Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 30 września 2015

Trzmielowa Dolina


270915

Komarno jest dziwną wioską, bo nie dość, że zaczynając się na przedmieściach Jeleniej Góry, kończy się o żabi skok od Skopca, dachu Gór Kaczawskich, to jeszcze współistnieją w niej dwie pory roku. W końcu marca i w kwietniu na dole wioski bywa już wiosna, a na górze zima nawet nie myśli zarządzić odwrotu; w listopadzie, a czasami nawet i w październiku, zima na górze już się zadomawia, a nisko trwa jeszcze jesień. 
Na górze, tuż przed końcem wioski i szosy, 200 metrów przed Przełęczą Komarnicką, w lewo skręca szutrowa uliczka, która paręset metrów dalej wychodzi z opłotków i zamieniając się w polną dróżkę, trawersuje południowy stok Maślaka. Po lewej otwiera się jeden z najładniejszych widoków kaczawskich: rozległe, trawiaste stoki opadają falami ku wiosce, poprzedzielane kępami drzew, skalnymi uskokami, nitkami strumieni ocienionych różami, głogami i olszami, tu i ówdzie ciche grusze siedzą, a drogi biegną gdzieś za swoimi sprawami. Jedna wychyla się zza ściany lasu i toczy się szybko po stoku, by zniknąć mi z oczu za garbem wzniesienia; druga pojawia się na tle nieba, pijana radością pędu zatacza się, muska nisko zwieszone gałęzie brzóz, przecina strumień rozgarniając szpaler olsz, a za nimi roztapia się na rozległej przestrzeni łąki. Stoki opadają w szeroką przełęcz, a za nią łagodnie wznoszą się na Wysoczkę, by po przełamaniu się na szczycie stromo spaść w Trzmielową Dolinę. Ta zaczynając się w dolnej części wioski, wznosi się łagodnym żlebem ku przełęczy oddzielającej Ogiera od Maślaka. Nisko jest ciemna swoimi lasami, wyżej odsłania się, jasna i pogodna, widokowa. Nie tylko z dróżki przy domu, ale z wielu miejsc, o ile są wyżej, czyli bliżej lasów Maślaka, roztaczają się tak rozległe i urozmaicone widoki, że wracałem tam już wiele razy:  łagodne, „spacerowe” stoki kaczawskie, dalej Rudawy z Sokolikami na pierwszym planie, a za nimi i wyżej niebieszczą się Karkonosze widoczne na całej swojej długości. Przy dobrej widoczności wyraźnie widać budowle na Śnieżce, Śnieżne Kotły i stację przekaźnikową na ich grani, a bardziej na prawo narciarskie szlaki na Szrenicy. U stóp monumentalnej ściany tych gór i wokół Sokolików stoi nienazwany i niepoliczony drobiazg górek i góreczek.





Jeszcze niedawno przy dróżce stał jedynie drewniany domek letniskowy; rok temu widziałem wykopy rozpoczętej budowy, dzisiaj zobaczyłem zamieszkały już domek. Znam trochę miejsc widokowych przy wiejskich uliczkach w tych gór, ale żadne nie może się równać z tym miejscem, z widokami, jakie ma właściciel z okien tego domu w górnym Komarno.

Chodziłem dróżką w jego pobliżu szukając równie dobrego miejsca na postawienie domu, znalazłem i snułem marzenia jego budowy – póki działka jeszcze wolna. Chciałbym postawić dom w tamtym miejscu; jego południowe i zachodnie ściany miałyby wielkie okna, a przy nich stałby wygodny fotel…

Tajemnica współistnienia pór roku w wiosce tkwi w różnicy wysokości: zabudowania ciągną się około 2,5 km, a różnica poziomów wynosi 200 metrów. Kiedyś z duszą na ramieniu jechałem pod górę przy padającym śniegu, mój staruszek ford wjechał wtedy ostatkiem sił, a dzisiejszy wjazd i powrót miałem luksusowe, suchą szosą. Innym razem i w innych górach wjechałem na oblodzoną drogę górską, samochód zwolnił, stanął i zaczął się cofać, mimo kręcących się do przodu kół; przytomności wystarczyło mi na skierowanie tyłu samochodu w przydrożna zaspę. Zjeżdżałem do wioski tyłem, prawymi kołami po zaspie, a gdy wysiadłem z samochodu, dziwnie słabe miałem nogi…

