Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 30 stycznia 2019

W styczniowy wieczór

300119
Syn uruchomił mi program whatsapp. Parę osób mówiło mi, że teraz każdy ma ten program, więc i ja powinienem. No dobrze, niech będzie, skoro każdy ma…
Jakoś go obsługuję, chociaż bardziej do błądzenia to podobne niż do normalnej obsługi. Ot, czat. Na ekranie wyświetla mi się informacja o dotknięciu i przytrzymaniu czatu dla wyświetlenia opcji (modne ostatnio słowo). Tyle że nie wiem, co mam dotykać. Słowo „czat”? Nie ma go. Jest słowo „czaty”. Dotknąłem i przytrzymałem. Nic się nie zmieniło, nic nie pojawiło. Jak ma wyglądać ta lista opcji? Czy rozpoznam ją? Nie wiem. Dotknąłem jeszcze to i tamto, żadnej listy nie zobaczyłem. Program oświadczył mi tylko, że mam pozwolić mu na dostęp do aparatu. Czy o to chodziło? Nie wiem.
Pali licho ten program. Ten i inne. Może napiszę jeszcze o gender.
Wiem, że ten tekst pobieżnie przeczyta parę osób, rzetelnie jedna albo dwie, ale że niewiele więcej osób czyta inne teksty, dużej różnicy nie będzie, a swoją rolę tekst spełni.
Niedawno miałem okazję potwierdzić swoje wcześniejsze domysły: gender nie jest wiedzą, a ideologią będącą protestem przeciwko historycznym zaszłościom, oraz, może w mniejszej mierze, zachłyśnięciem się nowoczesnością, poprawnością społeczną, byciem trendy. Myślę tak, ponieważ zauważyłem podkreślanie swobody bycia tych chłopców i dziewczyn, których potrzeby, zachowania i zainteresowania odbiegają od typowych dla ich płci. Ja też jestem za swobodą i tolerancją, teraz więcej niż kiedyś, ale też tylko te dwie cechy wystarczą, żeby pozwolić chłopakowi malować paznokcie, natomiast ideologia gender ze swoim naczelnym twierdzeniem po prostu nie ma tutaj zastosowania.
W ideologii nie ma rzetelnego argumentowania, nie ma potrzeby wspomagania się wiedzą, a nawet jest uodpornienie na nią. Jest za to uporczywe trzymanie się kilku sloganów, paru mało istotnych szczegółów, jest tłumaczenie wszystkich argumentów a nawet poszlak po swojemu. Jest też charakterystyczna dla (każdej) ideologii pewność siebie.
Wahadło przechyliło się w przeciwną stronę: o ile przez wieki całe wmawiano ludziom, a zwłaszcza kobietom, że ustępują mężczyznom pod wieloma względami, także psychicznymi i intelektualnymi, ponieważ takie po prostu są, takimi Stwórca je stworzył, to teraz one przy sporym udziale mężczyzn nie tylko zaprzeczają tamtym stwierdzeniom, co byłoby jak najbardziej słuszne, ale na dokładkę twierdzą, że nie ma żadnych różnic, a te, które są, pojawiają się w toku rozwoju osobniczego jako rezultat wpływu środowiska i wychowania, czyli że są kulturowe.
Takie stanowisko jeszcze byłbym w stanie zrozumieć, przynajmniej na gruncie psychologii, jednak sposobu, w jaki jest ono, to stanowisko, tłumaczone, przyjąć już nie mogę. Otóż genderyści uważają, że mówienie o różnicach może spowodować dalszy ciąg, może nawet eskalację, dyskryminacji. Dlatego lepiej zaprzeczać i trzymać się twierdzenia o wychowaniu na chłopca lub dziewczynkę.
Boże drogi…
Nie zamierzam nikogo przekonywać, już najmniej genderystów, piszę, ponieważ od wielu lat mam zwyczaj, czasami potrzebę a nawet przymus, pisaniem wyrażania siebie. Pisząc, mam nadzieję na pogodzenie się z tym, z czym zwykle trudno mi się pogodzić: z myleniem ideologii z wiedzą.
Dlatego ograniczę się tutaj li tylko do paru zdań, głównie o hormonach.
Co to jest testosteron, każdy chyba wie. Może mniej osób wie, że ten samczy hormon produkowany jest przez jądra samców wielu gatunków zwierząt, nawet tych dalej z nami spokrewnionych, co dowodzi jego dawnego pojawienia się, przydatności i uniwersalności. Z testosteronem związane są nie tylko zachowania seksualne, ale i agresja oraz terytorializm, który odpowiednio przekształcony nadal funkcjonuje w ludzkim świecie. Chyba każdy widział i każdy mówił lub myślał o skłonnych do bitki młodych mężczyznach napakowanych testosteronem. Chyba każdy słyszał coś o wpływie kastracji na zachowania samców, także ludzkich. Jeśli nie, to powiem tutaj, że taki człowiek nie tylko ma problem z erekcją, ale cała jego psychika zmienia się bardzo głęboko.
Wpływ hormonów na naszą psychikę, na nasz sposób myślenia i reagowania, jest niewątpliwy, a te nie są produkowane pod wpływem kultury, a genów.
Dodam jeszcze tylko fakt powszechnie znany: testosteron jest męskim hormonem, kobiety mają swoje, inaczej na nie działające, ponieważ i ich organizmy są inne. Swoją drogą gdy chociaż trochę poczyta się o tajnikach zajścia w ciążę i jej utrzymania, dochodzi się do wniosku, iż organizm mężczyzny jest bardzo prymitywny w porównaniu do kobiecego.
Właśnie, różnice organizmów. Pomijając już sferę psychiki, wystarczy ograniczyć się do odmienności w budowie ciała, by dojść do łatwego przecież wniosku o odmienności przeżywania seksu przez mężczyznę i kobietę, a przeżywanie jest stanem duchowym. To przykład wpływu ciała na naszego ducha.
Tutaj dochodzę do drugiego tematu, który chciałem poruszyć. Do zespolenia mózgu i umysłu z ciałem.
Jest ono tak wszechogarniające, tak szczelne, dokładne, całkowite, że nie tylko ciało nie mogłoby funkcjonować bez mózgu, ale i nasz umysł mógł wykształcić się i funkcjonować w znanych nam przejawach tylko w połączeniu z ciałem. To, jacy jesteśmy duchowo; to, co w nas tkwi i co stanowi o byciu takim nie innym człowiekiem, nie mogło zaistnieć bez ciała z jego hormonami, czyli sama tylko odmienność naszej budowy warunkuje odmienność duchową.
Genderystom można do znudzenia mówić, iż odmienność nie znaczy piętrowego układu lepszy-gorszy, a i tak jakby nie słyszeli, więc nie będę już powtarzać tego zapewnienia, które w istocie jest, a przynajmniej powinno być, oczywistością.

Nic to.
Tak naprawdę jest tylko ten styczniowy ciemny i zimny wieczór, ciasny i zabałaganiony kamping, weekend tak krótki, wiosna daleka, a jutrzejsze wstawanie przed świtem tak bliskie.
Sięgnę więc po encyklopedię o moich górach i poszukam inspiracji. A może posłucham jeszcze La Notte Vivaldiego i jak to czasami się zdarza, może znowu znajdę się daleko stąd, na bocznej uliczce pod kasztanowcem gubiącym swoje owoce…



czwartek, 24 stycznia 2019

Nieznane Chełmy

200119

Na Pogórzu Kaczawskim.

Z parkingu przy rozdrożu pod wzgórzem Zamkowa w Chełmach do źródliska Staruchy, powrót brzegiem strumienia. Niebieskim szlakiem na Młynik, a stamtąd via rozdroże szlakiem na Górzec i Dębnicę. Powrót tą samą drogą. Poznanie Chaty pod Lipą.



Kilka lat temu pod Wielisławką zdarzyło mi się zauważyć w śniegu ślad buta, a wydał się znajomy; po jego obejrzeniu i przymierzeniu stwierdziłem, że to mój ślad. Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało, że szedłem tamtędy w przeciwną stronę. Dzisiaj miałem podobnie. Parę kilometrów szedłem brzegiem strumienia, często przechodząc na jego drugą stronę, a raz czy dwa odchodziłem nieco od wody dla ominięcia gąszczy zarośli. Wtedy właśnie trafiłem na kilka ludzkich śladów, a że to rzadkość w tych górach, przyjrzałem się im. Jeden z nich był mój i prowadził w przeciwną stronę.

