Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

czwartek, 17 stycznia 2019

Nieznane pogórze

130119

Pogórze Kaczawskie.

Przełom Bobru pod Lwówkiem i poszukiwanie jaskini Zimna Dziura. Skała z Medalionem na Wieżycy pod Żerkowicami. Skały i jaskinie Huzarskiego Skoku pod Żerkowicami. Szwajcaria Lwówecka we Lwówku Śląskim. 




Niemal cały dzień miał padać deszcz. Wiedzieliśmy o tym, ale pojechaliśmy. Deszcz padał, owszem, ale na ogół niewielki, więc nie był zbyt dokuczliwy, a dzień okazał się piękny. Nie błękitem nieba, ale widzianymi miejscami.



Zrobiłem błąd: schodząc stromym i śliskim zboczem przeniosłem ciężar ciała na stawianą stopę nim poznałem stabilność nowej pozycji. Nie pomogły kanty hamujące podeszwy vibram, but pojechał w dół, ja za nim. Zatrzymałem się dopiero na dnie po zrobieniu dwóch przewrotek. Wstałem cały, nawet nie potłuczony, tyle że z buzującą adrenaliną (czytaj: przestraszony) i z błotem na ubraniu. Dobrze, że dno było ledwie dwa metry niżej od feralnego miejsca, dobrze, że nie było tam kamieni czy urwiska.



Mam tradycyjną, papierową i wielką, encyklopedię Gór Kaczawskich i Kaczawskiego Pogórza. Czasami kartkuję dwa jej opasłe tomy dowiadując się ciekawych szczegółów poznanych miejsc lub o nieznanych zakątkach moich gór. Kiedyś mignęło mi zdjęcie pionowej skały z kładką prowadzącą na szczyt i pomyślałem wtedy, że trzeba będzie się tam wybrać, ale później chyba zapomniałem. Ponieważ w telefonicznej rozmowie Janek wspomniał o tamtych dalekich stronach krańca pogórza, podchwyciłem pomysł dodając znane mi skały w Lwówku i pewną jaskinię.

Trasa wyszła nam nietypowa, bo z trzema, aczkolwiek krótkimi, dojazdami.

Jaką pierwszą mieliśmy w planie Zimną Dziurę, jaskinię na stoku niewielkiego wzgórza w paśmie Wzniesień Płakowickich w pobliżu Lwówka.

Nim opowiem jak było z jej poszukiwaniami, dwie uwagi natury ogólnej.

Tydzień temu byłem pod Sichowem, na wschodnim krańcu pogórza, Lwówek jest zachodnią jego bramą. Odległość (drogowa) między tymi miejscowościami wynosi 40 kilometrów. Góry i pogórze zajmują obszar ponad tysiąca kilometrów kwadratowych. Tego dnia pomyślałem, że zapewne wielu mieszkańców Lwówka nawet nie wie o Sichowie, mimo że ich miasteczko i tamta wioska leżą w tej samej krainie geograficznej. Czasami odczuwam potrzebę oderwania się od tych gór jako dostatecznie poznanych, ale bywa też, że uświadamiam sobie jak niewiele znam ten wielki obszar, o którym zwykłem mówić, iż jest mój.

Dlaczego jaskinia? Wszak to mokra, czarna, nieprzyjemna dziura w ziemi. Tak naprawdę to nie wiem. Może akurat ta miała być swojego rodzaju rekompensatą za te wszystkie nieodnalezione jaskinie na Połomie? A może kusiła mnie i mojego towarzysza właśnie trudność w odnalezieniu? Jeśli nie ma wydeptanej ścieżki ani żadnej tabliczki widocznej z dala, można przejść obok wejścia i nie zauważyć, ponieważ akurat w tej jednej chwili jej widoczności patrzyło się w przeciwną stronę. A może działa magia nazwy miejsca? Tak jak kuszą mnie drogi mające swoją nazwę, tak też kuszą nazwane dziury w ziemi?

