SUWALSZCZYZNA
280426 do 040526
Głazy i pagóry – najbardziej charakterystyczne cechy krainy.
Gdzieś daleko na północy w zimie napadało na tyle dużo śniegu, że cały nie stopniał w cieplejsze miesiące. Następnej zimy proces się powtórzył, śniegu przybyło. Jeśli opady i temperatury były odpowiednie, z czasem śniegu było na tyle dużo (kilkanaście metrów), że pod własnym ciężarem zaczyna zmieniać się w lód, a ten, pchany po zboczu i ściskany, stał się na tyle plastyczny, że powoli, w tempie dziesiątek (ale nawet i setek) metrów na rok spływał w dół. Każdego roku śniegu przybywało, w końcu po wielu wiekach jego grubość w Skandynawii sięgnęła nawet 4 km, a w północnej Polsce kilometr. Niewyobrażalny ciężar pełzającego lodu powodował kruszenie skał gór i wyrywanie materiału z dna Bałtyku i ich niesienie na południe. W końcu nastąpiła równowaga: ilość nowych opadów wyrównała się z ilością topniejącego śniegu, w efekcie czoło lodowca zatrzymało się. Były jeszcze wahania, gdy nieco się cofnęło na północ, albo odwrotnie – popełzło dalej na południe. W miejscach topnienia czoła lodowca zbierał się wszelki materiał skalny tkwiący w lodzie, a był to proces powtarzalny: topnienie, nasuwanie się lodowca i dalsze topnienie, w efekcie w takich miejscach zaczęły tworzyć się zwały głazów zaokrąglonych toczeniem, piasków, żwirów i glin, z czasem urastające w pokaźne wzgórza i wydłużone pasma wzniesień. W wielu miejscach ogromne kawały lodu zostały przykryte tym materiałem i latami topniały dając początek obecnym zagłębieniom z jeziorami, wodnymi oczkami i mokradłami. To wszystko trwało przez tysiąclecia, a lodowiec ostatecznie wycofał się na północ około 12 tysięcy lat temu. Wyobraźcie sobie taki krajobraz: wszędzie zwały gliny, piasku, skalnego kruszywa i głazów, mnóstwo rzek i rozlewisk, i nigdzie śladu nawet zieleni. Szaro-czarno-brązowy księżycowy krajobraz. Suwalszczyzna przed stu dwudziestoma wiekami.
Sukcesja była dość szybka: w miarę ocieplania się klimatu zaczęły pojawiać się rośliny, brzozy zapewne były wśród pionierów. Później pojawili się ludzie, a z nimi, oprócz wojen i granic, kolejne przeobrażenia krainy spowodowane działalnością gospodarczą.
Na koniec zjawił się tam, skuszony famą o urodzie krainy, autor tych słów i westchnął z ukontentowania.
Wyjazd na Suwalszczyznę miałem w planach dwa lata, ale dopiero w ostatnich dniach kwietnia tego roku udało mi pojechać. Po sześciu godzinach spędzonych za kierownicą dotarłem do Rutki Tartak, wioski 4 kilometry od granicy z Litwą. Tam doświadczyłem pierwszego zaskoczenia. Otóż widząc normalną, to znaczy zadbaną zabudowę, porządne ulice, chodniki, sklepy, zrozumiałem, że podświadomie spodziewałem się zobaczyć biedną osadę złożoną z paru zaniedbanych domów i dziurową drogę. Podobnego zaskoczenia doświadczyłem jeszcze kilka razy. Na przykład w pobliżu styku trzech granic, czyli styku Polski, Litwy i Rosji. Idąc do tego miejsca od parkingu przechodzi się obok zabudowań gospodarstwa rolnego. Stodoła stoi jakieś 70 metrów od Litwy. Nie ma tam ogrodzenia, można przechodzić, może więc ludzie tam mieszkający chodzą na Litwę na grzyby? Jednak to tylko uwaga poboczna. Chodzi o potoczne wyobrażenie pogranicza jako pustego i zaniedbanego gospodarczo obszaru, po którym tylko patrole krążą i kruki. Otóż nie. W pełni normalne życie toczy się do samej granicy. Widziałem pola, widziałem ogrodzone łąki, przylegające do granicy. Człowiek rąbiący drzewo za tamtą stodołą miał za sobą ledwie parę dziesiątków kroków Polski, ale żył dokładnie tak samo jak ten pod Łowiczem.
