Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

piątek, 28 października 2016

Słoneczny początek sezonu


231016
Kamieniczki przy rynku spały głębokim snem, w jednym tylko oknie widziałem światło. Ubrałem się, cicho zamknąłem drzwi samochodu, rozciągnąłem kije i ruszyłem. W zupełnej ciszy metaliczny stukot ich grotów o trotuar wydawał się tak głośny, że mógł obudzić – tak pomyślałem – śpiących mieszkańców. Przeszedłem most nad Bobrem i skręciłem w boczną drogę; od niej gdzieś tutaj powinien odchodzić dukt z czarnym szlakiem. Na otwartej przestrzeni rozwidniało się, ale w lesie, między drzewami, noc była jeszcze czarna. Raz i drugi podszedłem do drzew rosnących na poboczu chcąc rozpoznać znaki majaczące na ich pniach, ale nim zdecydowałem się na wyciągnięcie latarki z plecaka, znalazłem szlak i zacząłem podejście. Gdy na szczycie rozległego wzgórza wyszedłem z lasu, dzień dopiero zaczynał się; stanowczo zbyt wcześnie wyjechałem, czemu nie ja jestem winien, a moja zachłanność. Tak jak przeziębiony bierze pierwszą dawkę leku podwójną, chcąc z całą siłą zaatakować chorobę, tak ja, gnębiony głodem drogi, chciałem nasycić się nią od razu, wziąć pełną, maksymalną dawkę leku; w rezultacie na drugi dzień chodziłem jak na szczudłach, czując w łydkach ból przemęczonych mięśni. Przyznać jednak muszę, iż kuracja okazała się być skuteczna, chociaż zapewne na krótko, na kilka dni.
Teraz uświadomiłem sobie, iż napisałem porównanie w stylu Homera; fascynująca jest siła oddziaływania myśli człowieka żyjącego niemal trzy tysiące lat temu.
Przez kilka miesięcy przerwy w sudeckich wędrówkach trochę zapomniałem ile czasu zajmują przygotowania. Przejrzałem zawartość plecaka (a noszę w nim mnóstwo różności na wszelki wypadek), naładowałem akumulatory latarki, telefonu i aparatu foto, zapakowałem zapasowe skarpety i sweter – a to tylko przykłady. W drodze przyszły mi do głowy słowa zdolne opisać jakąś myśl, otworzyłem mapnik i wtedy okazało się, że zapomniałem kartki i długopisu, ale tylko tych dwóch drobiazgów, więc wynik dobry, jak na moje gapiostwo.
Parę lat temu przeszedłem ładną, widokową trasę, dzisiaj przeszedłem ją w odwrotnym kierunku. Chyba niemożliwe już jest wybranie nieznanej mi drogi w tych górach, takiej na cały dzień marszu. Postanowiłem więc przypomnieć sobie tamten szlak, po drodze odwiedzić znajomych, poznać sąsiednie dróżki i skróty (czytaj: pokręcić się po okolicy), ale też zobaczyć okolicę patrząc na nią z drugiej strony, jakby zza pleców, ponieważ dawno temu zauważyłem, iż ta sama droga oglądana w drodze powrotnej wygląda inaczej. W rezultacie w niedzielę, trzy kwadranse przed świtem, zaparkowałem na rynku we Wleniu, a o wschodzie słońca byłem na jednym z moich miejsc widokowych.
Pamiętałem je z poprzednich wędrówek – to miejsce powinno być zaznaczone na mapach dużą gwiazdką punktu widokowego. Byłem tam sam, a na całej, bez mała trzydziestokilometrowej, trasie spotkałem tylko troje ludzi. Jednym z nich był spotkany w Chrośnicy kilka godzin później fotograf, miłośnik historii Gór Kaczawskich; mój rozmówca wspomniał, iż będąc na Okolu nie spotkał tam nikogo – w piękny słońcem i kolorami dzień złotej jesieni. Dodał też, że w Szklarskiej i w Karpaczu jest tłok i że wkrótce popularność Gór Kaczawskich zwiększy się. Wtedy po raz kolejny uświadomiłem sobie, że wolałbym zachowanie status quo. Niech się ludziom wydaje, że ich zadeptany Karpacz jest najpiękniejszy, niech się tam tłoczą na chodnikach i ścieżkach, niech szukają wolnego miejsca w knajpach i na parkingach, zostawiając dla mnie Kaczawy.
Ludzie, przecież wiecie, że te góry nie są trendy! Powiecie znajomym, że byliście w Chrośnicy, a w odpowiedzi usłyszycie pytanie „co to jest?” i zobaczycie wzruszenie ramion, a gdy powiecie o Karpaczu, wszyscy z uznaniem pokiwają głowami. Nie przyjeżdżajcie, bo tutaj nic nie ma. Między Bolkowem a Wleniem nie znajdziecie ani jednego hotelu czterogwiazdkowego, o dyskotekach i barach piwnych nie wspomniawszy, więc jedźcie gdzie indziej.

