodzie, zdarza mi się macać ręcznik albo zaglądać pod niego w próbie ustalenia przyczyny jego wiszenia pod kątem do ściany, ale też odwrotnie: powraca zachwianie równowagi gdy zapomnę o pochyleniu wozu.

Tę dążność umysłu do tworzenia typowych obrazów i sytuacji, czy raczej do ich poprawiania, obserwuję też, gdy założę lecznicze okulary do czytania używane przy spawaniu lub szlifowaniu. Do ich szkieł przylepione są drobiny metalu, które widzę jako punktowe zaciemnienie i zamazanie ostrości obrazu, ale widzę tylko przez chwilę, później już nie.

Może jednak dość uwag o możliwościach adaptacyjnych naszego oprogramowania, wracam do zimnego campingu. Trzęsąc się z zimna zdjąłem mokre drelichy, chwilę kręciłem się szukając miejsca dla nich, w końcu rzuciłem je na leżący na podłodze grzejnik. W mieszkaniu mam niecałe dwa metry wolnej przestrzeni, ale po przygotowaniu wozu do jazdy, nie ma w nim nawet skrawka wolnej podłogi, bo leży na niej duży grzejnik, schodek wejściowy i zwój kabla zasilającego wóz; nawet krzesło kładę na łóżku, a rozbierając się, stoję na zwoju przewodu. Na szczęście w poprzednim roku zainstalowałem sobie silne oświetlenie ledowe z akumulatora, więc nie muszę już trzymać latarki w zębach w czasie szukania czegoś w szafie.

W ciągu ciepłego dnia obiecywałem sobie wziąć prysznic po przyjeździe do nowego miasta, ale teraz, w środku zimnej i mokrej nocy, byłem tak zmarznięty, że odechciało mi się kąpieli w zimnej wodzie. Pod kranem z wodą ciurkającą ze zbiornika na dachu umyłem się pobieżnie, założyłem czyste i suche, nareszcie suche!, skarpety, opatuliłem się dwoma podkoszulkami, i skulony, w embrionalnej pozycji, po czubek głowy przykryty dwoma śpiworami, zakończyłem pierwszy dzień przeprowadzki.


9 komentarzy:

  1. Niewiele brakowało, a moi bliscy nie mieliby dziś śniadania! O 5.30 zasiadłam z kawą do porannego przeglądu internetu, zauważyłam Twój nowy wpis i... zaczytałam się. Razem z Tobą przemierzałam nocą kilometry drogi, wyobrażałam sobie konwój ciężarówek z fragmentami lunaparku (latem często obserwuję, jak przejeżdżają takie konwoje przez moje miasteczko)
    Czasem na poboczu dróg widzę fragmenty wielkich opon. Zastanawiam się wtedy, czy często tak opona pęka i co się wtedy dzieje. Wyobrażałam to sobie jako bardzo groźne zdarzenie. Teraz wiem, że nie jest aż tak źle, tylko wymiana koła zajmuje sporo czasu.
    Wyszedł Ci niesamowicie ciekawy reportaż.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oryginalnie wyrażone uznanie dla tekstu, Anno. Dziękuję Ci.
      Wstajesz tak wcześnie? Mnie ciężko położyć się i ciężko wstać.
      Z opony ciężarowej właściwie nie mają prawa polecieć strzępy, dokładnie tak, jak z opony samochodu osobowego, która rozlatuje się nadzwyczaj rzadko. Te w pracy strzelają, bo po prostu są bardzo stare, a na dokładkę mocno, a nawet za mocno, obciążone. Wymiana koła w zasadzie przypomina wymianę w pojeździe osobowym, tyle że siły potrzebne do tej operacji trzeba pomnożyć przez 5. Na przykład: standardowy klucz do kół osobowych samochodów ma ramię długości około 30 cm, w ciężarowych ma ponad metr, a nierzadko nawet uwieszenie się na tym ramieniu nie pomaga. To po prostu siłowe zajęcie, a jeśli jeszcze zajmuje się nim w nocy, czasami w deszczu, zawsze po kilkunastu godzinach pracy, wtedy staje się naprawdę męczące.
      Co się dzieje przy wystrzale (bywa naprawdę głośny), to zależy przede wszystkim od miejsca wystrzału, czyli gwałtownego spadku ciśnienia w kole. Jeśli jest to tylne koło, to na ogół nie ma niebezpieczeństwa, gorzej, gdy przednie. To bardzo niebezpieczna sytuacja, bo nagle zwiększone opory toczenia koła bez powietrza, oraz jego dużo mniejsza średnica, powodują silne skręcanie samochodu w stronę uszkodzonego koła. Czyli albo do rowu, albo na lewą stronę jezdni. Na ogół jest tak, że zdąży się (i ma się dość sił) napiąć mięśnie i utrzymać wyrywającą się z rąk kierownicę. Bywa, że nie, ale na szczęście wystrzały przednie są rzadkie.
      Anno, najważniejsze, że po tym nocnym leżeniu na mokrej jezdni przeszło mi przeziębienie! Sposób leczenia polecam jako skuteczny:)
      Powiedz mi, proszę, co mam zrobić, żeby dostawać informacje o nowych wpisach na Twoim blogu? A co, żeby wiedzieć o Twoich odpowiedziach na moje komentarze?