Szukając jaskini doszliśmy do ładnego miejsca: las i ziemia kończą się nagle, a na wprost otwiera się widok przełomu Bobru płynącego fantazyjnymi zakolami dwadzieścia metrów niżej. Warto było przyjść tutaj – pomyślałem – niezależnie od rezultatu poszukiwań jaskini. A tej nie znaleźliśmy, mimo dwugodzinnego przeszukiwania okolicy starego kamieniołomu, gdzie miała się znajdować. Tam właśnie koziołkowałem w swoim niekontrolowanym zejściu po zboczu wyrobiska. Dla zobrazowania trudności w penetrowaniu terenu, zamieszczam jedno zdjęcie.



Już po powrocie Janek przeszukiwał internet chcąc poznać dokładną lokalizację jaskini; wiele wskazuje na to, że jest o paręset metrów od rejonu naszych poszukiwań. Obiecaliśmy sobie powrót i odnalezienie tej Dziury.

Pod kamieniołomem biegnie lokalna szosa, w jednym miejscu zauważyłem dziką zatoczkę do parkowania, a gdy podszedłem tam, zobaczyłem w dole rzekę, a zbocze dosłownie zasypane lawiną śmieci staczających się do Bobru. W wielu miejscach kamieniołomu leżą śmieci, najwyraźniej jest to dzikie wysypisko. Gdy szedłem tamtędy drugi raz, zobaczyłem dużego, luksusowego pikapa zwalniającego i wjeżdżającego w zatoczkę. Zaczął wjeżdżać, ale zaraz wrócił na szosę i odjechał. Nie wiem jak było, ale wyglądało to tak, jakby nie wjechał po zobaczeniu mnie. Możliwe, że tak właśnie było, wszak miałem na sobie kurtkę podobną do tych używanych przez leśników.

Nigdy nikogo nie uderzyłem, ale gdybym przyłapał kogoś na wysypywaniu tam śmieci, może warto byłoby zrobić coś po raz pierwszy w moim życiu?..

Coraz bardziej cholera mnie bierze na ludzi wysypujących śmieci w przypadkowych, nierzadko ładnych, miejscach. Coś jest nie tak jak być powinno nie tylko z nimi, ale i z prawem i jego egzekwowaniem, a rada jest: finansowanie strażników z wielkich (pięciocyfrowych) mandatów dawanych tamtym barbarzyńcom.

Kilka kilometrów za Lwówkiem, w lesie za wsią Żerkowice, na zboczu wzgórza Wieżyca, wznoszą się dwie wieże skalne. Szczególnie ta większa – kilkunastometrowa Skała z Medalionem – jest wyjątkowej regularności i przypomina basztę obronną średniowiecznego zamku. Te właśnie skały kiedyś oglądałem na zdjęciach w encyklopedii. Z niej dowiedziałem się, że kiedyś obie wieże połączone były kładką, i można było ze szczytu oglądać rozległą panoramę okolicy. Kładki nie ma. Sto lat temu Niemców było stać na nią, teraz nas nie stać. Oryginalną tablicę (tytułowy medalion) zamocowaną pod szczytem zastąpiono herbem Lwówka.





Pionowe ściany czynią wrażenie. Chodzi się wokół w głową zadartą i trudno odejść. Wyżej ze stromego zbocza wyrasta mniejsza wieża, od strony zbocza można na nią wejść, co zrobiłem, chociaż przy krawędzi nogi mi dziwnie miękły. Szlak prowadzi dalej, na mapie zaznaczone są pomnikowe drzewa, skały, park i pałac, ale że nieznaleziona dziura zajęła nam zbyt dużo czasu, wróciliśmy do samochodu. Dodam jeszcze, że podnóże wzgórza jest ładne, to klasycznie kaczawskie pofałdowane łąki ozdobione kępami drzew, miedzami i drogami.

Niewiele dalej, przy szosie do Bolesławca, po prawej stronie jest szutrowy parking przy wjeździe do kopalni piaskowca – tam zostawiliśmy samochód i przekraczając szosę weszliśmy na skały Huzarskiego Skoku. Dziwna nazwa, nieprawdaż? Mówi się o huzarze, który w czasie wojny o Śląsk w XVIII wieku, uciekając przed wrogiem, zmusił konia do skoku ze skały w Bóbr płynący wtedy u podstawy. Skoczył i przeżył. Koń też. Desperacki wyczyn żołnierza stał się znany i pamiętany.