Zwyczajem dyktowanym moją zachłannością przyjechałem nocą… właśnie, słowo o nocy. Była piękna, gwieździsta, rozświetlona, budząca pogodny nastrój i nadzieję na słoneczny dzień. Księżyc był w pełni, a na wschodzie rzadko widziana przeze mnie jasna i duża piękność: Wenus, planeta nie bez powodu nosząca to imię. Czy na pewno Wenus? – później naszły mnie wątpliwości… Dlaczego tak mało oglądam gwiazdy i tak mało o nich wiem? Dlaczego tak mało wiem?

Wypiłem kawę, ubrałem się, wbiłem dwa kamienie pod koła forda i poszedłem. Szarzało. Eos… sił nie mam do niej. Gdybym jej nie znał, powiedziałbym, że gra mi na nosie – pomyślałem na drugi dzień, w poniedziałek, gdy wychodząc do pracy raz jeszcze spojrzałem w okno: zaglądała mi do pokoju, piękna i uśmiechnięta; widziałem ją taką i w sobotę, ale dzisiaj pokazała mi figę, a nie szafran swojego peplosu czy róż swoich dłoni, bo różnie się o tym mówi. Drwiła ze mnie? Ależ skąd! Ona po prostu jest taką… beztroską trzpiotką.

Z Maślaka i ze Skopca spełzały w dół szare, paskudne, listopadowe mgły. Odwróciłem się od nich i patrzyłem w dół, na widoczną jeszcze dal; między niebieskimi odległością szczytami Rudaw i Karkonoszy też stała mgła, ale inna - lekka, biała, niska, wypełniająca niecki dolin i przełęczy; patrzyłem tak, jakbym za chwilę miał być pozbawiony widoków, jednak mgła za plecami tylko wysunęła parę jęzorów poza krawędzie lasów i zatrzymała. Później znikła, ale dopiero popołudniu słońce pokazało się raz i drugi w niebieskich oknach między skłębionymi chmurami.

Plan miałem wielce wyrafinowany: dużo gapić się, mało chodzić i tylko otwartymi przestrzeniami, chwytać chwile. Pół dnia szwendałem się po zboczach Maślaka, Wysoczki i Trzmielowej Doliny, później poszedłem szczytami do Ulina, wróciłem via Widok i końską rodzinę; w ciągu dwunastu godzin łazęgi przeszedłem około 15 km.

Szedłem rozglądając się i słuchając swoich wrażeń, ale też szedłem wsłuchując się w swoje ciało: odczuwałem przyjemność marszu w dobrych skarpetkach i w wygodnych butach, ciepło mimo rannego chłodu, w ustach jeszcze miałem smak kawy, słyszałem szum liści na wietrze – rzadko słyszany odgłos, czułem radość ruchu, oddychania, patrzenia i… wąchania. Tak, starałem się zwracać większą uwagę na zapachy. Gdy wysiadłem z samochodu, poczułem zapach jesieni - wilgotny chłód z domieszką nostalgii i z bukietem zielonych zapachów usychających roślin zielnych, a wiele było takich miejsc, gdzie rosły zwartymi lasami wyższymi ode mnie; trącane przy przechodzeniu, pachniały jesiennie i zielono. Kwiaty nawłoci pachniały miodem, ale ów zielony zestaw też tam był, pod miodem. Gdy powąchałem kwiat ostu, natychmiast wspomniałem swoje dzieciństwo. W pierwszej chwili zaskoczony, później doszedłem do wniosku, iż jako dziecko wąchałem te kwiaty i ich zapach, teraz wymykający się mojemu opisowi, związał się w pamięci z dzieciństwem.

Dużo widziałem dzwonków, wiele zrobiłem im zdjęć, ale ich zapachu nie poczułem. Czułem natomiast zapach usychających traw, a raz, gdy siedziałem wśród nich, usłyszałem delikatny, drewniany stukot uderzających o siebie twardych i wyschniętych łodyg traw kołysanych wiatrem.