W kwadrans później, gdy polną drogą, jedną z tych uroczych dróżek kaczawskich, schodziłem ku Czernicy, usłyszałem dziwny dźwięk. W pierwszej chwili nie poznałem go, ale od razu skojarzył mi się z dzieciństwem; po sekundzie przyszło rozpoznanie – to tętent biegnących koni. Wyszedłem zza przydrożnych krzewów różanych i zobaczyłem je: było ich kilkanaście, biegły w moją stronę. Stanęły w rzędzie kilkadziesiąt metrów ode mnie, patrzyliśmy na siebie. Po dłuższej chwili jeden z nich potrząsnął grzywą i pobiegł w bok, reszta ruszyła za nim. 


I tak jest dobrze. Z wiekiem zauważam u siebie rozmiłowanie w brzmieniu ciszy, ale i samotne tete a tete z drogą i z przyrodą cenię coraz bardziej. Jedynie dla paru szczególnych osób czynię wyjątki.
Wracam na widokowe wzgórze.
Świt był chmurny, bez kolorów, tylko na wprost widziałem niewielką plamę różu na ciemnym niebie. Po prawej stała zimna, sinogranatowa ściana Karkonoszy, ale wzrok biegł daleko po licznych górkach kaczawskich i jeszcze dalej, aż po najdalszy horyzont. W całej okazałości widać też jedno z tych małych, bezimiennych wzgórz, które zwykłem nazywać moimi z powodu ich urody. Po dzisiejszych chwilach dopisuję miejsce do mojej listy najpiękniejszych; będę tam wracać.
Nic nie zapowiadało zmiany aury, a jednak w godzinę później rozpogodziło się i zaświeciło słońce. Zobaczyłem złotą jesień.




Oczywiście bajecznie kolorowe klony czarujące mnie liśćmi prześwietlonymi słońcem, ale w tym pokazie jesiennych uroków tuż za nimi podążały dęby, graby, brzozy i oczywiście czereśnie. Przy drogach róże dosłownie obsypane są czerwonymi owocami – wiele z nich dźwigało błyszczące w słońcu kropelki wody – a pod stopami miałem lśnienie rosy na trawach. Festiwal kolorów i droga przede mną.
Oznaczonym szlakiem szedłem tylko wtedy, gdy pasował mi jego bieg; a gdy było inaczej, szedłem swoimi dróżkami albo na przełaj. W Czernicy porzuciłem szlak biegnący szosą i poszedłem ku Przełęczy Chrośnickiej południowymi stokami Kop. Jak to zwykle bywa w tych górach, łąki w pobliżu wsi są ogrodzone, czasami pasie się na nich bydło, ale z reguły ogrodzeniem jest gładki drut biegnący nisko, łatwy do przekroczenia, chociaż lepiej nie dotykać go gołą dłonią, ponieważ bywa pod napięciem. Myślę, że na wiosnę i w lecie lepiej byłoby nie przekraczać ogrodzeń, ale o tej porze roku pastwiska są już puste.
Wędrowanie bez szlaku, na orientację, brzegiem lasu i otwartych przestrzeni łąk lub pól, ma urok wyjątkowy nie tylko z powodu widoków. Przypomina prawdziwą włóczęgę, taką w rodzaju „gdzie oczy poniosą”, ale też jest urozmaicone. Omijać trzeba uskoki terenu lub rozlewiska wokół źródeł, przecinać jęzory lasu schodzące w dół lub przekraczać głębokie strumienie, schodzić w dolinki między zboczami i wchodzić na ich grzbiety, na spotkanie wiatru i dali. Nierzadko znajduje się urocze, zupełnie dziewicze miejsca, w których stawiałbym ołtarzyki Naturze. Tutaj rośnie kilka drzew tworzących ładny zagajnik schowany w fałdzie ziemi, tam dźwięczny strumyk skaczące po kamieniach, a dalej stoi stara, ale nadal owocująca, jabłoń otoczona wianuszkiem głogów. Dzisiaj spotykałem muchomory rosnące w dużych grupach, nawet po parędziesiąt okazów. Widok tych ładnych grzybów rosnących najczęściej pod brzozami, ukrytych wśród traw i opadłych liści, przy polnej drodze, w słoneczny dzień, sprawiał mi przyjemność i budził ciepłe wspomnienia. Na łące pod lasem spotkałem rodzinkę kani; największy grzyb był okazem zdolnym wypełnić sobą dużą patelnię. Przypomniała mi się uczta sprzed roku zafundowana mi przez żonę – smażone kanie. Z żalem musiałem zostawić te smakołyki, mając przed sobą kilka godzin drogi.