W ten sposób dowiedziałem się, że rano, idąc lasem w górę strumienia, nie wiedziałem, że idę tak blisko niego. Gapowatość owszem, ale i te oznaczenia, w których czasami trudno mi znaleźć logikę lub konsekwencje. W sumie na dobre wyszło, ponieważ zgubiwszy w lesie znaki, szedłem na Czartowską Skałę orientując się według słońca. Wyszedłem dobrze i dzięki temu poznałem obszar źródliskowy strumienia Starucha.



Pomysł trasy zrodził się nad moją encyklopedią Gór Kaczawskich. Strumień Starucha i malowniczy, głęboki wąwóz mający nawet swoją nazwę Wądolno. Przeczytawszy te słowa zapragnąłem poznać strumień i jego okolice, a planu nie zmieniłem mimo zapowiadanego słońca, czyli dobrego czasu na wędrówki otwartymi przestrzeniami.

Cała dzisiejsza trasa biegła przez terra incognita, calutka. Mimo tylu już dni spędzonych na kaczawskich szlakach, nadal słabo znam Chełmy, duży obszar pogórza. Sam dojazd był ciekawy, ponieważ zaparkować miałem w lesie, przy szutrowej drodze, jeszcze będącej ulicą wiejską. Owszem, ale ostatnie dwa kilometry tej ulicy były wstążką asfaltu szerokości samochodu i nie miały pobocza. Trasę dokładnie rozpoznałem dzięki googlom, więc o zwykłej porze ruszyłem w drogę. Między drzewami świeciło niskie słońce, śniegu było na grubość kciuka, a powietrze miało kilka stopni na minusie.

O oznakowaniu wspomniałem, teraz dodam tylko, że na drogowskazach postawionych na rozdrożu moja późniejsza droga oznaczona jest niebieskim kolorem, na mapie czerwonym, a szlak pogodził różnice, ponieważ malowany jest na niebiesko i na czerwono. W odróżnieniu od sporadycznie oznakowanego zielonego, ten oznaczony jest wzorowo. Dość marudzenia, wracam na szlak i zmierzam ku… spotkaniu.

Lasy są tam ładne i widne. Dużo rosłych świerków, tu i ówdzie spotyka się daglezje i modrzewie, ale i liściastych gatunków nie brakuje, zwłaszcza masywnych, łuszczących się jaworów oraz oczywiście buków w otoczeniu brązowych młodniaków. Strumień nie płynie jarem, a dolinką o płaskim dnie, z obu stron ograniczonej wzgórzami, więc Wądolno, nazwa miejsca, pasuje, skoro można założyć, iż urobiona jest od wądołu. Od lustra wody do szczytów wzgórz różnica wysokości bywa spora, ale jest też odsunięcie w bok, które zostawiając dolinie malowniczość, zmniejsza wrażenie wysokości. W kilku miejscach spotyka się zarośnięte już stare wyrobiska – nienaturalnych kształtów zagłębienia czy wyrwy w zboczach – ślady dawnej ciężkiej pracy.

Zgodnie z opisem w encyklopedii, źródeł jest kilka, bez efektownego wytrysku z ziemi. Na otwartej przestrzeni łąk woda nieśmiało pojawia się w rowach, stoi tam albo rozlewa się w miniaturowe jeziorka, leniwie płynie wstążkami szerokości dłoni, chowa się w szuwarach i znowu zamiera. Niestety, w dwóch miejscach widziałem połamane plastiki wyrzucone wprost do koryta strumienia, cholera jasna.

Dopiero paręset metrów dalej, już w lesie, strużki wody połączywszy swoje siły stają się strumieniem. Ten nad podziw szybko zagłębia się w ziemię, dosłownie z każdym dziesiątkiem kroków głębsze mając koryto, chociaż głębokiego jaru Starucha nie wypłukała sobie nigdzie.

– Nie jestem staruchą!

– A... a kim jesteś? – zapytałem zdumiony kobiecym głosem dobiegającym… nie wiem skąd. Jakby spod nóg.

– Jestem najadą. Wy nazywacie nas rusałkami.

– Pokaż mi się!

– Nie.

Odkąd wziąłem na plecy szósty krzyżyk, nimfy przestały mi się pokazywać. Właściwie nie mam do nich żalu…, dobrze, powiem prawdę: trochę mam. Ale tylko trochę!

– Jak długo tutaj mieszkasz?

– Pojawiłam się gdy ustąpiły Wielkie Lody, w waszym kalendarzu jakieś 20 tysięcy lat temu. – z przyjemnością słuchałem melodyjnego głosu młodej kobiety.

– Więc mówisz, że nie jesteś stara?

Woda uderzająca na zakręcie o korzenie drzewa wzburzyła się, strzeliła fontanną i obryzgała mnie.

– Oczywiście nie jesteś starą, nie. Widzę, że lubisz swoim biegiem pisać litery S.




– Lubię. Jak mój kuzyn Meander.

– Jak skręcający, szemrzący i szumiący strumień.

– Jak szept.

– O czym szepczesz, najado?

– O latach upalnych i zimach mroźnych, o nocach i dniach, o źródle i o ujściu.

– Szepczesz o czasie.

– Co to jest czas?

– To coś, czego ty masz w nadmiarze, a czego mnie brakuje.

– Dziwnie mówisz, człowieku. Dobrze, pokażę ci część siebie. Zobacz, mróz mnie schwytał i uwięził. Widzisz?

Stałem przy skalnym progu i patrzyłem na lodowe sople fantazyjnych kształtów.



– Widzę... – westchnąłem, zapatrzony.

– Nie jestem staruchą?

– Jesteś piękną Staruchą.

– A miałam ci się pokazać w ludzkiej postaci... – usłyszałem jej cichnący szept.

Szept jak bieg strumienia.



O pół godziny drogi od rozdroża jest odkryte wzgórze Młynik. Planowałem pójść tam dla poznania przejścia, ale i zobaczenia stamtąd Góry Diany, góry mojej zmarłej znajomej. Poszedłem i patrzyłem na Górę oraz ładną okolicę, a widoki z Młynika są rozległe. 


Z boku widać kres Chełmów za Myśliborzem, na wprost ledwie widoczne w dzisiejszej mgiełce szczyty Gór Wałbrzyskich. Siedziałem tam rozglądając się i ze smutkiem konstatując, iż widok Góry Diany nie budzi we mnie takich myśli i stanów, jakich spodziewałbym się i chciałbym. Westchnąłem i poszedłem z powrotem. Przed lasem obejrzałem się raz jeszcze i spojrzałem na Górę, a wtedy poczułem gorycz w gardle. Stanowczo zbyt szybko i łatwo czas zwycięża naszą pamięć i nasze serce.

Przeciąłem rozdroże i wszedłem na szlak niebiesko-czerwony. Chciałem poznać chociaż troszkę lasy, a nade wszystko chciałem zobaczyć dwie spore góry, Górzec i Dębnicę.

Dębnica zaskoczyła mnie wysokością, mierzy 466 metrów i jest drugim po Mszanie szczytem Chełmów. Właśnie, Mszana. Rozległy masyw tej góry woła mnie lasami liściastymi i czarnymi bazaltami powulkanicznego pochodzenia, licznie tam sterczącymi między drzewami. Byłem tam kiedyś, a w planach mam przejść wszystkie szczyty długiego masywu aż po Obłogę. Już się cieszę myślą o wędrówce bezdrożami tamtych lasów.

Szukając ruin wieży widokowej na Dębnicy, znalazłem granitowe bloki fundamentu wieży, najprawdopodobniej drewnianej. 


Cisza tam panuje, nie ma dróg i ludzkich śladów, a kiedyś góra była popularnym celem wycieczek.

Natomiast sąsiednie góra, Górzec, nie może narzekać na brak gości, wprost przeciwnie – jest zdeptana chyba bardziej niż drogi na Skopca i Okole. Szczytowe partie zboczy są bardzo strome, miejscami urwiste, porośnięte ładnym lasem; pod szczytem stoją kapliczki drogi krzyżowej, a na nich napisy i stosowne obrazki.



