Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą głazy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą głazy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 maja 2026

SUWALSZCZYZNA, część IV, ostatnia

 280426 do 040526

 Granice są sztucznym tworem człowieka. Dzielą jedną przestrzeń, wytyczają podziały tam, gdzie ich tak naprawdę ich nie ma. Miasto kończy się na linii wytyczonej z centymetrową dokładnością, pasmo górskie zaczyna się dokładnie na dnie doliny, państwo na środku rzeczki albo brzegu łąki. Tak jest na zdjęciu niżej: łąka jest polska, las już litewski.

 Bywa też, że granica dzieli jeziora – jak tego na zdjęciu niżej. Widać je na mapie ze stykiem trzech granic. Oczywiście poszedłem tam zobaczyć tę linię wykreśloną na wodzie jeziora, ale okazała się być niewidoczna :-(



Skusiła mnie droga biegnąca blisko granicy, a nawet jej dotykająca; widać to miejsce na mapie. Przy drodze stoi słup graniczny i tam przekroczyłem granicę aby z terenu Litwy zrobić zdjęcie. W innym miejscu, widząc polną dróżkę biegnącą od granicy w głąb Litwy, chciałem tam pójść, ale na myśl o ewentualnym spotkaniu z pogranicznikami, wypytywaniem i kontrolą dokumentów, zrezygnowałem, jednak nie uniknąłem kontroli. Idąc drogą blisko granicy usłyszałem samochód, obejrzałem się, był zielony. Po chwili zostałem poproszony o dowód osobisty. Oczywiście całe zdarzenie przebiegło spokojnie, nawet chwilę porozmawialiśmy. Wyraźnie widoczna była u tych ludzi wprawa, fachowość, umiejętność szybkiego oceniania ludzi.

Styk trzech granic

 





Nie wiem, dlaczego pociągają mnie granice. Wiem, że nie tylko mnie. Pojechałem nieco dalej na północ, do miejsca styku granic trzech państw: Polski, Litwy i Rosji. Nic ciekawego tam nie ma poza samym stykiem granic, a jednak zbudowano parking dla turystów i asfaltową ścieżkę prowadzącą do tego miejsca – jednego z sześciu takich styków na granicach Rzeczpospolitej. W czasie swojej siedmiodniowej wędrówki po Suwalszczyźnie w paru tylko miejscach widziałem turystów, między innymi właśnie na tym trójstyku. Nie krytykuję, skąd!, przecież i ja tam byłem; to jedynie konstatacja.

Ścieżka biegnie równolegle do granicy z Litwą w odległości kilkunastu metrów, oczywiście nie ma tam żadnych tablic z zakazami ani tym bardziej ogrodzeń. Natomiast na obu pozostałych granicach, czyli polsko-rosyjskiej i litewsko-rosyjskiej, są ogrodzenia i zwały drutu żyletkowego. Dotykałem go, na pewno jest bardziej skuteczny z ranieniu ciała niż tradycyjny drut kolczasty. Ta różnica – swoboda przechodzenia jednych granic, a kamery i zasieki na drugich, robi silne wrażenie.

Wspomnę jeszcze o małej rzeczce, Czernicy, przepływającej tuż obok. Jest podróżnikiem, globtroterem, skoro wypływając z Polski, na chwilę wpływa do Litwy, a następnie decyduje się na poznanie Rosji.

Głazowiska

O ogromnej ilości głazów tkwiących z suwalskiej ziemi pisałem, ale o głazowiskach nie. Tak zwane są miejsca ich szczególnie licznego występowania.  



Poznałem dwa uznane za rezerwaty przyrody. W pobliżu pierwszego zbudowano nawet parking, ale samo głazowisko nie zrobiło na mnie wrażenia. Na wielu zwykłych łąkach widziałem więcej głazów niż w Bachanowie. Tuż obok jest kładka kończąca się podestem z widokiem na rzeczkę Czarna Hańcza – dla odmiany miejsce bardzo ładne i bezsprzecznie warte poznania.


 Natomiast z drugim głazowiskiem, Łopuchowskim, miałem kłopot. Nie tylko nie ma w pobliżu parkingu, ale nawet nie da się zaparkować na brzegu drogi, a cały rezerwat jest ogrodzonym terenem prywatnym. Za zgodą właściciela, samochód zostawiłem na podwórzu pobliskiego gospodarstwa i wszedłem w las. Drapałem się po chaszczach pod górę, przelazłem przez parę ogrodzeń, ale głazowisko poznałem całe. Robi duże pozytywne wrażenie, a i widoki z niego są ładne. Widziałem głazy na tle nieba, zasłaniające dal. Warto było ryzykować rozdarcie spodni i nie tylko.