Podejście ku przełęczy biegnie stromym, zarośniętym żlebem; chyba tylko raz szedłem tamtędy, później już wiedziałem, że sto metrów dalej zaczyna się jasny i wygodny dukt, a przy nim tryska ze skalnej ściany woda z pobliskiego źródła. Ilekroć jestem tam, napełniam złożone dłonie wodą i piję. Tak pita woda, prawdziwie źródlana woda, smakuje inaczej od wody pitej z plastikowej butelki.
Idąc lasem w poprzek Chrośnickich Kop, spotkałem Jesień. Nie pokazała mi się tak, jak to zrobiła kilka lat temu w podleszczyńskim lesie, ale przecież znam ją i potrafię rozpoznać. Powiew wiatru był delikatny, w dole właściwie niezauważalny, a powietrze nagle zawirowało tysiącami lecących liści. Rozejrzałem się: wszędzie widziałem ich niezdecydowane, drżące, kołyszące się opadanie; wiele z nich osiadało na gałęziach lub na jeszcze wiszących liściach, ale zaraz z cichym szelestem zsuwały się i opadały niżej, a było ich tyle, że, zdawałoby się, zasypią ziemię. Zewsząd, z każdej strony, dobiegały mnie ciche, ale wyraźne, wielobrzmiące odgłosy opadania, ocierania o siebie i furkotania w powietrzu.
Ilekroć widziałem takie zbiorowe opadanie liści w spokojnym powietrzu, zawsze okazywało się później, że była tam pani Jesień – sprawczyni tego widowiska – dlatego jestem pewny jej obecności także tam, w lesie pod przełęczą, mimo iż tym razem nie widziałem jej.
Dalej była dróżka biegnąca przy strumieniu i jej odgałęzienie wiodące na Lastka. Stałem chwilę na rozdrożu i patrzyłem w stronę góry, z którą wiąże mnie tak wiele miłych chwil, ale byłem u szczytu pętli mojej trasy, samochód stał wiele kilometrów stąd, musiałem iść dalej; na Lastek wrócę już niebawem.
We wsi spotkałem fotografa, o którym już wspominałem; ucięliśmy sobie miłą pogawędkę, i uścisnąwszy dłonie ruszyliśmy swoimi drogami; może spotkamy się jeszcze na szlaku?
Zboczyłem z trasy żeby zajrzeć na dno doliny u stóp Wywołańca, bo po prostu ładne to miejsce, obszedłem dookoła górki w pobliżu Rząśnickiej Przełęczy, a na zboczu Babińca wspomniałem dziką gruszę siedzącą na miedzy gdzieś tutaj. Rozejrzawszy się zobaczyłem ją. Rok temu, w taki sam słoneczny dzień października, obwiesiła się gronami apetycznie wyglądających żółtych owoców, ale teraz najwyraźniej odpoczywała po tamtym wysiłku. Szedłem którędy chciałem, zostawiwszy szlaki i drogi, szedłem rozglądając się, jako że widoki są tam rozległe. Wszystkie większe góry znałem i rozpoznawałem, jednak czasami podejmowałem dyskusję z sobą samym na temat drobiazgu kaczawskiego. Przekonywałem, argumentowałem, albo popadałem w wątpliwości; gdy żaden z nas nie uzyskiwał przewagi, odwoływaliśmy się do mapy, a ta brała stronę jednego lub drugiego, albo obu pokazywała figę.
Szwendałem się. Parę razy siadałem na miedzy żeby wypić herbatę i pogapić się przed siebie, zatrzymałem się przy znajomych lipach wielopiennych, ale koniec drogi zbliżał się nieuchronnie. Minęła jedenasta godzina wędrówki, gdy groty kijów zastukały na wleńskim trotuarze.