Teraz przeciętny mieszkaniec okolic nie zna przebiegu tamtej wojny, zapewne spora grupa nawet nie wie kto z kim i o co walczył, ale nazwa została. Ten nierzadki przecież fakt zadziwia mnie i przynosi swoiste pocieszenie. Oto królowie wszczynają wojny wysyłając tysiące ludzi na śmierć dla swojej chwały i myślą, że wykuwają wiekopomną historię, a w dwieście lat później nikt poza pasjonatami i naukowcami nie wie o nich, natomiast w zbiorowej pamięci ludności nadal żyje chwila z życia tamtego anonimowego człowieka. Jest jeszcze jeden aspekt tej historii: otóż zbrojnie przestawiane granice z kamiennymi słupami, traktaty podpisywane przez VIPy, a nawet bieg rzeki, okazują się mniej trwałe od słowa. Czegoś niematerialnego i zdawałoby się, że tak ulotnego. Słowa bywają trwalsze od kamieni.

Skoro odbiegłem od tematu, czyli od skał i jaskiń, pozwolę sobie na jeszcze jedno a propos.

Cała nasza historia jest niekończącym się wykazem prowadzonych wojen, a te zawsze oznaczały dla zwykłych ludzi cierpienie, śmierć, utratę dobytku, poniewierkę, niewolę, głód i płacz. Wiek za wiekiem przez wiele tysiącleci aż do teraz i zapewne w nieodgadnioną przyszłość. Zmuszając ludzi do rozpaczliwej walki o życie, do czynów szalonych, potrafimy być dumni z zachowania tych zaszczutych ludzi starających się przeżyć w nieludzkich okolicznościach wojny. Chlubimy się naszymi generałami i bohaterami, pomniki im stawiamy, a ich samych uznajemy za wzory do naśladowania. A przecież pierwszy kazał zabijać, drugi zabijał i w obronie życia decydował się na czyny szaleńcze.

Nienaturalność tego po raz pierwszy uświadomiłem sobie patrząc w Londynie na pomnik Wellingtona. Ile jest pomników poświęconych ludziom wojny, a ile ludziom słowa, nauki i pokoju?

Po co to wszystko? Przecież wystarczy po prostu cieszyć się życiem i pięknem naszej Ziemi.

Nigdy w historii Polski nie zdarzyła się tak długa przerwa w wojnach jak obecnie trwająca. Zawsze ojciec miał swoją wojnę, dziad i wnuk swoje, przynajmniej po jednej. Może jednak zostanie tak jak jest? Może w Europie wojna jest już historią? Niech tak będzie.

Wtedy należałoby tylko rozprawić się ze współczesnymi Wandalami podjeżdżającymi drogimi samochodami nad rzekę żeby wyrzucając worek ze śmieciami zaoszczędzić pięć złotych.



Jeszcze słowo, dla mnie jak najbardziej a propos, o gdańskiej tragedii na impresie WOŚP.

Nie znałem zabitego prezydenta, nie interesuję się polityką, ale powiedziano mi o kilkakrotnym wybieraniu go przez mieszkańców na stanowisko prezydenta, a fakt ten w mojej ocenie świadczy o jego fachowości i zaangażowaniu. Tak więc porządny człowiek został publicznie zabity przez jakiegoś śmiecia na imprezie dobroczynnej, która od wielu lat łączy ludzi w naszym kraju. Słyszałem o narastającej nienawiści między ugrupowaniami politycznymi, o barbarzyńskich zwyczajach, o ciągłej nagonce na Owsiaka i o jego rezygnacji z prowadzenia fundacji. Te fakty jakoś tak silnie połączyły się we mnie z tamtą dawną historią wojenną i z ludźmi podjeżdżającymi samochodami nad Bóbr dla wyrzucenia śmieci.

Czuję niechęć do ludzi żądnych sławy, władzy i pieniędzy, a siebie mających za ukoronowanie aktu stworzenia. Czuję głęboką niechęć do ludzi fanatycznych i mających przeświadczenie o swojej misji do wykonania, do ludzi siejących nienawiść, a odnoszę wrażenie, że ten gatunek homo rozprzestrzenia się w Polsce jak zaraza, a jego wpływy rosną.