Jeziora 



Niewiele ich poznałem, ale dużo widziałem. Dostęp do brzegów bywa utrudniony zaroślami albo tablicami zakazującymi wejścia. Byłem nad jeziorem Hańcza (pierwsze zdjęcie). Jest najgłębsze w Polsce, dno jest nieco ponad sto metrów poniżej lustra wody. Z tablicy informacyjnej dowiedziałem się, że woda w nim waży 118 milionów ton. Ciężkie jezioro! Dodam, że jest też bardzo czyste, co widziałem na własne oczy. Widziałem też Wiżajny, wioskę i jezioro o tej samej nazwie.  
Miłośnicy kajaków czy żaglówek, ale też zwolennicy leniwych urlopów na plaży, znajdą na Suwalszczyźnie naprawdę ładne miejsca, a także dobrze urządzone. Widziałem wiele urządzeń służących turystom, a niemal wszystkie nowe, w dobrym stanie, porządnie zrobione.

 Różności

Przez kilka godzin szedł ze mną duży pies, widać go na paru zdjęciach. Mając obok siebie tego milczącego towarzysza uświadomiłem sobie, że my, ludzie, za dużo gadamy.

 Zajrzałem do starego cmentarza ewangelickiego. W lesie, wśród drzew, są zaniedbane, nieodwiedzane groby dawnych mieszkańców krainy. Nie mieli łatwego życia. Na przykład ewangeliccy autochtoni zostali uznani przez władze III Rzeszy za Niemców i wcieleni do wojska, a ci, co przeżyli i wrócili do swoich domów, zostali wypędzeni albo skazani na więzienia przez władze PRL. Czy żyją potomkowie człowieka, który w tym grobie jest pochowany? Czy wiedzą o tym miejscu?

 


Kadry z wiosek Suwalszczyzny. Spotyka sią stare opuszczone domy, ale niewiele. Zdecydowana większość jest zadbana, sporo jest nowych. Na drugim zdjęciu widać osiedle ładnych domków. Byłem już daleko od nich, ponad sto metrów, a jeszcze słyszałem dudnienie z głośników wystawionych na dwór przez właściciela jednego z tych domów. Jak dla mnie z tego powodu wartość sąsiednich domów spada do symbolicznej złotówki.

 Wszędzie widziałem takie same tabliczki informujące o… właściwie o czym? Powinny wskazywać numer posesji, ale ten jest napisany tak małymi cyferkami, że trzeba być tuż przy tabliczce aby go odczytać. Wyobraziłem sobie podróżnego, który przyjechał do wioski Szeszupie i szuka właściwej posesji. Czego się dowiaduje z tablic? Że jest w wiosce Szeszupie. Jak powinna wyglądać taka tablica, widać na drugim zdjęciu, tyle że jest to tablica zamówiona przez właściciela, a nie jakiegoś urzędnika w powiecie jak ta pierwsza i setki innych, takich samych.

Obrazki ze szlaku

 Mieszkańcy Suwalszczyzny palą drewnem. Stosy tego opału widuję i na Roztoczu, ale nie w takiej ilości jak tam widziałem. Rozmawiałem z człowiekiem rąbiącym drewno u siebie na podwórzu, skomentował ten fakt krótko: „a czym palić?” Ciekawe, kiedy Unia się do nich dobierze...

 Mało rośnie tam dzikich róż, tarnin i czereśni, ale wyjątkowo dużo jarzębin, olsz i grusz.

 


Nie tylko grusze miały swoje gody.



 Na pewnych wzgórzach podziwiałem liczne i wyjątkowo malownicze sosny. Te drzewa w słoneczny dzień wyglądają przepięknie, zwłaszcza gdy są wiatrem pokręcone.

 Droga wzdłuż granicy. Po prawej widać słupek graniczny. Ludzie w domu po lewej mieszkają dosłownie na skraju Polski. Niżej zamieszczam mapę z zaznaczonymi miejscami wędrówek. 

Statystyka: w ciągu siedmiu dni na szlaku byłem 72 godziny, a przeszedłem 132 kilometry. Licznik w samochodzie wskazał 950 kilometrów.






poniedziałek, 11 maja 2026

Suwalszczyzna, część I

 SUWALSZCZYZNA

280426 do 040526

 
Głazy i pagóry – najbardziej charakterystyczne cechy krainy.

Gdzieś daleko na północy w zimie napadało na tyle dużo śniegu, że cały nie stopniał w cieplejsze miesiące. Następnej zimy proces się powtórzył, śniegu przybyło. Jeśli opady i temperatury były odpowiednie, z czasem śniegu było na tyle dużo (kilkanaście metrów), że pod własnym ciężarem zaczyna zmieniać się w lód, a ten, pchany po zboczu i ściskany, stał się na tyle plastyczny, że powoli, w tempie dziesiątek (ale nawet i setek) metrów na rok spływał w dół. Każdego roku śniegu przybywało, w końcu po wielu wiekach jego grubość w Skandynawii sięgnęła nawet 4 km, a w północnej Polsce kilometr. Niewyobrażalny ciężar pełzającego lodu powodował kruszenie skał gór i wyrywanie materiału z dna Bałtyku i ich niesienie na południe. W końcu nastąpiła równowaga: ilość nowych opadów wyrównała się z ilością topniejącego śniegu, w efekcie czoło lodowca zatrzymało się. Były jeszcze wahania, gdy nieco się cofnęło na północ, albo odwrotnie – popełzło dalej na południe. W miejscach topnienia czoła lodowca zbierał się wszelki materiał skalny tkwiący w lodzie, a był to proces powtarzalny: topnienie, nasuwanie się lodowca i dalsze topnienie, w efekcie w takich miejscach zaczęły tworzyć się zwały głazów zaokrąglonych toczeniem, piasków, żwirów i glin, z czasem urastające w pokaźne wzgórza i wydłużone pasma wzniesień. W wielu miejscach ogromne kawały lodu zostały przykryte tym materiałem i latami topniały dając początek obecnym zagłębieniom z jeziorami, wodnymi oczkami i mokradłami. To wszystko trwało przez tysiąclecia, a lodowiec ostatecznie wycofał się na północ około 12 tysięcy lat temu. Wyobraźcie sobie taki krajobraz: wszędzie zwały gliny, piasku, skalnego kruszywa i głazów, mnóstwo rzek i rozlewisk, i nigdzie śladu nawet zieleni. Szaro-czarno-brązowy księżycowy krajobraz. Suwalszczyzna przed stu dwudziestoma wiekami.

Sukcesja była dość szybka: w miarę ocieplania się klimatu zaczęły pojawiać się rośliny, brzozy zapewne były wśród pionierów. Później pojawili się ludzie, a z nimi, oprócz wojen i granic, kolejne przeobrażenia krainy spowodowane działalnością gospodarczą.

Na koniec zjawił się tam, skuszony famą o urodzie krainy, autor tych słów i westchnął z ukontentowania.

Wyjazd na Suwalszczyznę miałem w planach dwa lata, ale dopiero w ostatnich dniach kwietnia tego roku udało mi pojechać. Po sześciu godzinach spędzonych za kierownicą dotarłem do Rutki Tartak, wioski 4 kilometry od granicy z Litwą. Tam doświadczyłem pierwszego zaskoczenia. Otóż widząc normalną, to znaczy zadbaną zabudowę, porządne ulice, chodniki, sklepy, zrozumiałem, że podświadomie spodziewałem się zobaczyć biedną osadę złożoną z paru zaniedbanych domów i dziurową drogę. Podobnego zaskoczenia doświadczyłem jeszcze kilka razy. Na przykład w pobliżu styku trzech granic, czyli styku Polski, Litwy i Rosji. Idąc do tego miejsca od parkingu przechodzi się obok zabudowań gospodarstwa rolnego. Stodoła stoi jakieś 70 metrów od Litwy. Nie ma tam ogrodzenia, można przechodzić, może więc ludzie tam mieszkający chodzą na Litwę na grzyby? Jednak to tylko uwaga poboczna. Chodzi o potoczne wyobrażenie pogranicza jako pustego i zaniedbanego gospodarczo obszaru, po którym tylko patrole krążą i kruki. Otóż nie. W pełni normalne życie toczy się do samej granicy. Widziałem pola, widziałem ogrodzone łąki, przylegające do granicy. Człowiek rąbiący drzewo za tamtą stodołą miał za sobą ledwie parę dziesiątków kroków Polski, ale żył dokładnie tak samo jak ten pod Łowiczem.

Wracam do „mojej” wioski. Niewielki dom, na pięterku ładnie urządzone trzy pokoje z łazienkami, cena wynajmu taka, jaka była w popularnych miejscowościach turystycznych 10 lat temu. Przez okno widziałem las na widnokręgu, był już litewski.

Przez siedem dni wstawałem około szóstej i przez 10 - 11 godzin poznawałem drogi i bezdroża Suwalszczyzny. Aura była dla mnie łaskawa: co prawda dwa dni były na tyle zimne, że miałem na sobie trzy swetry i rękawice, silny wiatr chciał mi przemrozić uszy (nie dałem się, mając zimową czapkę i ciasno zapięty kaptur) raz padał śnieg z gradem, ale w pozostałe dni było słonecznie i dużo cieplej. Jeśli już o aurze piszę, wspomnę o klimacie tam panującym. Wiadomo, że Suwalszczyzna jest polskim biegunem zimna; nie doświadczyłem tego, ale widziałem skutki. W dniach, w których na Roztoczu brzozy mają już w pełni rozwinięte liście, olsze zaczynają się zielenić a czereśnie i tarniny już przekwitły, tam widziałem pierwsze zielone mgiełki na brzozach, czarne jeszcze olsze i kwitnące śliwy tarniny.

 Dwa dni kręciłem się w pobliżu granicy, w pięć pozostałych poznawałem uroki Suwalskiego Parku Krajobrazowego.

Jak tam jest? Po prostu pięknie. Pagóry, pofałdowane pola i łąki, zielone zbocza – takie cechy krajobrazu cenię bardziej od strzelistych turni gór typu alpejskiego. Dlatego upodobałem sobie Góry Kaczawskie i pogórza sudeckie, dlatego podoba mi się zachodnia część Roztocza, i z tego samego powodu spodobała się Suwalszczyzna. Postaram się wrócić tam.

Nie mam w zwyczaju, ani nie czuję potrzeby, zapewniania sobie luksusów czy spędzania czasu w restauracjach lub w miejscach oferujących popularne rozrywki dla turystów. Jadę aby patrzeć na dzieła Natury, te ludzkie raczej mniej mnie interesują. Żywiłem się suchym prowiantem nie tyle dla zaoszczędzenia pieniędzy (chociaż w pewnej mierze też) co raczej dla oszczędzania czasu, jednak raz pojechałem do zachwalanej restauracji. Byłem ciekaw smaku regionalnych potraw w których głównym składnikiem są ziemniaki. Wziąłem taki zestaw próbek kilku dań. Były bardzo dobre, a cena przystępna.

 Zdjęć, zapisanych wrażeń i spostrzeżeń, mam tyle, że rozdzielę je na 3 albo 4 wpisy.

Obrazki ze szlaku


 Rutka Tartak, wioska w której mieszkałem.

 Zimny wiatr goni w moją stronę burzę śnieżną.


 
Zabudowania Suwalszczyzny. Może mniej jest tam bogatych posiadłości, ale biedy nie widać. Owszem, są stare, rozpadające się domy, ale nie jest ich więcej niż na Roztoczu, na pewno mniej niż w Sudetach.

 Czarne, zimowe jeszcze ściany lasów i takież olsze porastające liczne tam oczka wodne, strumienie i mokradła.

 Strumienie.

 Kilka z nich przechodziłem bez mostków włócząc się bezdrożami. Na przykład ten bród był głębszy niż wysokość moich butów, ale dzięki ochraniaczom udało mi się nie nabrać wody.

 Wzdłuż tego dwumetrowej szerokości strumienia szedłem sto czy dwieście metrów szukając dogodnego miejsca, ale znalazłem tylko taki „mostek” zrobiony ze słupa energetycznego. Kilka lat temu po prostu z marszu przeszedłbym po nim, teraz musiałem długo się skupiać i zapewniać siebie, że potrafię przejść. Faktycznie, udało się nie wpaść do wody.



 Mokradeł jest mnóstwo. Niemal każde zgłębienie terenu ma swoje, ale nie są duże. Różny jest ich stan: od obfitujących w wodę, z olszami tkwiącymi wysokimi korzeniami w lustrze czarnej wody, po wysychające, rozpoznawane jedynie po kępach szuwarów.

Statystyka: na szlaku byłem 72 godziny, a przeszedłem łącznie 132 kilometry. Licznik w samochodzie wskazał 950 kilometrów.

Mapy szlaków.