środa, 19 października 2016

Czas i oswajanie przestrzeni


131016
Dwa razy w roku przeżywam swoją prywatną przeprowadzkę: z przemieszczającego się lunaparku do stacjonarnej siedziby firmy, z kampingu do pokoju w budynku. Zmianie ulega nie tylko otoczenie (które po tej ostatniej przeprowadzce zamiera na półrocze), ale rytm upływu czasu, rytm pracy i odpoczynku.
Ostrożnie wchodzę na ścieżki stare co prawda, ale trochę już zapomniane przez niemal siedem miesięcy jeżdżenia po Polsce. Nieco z boku obserwując siebie, ze zdziwieniem, chwilami także z rozbawieniem, zauważam, iż zmienić mi się muszą liczne odruchy ułatwiające poruszanie się w codziennym świecie, ponieważ co chwilę łapię się na odmienności otoczenia, na niedopasowaniu zwyczajów i swojego spodziewania. Inaczej stoi lodówka, inaczej trzymam laptopa siedząc w fotelu, a nie na krześle, w innym miejscu szukam przyborów toaletowych, odwracam się w niewłaściwą stronę chcąc powiesić zdjętą bluzę, bezradnie kręcę się po pokoju nie mogąc przypomnieć sobie zimowego miejsca przechowywania jakiegoś drobiazgu. Wymieniłem jeden pęk kluczy na drugi – lunaparkowy na warsztatowy - wiedząc, że w pierwsze tygodnie mylić mi się będą te klucze, że drzwi pokoju będę próbować otwierać kręcąc kluczem dwa razy, jak drzwi kampingu, ale później odruch ostatnich miesięcy zastąpi powracający stary.
Nie czuję wrogości przestrzeni wokół mnie ani nawet jej obcości, miewam jednak - teraz, w pierwsze dni – wrażenie jej zamienienia i swojego nienadążania. Po raz pierwszy miałem takie odczucia po powrocie z UK, gdy, na przykład, lewą ręką szukałem dźwigni zmiany biegów, drapiąc palcami po drzwiach samochodu, jednak teraz uświadomiłem sobie, jak liczne i jak potrzebne, a przy tym na co dzień niezauważane, są te nasze odruchy.

Pierwsze zakupy żywności, jakże odmienne od letnich, które ograniczały się do owoców, słodyczy i piwa. Omijając szerokim łukiem wędliny, kupuję ryby, sałatki, najróżniejsze przetwory warzywne – frykasy, których brakowało mi w firmowej kuchni. Do sklepu pojechałem swoim samochodem, znanymi mi ulicami, więc nie muszę zapamiętywać drogi powrotnej, znam ją. Zapomniałem wziąć telefon służbowy, ale to nic, jestem po pracy, teraz nie mam obowiązku całodobowego „bycia pod telefonem”.
Układam produkty w lodówce ze zdziwieniem konstatując, iż mogę stawiać opakowania jedne na drugich, w piramidę, skoro lodówka nie będzie przewożona razem z domem i nic się w niej nie przewróci.
Przez parę godzin kursowałem z wielką torbą między stojącym na dole kampingiem a pokojem, przenosząc wszystko i od razu układając na swoje miejsca (powiedzmy, że starałem się tak robić). Gdy po raz ostatni wszedłem do pustego kampingu, wydał mi się zimny i opuszczony dawno temu, nieprzytulny, za to pokój zimowy nabrał przytulności, stając się możliwym do zamieszkania. Najwyraźniej nasze rzeczy wokół nas są nam potrzebne do oswajania przestrzeni.
Rozejrzawszy się po moim już pokoju, przez uchylone drzwi szafy zobaczyłem cholewki butów górskich; kucnąłem i wyciągnąłem rękę dotykając ich cholewek. Wziąłem jeden, oglądałem chwilę, naciskiem palców przypominałem sobie jego solidność, czułem charakterystyczny, bardzo lubiany zapach skóry, w końcu but odstawiłem; już za parę dni zajmę się nimi, później założę je i pójdę. Podniosłem wzrok i spojrzałem w stronę fotela: wystają zza niego rękojeści kijów, a wyżej, spod niedomkniętych drzwiczek górnej szafki, wychylają się paski plecaka; nie pomaga ich upychanie, zawsze tak wiszą – jakby przypominały się. Już za kilka dni sięgnę po nie.
Otwierałem szuflady i patrząc na liczne drobiazgi, te przyniesione z kampingu i te zostawione tutaj wiosną, przy opuszczaniu pokoju, czułem w sobie mnogość wrażeń budzonych ich widokiem; wiem, że podobnie mieć będę na wiosnę, gdy na półce zajmowanego kampingu znajdę karteluszkę z moimi notatkami sprzed roku, albo drobiazg zostawiony przez żonę lub wnuczkę. Rzeczy mają zdolność przywoływania minionego czasu, albo inaczej: nasza pamięć łączy wspomnienia wrażeń, smutek lub radość chwili, całą ulotną piękność czasu - z rzeczami, w ten sposób odciskając w materii ślad naszego ducha.
Chyba zapędziłem się: ten ślad jest tylko dla nas czytelny i tak naprawdę jest w nas. Na dnie szuflady leży stary, mało już używany pendrive. Dla wszystkich będzie tym właśnie i tylko tym, jedynie moja pamięć mieści w nim ciepłe wspomnienia minionych lat.
Niżej, pod biurkiem, stoi duże tekturowe pudło z czarną plątaniną kabli, kabelków i przewodów w ilości nie do policzenia. Dla większości z nich nie ma już racji bytu, skoro nie istnieją urządzenia, które miały łączyć, ale nie mogę się zdobyć na ich uporządkowanie. Obok stoi pudło jeszcze większe, a w nim materialne dowody mojego umiłowania skórzanych butów górskich. Są tutaj zwoje sznurówek najróżniejszych, a jednak połączonych jedną cechą wspólną – tradycyjnym, czerwonym kolorem; są kupne smarowidła do skór i mikstury własnego wyrobu, wkładki i szczotki, nici i szare mydło, a nawet dratew i przebijaki robiące zgrabne otworki w skórze. Większość z tych rzeczy tak naprawdę nie jest mi potrzebna, a jednak… potrzebna, co zrozumie każdy majsterkowicz zagracający przydomowy garaż. W tej chwili ich przydatność jest zupełnie innego rodzaju: budzą mój uśmiech i przywołują miłe wspomnienia.
Siadam w fotelu i raz jeszcze rozglądam się po pokoju.
Nad biurkiem wisi kalendarz otwarty na stronie marca; powinienem wstać i przełożyć karty – myślę i nadal siedzę gapiąc się na kalendarz.
Czas…
Szkoda mi czasu. Ilekroć usypiam na siedząco, obiecuję sobie położyć się wcześniej spać, ale na początki wieczoru wypijam kawę żeby nie usypiać – i znowu kładę się późno i zbudzić się nie mogę.
Czas…
Zaraz wstanę i przełożę kilka kart kalendarza. Minie kolejne półrocze.