Wracam do „mojej” wioski. Niewielki dom, na pięterku ładnie urządzone trzy pokoje z łazienkami, cena wynajmu taka, jaka była w popularnych miejscowościach turystycznych 10 lat temu. Przez okno widziałem las na widnokręgu, był już litewski.
Przez siedem dni wstawałem około szóstej i przez 10 - 11 godzin poznawałem drogi i bezdroża Suwalszczyzny. Aura była dla mnie łaskawa: co prawda dwa dni były na tyle zimne, że miałem na sobie trzy swetry i rękawice, silny wiatr chciał mi przemrozić uszy (nie dałem się, mając zimową czapkę i ciasno zapięty kaptur) raz padał śnieg z gradem, ale w pozostałe dni było słonecznie i dużo cieplej. Jeśli już o aurze piszę, wspomnę o klimacie tam panującym. Wiadomo, że Suwalszczyzna jest polskim biegunem zimna; nie doświadczyłem tego, ale widziałem skutki. W dniach, w których na Roztoczu brzozy mają już w pełni rozwinięte liście, olsze zaczynają się zielenić a czereśnie i tarniny już przekwitły, tam widziałem pierwsze zielone mgiełki na brzozach, czarne jeszcze olsze i kwitnące śliwy tarniny.
Dwa dni kręciłem się w pobliżu granicy, w pięć pozostałych poznawałem uroki Suwalskiego Parku Krajobrazowego.
Jak tam jest? Po prostu pięknie. Pagóry, pofałdowane pola i łąki, zielone zbocza – takie cechy krajobrazu cenię bardziej od strzelistych turni gór typu alpejskiego. Dlatego upodobałem sobie Góry Kaczawskie i pogórza sudeckie, dlatego podoba mi się zachodnia część Roztocza, i z tego samego powodu spodobała się Suwalszczyzna. Postaram się wrócić tam.
Nie mam w zwyczaju, ani nie czuję potrzeby, zapewniania sobie luksusów czy spędzania czasu w restauracjach lub w miejscach oferujących popularne rozrywki dla turystów. Jadę aby patrzeć na dzieła Natury, te ludzkie raczej mniej mnie interesują. Żywiłem się suchym prowiantem nie tyle dla zaoszczędzenia pieniędzy (chociaż w pewnej mierze też) co raczej dla oszczędzania czasu, jednak raz pojechałem do zachwalanej restauracji. Byłem ciekaw smaku regionalnych potraw w których głównym składnikiem są ziemniaki. Wziąłem taki zestaw próbek kilku dań. Były bardzo dobre, a cena przystępna.
Zdjęć, zapisanych wrażeń i spostrzeżeń, mam tyle, że rozdzielę je na 3 albo 4 wpisy.
Obrazki ze szlaku
Rutka Tartak, wioska w której mieszkałem.
Zimny wiatr goni w moją stronę burzę śnieżną.
Zabudowania Suwalszczyzny. Może mniej jest tam bogatych posiadłości, ale biedy nie widać. Owszem, są stare, rozpadające się domy, ale nie jest ich więcej niż na Roztoczu, na pewno mniej niż w Sudetach.
Czarne, zimowe jeszcze ściany lasów i takież olsze porastające liczne tam oczka wodne, strumienie i mokradła.
Strumienie.
Kilka z nich przechodziłem bez mostków włócząc się bezdrożami. Na przykład ten bród był głębszy niż wysokość moich butów, ale dzięki ochraniaczom udało mi się nie nabrać wody.
Wzdłuż tego dwumetrowej szerokości strumienia szedłem sto czy dwieście metrów szukając dogodnego miejsca, ale znalazłem tylko taki „mostek” zrobiony ze słupa energetycznego. Kilka lat temu po prostu z marszu przeszedłbym po nim, teraz musiałem długo się skupiać i zapewniać siebie, że potrafię przejść. Faktycznie, udało się nie wpaść do wody.
Mokradeł jest mnóstwo. Niemal każde zgłębienie terenu ma swoje, ale nie są duże. Różny jest ich stan: od obfitujących w wodę, z olszami tkwiącymi wysokimi korzeniami w lustrze czarnej wody, po wysychające, rozpoznawane jedynie po kępach szuwarów.
Statystyka: na szlaku byłem 72 godziny, a przeszedłem łącznie 132 kilometry. Licznik w samochodzie wskazał 950 kilometrów.
Mapy szlaków.





























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz