Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

sobota, 15 kwietnia 2017

O miłości


150417

W pędzie dnia powszedniego bywa, iż usłyszę znaną melodię muzyki z filmu lub piosenki. Na ogół ledwie odnotuję fakt usłyszenia melodii i zaraz o niej zapominam, ale też zdarza się, i to wcale nierzadko, że ta melodia, czasami ledwie kilka taktów, uczepi się mnie i nucę ją, albo słyszę w sobie i bez nucenia. Bywa też, że ten stan ma swoje następstwo, to z kolei ciąg dalszy, zmieniony, ale przecież korzeniami sięgającymi do tego wszystkiego, co obudziła we mnie pierwsza przyczyna – kilka taktów dźwięków.

Dwa dni temu usłyszałem melodię graną jednym palcem na fortepianie; prostą, znaną i jakże urokliwą melodię z filmu Love story. Później melodia wróciła do mnie raz, drugi i kolejny, a wieczorem chciałem obejrzeć film. Poddałem się tej swojej chęci, i już to jedno zdziwiło mnie, ponieważ rzadko oglądam filmy; w ich oglądaniu przeszkadza mi poczucie tracenia czasu, zbyt wolnego dziania się, mojego nic nie robienia, co z kolei jest rezultatem odruchowego, nie wyrozumowanego przekonania, iż patrzenie na film mniej jest wartościowe od czytania.

Szaleństwo przeprowadzki za mną, przede mną kilka leniwych dni skróconej pracy (czyli 70 godzin tygodniowo, a nie 90) i wolnych wieczorów, więc wczoraj wyszukałem odpowiednią stronę internetu i obejrzałem Love story – po raz pierwszy od ponad ćwierćwiecza. 
Później, już pisząc ten tekst, przyszło mi do głowy, iż w mojej chęci obejrzenia filmu swój udział mogły mieć słowa o miłości przeczytane na zaprzyjaźnionym blogu.
Oczywiście popłakałem się w trakcie oglądania, a właściwie nie ja, tylko ta baba, która siedzi we mnie.

Tutaj pierwsza dygresja. Dwóch jest we mnie Krzysztofów: pierwszy ten płaczący, czujący, skłonny do zachwytów, a nawet egzaltacji, drugi patrzący analizującym okiem filozofa lub naukowca. Właśnie ten drugi zapytał, dlaczego właściwie wzruszają nas do łez zmyślone historie nieistniejących ludzi. Odpowiedź wydaje się być prosta: nie nad nimi się użalamy, a nad sobą, nieświadomie wyobrażając siebie na miejscu tamtych. Po zastanowieniu dodam drugi powód, rzadszy, ale istniejący: my tamtym zazdrościmy uczucia. Opłakujemy swoje minione miłości.

Pasowałoby tutaj przepisać chociaż część hymnu o miłości Pawła z Tarsu, ale przecież wszyscy znają te piękne słowa opisujące i chwalące najwznioślejsze uczucie, jakie może odczuwać człowiek. Nic nie wnosi tak wiele do naszego życia, nie czyni je tak kolorowym i wartościowym, jak miłość. Nic nie jest bardziej wytęsknione, oczekiwane, głębiej przeżywane. Nie ma w naszym życiu nic wartościowszego nad kochanie drugiej osoby, a jeśli ktoś ma inną skalę wartościowania, to coś z nim nie jest tak, jak być powinno. Owszem, nie samą miłością żyjemy, ale ona jest podstawą, fundamentem, na którym możemy postawić gmach naszego udanego życia. Bez niej prędzej czy później na ścianach pojawią się dokuczliwe rysy, albo gmach się zawali zostawiając nas z poczuciem pustki naszych dni i ich bezsensu, zwłaszcza, jeśli nie potrafimy tęsknić za miłością. Tak, tęsknota może być w takich sytuacjach substytutem uczucia. Dlaczego? Bo jej odczuwanie jest wyrazem potrzeby kochania, postrzegana bywa jako nasza umiejętność kochania, a więc podnosi nas we własnej ocenie.



Mój obraz miłości, jej praźródła i rola, jaką odgrywa w ludzkim życiu, ulegał zmianie nie tylko na skutek doświadczeń i lat, ale i wiedzy stricte naukowej. Pamiętam swój bunt odczuwany po dowiedzeniu się o fenyloetyloaminie, którą swego czasu okrzykniętą hormonem miłości, jako że w mózgu zakochanego jest go więcej i odpowiada za wiele objawów zakochania. Gdzieś tutaj  jest tekst o tym hormonie, a raczej o moim sprzeciwie.

Stary to tekst, ma kilkanaście lat, teraz bardziej stonowałbym słowa i nie protestował tak ostro, pogodziwszy się ze status qou, w czym pomogła mi odrobina posiadanej wiedzy o filogenetycznych uwarunkowaniach ludzkiego rozwoju.



Erotyka w całej swojej różnorodności form i w bogactwie wyrazów jest seksem przemienionym przez ludzką kulturę, a wyjaśnienie istnienia w nas potrzeby seksu (i związanej z nim przyjemności) jest najprostsze: nakłonienie nas do prokreacji.

Miłość między dwojgiem ludzi (ale niekoniecznie dwojgiem, jako że nie można odbierać prawa do niej związkom homoseksualnym) jest najwyższą formą erotyki; jest przejawem naszego ducha, tego, co w nas najlepsze. Kochając, najbardziej oddalamy się od przymusu genów, ale nie uwalniamy się całkowicie, ponieważ miłości erotycznej nie da się odłączyć od pożądania, a dalej od seksu i jego potencjalnych skutków. Wiek kochanków uniemożliwiający prokreację, ani niechęć innych par do posiadania dzieci, nie ma tutaj znaczenia, nic nie zmieniając, jako że przyczyny tkwią w nas głębiej i są poza sferą rozumową; właśnie dlatego użycie środków antykoncepcyjnych mało, albo wcale, nie zmniejsza apetytu na seks, a właściwie powinno.

Chciałbym widzieć w miłości uczucie wyłącznie moje, zależne od mojego ducha, a nie od produkowanego pod dyktando genów hormonu zalewającego mój mózg, jednak obecnie nie da się obronić takiego idealistycznego przekonania.

Czy to mi przeszkadza? Nie, ponieważ z tą wiedzą jest tak samo, jak z powszechną wiedzą o nieuniknionym końcu życia: ona jest jakby z boku, uświadamiana tylko czasami  i w gruncie rzeczy nie zmieniająca pragnień.

O tych wszystkich uwarunkowaniach i praprzyczynach się wie, miłość jest odczuwana i przeżywana.

Wszystkim, którzy zajrzą tutaj i dotrą do końca tekstu, życzę miłości, a im są starsi, tym mocniej jej życzę. Niech wasze mózgi pływają w fenyloetyloaminie, bo co prawda jej wytwarzanie uruchomią jakieś geny, to jednak ciepełko odczuwane w piersi na widok ukochanej osoby będzie tylko wasze.

Tak jak tęsknota za miłością.


Dopisek.
Na podobny temat pisałem już tutaj  przy okazji rozmowy w Octavio Pazem.


Człowiek to chemia, fakt. Łykniesz tabletkę przypisaną przez lekarza, i przestają Cię boleć mięśnie, bo dostarczyłeś im magnezu. Łykniesz inną, i świat eksploduje kolorami, bo podkręciłeś mózg meskaliną czy innym paskudztwem, ale, co gorsza, my sami, to znaczy nasz organizm, też wytwarza tego typu substancje aktywne psychicznie. Gdzie problem? Ano, łatwo powiedzieć, że przeżycia po zażyciu sztucznego psychodeliku są fałszywe, nieprawdziwe, i tak też będzie. Co jednak powiedzieć, gdy my sami wytwarzamy tego rodzaju substancje, i to nie tylko fenyloetyloaminę, która budzi takie wzburzenie, ale na przykład podobną do niej adrenalinę i na pewno inne?…
Trudno zaprzeczyć, iż w swojej pracy mózg używa mnogich substancji chemicznych, i wcale nie są to mazidła do smarowania jego zębatek. Sam fakt istnienia substancji psychoaktywnych jest bardzo znamienny: to tyle, co stwierdzenie, iż na stany naszego ducha ma wpływ chemia.
O prądach w nim buszujących też wiadomo, coś tam się słyszało o miliardach neuronów i nieskończonej ilości połączeń między nimi, więc chemia i fizyka naszego mózgu nie powinna wzbudzać emocji.

Przy odrobinie starań można dojść do ciekawego i wiele zmieniającego wniosku: nasze wspomnienia, przeżycia, upodobania, uczucia, wszystko, co o nas stanowi, nie jest zapisywane w mózgu tak, jak my to czujemy. Ten zapis to mnogość substancji chemicznych i zmiany układów połączeń naszych neuronów, a zarówno jedno, jak i drugie, nijak nie jest podobne do naszej tęsknoty za nią, ani do naszego upodobania górskich wędrówek.
Kiedyś, gdy miałem późną jesienią psychicznego dołka, lekarz chciał mi przypisać lek poprawiający nastrój, chodziło o uzupełnienie substancji brakujących organizmowi. Nie zgodziłem się z tego samego powodu, dla którego czułem bunt na wieść o fenyloetyloaminie i dla którego Ania nie zgadza się na chemię naszych uczuć: bo i ja i ona chcielibyśmy, aby wszystko, każde nasze uczucie i drgnienie serca, każdy nasz nastrój, każda radość i smutek też, były tylko nasze. Nasze, to znaczy zależne wyłącznie od naszego świadomego ja, od naszej duszy. 
Stoimy więc po tej samej stronie, moi czytelnicy, tyle że ja już nie buntuję się przeciwko wpływowi genów na nas, ani na chemię naszych uczuć. Pogodziłem się nie tylko z powodu wiedzy, ale i swoich przemyśleń.
W końcu te geny, które skłaniają nas ku osobom drugiej płci, też są nasze; w końcu wiadomo jest wszystkim, że nigdy nie mieliśmy i nie mamy pełnej władzy naszej woli nad swoim ciałem, w tym i mózgiem. Pomogła mi moja religijna obojętność, ponieważ dzięki niej łatwo mi przyszło ujrzeć człowieka nie jako kogoś z zewnątrz, kogoś z nieśmiertelną duszą i celami istniejącymi poza Ziemią i poza ziemskim życiem, a jako istotę wykształconą w toku ewolucji, tym samym podległą takim samym prawom i mechanizmom, jakim podlegają wszystkie żywe stworzenia Ziemi. Patrząc z takiej perspektywy, inaczej widzi się nasze wady i zalety, także nasze osiągnięcia. Bardziej dostrzega się nasze wyzwalanie spod wpływu genów, niż istniejącą jeszcze podległość. W tym historycznym i ewolucyjnym ujęciu także i sprawy zakochania się widzi się inaczej. O tyle inaczej, o ile nasze zachowania związane z seksualnością różnią się od zachowań naszych najbliższych kuzynów. To kwestia strony porównywania: nie do boskości, obojętnie jak ją definiować i gdzie jej szukać, a do naszej przeszłości.
Tego rodzaju myśli pomagały mi, pomagają nadal, w przyjęciu do wiadomości, iż nie władam całością swoich przeżyć psychicznych, a w moim zakochaniu się niemałą rolę odgrywają geny.



poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Dzień słońca, buków i pożegnania gór


260317
Popiel, Droga Wojenna w Górach Ołowianych, Świerkowy Dół, Janowicki Przełom, Ciechanowice, Krzywa Góra, Sośniak, wzgórza między Popielem a Sośniakiem, Popiel.


Wstałem o trzeciej, kwadrans po szóstej zaparkowałem samochód we wschodnich Górach Kaczawskich, ale wschód słońca oglądałem w czasie jazdy; wydaje mi się, że dzisiaj wstało wyjątkowo wcześnie, już przed szóstą.
Odrobinka mgiełki rozpłomieniona silnym słońcem ranka świeciła biało i perłowo, powietrze było rześkie, niebo idealnie błękitne, a na niebieskich odległością zboczach Karkonoszy błyszczał śnieg. Zwracał uwagę wyraźny kontrast kolorów: bliskie wzgórza, łąki i pola, oświetlone wczesnym słońcem, jeszcze nie pozbawionym barw, były ciepłe swoją zielenią i jasnymi brązami, nawet nagie drzewa widziałem takimi, natomiast na krańcach horyzontu przeważały niebieskości i biel – chłodne kolory zimy.

 Gdy popatrzyłem na wszystkie strony, gdy policzyłem i nazwałem widziane góry, poszedłem w dół pięknymi zboczami ku wiosce Świdnik. W takich miejscach jak ta dolinka z dróżką biegnącą jej środkiem, wyraźnie odczuwa się zmienność naszego postrzegania upływu czasu w zależności od nastroju i otoczenia, od przeżywania. Ta droga, jak tyleż jej koleżanek w tych górach, zawsze kończy się zbyt szybko, nawet jeśli idzie się wolno i przystaje chcąc wydłużyć chwile.
Szedłem w kierunku Gór Ołowianych, ponieważ wypatrzyłem na mapie nieznany mi Przełom Janowicki. Południowymi stokami tych gór płynie Bóbr, największa rzeka tych stron, a skoro jest przełom, to są skalne ściany i widoki. Postanowiłem pójść tam przez masyw Gór Ołowianych, po drodze odwiedzając Świerkowy Dół. Jest to głęboki jar ze strumieniem spływającym ze zbocza Brożyny 200 metrów w dół, do podnóża gór; miejsce dzikie i ładne lasami, stokami i wodą omywającą kamieniste dno strugi. Byłem tam parę lat temu, w chmurny dzień zimowy, miejsce mi się spodobało, a dzisiaj widziałem je odmienione, ładne inaczej. W słońcu, w ciepły dzień, zarówno strumień płynący dnem Dołu, jak i bukowy las porastający zbocza jaru, nabrały kolorów i wyrazistości, a strumień dodatkowo dźwięczności. 




Siedziałem na pniaku przy źródle i patrzyłem na wodę dobywającą się z środka ziemi; widziałem wybrzuszenie na niewielkiej tafli, ślad ciśnienia pchającego wodę ku światłu. Napełniłem kubek i powoli piłem, smakując. Siedziałem, patrzyłem i nie chciało mi się iść dalej, co zrozumie każdy, kto widział źródło i poświęcił mu chwilę.
Poszedłem w dół płytkim, kamienistym wąwozem, śladem starej drogi wiodącej tuż przy strumieniu, często zatrzymując się i patrząc na wodę pędzącą po kamieniach, albo na nieruchome buki wznoszące się na stromych tam zboczach. Wodzie i drzewom robiłem sesje zdjęciowe, próbując uchwycić obiektywem urok ruchliwej wody i nieruchomych drzew.
Strumień widziałem na całej jego długości, od źródła pod kamieniami górskiego stoku, aż do jego ujścia do Bobru, tyleż metrów niżej. Jest prędki, skaczący po kamieniach, dźwięczny, migotliwy; patrząc na niego, odczuwa się pragnienie.
O urodzie strumieni napisano całą bibliotekę, a kto pisał o bukach? Bardzo chciałbym wypełnić chociaż część tej luki, ale jakże słowami wyrazić to, co widzę i czuję, gdy patrzę na nie, albo gdy tęskniąc za wędrówkami, wspominam te drzewa?…