Nie szedłem prosto, w określonym kierunku, a skręcałem się tam, gdzie ładniej, gdzie skierowało mnie wspomnienie. Odwiedziwszy grupę wysokich świerków na zboczu Wysoczki, znalazłem tam leżący modrzew. Był gruby, wysoki, nadal zielony i… leżał. Zaintrygowany, przedarłem się przez zarośla do jego korzeni: drzewo przewróciło się, ale część korzeni ocalała. Może przeżyje leżąc? W przyszłym roku odwiedzę go.

Przede mną stok opadał, niżej widziałem szeroką lipę. Z odległości ponad połowy kilometra nie rozpoznam gatunku, ale wiedziałem, że to lipa z Lipowej Dolinki, do której właśnie zmierzałem. Tuż obok mnie rosła jedna z tak lubianych i urokliwych zielonych kęp na łąkach, więc przysiadłem na chwilę pod niskimi gałęziami młodego jaworu. Do drzewa przytuliła się mała czereśnia, jej liście zaczynały przebarwiać się ładnie, a rozrośnięty i obsypany owocami krzew dzikiej róży otulał obydwa drzewa. O krok rósł mały krzaczek głogu, troskliwie trzymając jedyny swój czerwony owoc. Obejrzałem krzew zaglądając między gałęzie, miał go tylko jednego; wydawało mi się, że chowa go przede mną. Takich lub o podobnych składzie kęp spotykałem sporo, najwyraźniej tym drzewom dobrze być razem.


Lipa w Lipowej Dolince jest bardzo rozłożysta, jej gałęzie dotykają ziemi, pod nimi drzewo trzyma chłód i wilgoć; będąc tutaj parę razy, nie miałem możliwości siedzieć pod drzewem, dopiero dzisiaj usiadłem tam i rozejrzałem się – jakbym pierwszy raz zobaczył to drzewo, od którego nadałem swoje miano tej okolicy. Drzewo imponuje ilością konarów, miejscami tak licznymi, że aż splątanymi, także długością poziomych ramion wychylających się jak najdalej ku słońcu. Siedziałem pod drzewem, właściwie w drzewie, przez gałęzie patrzyłem na łąki wokół, i nie po raz pierwszy przyszło mi do głowy, iż miejsce jest dobre do rozbicia namiotu.



W zimowe wędrówki brakuje mi możliwości wygodnego i dłuższego posiedzenia gdzieś na miedzy czy pod drzewem. Owszem, noszę w plecaku podkładkę pod tyłek i korzystam z niej, ale wobec niskich temperatur i obawy wyziębienia, te przerwy są zawsze krótkie, kilkuminutowe.

Idąc pod górę Trzmielowej Doliny minąłem lasek grubaśnych, drzewiastych głogów i starą czereśnię, którą kiedyś fotografowałem w porze kwitnienia; teraz nie zrobię już takich ujęć jak wtedy, drzewo straciło wielki konar, ale nadal żyje, więc może dane mi będzie spróbować kiedyś jego owoców. Na brzegu lasu, przy drodze przecinającej tam Dolinę, rośnie druga moja lipa. Ilekroć tam jestem, odwiedzam ją, staję lub siadam przy niej i patrzę na dolinę, która jakby tutaj, pod gałęziami drzewa, otwiera się i spływa w dół, ku lasom Pasternika. 



Gdy stoi się jeszcze wyżej, blisko szczytu Ogiera, dolina wydaje się być większą i głębszą, na pewno jest jeszcze ładniejszą. Rośnie tam kępa brzóz i krzew dzikiej róży – kolejne moje miejsce, związane ze mną wspomnieniami i fantazjami.


Minąwszy końską rodzinę, Ogiera, Kobyłę i Źróbka – a z ich grzbietów dalekie widoki są na obie strony - zszedłem do głębokiej doliny Bełkotki; nie wiem kto i dlaczego nadał taką nazwę temu ładnemu strumieniowi. Głębokość jaru, ciemne jego dno, gęsto rosnące drzewa, wypłukane wodą skały i podmywane korzenie drzew, dźwięcznie płynąca woda, czynią to miejsce dzikim i ładnym.

Szedłem na południowe zbocze Ulina chcąc znaleźć drogę, którą przecinałem dwa lata temu w zupełnie innej scenerii, bo w mroźny i śnieżny zimowy dzień; chciałem zobaczyć to miejsce zielonym, niemal letnim, i chciałem poczuć jego urodę w sobie – jak wtedy. Znalazłem. Miejsce zobaczyłem ładne, ale… tylko ładne. Silnie wtedy działający na mnie urok dróżki gdzieś się zagubił. Poczułem smutek straty, mimo wiedzy o mechanizmach takich odczuć.

Nie wracałem przez dolinę Bełkotki, dość na jeden dzień drapania się pod górę po zaroślach, poszedłem dalszą drogą, przez przełęcz Widok. Owszem, widok jest tam ładny, ale mam w swojej pamięci miejsca ładniejsze, a nie mające nawet swojej nazwy. Gdybym szedł najkrótszą drogą do samochodu, doszedłbym w dwie godziny, do zachodu było pięć, więc dzisiejszym zwyczajem myszkowałem po okolicy i często przysiadałem. Raz i drugi zaświeciło słońce, szedłem wtedy do najbliższego widokowego miejsca, chcąc sycić oczy widokiem tak rzadkim w czasie moich jesiennych i zimowych wędrówek – słońcem nad zielonymi drzewami. Byłem blisko mojej (coraz więcej drzew i miejsc w tych górach jest moimi) kępy brzóz, gdy zaświeciło słońce. Przyspieszyłem kroku, niemal biegłem, bo uświadomiłem sobie, że widziałem je w słoneczny i śnieżny dzień zimowy, widziałem nagie we mgle, widziałem w deszczu, ale zielonymi i pod słońcem nie widziałem. Zobaczyłem, ale tylko przez chwilę. Pośpiech i świadomość niepewności słońca nie pozwoliły mi na wyciszenie się i posłuchanie siebie, ale kiedyś usiądę pod nimi, albo położę się w trawie, i patrząc na nie, posłucham tego, co mają mi do powiedzenia.


Z leśnego masywu wysuwa się w stronę doliny cypel lasu; można obejść go brzegiem, ale wtedy traci się wysokość, można przejść go skrótem, przez las i tą drogę wybrałem. Nadal mając rezerwę czasu, przeszedłem dwa dukty dowiadując się gdzie zmierzają i odszukałem skały zwane Psi Kocioł. Znalazłem je i obejrzałem, a z rozpędu znalazłem inne, bezimienne skały. Wznosiły się ponad 100 metrów od duktu, za bukowym młodniakiem. Ten nie był problemem, gorzej, że rosły tam jeżyny. Są niskie, przydepczę je – oceniłem i poszedłem. Jeżyny pokonałem dość łatwo (także posmakowałem ich czarnych owoców), wyżej pokazały się kamienne płyty, omszałe zielono, śliskie i chybotliwe. Naciśnięte butem, wydawały charakterystyczny, głuchy odgłos stukających o siebie głazów; na szczęście nie wsadziłem nogi ani kija w żadną szczelinę i stanąłem przed skałami. Nie było w nich nic wyjątkowego poza tym, że były, a ja dotarłem do nich i zobaczyłem je. Wracałem. Jeszcze tylko chwilę rozmawiałem z właścicielem dwóch koni pasących się w pobliżu, jeszcze raz spojrzałem z uliczki na nowy domek i wolną działkę obok – i poszedłem do samochodu.

Gdy zjeżdżałem w dół wioski, zaczęło się ściemniać.

Diana, moja zmarła rok temu znajoma, w ostatnich dniach swojego życia nakazała mi cieszyć się każdym dniem, każdą godziną. Różnie z tym bywa, ale na co dzień pamiętam o tych jej słowach. Gdy przegram dzień irytacją, złością, martwieniem się o coś, co nie jest tego warte (a niemal wszystkie spotykające nas nieprzyjemności  i kłopoty nie mają tej wartości), mówię sobie, że nie posłuchałem się Diany. Dzisiejszy dzień wygrywałem dla siebie i w myślach chwaliłem się przed nią wygraną.









środa, 23 września 2015

Obrona bogini na inaugurację sezonu


190915

Nieprzerwany ciąg stu osiemdziesięciu dni pracy przerwie się jutro: po raz pierwszy od marca będę mieć dzień wolny. Nadal lato, słońce, zieleń wokół mnie i pierwszy wyjazd w góry. Cały tydzień cieszę się myślą o nim, a dzisiaj, w przeddzień wyjazdu, mam taki nastrój, jakiego życzyłbym sobie zawsze. Popołudniu patrzyłem na zegarek i wyobrażałem sobie, gdzie będę i co będę robić za 12 godzin, a skończone przed chwilą szykowanie kanapek było po prostu radosnym rytuałem. Nota bene: nie obyło się bez walki między moim apetytem a dbałością o linię. Jej, jak to zabrzmiało! Jakby młoda kobieta to pisała, a nie facet z siódmym krzyżykiem na karku, ale słów nie zmieniam: dbam o brzuch płaski bez wciągania go czy spinania paskiem, dbam codziennie i od wielu lat, na przekór dziedzicznej skłonności do tycia i własnemu apetytowi.

Ładowałem baterie aparatu i telefonu, oglądałem wyjęte z szafy ochraniacze, dotykałem sprzączek plecaka i grotów kijów, zaglądałem do woreczków z drobiazgami noszonymi w plecaku, zapalałem latarkę i zapalniczkę. Uzupełniłem porcje papieru i jeszcze raz zajrzałem do butów, nie wiem po co (ależ wiem!: bo lubię wszystkie swoje buty górskie). Po prostu bawiłem się przygotowaniami.

Mam wszystko? Nie! Jeszcze muszę ustawić budzenie, na wszelki wypadek w dwóch telefonach.

A Bach snuje swoją najpiękniejszą opowieść d-moll na skrzypce i obój…

Spać, spać! Budziki zadzwonią za niecałe sześć godzin!



200915

Wiele razy zastanawiałem się nad najgłębszą przyczyną mojej potrzeby wędrówek, wiele podawałem możliwych wyjaśnień, ale tak naprawdę nie wiem, co mnie ciągnie na szlak. Droga jako symbol życiowej drogi, jej przemierzanie jako wyraz potrzeby zmian, dziania się, dążenia do celu? Może moje włóczenie się zaspakaja jakąś cząstkę potrzeby wolności, nieskrępowanej swobody? Nie wiem. Wiem, że kocham drogę i że wobec jej uroku jestem bezbronny i bezradny. Droga ma dla mnie cechy kobiece, co doskonale tłumaczy moją bezradność, jakże męską, także moje jej kochanie, zapatrzenie w nią i nienasycenie.

O drodze myślę jak Anglik o łodzi. She. Ona.

W planach miałem Dzwonkową Drogę i sąsiednie wzgórza, ale jak często u mnie, gdy myśl biega tu i tam i chcę być tam i tutaj też, wieczorem zmieniłem trasę. Przypomniał mi się zimowy, czysty, wyrazisty wschód widziany przez ułamek sekundy w czasie pokonywania serpentyny szosy pod Rząśnicką Przełęczą i postanowiłem tam właśnie zobaczyć pierwszy wschód słońca nowego sezonu moich włóczęg.

W czasie jazdy zerkałem na niebo, ale gwiazd nie widziałem, niestety. Przed szóstą, więc jeszcze w nocy, byłem na miejscu, kręciłem się trochę wokół przełęczy chcąc znaleźć dobre miejsce na samochód, w końcu postawiłem tam, gdzie pierwotnie planowałem. Mój ford warty jest tyle, ile dobre buty, ale to mój samochód, wożący mnie i lubiany; ilekroć zostawiam go na cały dzień na jakimś odludziu, staram się stawiać go w miejscu widocznym z szosy martwiąc się o jego całość.

Byłem rozczarowany początkiem dnia. Nie było żadnego świtu, żadnych kolorów, nic. Było czarno, później zrobiło się szaro, w końcu nastał chmurny dzień bez promyka światła. Eos zawiodła mnie jak rzadko kiedy.