Dość, bo ilekroć pomyślę o takich ludziach, tracę wiarę w prawdziwość drugiego członu naszej nazwy gatunkowej.



Huzarski Skok jest skalnym pionowym uskokiem wysokości do 10 metrów i długości około stu metrów, a zbudowany jest z jasnych piaskowców. Wznosi się bezpośrednio nad wysychającym starym korytem Bobru, teraz porośniętym drzewami. Obok pospolitych wierzb iw i olsz, wiele tam jest rzadko spotykanych (albo rzadko rozpoznawanych) wiązów. Jaskiń jest tam sporo, więcej niż w znalezionych opisach, aczkolwiek do większości należałoby się wczołgiwać. Te większe są jasne, powiedziałbym, że są pogodne, ponieważ wypłukane są w żółtym, niemal białym piaskowcu, a nie w czarnych skałach.

Widzieliśmy przynajmniej dwa drzewa w zadziwiający sposób radzące sobie w miejscu, w którym wypadło im żyć. Stojąc na samym brzegu urwiska, korzeniami szukały ziemi, a znalazły dopiero kilka metrów niżej. Monstrualne korzenie wyglądały jak cielsko obżartego węża. Patrzyłem na nie czując obawę i niechęć – jakbym faktycznie widział wielkiego węża.





Czwartymi odwiedzonym miejscem była najbardziej znana grupa skał wznoszących się w samym Lwówku. To Lwóweckie Skały nazywane też Szwajcarią Lwówecką.

Fantazyjnością i różnorodnością kształtów Skały przypominają najładniejsze miejsca w Górach Stołowych. Podobnie jak tam, chwilami ma się wrażenie nierealności, patrzenia raczej na dzieło grafika komputerowego opracowane na potrzeby filmu fantasy, niż na kamienną rzeczywistość.

Szlak biegnie przy podstawie skał, później zakręca w sosnowym lesie (sudecka rzadkość) i pnie się wśród kamieni na płaską wierzchowinę. Na zielonej łące stoją ławy i stół, są drzewa, i gdyby nie postawione niedawno barierki przy przepaściach, trudno byłoby dowiedzieć się o byciu tak blisko urwiska. Stojąc tuż przy krawędzi, widać obłe głowy kamienni, między nimi i około 30 metrów niżej parking z samochodami i domy miasteczka – kontrast zwracający uwagę. Po drugiej stronie doliny czekają na nas kolejne skały i wzgórza.

Doczekają się na pewno.







8 komentarzy:

  1. Oj, oj... były ciekawe momenty, a my szliśmy oddzielnie.
    Żałuję teraz, że nie byłem świadkiem Krzyska koziołków. Ale po drugiej stronie ja na zboczu również nie zdążyłem za swoim butem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc mamy remis, chociaż myślę, że mój lot ku ziemi był efektowniejszy. Był też tak szybki, że raczej nie zdążyłbyś użyć lustrzanki „ku pamięci” :-)
      Janku, dobrze, że nie musiałem wołać Cię przez telefon.
      A swoją drogą popatrz, jakie teraz buty robią!: człowiek nie nadąża za nimi. Kiedyś inaczej było...

      Usuń
  2. Uff. Gorąco było! Szwajcarię Lwówecką lubię, zwiedzaliśmy ją z dziećmi, a parking w Żerkowicach źle mi się kojarzy. Gdy dzieci były małe, zawsze siė tam zatrzymywaliśmy na... "rzyganko" Marzenka ma silnę chorobę lokomocyjną i nawet leki nie pomagały.
    A w okolicach kamieniołomu w Płakowicach jechałam rowerem w czasie jednego z maratonów. Niesamowite są te skały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anno, to był naprawdę moment, przestraszyłem się dopiero po wstaniu.
      Jak czytam, trochę znasz tamte okolice, Aniu. Ja dotychczas znałem tylko Szwajcarię. Teraz, wiedząc o ładnych miejscach, na pewno przyjadę tam ponownie. Zresztą, już obaj ustaliliśmy, że wrócimy, wszak trzeba nam znaleźć jaskinię, a są i inne miejsca do poznania.
      Taka choroba u dzieci w obecnych czasach musi być bardzo uciążliwa w podróżach. Matylda przełamie passę :-)

      Usuń
  3. Jak ciekawie napisane, z wielką przyjemnością czytam Twoje wpisy. Wszystko co opisujesz jest takie namacalne jakbym sama tam była. Przykre, że mieszkam niedaleko Lwówka i jeszcze nie byłam zobaczyć "Szwajcarię Lwówecką ", z pewnością zrobię to wiosną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Aleksandro.
      Nie pisz o przykrości. Pomyśl sobie tak: oglądanie tych ładnych skał jest przede mną! W zasadzie to samo, ale lepiej brzmi. Jest tutaj oczekiwanie na miłe wrażenia.
      Skały są przy głównej ulicy wyjazdowej, jest przy nich parking, więc wycieczka jest wygodna. Wystarczy parę popołudniowych godzin. Przyznam, że dla mnie Skała z Medalionem wygląda nie gorzej, a może i lepiej, ponieważ wznosi się w lesie, na stoku góry, nie w mieście, a dojazd też jest dogodny. W razie potrzeby służę opisem.

      Usuń
  4. Ludzie chyba nie maja potrzeby poznawania swojej najbliższej okolicy, a mówię to z własnego doświadczenia; kiedyś z niedalekiej miejscowości pod Przemyślem wiozłam deski podłogowe; tylko przymocujcie je mocno, żeby mi nie powypadały z przyczepki - zaśmiałam się; a dokąd pani jedzie? - wymieniałam nazwę wioseczki; a gdzie to jest? zaskoczyło mnie to pytanie, bo tylko kilkanaście kilometrów dalej na południe:-) więc nie dziw się, że mieszkańcy Sichowa mogą nie wiedzieć o pobliskich cudeńkach, a może to i dobrze? dziwi mnie to wyrzucanie śmieci na brzeg rzeki, też to u siebie obserwuję, bodaj liście w taczkach przywiezie nad Wiar i wyrzuci, albo trociny, a przecież można skompostować; niesamowite te skałki, wręcz jakby efekty specjalne, stworzone przez komputer:-) ale jak to tak, jesienią byliście, że nie widzę ani skrawka śniegu:-) piękne okolice, warte zobaczenia, i mnóstwo ciekawostek, jak widać z mapy; pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Mario.
      Często jestem zaskoczony, gdy w rozmowie z kimś z rodziny dowiaduję się o temperaturze na Lubelszczyźnie. Przez te lata przywykłem do wyższych, wszak Leszno leży na południowym krańcu Wielkopolski, blisko Dolnego Śląska, a to najcieplejszy rejon Polski. Dzisiaj oczywiście byłem na łazędze, z rana przymroziło, było minus 9, w południe myślę, że około zera na słońcu, no i dlatego trochę śniegu się utrzymało. Wiesz jak jest: gdyby pojechać ze sto albo dwieście metrów wyżej, na pewno śniegu byłoby więcej.
      Ja też zauważyłem, że ludzie nie znają swojej okolicy. Pewnie mają wydeptaną ścieżkę do swoich miejscowości, a na urlop jeżdżą gdzieś dalej. Zresztą, wiele lat mieszkam w Lesznie, a znam tutaj kilka ulic. I wcale nie mam chęci poznawać więcej, ponieważ dla mnie Leszno jednoznacznie kojarzy się z zimą (wszak letniego miasta nie znam) i z karuzelami.
      Twoje okolice są ładne, takie, jak kaczawskie pogórze, ale sądząc po zwracaniu przez Ciebie uwagi na skały, chyba masz ich mniej niż ja w Kaczawskich… :-)
      Wyrzucone liście to jeszcze pół biedy, chociaż oczywiście masz racje pisząc o kompostowaniu, ale butelki, folie, plastiki? Dla mnie to zgroza. Czasami chciałbym złapać kogoś na gorącym uczynku, miałbym „używanie” nad nim.

      Usuń