Mam w swoich górach kilka buków wyróżnionych pamięcią, odwiedzam je będąc w pobliżu, ale też dobrze pamiętam grupę buków imponujących wielkością, rosnących na brzegu lasu, przy dróżce wybiegającej na otwarte przestrzenie łąk, ale… nie pamiętam, gdzie je widziałem.
Wspominam wiele takich nie przypisanych do konkretnego miejsca buków; każdy z nich dokłada swoją cząstkę, sobie charakterystyczny szczegół, do obrazów budzonych we mnie na myśl o tych ładnych drzewach.
Pamiętam grupę buków oglądanych we mgle; były ciche, jakby uśpione, majestatyczne, surowe, ukrywające gałęzie we mgle; stojąc wśród nich, przez chwilę poczułem się jak wędrowiec mający parę dni drogi do ludzkich sadyb; jakbym był w nierealnym świecie stworzonym tęsknotą do życia w harmonii z naturą. Pamiętam buki widziane w deszczowy dzień zimy, gdy jedynym kolorem były liście buczków przycupniętych u stóp ołowianych olbrzymów w czarnych zaciekach deszczu, pod burym niebem. Wiele razy podziwiałem ich monstrualne korzenie rosnące tak, jak ciasto wylewające się ze zbyt małej dzieży: pęczniejące i wypełniające sobą wolną przestrzeń. Uroda brzóz jest dla mnie jednoznacznie kobieca, buki natomiast są męskie. Te drzewa są mocne, ich pnie prężą muskuły niczym niewolnik dobywający się z marmuru rzeźby Michała Anioła; stare okazy miewają liczne zgrubienia jak sterane pracą ciało cieśli, a ich potężne korzenie są wielkimi łapami chłopa nienasyconego w swoim pożądaniu ziemi. Pamiętam, gdzie sterczy próchniejący pień metrowej średnicy z mini dziuplami wydłubanymi dziobami ciekawskich ptaków, ale też noszę w sobie obrazy całych łanów bukowych młodniaków wystrojonych ładnymi brązami swoich liści; widzę nad nimi wysokiego, silnego, barczystego buka i wydaje mi się, że jego konary są jak skrzydła opiekuńczej kwoki kryjącej swoje pisklęta. Lubię jeść bukowe orzeszki, mają wyborny smak, a polna lub leśna dróżka przysypana łupinami bukwi jest dla mnie jednym z symboli złotej jesieni.
Razem ze strumieniem wyszedłem z lasu, a niewiele dalej przyszła pora pożegnania: strumień spieszył się do płynącego opodal Bobru, ja poszedłem boczną szosą na wschód. Lubię takie drogi. Mają szerokość samochodu, w swoim niezdecydowaniu nie potrafią stu metrów przebiec prosto, a ziemi ledwie się trzymają: gdy wspinają się po zboczu, wydaje się, że na jego szczycie polecą ku niebu, w które celują.
Gdy skończyły się zabudowania wioski i jej ogrodzenia, skręciłem na łąki. Ich otwarta przestrzeń zapraszała, a widoczna na tle nieba linia drzew nie zapowiadała gęstego lasu. Jakież było moje zdumienie, gdy stanąłem między nimi: rosły na krawędzi urwiska, a 20 metrów niżej Bóbr płynął zakolem, niemal pętlą.
Byłem na Janowickim Przełomie.
Podobne miejsce jest po drugiej stronie gór, pod Siedlęcinem: idąc od elektrowni stokiem pod górę, niespodziewanie dochodzi się do urwiska; w dole, między drzewami, migocze woda tej samej rzeki.
Widok przełomu jest przemawiającym do wyobraźni zobrazowaniem słów o tej cichej wodzie, która brzegi rwie. Przecież niemożliwe – mówi nasza wyobraźnia – żeby ta spokojnie płynąca woda tak wydrążyła skały góry; przecież skały są tak twarde, a woda miękka! Jednak możliwe, tylko nasza wyobraźnia sprawdza się w ludzkim przedziale czasu, bezradną stając się już wobec tysiącleci, a miliony lat są dla niej abstrakcją.
Gdy wyszukaną ścieżką zszedłem ku rzece, przeżyłem dwa miłe spotkania: zobaczyłem kilka przylaszczek, a gdy klęknąłem przy nich, na dłoni usiadła mi biedronka i wcale nie miała ochoty odlecieć.

Nieco dalej szedłem zielonym zboczem innego wzgórza. Zrazu było wysokie i strome, a malało w miarę nabierania wysokości, jakby poddawało się mi; szedłem wpatrzony w falistą, wyraźną linię granicy zieleni i błękitu, ziemi i nieba, bliskości i dalekości. Na jego obłym grzbiecie przywitały mnie dal, polny wiatr niosący niepokojące zapachy wiosny i skowronkowe śpiewy. Ponad dachami wioski, w oddali zobaczyłem nitkę drogi biegnącej zakolami po bezkresie pól i zapragnąłem pójść tam. Z mapy dowiedziałem się, że w pobliżu wznosi się Krzywa Góra, wzgórze najbardziej wysunięte na południe w moich górach i dotychczas mi nieznane.

Powinienem wyrażenie „wznosi się” dać w cudzysłów: parę razy otwierałem mapę w daremnym poszukiwaniu tej góry. Zlokalizowałem ją dopiero według przebiegu linii kolejowej, dróżki biegnącej obok i brzegów lasów, ponieważ sam szczyt jest małym wybrzuszeniem pola, niewidocznym już z odległości paru setek metrów. Nieco niżej płynie strumień Kręta (lub Zakręta), umowna granica Gór Kaczawskich.
Polami zielonymi od ozimin, pod niebem wybłękitniałym słońcem i ptasim śpiewem, poszedłem na północ, ku grupie wzgórz (ale takich prawdziwych, na których można się zasapać) między Sośniakiem a Popielem; tylko te dwa mają swoje nazwy, pozostałe są bezimienne, ale wszystkie zadziwiają widokami i własną urodą. Podchodząc zboczem jednych, widzi się w oddali potężniejące szczyty Gór Wałbrzyskich, na stokach innych zagląda się w głąb Gór Kaczawskich, w stronę Połomu, Skopca i Okola. Polubiłem tamte miejsca od pierwszych chwil włóczenia nimi, a kilka powrotów nie odebrało im uroku. Dzisiejsze godziny raczej dodały, wszak rzadko mam okazję widzieć swoje góry w słońcu. Od podstawy Popiela spływa ku wiosce dolina, która kiedyś, oglądana z przeciwnej strony, od Gór Ołowianych, zauroczyła mnie tak, że zmieniając plan dnia, poszedłem ku niej. Dzisiaj na jej zboczu odkryłem piękną kępkę świerków samotników. Gdy stałem pod nimi, w głębokim cieniu ich niskich i gęstych gałęzi, dolina widoczna pomiędzy nimi wydała się jeszcze ładniejsza: uwalniając się z więzów świerkowych korzeni, płynęła w dół jasna, uśmiechnięta, zapraszająca.


W godzinę później wszedłem na szczyt Popiela, chcąc z jego wysokości pożegnać dzień. Dla świerków była już noc, ale na gałązkach róży rosnącej obok słońce zapalało barwy zachodu.
Dal w górach ma barwy trudne do nazwania, lekko zaznaczone, niejednorodne, zmieniające się pod wpływem nawet niewielkich zmian oświetlenia. Daleka ściana Karkonoszy początkowo była niebieskoszara, kolor, jaki nabierają szare i ciemnozielone górskie zbocza oglądane z odległości wielu kilometrów. Później niskie słońce dodało do tej barwy odrobinę pyłku szafranowego, zmieniając w ten sposób jej urodę i temperaturę: stała się ciepła i ładna, jakby górski łańcuch poprószony został złotym pyłem. Zmiany w żadnej chwili nie były szybkie ani intensywne, ale wyraźnie widoczne i obejmujące całą dal. Każde pasmo górskie, niemal każdy szczyt, miały inne odcienie barw i podlegały indywidualnym przemianom zależnym od ich odległości, wysokości i ustawienia do słońca.
Gdy te zachodziło, wszystkie barwy przeniosły się na niebo, góry zostawiając coraz bardzie szare, niknące w mroku. Po zachodzie cała dal była czernią, która ostrą, nierówną linią odcinała się od intensywnych kolorów nieba dosłownie pałającego światłem.






Na bliskich krzewach i na trawach było inaczej: barwy intensywniały, jednocześnie tracąc jasność, a w końcu w ciągu ledwie minuty ten spektakl przemian załamał się: kolory zszarzały i znikły, a od dołu, po zboczu ze świerkami, szedł mrok. Tylko łuna na niebie intensywniała jeszcze długo.
Ociągając się, patrząc na zachód, schodziłem ku szosie, na której zostawiłem samochód.


Ten sezon minął wyjątkowo szybko. Każdy kolejny rok mija szybciej, każdy staje się cenniejszy.
W „Pustyni miłości” Francois Mauriac, francuski noblista, napisał o studni czasu, do której bohater powieści nie miał co wrzucić. Moja wypełnia się szybciej niż chciałbym – i tak jest dobrze, tak być powinno, mimo moich protestów.