060119
Chełmy na Pogórzu
Kaczawskim.
Sichów, Sichowskie
Wzgórza, Leszczyna, czerwonym szlakiem pod Rosochę w pobliżu
Stanisławowa, szlakiem rowerowym do Leszczyny, wzgórza i jary pod
Prusicami, powrót do Sichowa.
Prognozy pogody nie
były dobre, ale pojechałbym nawet gdyby zapowiadano burze śnieżne
i zawieruchy. Ostatni raz wyjechałem w moje góry w listopadzie,
więc jechać musiałem, co zrozumie każdy nałogowiec. Innym nie
mam szans wytłumaczyć przemożnego, nieliczącego się z niczym,
pragnienia wędrówki, które wygania mnie na szlak nawet wbrew
rozsądkowi. Bywa, że w związku z wyjazdem pojawia się myśl o
wstawaniu nad ranem i całym dniu spędzonym na zimnie w jedyny
dzień, który mógłbym spędzić leniwie i w cieple po tygodniu
wielogodzinnej pracy w zimnym i śmierdzącym warsztacie, jednak
rzadko w odpowiedzi pojawia się chęć zostania. Najczęściej
słucham tej myśli nieco z boku, jakby nie moją była, ponieważ
wiem, że racjonalne przecież argumenty za zostaniem nie będą się
liczyć. To ubezwłasnowolnienie, jak przy nałogu.
Jeśli zdarzy mi się
nie pojechać, jak w grudniu z powodu choroby, tygodniami wraca do
mnie myśl o straconej okazji i podsuwa mi wyobrażenia obrazów,
które ominęły mnie. Ciekawe, czy alkoholik też wraca myślą do
dnia, w czasie którego nic nie wypił, i czy szkoda mu wtedy
nieprzeżytych chwil przy flaszce…
Wiele razy
zastanawiałem się nad przyczynami odczuwanej tęsknoty, zawsze z
jednakim skutkiem: dodawanie kolejnych powodów bynajmniej nie
zamykało listy. Miewałem wrażenie mijania się z istotą tęsknoty,
z powodem najgłębszym, a wtedy ta moja potrzeba włóczęgi
wydawała się bardziej do miłości podobna niż do nałogu.
Dlaczego kochamy? Tutaj też wszystkie powody jakie mogą przyjść
do głowy są wtórne lub cząstkowe, i dopiero uznanie, iż kochamy,
ponieważ on, ona, jest, zamyka listę. Wygląda na to, że tak też
jest z moimi wędrówkami.
Trafnie to ujął
nieznany mi z nazwiska człowiek chodzący w góry: Dlaczego idę w
góry? Bo są.
Dlaczego ją kocham?
Bo jest.
Oto przykład
podobieństwa moich wędrówek do miłości.
Wybrałem się na
skraj Pogórza Kaczawskiego, a był to powrót po trzech latach. W
pamięci tkwiły obrazy i wspomnienia wrażeń, które cicho i
cierpliwie nakłaniały mnie do ponownego ich zobaczenia i przeżycia.
W końcu, namówiony ich szeptem, pojechałem do Sichowa i od
przejścia Sichowskich Wzgórz zacząłem dzień.
Ubrałem się jak na
zimny i mokry dzień, na chodzenie po błotnistych polach. Przez parę
godzin padał suchy drobny śnieg więc nie zmokłem, było cieplej
niż myślałem, ale faktycznie ziemia pól była rozmięknięta.
Założyłem moje ulubione buty (szczerze powiedziawszy wszystkie są
ulubione), na tyle masywne i grube, że nie boją się całodniowego
chodzenia po błocie. A skoro one się nie bały, to ja też, i w
rezultacie wróciłem umazany jak dzieciak po zbadaniu wszystkich
kałuż w sąsiedztwie.
Kilka najwyższych
szczytów okolicy można od biedy nazwać górami, cała reszta jest
niewielkimi pagórkami, ale w swoich ocenach nie wiążę wysokości
szczytów z ich urokiem, chociaż wyraźna jest tam granica między
lubianymi wzgórzami a monotonną równiną, ponieważ tamta okolica
jest kresem pogórza. Stojąc na stoku, za sobą i po bokach mając
klasyczne pogórze z łagodnymi wzgórzami i urozmaiconą rzeźbą
terenu, a na wprost widzi się bezbrzeżną równinę, ponad którą
wystaje jedynie komin huty w Legnicy.
Dobrze się tamtędy
chodzi, jak właściwie całymi Górami Kaczawskimi. Drogi, jak i
zbocza wzgórz, nitki drzew nad strumieniami, linie lasów i uskoków
obsiadłych czereśniami i głogami, wiją się łagodnie i
przenikają wzajemnie. Czasami wystarczy przejść niewiele kroków,
żeby inaczej zobaczyć otoczenie, i właśnie dla tych urokliwych
metamorfoz bywa, że nie tyle idę, co się szwendam po okolicy.
W Leszczynie
zagubiłem się. Oczywiście winą obarczam mało czytelną mapę, na
której polna droga bywa tak samo zaznaczona jak boczna asfaltowa
szosa, mapę o zbyt małej skali, ale prawdą jest też moje
gapiostwo. Nie zajrzę do mapy na rozstaju, zapomnę, zagapię się,
zamyślę, zasłucham, w rezultacie budzę się nie tam, gdzie być
chciałem. W wiosce pewny drogi skręciłem w ulicę mającą
doprowadzić mnie do drugiej wioski, ale niewiele dalej wszedłem w
las widząc ślady kamieniołomu i tablice informacyjne. Kopano tam
kiedyś skały zawierające miedź, działały też piece do
wytapiania, a kamieniołom nazwano Ciche Szczęście.
Potrzeba dużej
dawki ironii lub humoru, żeby kamieniołom nazwać cichym
szczęściem.
Patrzyłem na szkic
terenu i coś mi nie pasowało. Po chwili kręcenia głową doszedłem
przyczyny: to miejsce powinno być zaznaczone z drugiej strony szosy,
a jeśli na tablicy jest dobrze zaznaczone, to... szedłem w stronę
przeciwną do zamierzonej. Wróciłem na skrzyżowanie dróg w wiosce
i tym razem kręciłem mapą. Poszedłem drogą, która wydawała się
najodpowiedniejsza, ale po pięciuset metrach i ona pokazała mi
figę. Wtedy dopiero zrozumiałem powód mojego kręcenia się: w
wiosce główna szosa zatacza krąg i zawraca, a dla oszukania mnie
ma parę ślepych odnóg. Machnąłem ręką i poszedłem ładną
polną drogą wysadzaną drzewami owocowymi. Niestety, drogą tą
prowadził szlak. Udało mi się przejść trasę i wyjść we
właściwym miejscu, na brzegu Stanisławowa, ale dwukrotnie
zawracałem i dwakroć zakląłem. Kaczawskie szlaki oznaczał pijany
drwal, to nie ulega wątpliwości. Ot, rozwidlenie dróg, a na nim
żadnego znaku. Na wydeptanym szlakach skręciłbym w wyraźniejszą
drogę, ale nie można tak zrobić na nieuczęszczanym szlaku, a
takie tutaj przeważają. Następny znak może być po stu, a
nierzadko bywa po dwustu metrach, co zależne było od nastroju
drwala lub ilości wypitej przez niego gorzały. Więc idzie się
setki metrów, a później wraca i próbuje znaleźć znak na drugiej
odnodze. Czy wiecie już, dlaczego bardzo rzadko chodzę szlakami?
Jednak na ten szlak chętnie wrócę, ponieważ wiedzie brzegiem
meandrującego strumienia, a po obu stronach wznoszą się ładne
wzgórza.
Boczna dróżka
wyprowadziła mnie na wyraźny dukt, zatrzymywałem się tam i
rozglądałem szukając jakiekolwiek znaku, ale nie znalazłem.