Pierwszy upadek pod ciężarem krzyża, drugi, obnażenie, płaczące kobiety…

Mam mieszane uczucia gdy widzę drogi krzyżowe, a spotyka się je w górach.

Fascynacja chrześcijan cierpieniem, ofiarowywanie swojego cierpienia Bogu jako czegoś w rodzaju daru dla Niego, rozpamiętywanie Jego cierpienia, budzi we mnie rezerwę i coś podobnego do obawy i obcości, jakie się odczuwa na widok niezrozumiałych a dziwnych praktyk. Myślę sobie, że skoro Bóg chrześcijan jest tak dobry i kochający jak mówią że jest, to raczej naszą radość, wszystkie nasze pozytywne stany należałoby mu ofiarowywać, nie cierpienie, nie bicie się w pierś przed obrazkiem męczonego człowieka. Byłoby to logiczne i prawdziwe, wszak mnie, kochającemu ojcu, dzieci nie mogą dać większego daru nad swoje pogodne, dobre i szczęśliwe życie. Natomiast ofiarowanie cierpienia i tak częste o nim myśli wydają się co najmniej dziwne, by nie powiedzieć dziwaczne, w religii chcącej uchodzić za religię miłości.

Ale to tylko myśli ateisty, który zapewne nie zna tajemnic tej religii ufności, wybaczania i radosnej nowiny.


Fragment szlaku wiedzie w pobliżu klasycznego jaru robiącego wrażenie stromizną zboczy i głębokością. Wygląda dziko, więc ładnie, a we mnie już pojawiają się myśli o jego przejściu. Wspomniałem podobny jar w masywie Żeleźniaka wyżłobiony przez Olszankę i zapragnąłem odwiedzić tamte miejsca. Czy będę pamiętać dojście do uroczej dróżki leśnej, którą kiedyś tak dobrze mi się szło w deszczowy dzień?

Ojej, tyle planów mi się układa, a czasu tak niewiele.

Pod rozdroże wróciłem na godzinę przed zmierzchem, uznałem więc, że jeszcze zdążę zobaczyć chatkę PTTK, którą można wynająć. Zgodnie z mapą gdzieś w pobliżu miała być lipa i cis. Dojście do chaty jest dobrze oznaczone, trudno zbłądzić, domek spory, porządnie zbudowany z kamieni i drewna. Obok rośnie wyjątkowo wysoka lipa, okaz szczególny, i cis mający 40, może 50 centymetrów średnicy, więc duży. To drugi wiekowy cis poznany w tych górach. Pierwszy rośnie we wsi Bystrzyca, ma ponad osiemset lat, więc wiekowym już był drzewem, gdy Kazimierz Wielki brał kolejny ślub, zamiast zatroszczyć się o dynastię. Cis pod chatą niewątpliwie jest młodszy, ale starym jest. Dla tych drzew czas płynie inaczej, skoro najstarsze żyją dłużej niż istnieje Polska. Jeśli już o drzewach piszę, wspomnę o dębie rosnącym w pobliżu rozdroża. Majestatyczny, o mocarnych konarach, zdrowy i ma ponad metrową średnicę. Roztacza wokół siebie aurę tajemniczego życia o początku ginącym w mroku dawnych wieków.

Wielki i jasny księżyc świecił nad drzewami, a zmierzch powoli zmieniał się w ciemność nocy, gdy doszedłem do samochodu. 













czwartek, 17 stycznia 2019

Nieznane pogórze

130119

Pogórze Kaczawskie.

Przełom Bobru pod Lwówkiem i poszukiwanie jaskini Zimna Dziura. Skała z Medalionem na Wieżycy pod Żerkowicami. Skały i jaskinie Huzarskiego Skoku pod Żerkowicami. Szwajcaria Lwówecka we Lwówku Śląskim. 




Niemal cały dzień miał padać deszcz. Wiedzieliśmy o tym, ale pojechaliśmy. Deszcz padał, owszem, ale na ogół niewielki, więc nie był zbyt dokuczliwy, a dzień okazał się piękny. Nie błękitem nieba, ale widzianymi miejscami.



Zrobiłem błąd: schodząc stromym i śliskim zboczem przeniosłem ciężar ciała na stawianą stopę nim poznałem stabilność nowej pozycji. Nie pomogły kanty hamujące podeszwy vibram, but pojechał w dół, ja za nim. Zatrzymałem się dopiero na dnie po zrobieniu dwóch przewrotek. Wstałem cały, nawet nie potłuczony, tyle że z buzującą adrenaliną (czytaj: przestraszony) i z błotem na ubraniu. Dobrze, że dno było ledwie dwa metry niżej od feralnego miejsca, dobrze, że nie było tam kamieni czy urwiska.



Mam tradycyjną, papierową i wielką, encyklopedię Gór Kaczawskich i Kaczawskiego Pogórza. Czasami kartkuję dwa jej opasłe tomy dowiadując się ciekawych szczegółów poznanych miejsc lub o nieznanych zakątkach moich gór. Kiedyś mignęło mi zdjęcie pionowej skały z kładką prowadzącą na szczyt i pomyślałem wtedy, że trzeba będzie się tam wybrać, ale później chyba zapomniałem. Ponieważ w telefonicznej rozmowie Janek wspomniał o tamtych dalekich stronach krańca pogórza, podchwyciłem pomysł dodając znane mi skały w Lwówku i pewną jaskinię.

Trasa wyszła nam nietypowa, bo z trzema, aczkolwiek krótkimi, dojazdami.

Jaką pierwszą mieliśmy w planie Zimną Dziurę, jaskinię na stoku niewielkiego wzgórza w paśmie Wzniesień Płakowickich w pobliżu Lwówka.

Nim opowiem jak było z jej poszukiwaniami, dwie uwagi natury ogólnej.

Tydzień temu byłem pod Sichowem, na wschodnim krańcu pogórza, Lwówek jest zachodnią jego bramą. Odległość (drogowa) między tymi miejscowościami wynosi 40 kilometrów. Góry i pogórze zajmują obszar ponad tysiąca kilometrów kwadratowych. Tego dnia pomyślałem, że zapewne wielu mieszkańców Lwówka nawet nie wie o Sichowie, mimo że ich miasteczko i tamta wioska leżą w tej samej krainie geograficznej. Czasami odczuwam potrzebę oderwania się od tych gór jako dostatecznie poznanych, ale bywa też, że uświadamiam sobie jak niewiele znam ten wielki obszar, o którym zwykłem mówić, iż jest mój.

Dlaczego jaskinia? Wszak to mokra, czarna, nieprzyjemna dziura w ziemi. Tak naprawdę to nie wiem. Może akurat ta miała być swojego rodzaju rekompensatą za te wszystkie nieodnalezione jaskinie na Połomie? A może kusiła mnie i mojego towarzysza właśnie trudność w odnalezieniu? Jeśli nie ma wydeptanej ścieżki ani żadnej tabliczki widocznej z dala, można przejść obok wejścia i nie zauważyć, ponieważ akurat w tej jednej chwili jej widoczności patrzyło się w przeciwną stronę. A może działa magia nazwy miejsca? Tak jak kuszą mnie drogi mające swoją nazwę, tak też kuszą nazwane dziury w ziemi?

Szukając jaskini doszliśmy do ładnego miejsca: las i ziemia kończą się nagle, a na wprost otwiera się widok przełomu Bobru płynącego fantazyjnymi zakolami dwadzieścia metrów niżej. Warto było przyjść tutaj – pomyślałem – niezależnie od rezultatu poszukiwań jaskini. A tej nie znaleźliśmy, mimo dwugodzinnego przeszukiwania okolicy starego kamieniołomu, gdzie miała się znajdować. Tam właśnie koziołkowałem w swoim niekontrolowanym zejściu po zboczu wyrobiska. Dla zobrazowania trudności w penetrowaniu terenu, zamieszczam jedno zdjęcie.



Już po powrocie Janek przeszukiwał internet chcąc poznać dokładną lokalizację jaskini; wiele wskazuje na to, że jest o paręset metrów od rejonu naszych poszukiwań. Obiecaliśmy sobie powrót i odnalezienie tej Dziury.

Pod kamieniołomem biegnie lokalna szosa, w jednym miejscu zauważyłem dziką zatoczkę do parkowania, a gdy podszedłem tam, zobaczyłem w dole rzekę, a zbocze dosłownie zasypane lawiną śmieci staczających się do Bobru. W wielu miejscach kamieniołomu leżą śmieci, najwyraźniej jest to dzikie wysypisko. Gdy szedłem tamtędy drugi raz, zobaczyłem dużego, luksusowego pikapa zwalniającego i wjeżdżającego w zatoczkę. Zaczął wjeżdżać, ale zaraz wrócił na szosę i odjechał. Nie wiem jak było, ale wyglądało to tak, jakby nie wjechał po zobaczeniu mnie. Możliwe, że tak właśnie było, wszak miałem na sobie kurtkę podobną do tych używanych przez leśników.

Nigdy nikogo nie uderzyłem, ale gdybym przyłapał kogoś na wysypywaniu tam śmieci, może warto byłoby zrobić coś po raz pierwszy w moim życiu?..

Coraz bardziej cholera mnie bierze na ludzi wysypujących śmieci w przypadkowych, nierzadko ładnych, miejscach. Coś jest nie tak jak być powinno nie tylko z nimi, ale i z prawem i jego egzekwowaniem, a rada jest: finansowanie strażników z wielkich (pięciocyfrowych) mandatów dawanych tamtym barbarzyńcom.

Kilka kilometrów za Lwówkiem, w lesie za wsią Żerkowice, na zboczu wzgórza Wieżyca, wznoszą się dwie wieże skalne. Szczególnie ta większa – kilkunastometrowa Skała z Medalionem – jest wyjątkowej regularności i przypomina basztę obronną średniowiecznego zamku. Te właśnie skały kiedyś oglądałem na zdjęciach w encyklopedii. Z niej dowiedziałem się, że kiedyś obie wieże połączone były kładką, i można było ze szczytu oglądać rozległą panoramę okolicy. Kładki nie ma. Sto lat temu Niemców było stać na nią, teraz nas nie stać. Oryginalną tablicę (tytułowy medalion) zamocowaną pod szczytem zastąpiono herbem Lwówka.





Pionowe ściany czynią wrażenie. Chodzi się wokół w głową zadartą i trudno odejść. Wyżej ze stromego zbocza wyrasta mniejsza wieża, od strony zbocza można na nią wejść, co zrobiłem, chociaż przy krawędzi nogi mi dziwnie miękły. Szlak prowadzi dalej, na mapie zaznaczone są pomnikowe drzewa, skały, park i pałac, ale że nieznaleziona dziura zajęła nam zbyt dużo czasu, wróciliśmy do samochodu. Dodam jeszcze, że podnóże wzgórza jest ładne, to klasycznie kaczawskie pofałdowane łąki ozdobione kępami drzew, miedzami i drogami.

Niewiele dalej, przy szosie do Bolesławca, po prawej stronie jest szutrowy parking przy wjeździe do kopalni piaskowca – tam zostawiliśmy samochód i przekraczając szosę weszliśmy na skały Huzarskiego Skoku. Dziwna nazwa, nieprawdaż? Mówi się o huzarze, który w czasie wojny o Śląsk w XVIII wieku, uciekając przed wrogiem, zmusił konia do skoku ze skały w Bóbr płynący wtedy u podstawy. Skoczył i przeżył. Koń też. Desperacki wyczyn żołnierza stał się znany i pamiętany.

Teraz przeciętny mieszkaniec okolic nie zna przebiegu tamtej wojny, zapewne spora grupa nawet nie wie kto z kim i o co walczył, ale nazwa została. Ten nierzadki przecież fakt zadziwia mnie i przynosi swoiste pocieszenie. Oto królowie wszczynają wojny wysyłając tysiące ludzi na śmierć dla swojej chwały i myślą, że wykuwają wiekopomną historię, a w dwieście lat później nikt poza pasjonatami i naukowcami nie wie o nich, natomiast w zbiorowej pamięci ludności nadal żyje chwila z życia tamtego anonimowego człowieka. Jest jeszcze jeden aspekt tej historii: otóż zbrojnie przestawiane granice z kamiennymi słupami, traktaty podpisywane przez VIPy, a nawet bieg rzeki, okazują się mniej trwałe od słowa. Czegoś niematerialnego i zdawałoby się, że tak ulotnego. Słowa bywają trwalsze od kamieni.

Skoro odbiegłem od tematu, czyli od skał i jaskiń, pozwolę sobie na jeszcze jedno a propos.

Cała nasza historia jest niekończącym się wykazem prowadzonych wojen, a te zawsze oznaczały dla zwykłych ludzi cierpienie, śmierć, utratę dobytku, poniewierkę, niewolę, głód i płacz. Wiek za wiekiem przez wiele tysiącleci aż do teraz i zapewne w nieodgadnioną przyszłość. Zmuszając ludzi do rozpaczliwej walki o życie, do czynów szalonych, potrafimy być dumni z zachowania tych zaszczutych ludzi starających się przeżyć w nieludzkich okolicznościach wojny. Chlubimy się naszymi generałami i bohaterami, pomniki im stawiamy, a ich samych uznajemy za wzory do naśladowania. A przecież pierwszy kazał zabijać, drugi zabijał i w obronie życia decydował się na czyny szaleńcze.

Nienaturalność tego po raz pierwszy uświadomiłem sobie patrząc w Londynie na pomnik Wellingtona. Ile jest pomników poświęconych ludziom wojny, a ile ludziom słowa, nauki i pokoju?

Po co to wszystko? Przecież wystarczy po prostu cieszyć się życiem i pięknem naszej Ziemi.

Nigdy w historii Polski nie zdarzyła się tak długa przerwa w wojnach jak obecnie trwająca. Zawsze ojciec miał swoją wojnę, dziad i wnuk swoje, przynajmniej po jednej. Może jednak zostanie tak jak jest? Może w Europie wojna jest już historią? Niech tak będzie.

Wtedy należałoby tylko rozprawić się ze współczesnymi Wandalami podjeżdżającymi drogimi samochodami nad rzekę żeby wyrzucając worek ze śmieciami zaoszczędzić pięć złotych.



Jeszcze słowo, dla mnie jak najbardziej a propos, o gdańskiej tragedii na impresie WOŚP.

Nie znałem zabitego prezydenta, nie interesuję się polityką, ale powiedziano mi o kilkakrotnym wybieraniu go przez mieszkańców na stanowisko prezydenta, a fakt ten w mojej ocenie świadczy o jego fachowości i zaangażowaniu. Tak więc porządny człowiek został publicznie zabity przez jakiegoś śmiecia na imprezie dobroczynnej, która od wielu lat łączy ludzi w naszym kraju. Słyszałem o narastającej nienawiści między ugrupowaniami politycznymi, o barbarzyńskich zwyczajach, o ciągłej nagonce na Owsiaka i o jego rezygnacji z prowadzenia fundacji. Te fakty jakoś tak silnie połączyły się we mnie z tamtą dawną historią wojenną i z ludźmi podjeżdżającymi samochodami nad Bóbr dla wyrzucenia śmieci.

Czuję niechęć do ludzi żądnych sławy, władzy i pieniędzy, a siebie mających za ukoronowanie aktu stworzenia. Czuję głęboką niechęć do ludzi fanatycznych i mających przeświadczenie o swojej misji do wykonania, do ludzi siejących nienawiść, a odnoszę wrażenie, że ten gatunek homo rozprzestrzenia się w Polsce jak zaraza, a jego wpływy rosną.

Dość, bo ilekroć pomyślę o takich ludziach, tracę wiarę w prawdziwość drugiego członu naszej nazwy gatunkowej.



Huzarski Skok jest skalnym pionowym uskokiem wysokości do 10 metrów i długości około stu metrów, a zbudowany jest z jasnych piaskowców. Wznosi się bezpośrednio nad wysychającym starym korytem Bobru, teraz porośniętym drzewami. Obok pospolitych wierzb iw i olsz, wiele tam jest rzadko spotykanych (albo rzadko rozpoznawanych) wiązów. Jaskiń jest tam sporo, więcej niż w znalezionych opisach, aczkolwiek do większości należałoby się wczołgiwać. Te większe są jasne, powiedziałbym, że są pogodne, ponieważ wypłukane są w żółtym, niemal białym piaskowcu, a nie w czarnych skałach.