czwartek, 13 października 2016

Jesienne wrażenia i chwile


021016
Pełnia lata powoli zmieniła się w jesień, a ta najpierw eksperymentowała z kolorami słońca i barwami zachodów, teraz bawi się pędzlem i paletą impresjonisty, malując żółcią, czerwienią i brązem liście drzew. Patrzę na jej poczynania próbując nazwać swoje nastroje, wrażenia pojawiające się gdzieś na obrzeżach świadomości, echa budzone we mnie przemianami przyrody. Jak słowami wyrazić mam wrażenia, skoro te obywają się bez słów, skoro są jak wspomnienie smaku z dzieciństwa, albo jak widziany przez chwilę ślad jutrzenki na chmurnym niebie? Jak ulotność zamienić na słowa? W końcu usiadłem przy laptopie w nadziei pojawienia się słów zdolnych chociaż w części wyrazić to, co czuję, gdy zawieszę dłonie nad klawiaturą. Ta chwila jest czarodziejska: jest początkiem, niecierpliwością oczekiwania, nadzieją spełnienia, jest erotyką pisania, wstępem do aktu tworzenia. Czasami, tylko czasami, udaje się sztuka największa ze wszystkich z pisaniem związanych: wykorzystując słowa jako nośnik, pokazać drugiemu człowiekowi swój obraz świata, swoje wrażenia i chwile.
W tym największa trudność i największa wartość pisania.

Gdy wyszedłem z podziemnego przejścia idąc do sklepu, na skwerze przy chodniku zobaczyłem grupę drzew. Rośnie tam brzoza i kilka niewielkich lip; są nadal zielone, chociaż wśród liści wyraźne są już ślady jesieni, a w trawie pod nimi leżą pierwsze opadłe liście i mnóstwo języczków lipowych lotek z nasionami; tuż obok biegnie wąska ścieżka skrótu wydeptana w trawie. Świecące słońce uwydatniało barwy zieleni, żółci i jasnych brązów, a ścieżka, jak wszystkie one, zapraszała.
Pod wpływem tego zwykłego widoku zatrzymałem się zaskoczony siłą wrażenia - tego pierwszego, nie rozumowego, odruchowego, najbardziej autentycznego i przez to najcenniejszego. Otóż poczułem ciepło i radość. Po chwili ruszyłem dalej, śpieszyłem się, niewiele mając czasu do rozpoczęcia pracy i dopiero później, gdy myślami wróciłem do tej chwili, próbując zrozumieć swoją reakcję, dostrzegłem podobieństwo do ciepła i radości odczuwanych w chwili zobaczenia przyjaciela po długim niewidzeniu się lub żony po długiej rozłące. Widok, jakże typowy dla tej pory roku i dobrze znany, jest mi po prostu bliski.
Napisałem o cieple i radości jak o dwóch odczuciach, ale tak naprawdę jest jedno, radosne i ciepłe jednocześnie, a gdy podejmuję próby przyjrzenia się mu, odkrywam w nim liczne tony – jak zawsze, w każdym moim wrażeniu.
Dwadzieścia lat temu widziałem błyszczące w słońcu czerwone muchomory pod brzozami, wśród zielonych źdźbeł traw i żółknących liści. Zapamiętałem ten widok i tamtą chwilę. Jest dla mnie, obok wielu podobnych widoków i chwil przechowywanych pieczołowicie przez moją pamięć, symbolem, ideą właściwie, wczesnej jesieni – pięknej pory roku. Mam zdjęcia tych grzybów, zeskanowałem je ze starej kliszy i podpisałem wymownym tytułem: Te muchomory.