Skręciłem dobrze orientując się według słońca, ale wątpię,
czy idąc w przeciwną stronę skręciłbym z prostego duktu w
niewyraźną odnogę. Jakie wnioski? Drwalowi należy odebrać pędzel
w zamian dając pełną flaszkę. Niech się chłop napije, bo wielce
utrudzony jest malowaniem.
Gdy wyszedłem z
lasu pod wioską, jęknąłem oczarowany i zaskoczony. Tam jest tak
ładnie, jak w Trzmielowej Dolinie, jak na południowych zboczach
Maślaka i Dudziarza. Tam jest tak ładnie, jak tylko w moich górach
się zdarza. No, czasami jeszcze na Pogórzu Izerskim, niech się
Pierwsza Dama nie burzy. Zdjęcia nie oddają urody tamtych miejsc,
prószył śnieg a powietrze było mgliste, ale nic to, wrócę i
poznam każdą dróżkę okolicy, każdy strumyk i wzgórek.
Drogę powrotną do
Leszczyny pamiętałem z pierwszej wędrówki tutaj, dla odmiany
wiodła szerokimi przestrzeniami pól; pamiętałem też, jak dojść
do ładnych wzgórz za wioską.
Tamte miejsca są
takie… zwyczajne, ale trzy lata temu zauroczyły mnie, a dzisiaj
okazało się, że urok trwa nadal. Trudno mi powiedzieć, dlaczego
tak podobają mi się tamtejsze wzgórza. Może wyjątkową
falistością linii pól?
Może swoim kontrastem z równiną widoczną
po drugiej stronie szosy, a może dlatego, że mam je za opuszczone,
nieodwiedzane, samotne? Nie raz zdarzyło mi się odwiedzać miejsca
po uznaniu ich za opuszczone przez wszystkich, więc może i z tymi
jest podobnie.
Znalazłem tam dwa
wielkie bloki betonowe, najwyraźniej wykopane z ziemi i tam
zawiezione. Policzyłem, że ważą po 8 ton, więc potrzebny był
dźwig. Myśliwi coś kombinują? Zapewne tak. W dwóch mijanych
masywach leśnych słyszałem strzały, widziałem wielu mężczyzn z
armatami i wiele ich stalowych rumaków. Wystrzelają wszystkie sarny
i jelenie, kurcze. U siebie sprawdziłem obliczenia, przeszacowałem
ciężar właściwy, ale niedoszacowałem objętość, w sumie wynik
wyszedł mi poprawny. Żeby tak udawało mi się zarabiać, albo
promować siebie, jak udaje się w pamięci przeliczać te wszystkie
jednostki, ech.
W czwartek przez
kilka godzin pracowałem na kolanach, nie dało się inaczej. Już
tego dnia wieczorem wiedziałem, że przemęczyłem ściśnięciem
mięśnie nóg, a na drugi dzień wiedziałem to wyraźniej. Jeszcze
i dzisiaj, gdy rano wyszedłem na szlak, czułem mięśnie. Teraz,
pod koniec dnia, nogi miałem po prostu obolałe jakbym na jakieś
Kilimandżaro wszedł, a przecież miałem jeszcze zobaczyć
wypatrzone z kosmosu jary pod Prusicami. Jest ich tam wiele wśród
pól, wszystkie obsiadłe drzewami, przecież nie mogłem pominąć
je będąc tak blisko. Poszedłem. Gdy tłusta ziemia pola oblepiła
mi buty, już nie szedłem a wlokłem się, ale dwa jary poznałem.
Pierwszy jest klasyczny: stromy, miejscami urwisty, z wąskim dnem,
czyli V-kształtny, a jego głębokość oszacowałem na osiem
metrów. Podoba mi się w takich miejscach nagła zmiana perspektywy
i otoczenia. Za mną równe, zielone i rozległe pola, a wystarczy
parę kroków, by znaleźć się w ciemnym i wilgotnym gąszczu
żywych i martwych drzew, a na dnie zobaczyć połyskującą strużkę
wody – sprawcę istnienia tej niemałej formacji geologicznej.
Na brzegu szosy
starannie oczyściłem buty z przylepionej ziemi i poszedłem. Nogi
dostały skrzydeł, ale tylko na chwilę. Nic to. Do samochodu miałem
ponad 3 km, zaczynał się zmierzch, ale przecież marsz szosą nawet
po ciemku nie jest niebezpieczny.
Gdy u wylotu
wiejskiej ulicy zobaczyłem samochód, uśmiechnąłem się.
Wyjechałem, wędrowałem, wróciłem. Dzień wykorzystałem.
Bardzo ciekawe tereny, jak popatrzyłam na mapę, różnego rodzaju ruiny: młyn, wiatrak, folwark, piece, pałac, dwór, do tego słupy bazaltowe, kamieniołomy, no i przy pałacu tulipanowce, bardzo ciekawe drzewa kwitnące rzeczywiście jak tulipany, tylko skierowane kielichem w dół; pewnie w Kaczawskich jesteś już swój, co niektórzy mieszkańcy przyzwyczaili się do wiernego wędrowca w tonacji "khaki":-) regularnie nawiedząjącego te tereny; to był wypad 1-dniowy?
OdpowiedzUsuńW dostrzeganych szczegółach otoczenia widzę Marię :-) Przyznam, że mniej interesują mnie budowle, może dlatego, że większość z nich, w tym pałace, jest w ruinie. Niemal w każdej wiosce stoi rozlatujący się pałac, a te odnowione policzyć można ma palcach. Ruiny smucą mnie bardzo. Tulipanowiec zauważyłem na mapie, ale czasu zabrakło. Mam w planach wrócić tam, chociaż to drzewo wolałbym zobaczyć w porze kwitnienia..
UsuńMario, góry z pogórzem zajmują chyba z tysiąc kilometrów, to naprawdę rozległy teren. W tamtych stronach byłem po raz drugi dopiero, a żeby poznać je nieźle, potrzeba wielu dni, zwłaszcza przy moim szwendaniu się niewiele mającym wspólnego z planową turystyką.
Teraz jeżdżę tylko na niedziele, ale obiecuję sobie wyjazdy dwudniowe gdy będą ładniejsze dni.
Ludzie ciężkiej pracy potrafili być również romantykami.
OdpowiedzUsuńDawne kopalnie pirytu w Rudawach Janowickich nosiły nazwy: Nadzieja i Nowe Szczęście. Dzisiaj są tam jeziorka: Purpurowe i Błękitne.
Janku, a może właściciele nadali nazwę „Nadzieja” myśląc o nadziei nowych zysków?
UsuńJa mam swoje szczęście: nie trafiłem do kamieniołomów, mam też nadzieję (właściwie pewność) nietrafienia tam w przyszłości, chyba że jako zwiedzający.
Byłem w niejednym starym kamieniołomie, w paru byliśmy razem, więc pamiętamy, jak urokliwe to mogą być miejsca, gdy przyroda jako tako zabliźni ślady ludzkiego trudu.
Dobrze, że zdrowie Ci już dopisuje. Radość bije z Twojego tekstu. „Bo jest” to najlepsza odpowiedź, a za nią wreszcie nie ma nic.
OdpowiedzUsuńTak, każdy widok inny - porównywałam bawiąc się w „Znajdź szczegół”. :) Ten sam, a jednak inny. Jesteś uważnym obserwatorem, doświadczaczem natury. Może wymaga to treningu, a może to kwestia duszo-serca. W moim mieści się zdecydowanie za mało. W tym roku podczas pobytu w górach bałam się patrzeć, bo nie sposób tak wiele zapamiętać i wziąć ze sobą. Za dużo.
Ironia z Cichym szczęściem w kamieniołomie miedzi, niezrównana lecz smutna.
Aha, czyli szlaki są gorsze od spontanicznych wyborów. Piękne jest to nowe, odkryte miejsce podobne do Trzmielowej doliny.
Myśliwi, bloki - fe. czy to się kiedyś skończy?
A zdjęcia jaru, pewnie ich nie masz?
Chomiku, zrobiłem kilka zdjęć, ale wyszły kiepskie. Nie dość, że było blisko zmierzchu, to i jar zarośnięty jest drzewami i ciemnawo tam nawet w południe. Zobaczę, może chociaż jedno wybiorę i dodam pod tekstem.
UsuńNie pisz tak o swoim sercu, proszę. Jesteś kobietą, masz je lepsze od mojego męskiego. Gdyby miało być inaczej, świat zawaliłby mi się na głowę.
A z nadmiarem wrażeń może tak być, chociaż jest prosta metoda, często stosowana przeze mnie. Nie spieszyć się. Zatrzymać dla wysłuchania się do końca, dla uporządkowania myśli i wrażeń, dla ich posmakowania. Że nie dojdziesz tam, gdzie dojść miałaś? No to co? Bardzo często nie daję rady przejść planowanej trasy z powodu nieśpieszenia się, ale przecież żaden w tym problem. Problem byłby wtedy, gdyby gonić na szlaku.
Szlak jest wygodny, jeśli jest dobrze oznakowany. Zauważyłem, że w popularnych górach najważniejsze szlaki są dobrze oznaczone, i ich przejście nie sprawia kłopotów. Inaczej jest w moich górach, gdzie mało jest turystów i PTTK wie o tym. Dlatego kieruje swoje ograniczone środki finansowe tam, gdzie więcej ludzi chodzi.
Iść bez szlaku jest fajnie, ma się większą frajdę i wrażenie prawdziwej wędrówki, ale w nieznanych górach, w dużych masywach leśnych, jest to nieco niebezpieczne. Może dnia zabraknąć dla powrotu. Mnie przeszkadza na źle oznaczonym szlaku konieczność uważnego patrzenia na drzewa i szukania znaków, a przecież nie dla ich znalezienia idę na wędrówkę.
Jedno zdjęcie znalazłem jako takie, ale robione blisko źródła, czyli tam, gdzie jar miał niewielką głębokość. Może lepsze byłyby zdjęcia gdyby zejść na dno i pójść niżej z biegiem strumienia, czyli tam, gdzie stromo i głęboko, ale byłem wtedy mocno zmęczony.
Chyba nie mam czasu, czuję - może błędnie. Czasami możemy się mylić, sam to wiesz.
OdpowiedzUsuńZamieść, to nic, że niedoskonałe.
Zdjęcie zamieściłem :-) Zapewniam, że jar widziany naocznie czyni wrażenie, a zdjęcie jak to zdjęcie. Kiedyś szedłem kamienistym dnem jaru stromo wznoszącego się po zboczu. Pamiętane chwile.
UsuńZ czasem i ja mam kłopot. Może my za bardzo go gonimy? Popatrz, Ania zwolniła, nie goni czasu, i… ma czas. Pozazdrościć jej.
Dziękuję. Próbuję go sobie wyobrazić i dopisać przestrzeń. Zdaje się głęboki ze stromymi zboczami. Niebezpieczny.
UsuńAni zazdraszczam (słowotwórstwo) i z ciekawością przyglądam się.
Chomiku, taki jar może być niebezpieczny, ale tylko wtedy, gdy koniecznie chce się zejść na dno w najbardziej stromym miejscu. Góry, górki i takie jary zawsze były i są dla ludzi rozważnych i ostrożnych. Mnie właśnie rozwagi zabrakło na chwilę, i fiknąłem koziołka, jednak cechą najważniejszą takich miejsc jak te jary (a jutro jadę w lasy Chełmów by przejść głęboki i długi jar), jest ich urok dzikości.
UsuńWydaje mi się, że „zazdraszczam” mówi się na Górnym Śląsku, może Anna wyjaśni jeśli trafi tutaj.
Ja też jej zazdroszczę miejsca zamieszkania i czasu.
Taki polukrowany świat. Niczym pączki w tłusty czwartek. I to ciągłe wrażenie podobieństwa naszych gór.
OdpowiedzUsuńPodobieństwo jest, owszem: Góry Kaczawskie sięgają sporo za Bóbr :-)
UsuńAniu, a dlaczego napisałaś o polukrowanym świecie?