Widzieliśmy przynajmniej dwa drzewa w zadziwiający sposób radzące sobie w miejscu, w którym wypadło im żyć. Stojąc na samym brzegu urwiska, korzeniami szukały ziemi, a znalazły dopiero kilka metrów niżej. Monstrualne korzenie wyglądały jak cielsko obżartego węża. Patrzyłem na nie czując obawę i niechęć – jakbym faktycznie widział wielkiego węża.





Czwartymi odwiedzonym miejscem była najbardziej znana grupa skał wznoszących się w samym Lwówku. To Lwóweckie Skały nazywane też Szwajcarią Lwówecką.

Fantazyjnością i różnorodnością kształtów Skały przypominają najładniejsze miejsca w Górach Stołowych. Podobnie jak tam, chwilami ma się wrażenie nierealności, patrzenia raczej na dzieło grafika komputerowego opracowane na potrzeby filmu fantasy, niż na kamienną rzeczywistość.

Szlak biegnie przy podstawie skał, później zakręca w sosnowym lesie (sudecka rzadkość) i pnie się wśród kamieni na płaską wierzchowinę. Na zielonej łące stoją ławy i stół, są drzewa, i gdyby nie postawione niedawno barierki przy przepaściach, trudno byłoby dowiedzieć się o byciu tak blisko urwiska. Stojąc tuż przy krawędzi, widać obłe głowy kamienni, między nimi i około 30 metrów niżej parking z samochodami i domy miasteczka – kontrast zwracający uwagę. Po drugiej stronie doliny czekają na nas kolejne skały i wzgórza.

Doczekają się na pewno.







sobota, 12 stycznia 2019

O motoryzacji i o samochodach elektrycznych

080119

Uważam, że sceptycy i przeciwnicy samochodów elektrycznych, wyszukując rzeczywiste i urojone wady tych maszyn, nie docierają do największej wady samochodów – zarówno elektrycznych, jak i spalinowych, ponieważ pojawienie się elektrycznego napędu ani na jotę nie zmniejszyło największej wady samochodów i obecnego systemu przemieszczania się.
Mój samochód, przeciętnej wielkości i pojemności, waży 1250 kg, zajmuje powierzchnię prawie ośmiu metrów kwadratowych i służy zwykle jednej osobie do przemieszczania się. Rozpędza się ponad tonę żelaza, żeby przewieźć sto kilo ładunku! Często mam świadomość rozrzutności graniczącej z ekstrawagancją, skrajnej nieekonomiczności.
Używa się tego pojazdu w ciągu paruset godzin rocznie, czyli po zsumowaniu może przez dwa tygodnie lub miesiąc, a całą resztę roku stoi zajmując miejsce. W wielkich miastach zajmuje każdy skrawek ulicy bez zakazów oraz specjalnie wybudowane garaże i wyasfaltowane place, a przed centrami handlowymi zajmuje wielkie parkingi i wielopiętrowe budynki parkingowe wybudowane ogromnymi nakładami. Toniemy w hałdach opon, w stertach starych pojazdów składanych na złomowiskach, w morzu zużytych płynów samochodowych, a naszą Ziemię pokrywamy asfaltem i betonem.
Z utylizacją pojazdów jest podobnie jak z akumulatorami: coś się robi, ale mało. Może przepisy nie są wystarczające, może kontrole zbyt liberalne, może brak finansowych zachęt ze strony władz państwowych. Widziałem nowoczesną firmę, w której specjalne maszyny rozdrabniają stare opony i oddzielają stalowe nitki (do przetopienia w hucie), a z gumy robi się tam kółka do jakichś wózków, ale też widziałem opony rzucone w lesie.
Ogromne gałęzie przemysłu zatrudniające w skali świata setki milionów ludzi i zużywające wielkie ilości cennych surowców (tutaj liczę także wodę i powietrze) służą jednemu tylko celowi: przemieszczeniu człowieka z jednego miejsca na drugie.
W tym nowoczesna elektryczna tesla ani na krok nie wyprzedza rozklekotanego starego mercedesa.
Co w zamian? Nie wiem. Nie jestem wizjonerem, nawet trudno mi wyobrazić sobie inne techniki. Chodzi mi po głowie system łatwego wypożyczania pojazdów, jak teraz rowerów w dużych miastach, ale znając wady ludzi, ich niedbałość o to, co nie ich, trudno mi wyobrazić sobie dobre funkcjonowanie takiego systemu, a poza tym on tylko zmniejszyłby ilość samochodów, zostawiając ich wady.

Słyszałem wiele zarzutów wobec samochodów elektrycznych, wśród nich jeden poważny, ten o akumulatorach. Fakt. We wszystkich, bez względu na typ, są agresywne związki chemiczne. Skąd one w urządzeniu, które ma gromadzić energię elektryczną? – może ktoś zapyta. Ponieważ my w ogóle nie potrafimy gromadzić energii elektrycznej. Akumulator w istocie jest zbiornikiem związków chemicznych, które ulegają przemianie pod wpływem prądu, a proces tych zmian jest odwracalny, to znaczy energia chemiczna może być z powrotem zamieniona w energię elektryczną.
Więc związki chemiczne są w każdym akumulatorze, także tym najstarszym, powszechnie używanym akumulatorze ołowiowym. Nie dość, że sam ołów jest szkodliwy, to jeszcze jest tam żrący, silny kwas. Tak, akumulatory są problemem, ale możliwym do rozwiązania. Chodzi o ustawy nakazujące utylizację, ale w odpowiedni sposób. Myślę tutaj o pełnym odzyskaniu większości, albo i wszystkich materiałów użytych do produkcji, co jest możliwe, chociaż może nie teraz. Nie wiem, czy były robione badania porównawcze ilości zużytego powietrza, energii, materiałów, etc., w produkcji silników spalinowych i późniejszej ich eksploatacji, a silników elektrycznych, baterii akumulatorów i produkcją prądu. Przypuszczam jednak, że już teraz korzystniej jest używać prądu nie paliwa ropopochodnego, a w bliskiej przyszłości różnica in plus wzrośnie. Przypuszczenie opieram na żywotności akumulatorów używanych w teslach: gwarancja jest na osiem lat, są już poświadczone przebiegi paru setek tysięcy kilometrów i na tej podstawie przewidywane ich funkcjonowanie do około 800 tys km przy zużyciu na poziomie 20%. To przebieg, którego nie osiągnie przez całe swoje życie większość silników spalinowych, które nim padną zużyją setki lirów płynów, więc też chemii, i filtrów, pasków, etc, czyli ponownie chemii z energią. Natomiast prawidłowo wykonany indukcyjny silnik elektryczny jest niemal wieczny, skoro dla niego milion kilometrów nie jest żadnym wyczynem; przebieg podałem nie na podstawie informacji o żywotności samochód elektrycznych, bo tyle jeszcze nie przejechały, a na podstawie doświadczeń z wielu lat eksploatacji tego rodzaju silników. W nim po prostu nie bardzo ma co się psuć. To genialna konstrukcja.
Jeszcze słów parę o gromadzeniu energii elektrycznej.
Jak wspomniałem, akumulatory zamieniają ją w energię  chemiczną, nie przechowują energii elektrycznej w stanie czystym. Znamy jedno urządzenie zdolne ją gromadzić bez przemian: to kondensator. Prosty element powszechnie używany w urządzeniach elektronicznych, ponieważ dzięki swojej zdolności gromadzenia energii używany jest do wyrównywania pulsacji napięć. Ma wielkie zalety: ładuje się błyskawicznie i dobrze znosi szybkie rozładowanie, czyli branie z niego dużego prądu, a ich konstrukcja jest bardzo prosta.
Typowy kondensator jest wielkości paluszka, duży wielkości małej puszki pepsi, kosztuje parę złotych, ale ich pojemności, czyli zdolność gromadzenia w sobie energii, jest o wiele rzędów wielkości za mała, żeby można było zasilać silnik samochodu na dystansie setek kilometrów. Potrzebne są tutaj badania, których chyba nikt do tej pory nie robił, ponieważ  w elektronice tak ogromne pojemności kondensatorów nie są potrzebne.
Po tej dygresji wracam do porównania samochodu spalinowego i elektrycznego.
Poza składem surowcowym i późniejszą utylizacją akumulatorów, cała reszta argumentów przeciw „elektrykom” jest co najmniej dziwna. Na przykład że zużywają opony i klocki hamulcowe. Tak, te samochody opony zużywają dokładnie tak samo jak pojazdy spalinowe, właściwie nawet więcej, ponieważ są cięższe, chociaż już zużycie elementów systemu hamulcowego jest dużo mniejsze, ponieważ samochody elektryczne w znacznej mierze hamują silnikiem, a dzieje się to inaczej niż przy znanym wszystkim kierowcom hamowaniem silnikiem spalinowym.
Parę zdań wyjaśnienia.
W przewodzie znajdującym się w ruchomym polu magnetycznym (albo poruszającym się w stałym polu) wytwarzany jest prąd. Tak działają prądnice, trzeba jednak wiedzieć, że gdy już w przewodzie pojawi się prąd, pojawia się też pole magnetyczne wokół niego. Mamy wtedy dwa pola magnetyczne: pierwsze, wytwarzane w zwojach drutu stojana, i drugie, wokół przewodów zamontowanych w wirniku. W prądnicy pola te działają względem siebie tak, jak przyciągające się bieguny zwykłych magnesów. Im większy jest prąd, tym silniejsze pola i tym trudniej pokręcić wirnikiem, ponieważ ten „trzymany” jest tymi polami siłowymi. Tak samo z przyciągającymi się magnesami: im będą bliżej (lub będą mocniejsze), tym ciężej będzie nam je utrzymać.
Ilekroć widzę w firmie spalinowy generator prądu, zwraca moją uwagę dysproporcja w wymiarach: wielki, huczący silnik diesla napędza trzy razy mniejszą od niego cichą prądnicę. Ale też wiem, że gdy z tej prądnicy weźmie się duży prąd, diesel, mimo swojej wielkości i mocy, zadudni i zaryczy skrajnie obciążony. Cóż właściwie tak go obciąża? Pola magnetyczne hamujące obracanie się prądnicy tym silniej, im więcej prądu z niej wypływa.
Powszechnie wykorzystuje się ten fakt w samochodach elektrycznych. System sterowania tak dobiera prąd wypływający z silnika zamienionego w chwilach hamowania w prądnicę, żeby ten z odpowiednią siłą hamował pojazd. Prąd w tym czasie wytworzony ładuje akumulatory, a będzie on tym większy, im szybciej zwalniamy, czyli mocniej hamujemy. Owszem, trwa to krótko, pojedyncze sekundy, ale prąd jest wtedy bardzo duży, więc parę kilowatogodzin się nazbiera przy jeździe ulicami miasta.
Więc pole magnetyczne nie tylko napędza pojazd, ale i go hamuje, zatem kloski i tarcze hamulcowe będą zmieniane zapewne raz na parę lat.
Reasumując: samochód elektryczny jest mniej szkodliwy i żywotniejszy od spalinowego, ale panaceum na bolączki komunikacji nie jest.

Rozwinę jeszcze sygnalizowany w poprzednim tekście temat przebudowy systemu energetycznego, przy okazji pokazując pożytki z praktycznego zastosowania tych paru wzorów, jakie starałem się obłaskawić dla czytelników.
Jak policzyć zapotrzebowanie na prąd przy założeniu, że wszystkie samochody będą elektryczne? Uważam, nota bene, że za 30 albo 40 lat tak właśnie będzie. Trzeba ustalić ile jest samochodów i ile przejeżdżają kilometrów w ciągu roku, oraz ile potrzebują energii na przejechanie kilometra.
Samochód tesla zużywa 0,2 kWh na dystansie kilometra i na tym przykładzie poprzestanę, ponieważ te samochody wyprzedziły konkurentów i jako jedyne są produkowane w dużych ilościach. Strona newsweek’a podaje ilość 599 samochodów na 1000 mieszkańców, czyli razem 22,7 mln; na innej stronie mowa jest o 15 mln ubezpieczonych samochodów (a sporo większą ilość wszystkich) i taką liczbę przyjmę, ponieważ jeśli ktoś płaci ubezpieczenie, to zapewne jeździ samochodem. Średni roczny przebieg tych samochodów, tutaj też myszkowałem trochę po internecie, przyjmę na poziomie 20 tys km. Mamy już wszystkie dane wejściowe.
Skoro przebieg roczny wynosi 20 tysięcy km, to dzienny 55 km przy zużyciu 11kWh energii (0,2kWh razy 55km).
Dzienne zużycie energii wyniesie zatem 15 000 000 samochodów razy 11kWh = 165 000 000 kWh.
Wielkie zbiory danych mają wyraźną cechę wyrównującą skrajności. W odniesieniu do tych obliczeń oznacza to, że ktoś może przejeżdżać średnio dziennie 10 km albo jeszcze mniej, inny 250 km, jeszcze inny wyjeżdżać będzie raz na tydzień ale dla przejechania tysiąca kilometrów, jednak w statystycznym ujęciu średnia wyniesie 55km. To samo dotyczy pory dnia i czasu ładowania akumulatorów. Żeby załadować do akumulatora zużytą energię 11kWh, wystarczy gniazdko domowe i czas paru godzin. Niech będzie ośmiu, chociaż przyjęty czas nie zmienia tutaj ostatecznego wyniku, ponieważ wynik nie od czasu ładowania zależy, a od ilości energii. Więc trzecią część doby akumulatory będę ładowane, czyli w każdej chwili doby w kraju ładowałoby się 5 mln samochodów, każdy mocą 1,4 kW (11kWh podzielić przez 8h), co razem daje 7 000 000 kW, czyli 7GW (gigawatów). Wynik uzyskany z pomnożenia ilości samochodów przez moc ładowania każdego z nich.
Dokładnie taki sam wynik uzyska się zakładając ładowanie całodobowe, czy szybkie ładowanie w specjalnych punktach ładowania, ponieważ ile razy zmniejszy się czas ładowania, tyle razy zwiększy się potrzebna moc, a wtedy w odpowiedniej proporcji zmieni się ilość jednocześnie ładowanych samochodów. Wynik będzie taki sam także wtedy, gdy założy się, iż właściciele ładowali akumulatory codziennie, jak i co pięć dni, ponieważ o zapotrzebowaniu na moc decyduje zużycie jednostkowe, ilość samochodów i ich dzienny przebieg, a nie okoliczności ładowania.
Więc 7GW. Tyle mocy pobierałyby w każdej chwili wszystkie samochody osobowe używane w Polsce, gdyby miały elektryczny napęd.
Największa obecnie elektrownia w Polsce ma moc 5,5 GW.
Wniosek oczywisty: aby zapewnić prąd do samochodów przy założeniu powszechności ich używania, trzeba będzie budować wielkie elektrownie i znacznie rozbudować system przesyłania energii.

Ta największa elektrownia to Bełchatów, największy w Polsce i w Europie truciciel, elektrownia opalana węglem brunatnym. Budowa drugiego Bełchatowa nie jest możliwa w obecnych czasach, pora więc zwrócić oczy na… atom. Jeśli już o tym piszę zauważę, iż nie wykorzystujemy należycie możliwości wody, co prawda niewielkich w naszym kraju, ale jednak istniejących. Elektrownie wodne są zapewne równie kosztowne w budowie jak węglowe, ale pracują bez kominów. Ta sama uwaga dotyczy wiatraków i paneli słonecznych. Trzeba jednak mieć świadomość skali potrzeb, do których dodać jeszcze należy dalekie plany oświetlenia głównych polskich dróg. Wszystkie wiatraki, turbiny wodne i panele razem wzięte nie zapewnią tak wielkich ilości energii.

Słowo wyjaśnienia o jednym z czynników zwiększających ostateczny wynik. Chodzi o sprawność operacji ładowania akumulatorów. Żeby akumulator został w pełni naładowany, trzeba zużyć nieco więcej energii niż wynosi jego pojemność, ponieważ operacja ta nie ma stuprocentowej sprawności, czyli po prostu ładowane akumulatory tracą troszkę energii grzejąc się. Doliczyć trzeba kolejne kilka procent.

Czy jestem fanem tesli? Nie. Jestem fanem napędu elektrycznego, a w tesli to i owo nie podoba mi się. Nie jestem też zwolennikiem elektrowni atomowych z podobnych powodów, dla których nie jestem zwolennikiem używania silników spalinowych. Mimo całego wyrafinowania technologicznego, silnik spalinowy nadal jest prymitywny, co wynika z samej idei jego działania. Gdy patrzę na dziesiątki rurek, zbiorniczków, złączek, pasków, całego tego oprzyrządowania, w istocie widzę rezultat stuletnich prób uczynienia konstrukcji jako tako sprawnej mimo wielkiej wady wrodzonej. Nawet uwierzyliśmy w nasze wysiłki, zachłystując się wyrafinowanym wyposażeniem garnka do spalania paliwa, którego pokrywa kłapie podnoszona spalinami i jej ruch napędza nasz pojazd. To tak, jakbyśmy gęsie pióro oprawiali w złoto, wyposażyli w mikroprocesor i przechowywali w eleganckim etui wierząc, że dzięki tym zabiegom mamy idealny przyrząd do pisania.
Z drugiej strony mamy prawo materii, prawo tego świata: wzajemne przyciąganie lub odpychanie się pól magnetycznych. I to wszystko. Bez paleniska i dymu, bez zębatek, wałów, wtrysków i tłoków.

Podobnie widzę współczesne elektrownie atomowe: wielce rozbudowana i w wyrafinowany sposób nadzorowana konstrukcja, w której ciepło reakcji jądrowych ogrzewa wodę czyniąc z niej parę, a ta napędza łopatki turbiny, czyli odmiany silnika parowego. Ten z kolei napędza prądnicę. Tak jak w przypadku silnika spalinowego, jest tutaj połączenie współczesnego wyrafinowania technologicznego z prymitywizmem. Silnik parowy zasilany reaktorem jądrowym!
Nie potrafimy w sposób bezpośredni uzyskać energii elektrycznej z procesów atomowych, więc musimy posiłkować się silnikiem parowym. Niewiele przesadzę gdy powiem, że ta technologia przypomina wbijanie gwoździa laptopem.
Z najnowszym procesorem, oczywiście.

Jednak na „atomy”, jak i na „elektryki”, jesteśmy skazani i nasze wybrzydzanie nic tu nie zmieni. Dla zobrazowania skali potrzeb jeden tylko przykład z ogniwami słonecznymi. Dane panelu wziąłem ze strony www.baltic-energy.pl
Żeby było jak najkrócej: jeden panel o powierzchni 1,7 metra kw wytworzy rocznie 250 kWh. Czy to dużo? Wystarczy do całorocznego (bez wyłączania) świecenia się trzech ledowych żarówek średniej wielkości (przyjąłem łączną ich moc 30W). Tyle trzeba do dobrego oświetlenia większego pokoju. Taka ilość energii kosztuje około 140 zł.
Hektar ogniw (kwadrat o boku 100 m) wytworzy 1 500 000 kWh, czyli 1500 MWh rocznie, a gdy cały kilometr kwadratowy zastawimy ogniwami, rocznie mieć będziemy 150 000 MWh. Skoro rocznie tyle, to dziennie 410 MWh, czyli 410 000 kWh. Pamiętacie, ile dziennie zużywałyby samochody elektryczne? Przypomnę: 165 mln kWh. Żeby uzyskać taką moc z ogniw, należałoby ustawić je na powierzchni 402 kilometrów kwadratowych. Zajęłyby kwadrat o boku 20 kilometrów. Hmm, w sumie… czemu nie?
Wolałbym 400 km naszego kraju pokryć ogniwami niż budować wielką elektrownię jądrową, ale… Poważne ale. Ogniwa dają prąd gdy świeci słońce, elektrownia całą dobę. Magazynować energię? Potrzebne byłyby gigantyczne, nierealnie gigantyczne, baterie akumulatorów. Ogniwa słoneczne są dobre i potrzebne jako źródło prądu w domach. Może dzięki nim trzeba będzie postawić jeden lub dwa reaktory jądrowe mniej.

Na koniec ważna dla mnie uwaga: nie opieram swoich poglądów (ani obliczeń) na treści paru przeczytanych artykułów w internecie, a na własnych wieloletnich obserwacjach i przemyśleniach, lub na długich chociaż amatorskich studiach – jak na przykład w przypadku ewolucji. Natomiast elektryki uczyłem się w szkole i wiedzę tę często wykorzystuję i pogłębiam w pracy.

środa, 9 stycznia 2019

Nareszcie wśród moich pagórków!

060119
Chełmy na Pogórzu Kaczawskim.
Sichów, Sichowskie Wzgórza, Leszczyna, czerwonym szlakiem pod Rosochę w pobliżu Stanisławowa, szlakiem rowerowym do Leszczyny, wzgórza i jary pod Prusicami, powrót do Sichowa.

Prognozy pogody nie były dobre, ale pojechałbym nawet gdyby zapowiadano burze śnieżne i zawieruchy. Ostatni raz wyjechałem w moje góry w listopadzie, więc jechać musiałem, co zrozumie każdy nałogowiec. Innym nie mam szans wytłumaczyć przemożnego, nieliczącego się z niczym, pragnienia wędrówki, które wygania mnie na szlak nawet wbrew rozsądkowi. Bywa, że w związku z wyjazdem pojawia się myśl o wstawaniu nad ranem i całym dniu spędzonym na zimnie w jedyny dzień, który mógłbym spędzić leniwie i w cieple po tygodniu wielogodzinnej pracy w zimnym i śmierdzącym warsztacie, jednak rzadko w odpowiedzi pojawia się chęć zostania. Najczęściej słucham tej myśli nieco z boku, jakby nie moją była, ponieważ wiem, że racjonalne przecież argumenty za zostaniem nie będą się liczyć. To ubezwłasnowolnienie, jak przy nałogu.
Jeśli zdarzy mi się nie pojechać, jak w grudniu z powodu choroby, tygodniami wraca do mnie myśl o straconej okazji i podsuwa mi wyobrażenia obrazów, które ominęły mnie. Ciekawe, czy alkoholik też wraca myślą do dnia, w czasie którego nic nie wypił, i czy szkoda mu wtedy nieprzeżytych chwil przy flaszce…
Wiele razy zastanawiałem się nad przyczynami odczuwanej tęsknoty, zawsze z jednakim skutkiem: dodawanie kolejnych powodów bynajmniej nie zamykało listy. Miewałem wrażenie mijania się z istotą tęsknoty, z powodem najgłębszym, a wtedy ta moja potrzeba włóczęgi wydawała się bardziej do miłości podobna niż do nałogu. Dlaczego kochamy? Tutaj też wszystkie powody jakie mogą przyjść do głowy są wtórne lub cząstkowe, i dopiero uznanie, iż kochamy, ponieważ on, ona, jest, zamyka listę. Wygląda na to, że tak też jest z moimi wędrówkami.
Trafnie to ujął nieznany mi z nazwiska człowiek chodzący w góry: Dlaczego idę w góry? Bo są.
Dlaczego ją kocham? Bo jest.
Oto przykład podobieństwa moich wędrówek do miłości.

Wybrałem się na skraj Pogórza Kaczawskiego, a był to powrót po trzech latach. W pamięci tkwiły obrazy i wspomnienia wrażeń, które cicho i cierpliwie nakłaniały mnie do ponownego ich zobaczenia i przeżycia. W końcu, namówiony ich szeptem, pojechałem do Sichowa i od przejścia Sichowskich Wzgórz zacząłem dzień.
Ubrałem się jak na zimny i mokry dzień, na chodzenie po błotnistych polach. Przez parę godzin padał suchy drobny śnieg więc nie zmokłem, było cieplej niż myślałem, ale faktycznie ziemia pól była rozmięknięta. Założyłem moje ulubione buty (szczerze powiedziawszy wszystkie są ulubione), na tyle masywne i grube, że nie boją się całodniowego chodzenia po błocie. A skoro one się nie bały, to ja też, i w rezultacie wróciłem umazany jak dzieciak po zbadaniu wszystkich kałuż w sąsiedztwie.
Kilka najwyższych szczytów okolicy można od biedy nazwać górami, cała reszta jest niewielkimi pagórkami, ale w swoich ocenach nie wiążę wysokości szczytów z ich urokiem, chociaż wyraźna jest tam granica między lubianymi wzgórzami a monotonną równiną, ponieważ tamta okolica jest kresem pogórza. Stojąc na stoku, za sobą i po bokach mając klasyczne pogórze z łagodnymi wzgórzami i urozmaiconą rzeźbą terenu, a na wprost widzi się bezbrzeżną równinę, ponad którą wystaje jedynie komin huty w Legnicy.
Dobrze się tamtędy chodzi, jak właściwie całymi Górami Kaczawskimi. Drogi, jak i zbocza wzgórz, nitki drzew nad strumieniami, linie lasów i uskoków obsiadłych czereśniami i głogami, wiją się łagodnie i przenikają wzajemnie. Czasami wystarczy przejść niewiele kroków, żeby inaczej zobaczyć otoczenie, i właśnie dla tych urokliwych metamorfoz bywa, że nie tyle idę, co się szwendam po okolicy.






W Leszczynie zagubiłem się. Oczywiście winą obarczam mało czytelną mapę, na której polna droga bywa tak samo zaznaczona jak boczna asfaltowa szosa, mapę o zbyt małej skali, ale prawdą jest też moje gapiostwo. Nie zajrzę do mapy na rozstaju, zapomnę, zagapię się, zamyślę, zasłucham, w rezultacie budzę się nie tam, gdzie być chciałem. W wiosce pewny drogi skręciłem w ulicę mającą doprowadzić mnie do drugiej wioski, ale niewiele dalej wszedłem w las widząc ślady kamieniołomu i tablice informacyjne. Kopano tam kiedyś skały zawierające miedź, działały też piece do wytapiania, a kamieniołom nazwano Ciche Szczęście.
Potrzeba dużej dawki ironii lub humoru, żeby kamieniołom nazwać cichym szczęściem.
Patrzyłem na szkic terenu i coś mi nie pasowało. Po chwili kręcenia głową doszedłem przyczyny: to miejsce powinno być zaznaczone z drugiej strony szosy, a jeśli na tablicy jest dobrze zaznaczone, to... szedłem w stronę przeciwną do zamierzonej. Wróciłem na skrzyżowanie dróg w wiosce i tym razem kręciłem mapą. Poszedłem drogą, która wydawała się najodpowiedniejsza, ale po pięciuset metrach i ona pokazała mi figę. Wtedy dopiero zrozumiałem powód mojego kręcenia się: w wiosce główna szosa zatacza krąg i zawraca, a dla oszukania mnie ma parę ślepych odnóg. Machnąłem ręką i poszedłem ładną polną drogą wysadzaną drzewami owocowymi. Niestety, drogą tą prowadził szlak. Udało mi się przejść trasę i wyjść we właściwym miejscu, na brzegu Stanisławowa, ale dwukrotnie zawracałem i dwakroć zakląłem. Kaczawskie szlaki oznaczał pijany drwal, to nie ulega wątpliwości. Ot, rozwidlenie dróg, a na nim żadnego znaku. Na wydeptanym szlakach skręciłbym w wyraźniejszą drogę, ale nie można tak zrobić na nieuczęszczanym szlaku, a takie tutaj przeważają. Następny znak może być po stu, a nierzadko bywa po dwustu metrach, co zależne było od nastroju drwala lub ilości wypitej przez niego gorzały. Więc idzie się setki metrów, a później wraca i próbuje znaleźć znak na drugiej odnodze. Czy wiecie już, dlaczego bardzo rzadko chodzę szlakami? Jednak na ten szlak chętnie wrócę, ponieważ wiedzie brzegiem meandrującego strumienia, a po obu stronach wznoszą się ładne wzgórza.
Boczna dróżka wyprowadziła mnie na wyraźny dukt, zatrzymywałem się tam i rozglądałem szukając jakiekolwiek znaku, ale nie znalazłem. Skręciłem dobrze orientując się według słońca, ale wątpię, czy idąc w przeciwną stronę skręciłbym z prostego duktu w niewyraźną odnogę. Jakie wnioski? Drwalowi należy odebrać pędzel w zamian dając pełną flaszkę. Niech się chłop napije, bo wielce utrudzony jest malowaniem.
Gdy wyszedłem z lasu pod wioską, jęknąłem oczarowany i zaskoczony. Tam jest tak ładnie, jak w Trzmielowej Dolinie, jak na południowych zboczach Maślaka i Dudziarza. Tam jest tak ładnie, jak tylko w moich górach się zdarza. No, czasami jeszcze na Pogórzu Izerskim, niech się Pierwsza Dama nie burzy. Zdjęcia nie oddają urody tamtych miejsc, prószył śnieg a powietrze było mgliste, ale nic to, wrócę i poznam każdą dróżkę okolicy, każdy strumyk i wzgórek.




Drogę powrotną do Leszczyny pamiętałem z pierwszej wędrówki tutaj, dla odmiany wiodła szerokimi przestrzeniami pól; pamiętałem też, jak dojść do ładnych wzgórz za wioską.
Tamte miejsca są takie… zwyczajne, ale trzy lata temu zauroczyły mnie, a dzisiaj okazało się, że urok trwa nadal. Trudno mi powiedzieć, dlaczego tak podobają mi się tamtejsze wzgórza. Może wyjątkową falistością linii pól?





Może swoim kontrastem z równiną widoczną po drugiej stronie szosy, a może dlatego, że mam je za opuszczone, nieodwiedzane, samotne? Nie raz zdarzyło mi się odwiedzać miejsca po uznaniu ich za opuszczone przez wszystkich, więc może i z tymi jest podobnie.
Znalazłem tam dwa wielkie bloki betonowe, najwyraźniej wykopane z ziemi i tam zawiezione. Policzyłem, że ważą po 8 ton, więc potrzebny był dźwig. Myśliwi coś kombinują? Zapewne tak. W dwóch mijanych masywach leśnych słyszałem strzały, widziałem wielu mężczyzn z armatami i wiele ich stalowych rumaków. Wystrzelają wszystkie sarny i jelenie, kurcze. U siebie sprawdziłem obliczenia, przeszacowałem ciężar właściwy, ale niedoszacowałem objętość, w sumie wynik wyszedł mi poprawny. Żeby tak udawało mi się zarabiać, albo promować siebie, jak udaje się w pamięci przeliczać te wszystkie jednostki, ech.
W czwartek przez kilka godzin pracowałem na kolanach, nie dało się inaczej. Już tego dnia wieczorem wiedziałem, że przemęczyłem ściśnięciem mięśnie nóg, a na drugi dzień wiedziałem to wyraźniej. Jeszcze i dzisiaj, gdy rano wyszedłem na szlak, czułem mięśnie. Teraz, pod koniec dnia, nogi miałem po prostu obolałe jakbym na jakieś Kilimandżaro wszedł, a przecież miałem jeszcze zobaczyć wypatrzone z kosmosu jary pod Prusicami. Jest ich tam wiele wśród pól, wszystkie obsiadłe drzewami, przecież nie mogłem pominąć je będąc tak blisko. Poszedłem. Gdy tłusta ziemia pola oblepiła mi buty, już nie szedłem a wlokłem się, ale dwa jary poznałem. Pierwszy jest klasyczny: stromy, miejscami urwisty, z wąskim dnem, czyli V-kształtny, a jego głębokość oszacowałem na osiem metrów. Podoba mi się w takich miejscach nagła zmiana perspektywy i otoczenia. Za mną równe, zielone i rozległe pola, a wystarczy parę kroków, by znaleźć się w ciemnym i wilgotnym gąszczu żywych i martwych drzew, a na dnie zobaczyć połyskującą strużkę wody – sprawcę istnienia tej niemałej formacji geologicznej.
Na brzegu szosy starannie oczyściłem buty z przylepionej ziemi i poszedłem. Nogi dostały skrzydeł, ale tylko na chwilę. Nic to. Do samochodu miałem ponad 3 km, zaczynał się zmierzch, ale przecież marsz szosą nawet po ciemku nie jest niebezpieczny.
Gdy u wylotu wiejskiej ulicy zobaczyłem samochód, uśmiechnąłem się. Wyjechałem, wędrowałem, wróciłem. Dzień wykorzystałem.


Na życzenie Chomika zdjęcie jaru.