Jesień jest u mnie porą dużych zmian w pracy i zmiany rytmu upływu czasu: końcem sezonu karuzelowego, początkiem pracy stacjonarnej, w warsztacie, i jednocześnie początkiem jazdy swoim samochodem po ponad półrocznej przerwie.
Tak, brakuje mi jazdy moją vectrą; lubiłem i lubię kierowanie, zwłaszcza, gdy nie muszę pędzić. Może działa tutaj kontrast warunków jazdy między moim oplem a firmową starą ciężarówką, a może nie miałem jeszcze czasu przywyknąć, dość, że jazda tym samochodem jest dla mnie przyjemnością, pieszczeniem zmysłów, odpoczynkiem. Ale dość, nie o samochodzie miałem pisać.
Jesień jest także początkiem wyjazdów w góry, a jak ważne są dla mnie te wyjazdy dla utrzymania równowagi psychicznej w mojej zwariowanej pracy, uświadomiłem sobie kilka lat temu, gdy obserwując przemiany lata w jesień, poczułem radość i niecierpliwość, a nie odczuwany wcześniej smutek z domieszką żalu.

Niemal cały dzień naprawiałem oświetlenie karuzeli siedząc na klocku, klika kroków od chodnika ulicy, wzdłuż której zasadzono klony jawory. Kręcąc jakimiś śrubkami podnosiłem głowę i patrzyłem na drzewa. Wiele liści jest już żółtych, niektóre brązowe, zbrązowiały też kiście skrzydlaków, wokół pni rozlewają się kolorowe plamy liści. W słońcu, pod błękitnym niebem, widok ten, tak charakterystyczny dla tej pory roku, podoba mi się. Tchnie ciepłem, natomiast przy wspomnieniu kwietnia pierwszym wrażeniem jest odczuwanie zimna. Nie widok budzenia się roślin, nie kwitnienie, a właśnie zimno.
Niewielkie liście, często jeszcze w pąkach, drzewa nadal zimowe, czarne, a pod nimi szarobrązowe resztki zeszłorocznych roślin, wśród których, głębiej, przy ziemi, widać nieśmiałą zieleń nowych roślin. Kwiecień jest dla mnie miesiącem na poły jeszcze zimowym; kwitnienie kwiatów i rozwój liści odbywa się jakby na przekór zimie i te kolorowe drobinki nie przesłaniają nagich jeszcze drzew.
Pierwsze żółte liście na drzewach, kapelusze grzybów, kuleczki nasion lip lub czerwone owoce jarzębin leżące na brzegu drogi, drobne listeczki brzozy zaplątane między źdźbłami zielonych jeszcze traw – to są pierwsze obrazy pojawiające się we mnie na myśl o końcu lata i o jesieni. Wrażenie ciepła nie zanika (chociaż nie jest już tak intensywne) nawet w mglisty lub chmurny dzień, albo gdy patrzę na nagą już brzozę z kilkoma ostatnimi listkami. Wyznam, iż wtedy brzoza kojarzy mi się z kobietą w wieku mocno średnim i z jej staraniami podobania się; rozczulają mnie obie i ujmują.

Kiedyś, wiele lat temu, przeczytałem w książce mało znanego kaszubskiego pisarza piękne słowa o pragnieniu zatrzymania wschodu słońca. Można je przeczytać tutaj, są na końcu mojej recenzji jednej z książek tego pisarza. Patrząc na zachód słońca, często szepczę te słowa Kaszuba nieco je zmieniając:
Chciałbym, aby zachód słońca zastygł mi na dłoni…
Z czasem dotarło do mnie, iż w przyrodzie bardziej cenię pełnię rozkwitu i zamieranie, niż budzenie się po zimowym śnie i rozwój. Większe wrażenie czyni na mnie zachód słońca, koniec lata i jesień, niż wschód i wiosna.
Gdy oglądam wschód słońca, myślę: niech się dzień stanie, ale gdy widzę chowające się za horyzont słońce, odczuwam pragnienie zatrzymania go: niech się jeszcze nie kończy ten dzień! Podobne myśli budzą we mnie wiosna i jesień. Stałym swoim zwyczajem próbuję dojść do przyczyn takiego widzenia i reagowania, ale jednoznacznej odpowiedzi nie znajduję. Być może jakaś ich część leży w nostalgicznych cechach mojego ducha, a może po prostu jesień jest dla mnie początkiem sudeckich wędrówek.
Kilka dni temu moja koleżanka zwróciła mi jakże słuszną uwagę, iż tak jak ja nie zrozumiem ludzi zmieniających co kilka lat koszmarnie drogie samochody na nowe, jeszcze droższe, tak oni nie zrozumieją mojego wstawania nad ranem w niedzielę i dalekiej podróży dla chodzenia cały dzień po wertepach, nierzadko w deszczu czy po błocie. To prawda. Dwa światy dlatego są dwoma, że znacznie się różniąc, nie mają możliwości zrozumienia się. Zresztą, jak tamtym wytłumaczyć moją potrzebę wędrówki, skoro nie bardzo potrafię wytłumaczyć jej sobie samemu?…
Jak nazwać i wytłumaczyć zew drogi, stawianie łazęgi w nierzadko zimny i chmurny dzień nad urok niedzieli spędzonej w fotelu, z książką w ręku? Niedawno przyszło mi do głowy, iż osobie mądrze wierzącej miałbym szansę wyjaśnić moje wstawanie nad ranem pragnieniem poznawania świata jako dzieła bożego, odczuwany podziw uznając za formę modlitwy czy dziękczynienia. Chyba nie jestem daleki od takiego widzenia swoich wyjazdów, skoro czasami czuję coś dziwnego i jednocześnie wspaniałego, coś, co nazywam bliskością sacrum.
Próbując zrozumieć siebie, łączę jesienną nostalgię – łagodną i zamyśloną, oswojoną przez tyle lat towarzyszenia mi, a nawet lubianą – z dążeniem ku horyzontowi, z wędrówkami. Potrzeba drogi byłaby tutaj przejawem nostalgii, a wędrówka ponawianymi próbami jej gaszenia.
Idę więc, pielęgnując w sobie nadzieję na bezowocność tych prób.

Wieczorem słuchałem Patetycznej Czajkowskiego. Chciałbym chociaż raz w życiu poczuć w głowie coś tak wspaniałego, co musiał czuć twórca tego piękna. Wierzę, że nie byłoby to tylko poczucie bliskości sacrum, ale wprost Olimp przeżywania.


poniedziałek, 3 października 2016

Witam, czyli o pisaniu listów


011016

Od kilkunastu dni prowadzę korespondencję dotyczącą pewnych zamówień i zakupów. Doświadczeń nie mam dobrych, ponieważ znaczna część listów jest dopraszaniem się o informacje, a cały proces doprowadzania spraw do finału przypomina mi próbę ruszenia pod górę na oblodzonej jezdni. Zadaję pytanie, nie otrzymuję odpowiedzi, lub czytam zdania zupełnie nie na temat, albo wprost słowa nie zawierające żadnych informacji; pytam o A, B i C, w odpowiedzi czytam tylko o A, a niżej chwalenie się ich ISO. Pytam ponownie, odpowiedzią jest brak odpowiedzi. Po serii takich „listów” mam chęć trzasnąć pokrywą laptopa. Jak w czasie lektury książki „Proces” Kafki, zalewa mnie poczucie absurdu – wynik braku możliwości porozumienia w prostych sprawach. Co ciekawe, i o czym jeszcze napiszę, w rozmowie telefonicznej łatwiej uzyskać porozumienie. A te listy…

Wszyscy zaczynają je i kończą według jednego schematu.:

Witam,

 ple, ple, ple.

Pozdrawiam

Czy nikomu już nie przeszkadzają te dziwne nawyki ostatnich lat? Mnie przeszkadzają, dlatego pozwolę sobie na napisanie paru uwag.

Wita się gości w progu swojego domu, w liście pasowałby użyć tradycyjnych form powitania, dobranych w zależności od naszej zażyłości z adresatem listu. Nie jest to duże uchybienie, jednak jest. Uważam, że po słowach powitania powinna być postawiona kropka – znak zakończenia naszej wypowiedzi i jednocześnie znak przerwy, tutaj symbolicznej przerwy dla dania czasu na odpowiedź. W przeciwnym razie będzie tak, jak mam w czasie każdej rozmowy telefonicznej z pewną panią z biura mojej firmy, która jednym tchem, bez żadnej przerwy, mówi „dzień dobry” i to, co ma mi powiedzieć. Ta pani pozbawia mnie w ten sposób możliwości odpowiedzi, a więc zachowuje się tak, jakby nie oczekiwała mojego życzenia jej dobrego dnia, czyli zachowuje się nieuprzejmie. W moim odbiorze tak samo jest w liście, w którym po słowie „witam” stawia się przecinek i list zaczyna z małej litery: nie oczekuje się mojej odpowiedzi na powitanie. Mają tutaj też zastosowanie ogólne reguły pisowni: pierwszy wyraz listu jest jednocześnie pierwszym wyrazem zdania, więc powinna stać tam wielka litera, jak na początku każdego nowego zdania.