      Usuń
    2. Dobrze ze te opony rzadko pękają! Twojego sposobu na przeziębienie nie będę próbować :) Wolę jednak po prostu nie chorować :)
      Jeśli chodzi o informacje o nowych wpisach- na dole strony, pod wpisem dodałam pasek, gdzie można sobie zażyczyć informacje na maila. Natomiast nie mam pojęcia, czy jet możliwe dodanie przycisku "informuj mnie o odpowiedzi" (na razie nie znalazłam)

      Usuń
    3. Znalazłam ;) Na dole pola komentarza jest przycisk "powiadamiaj mnie" - tu i Ciebie tez jest, tylko nigdy na niego nie zwróciłam uwagi :)

      Usuń
    4. Anno, już wcześniej wypatrzyłem ten przycisk, nawet naciskałem go, tylko on jest nieaktywny. Nic, zupełnie nic się nie dzieje, nawet strzałka nie pokazuje się po najechaniu na przycisk, a po opublikowaniu komentarza, przycisku już nie ma.
      Dziwne: mojej zasmarkanej kumpelce zaproponowałem kurację odkrytą przeze mnie, i ona też nie chciała jej zastosować… A przecież jej skuteczność sprawdziłem!:)

      Usuń
    5. Dziwne, mnie właśnie powiadomiło, że napisałeś;) może to wina przeglądarki?

      Usuń
    6. Przeglądarka? Nie. Mnie po prostu komputery nie lubią i już. Nawet w programie najczęściej przeze mnie używanym, w edytorze tekstu, odwrotnie (dla mnie) działa przycisk przewijania tekstu, bo gdy nacisnę przycisk w górę, tekst przewija się w dół i vice versa.
      Sprawdzałem, mimo iż wczoraj nacisnąłem przycisk o powiadamianiu mnie i wpisałem tam swój adres, liściku info nie otrzymałem. Natomiast od początku dostaję listy informujące mnie o Twoich komentarzach na moim blogu, mimo iż nic nie klikałem. Dawno już pogodziłem się z moją niemożnością pojęcia logiki programów (lub ich autorów).
      Swoją drogą: ilekroć widzę wiadomość o Twoim komentarzu, powraca do mnie zdziwienie doznane za pierwszym razem: ktoś napisał!
      Byłaś pierwsza.

      Usuń
  2. Witaj, Krzysztof

    Wystrzał to był okrzyk radości, który wydało ściśnięte w oponie powietrze, gdy odzyskało wolność.

    Dobrze mówiłem. Tam, na mokrej drodze zgubiłeś swoje przeziębienie.

    Dziwne, ale najbardziej pamiętamy drogę, która wymagała od nas pokonania jakichś przeciwieństw lub własnych słabości.

    Trafnie powiedziałeś, to jest egzotyka.


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, Janku.
      Jednak będę tym złym, bo wolę więzić powietrze:)
      Wolałbym zapamiętywać te jazdy, które obyły się bez przygód. Ot, ja ta ostatnia, wczorajsza: do Szczecina, 280 km, jechałem pięć godzin, niemal non stop, bez awarii. Mógłbym być szybciej, ale ciągnę przyczepę w takim stanie technicznym, że przy siedemdziesiątce zachowuje się na drodze jak pijany zając.
      Ciekawe, co powiedziałbyś po przeczytaniu wersji niezłagodzonej, a ta taką właśnie jest. Musiałbym nasycić tekst wulgarnościami, bo tutaj wszyscy klną jak przysłowiowy szewc, albo opowiadać, jak niemal siłą wyrzuciłem z ciężarówki pasażera – kolegę, który okropnie dymił mi papierosami i nie potrafił zrozumieć, co mi przeszkadza w jego paleniu (z pobocza drogi zabrał go samochód jadący za mną). Musiałbym próbować odtworzyć atmosferę warczenia na siebie, dbania tylko o swój interes, bez patrzenia na innych, albo o pieczeniu oczu zatartych brudem z twarzy.
      Zresztą, chyba to i owo z takich szczególików dodam do tego tekstu.

      Usuń