Pod tekstem można zamieścić pozdrowienie wysyłając pocztówkę znad morza do kumpla czy brata. W naszej kulturze nie jest to właściwe w liście do nieznanej osoby. Owszem, do znajomego tak, ale nie do obcego, a już zwłaszcza, gdy adresat jest sporo starszy lub pełni wysokie, prestiżowe stanowisko; w takich sytuacjach słowo „pozdrawiam” może być przyjęte za spoufalanie się. Jeśli z jakichś powodów nie chce się napisać tradycyjnej formuły pożegnania, można ją zmodyfikować, zawsze dostosowując do naszych relacji z adresatem. Wydaje mi się, że pod krótkim listem służbowym wystarczy podpis, chociaż tradycyjne pożegnanie nie zaszkodziłoby zamieścić. Jeśli wymieniamy się listami tak, jak smsami, siedząc przy komputerze i od razu odpisując, wypada pominąć formuły powitania i pożegnania, a list zacząć zwyczajowym zwrotem, na przykład „Panie Kowalski” czy „Panie Piotrze”.
Nie, źle napisałem: pierwszy zwrot bywa źle przyjmowany, tak się zwraca przełożony do podwładnego. Więc jak? Najbezpieczniej napisać "Szanowny panie". Tutaj napiszę, że dla mnie formą najbardziej naturalną jest zwracanie się do drugiego człowieka po imieniu, per ty. Podobał mi się taki zwyczaj w UK, ale w naszym kraju zwyczaje są inne.

Z podpisywaniem listów nie jest źle, tutaj nie mam uwag, chociaż zdarzają się niepodpisane, ale wspomnę jeszcze o tych nieszczęsnych pozdrowieniach. Pewien mój współpracownik z firmy kończy list szyfrem pisanym wielkimi literami, w którym dopatruję się skrótu: PZDR. Dlaczego wielkie litery? Może nie działa mu klawisz caps lock, a może myśli, że tak powinno się pisać. Nie wiem. Ilekroć widzę ten okropny zlepek liter, mam chęć odpowiedzieć: skoro nie masz dla mnie sekundy czasu potrzebnej do napisania całego wyrazu, to daruj sobie te „pozdrowienia”, bo są bardzo nieszczere.

Zadziwia mnie i szokuje powszechność tych dziwacznych zwyczajów. Piszą tak nie tylko ludzie z niskim wykształceniem, ale i osoby z tytułami naukowymi, także z dziedzin humanistycznych, więc bliższych mowie. Wiele mówiąca o stosunku do ojczystego języka jest obojętność tych osób, a właśnie po nich można by spodziewać się większych umiejętności posługiwania się słowami naszego języka i większej dbałości o niego, także umiejętności myślenia. Piszę o samodzielności w myśleniu, ponieważ zdarzało mi się czytać lub słyszeć wyjaśnienie, iż wszyscy tak piszą, to i ja też.

A niech sobie wszyscy tak piszą, ja nie będę.

Jeszcze parę słów o wspomnianym dopraszaniu się odpowiedzi, o odpowiedziach nielogicznych, niepełnych, nie na temat.

Gdy nie korzysta się z umiejętności czytania, zanika umiejętność zrozumienia sensu czytanego tekstu. To stwierdzenie nie jest moje, gdzieś przeczytałem o takich wynikach badań i, pamiętam, początkowo nie dawałem im wiary, ale późniejsze liczne doświadczenia przekonały mnie do prawdziwości tych słów. Czasami wystarczy powiedzieć to samo, co czytający miał na kartce, nawet używając podobnych słów, żeby nasz słuchacz zrozumiał tekst, który po samodzielnym przeczytaniu był dla niego niejasny. Analfabetyzm osoby znającej alfabet. Szokujące, ale prawdziwe, chociaż, aby być uczciwy wobec tych ludzi, wypada mi zaznaczyć, iż w takich przypadkach na pewno współwinnym bywa brak czasu, nawał spraw służbowych.

Jest jeszcze jeden fakt, który czasami budzi moją wesołość: pisze te słowa robotnik zajmujący się naprawami karuzel i kierowaniem ciężarówką. Żaden urząd nie zatrudniłby mnie z powodu braku wykształcenia, nawet do przekładania papierków na biurku; żadna firma nie zatrudni do prowadzenia ich korespondencji czy pisania pism, ponieważ nie zależy im na ich poprawności, lub poprawność rozumieją niewłaściwie.

Postscriptum.

Zaznaczam, że pisałem o moim widzeniu poprawnie napisanego listu. Ponieważ nie wiem, jak nakazują pisanie poloniści, a sam nim nie jestem, nie można przyjmować moich zasad jako jednoznacznie obowiązujących.