Nie, nie będę na nią psioczyć, a nawet korzystając z okazji chciałbym wziąć ją w obronę, bo ludzie różne bzdury o niej wygadują. Ona… to wszystko zaczęło się od tej nieszczęsnej historii z Titonosem. Mówi się, że zapomniała prosić o jego wieczną młodość. Tak, zapomniała, ale czyż nie było to oczywiste? Każdy wiedział, że roztrzepana z niej dziewczyna, Zeus też, dlaczego więc nie dał jej mężowi tego daru? Ja wiem: bo miał chrapkę na Eos, a że ta odmówiła mu, okazał swoją złośliwość. Nawiasem mówiąc, on zawsze uważał, że swoją męskością zniewala kobiety, ale prawda była zupełnie inna: jedne po prostu bały się go, drugim imponowały względy męża Hery. No i gdy nieszczęsna Eos zobaczyła w domu świerszcza, coś się w niej zmieniło. Są tacy, którzy źle mówią o jej prowadzeniu się, ale to nie tak: ona w nowych kochankach szuka kogoś podobnego do swojego ukochanego Titonosa. Późną wiosną i w lecie, gdy musi bardzo wcześnie wstawać, jeszcze jakoś trzyma się, ale gdy ze zbliżającą się jesienią ma nieco więcej czasu, zaczyna ją nosić. Wraca nad ranem, nie zawsze sama, zasłania story i kładzie się spać nie pamiętając o swojej powinności bogini świtu.

Tak więc oczywistym sprawcą chmurnych brzasków bez kolorów jest Zeus, ten stary pierdoła z myszami w brodzie, a nie biedna i samotna Eos.

Że podkochuję się w niej i dlatego bronię? Ależ tak! Jakże być obojętnym na jej urok? Jej wystarczy uśmiechnąć się, by obudzić we mnie szaleńczą nadzieję nie liczącą się z niczym, a już najmniej  z doświadczeniem. Oczywiście po chwili przychodzi gorzka refleksja: wszak ona do wszystkich tak się uśmiecha, ale ta konstatacja gasi tylko moją nadzieję, nie jej urok i moje nim zniewolenie.



Miało być ciepło, więc zamiast herbaty, swój wielki termos napełniłem schłodzonym sokiem jabłkowym; na trasie brakowało mi ciepłego picia. Dobrze, że miałem w plecaku rezerwowy sweter. Noszę go zawsze, jest stałym wyposażeniem plecaka, czasami okazuje się być bardzo potrzebny.

Skoro już byłem na Rząśnickiej Przełęczy, uznałem, że myszkując po drodze, dotrę do źródła Złotego Strumienia za Bystrzycą i na sąsiednie zbocza wzgórz. Szedłem otwartymi przestrzeniami, większość trasy na przełaj, bezdrożami; szedłem zielonymi jeszcze dzikimi łąkami, zabronowanymi już szarymi polami i żółtymi rżyskami. Czasami towarzyszyła mi szutrowa droga, raz i drugi polna dróżka. Odwiedziłem znane już, ale lubiane miejsca na zboczach Babińca, przeciąłem dolinę i doszedłem do zwartego łańcucha wzgórz na północ od Posępska. Kiedyś znalazłem dogodne przejście przez gęste lasy tych wzgórz, ale szedłem z przeciwnej strony. Wyszedłem wtedy z lasu, rozpoznałem okolicę i poszedłem dalej, nie myśląc o zapamiętaniu miejsca. Dzisiaj przeszukałem dwa razy granicę lasu i duktu nie znalazłem, w końcu zdecydowałem się przejść na przełaj. Ta droga, co najwyżej kilometr marszu lasem, kosztował mnie tak dużo sił, że nogi czułem niemal do końca dnia. Gąszcze młodniaków jeszcze nie były tak zdradliwe, jak rozległe połacie jeżyn z gęstymi i kolczastymi pędami chwytającymi buty, szarpiącymi spodnie i kurtkę, a nawet sięgającymi twarzy i zrywającymi czapkę. Kijami starałem się przyciskać je na tyle nisko, żeby móc przydeptać je wysoko podniesioną stopą, ale i tak niemal każdy krok był stawiany kosztem wyszarpywania nogi z chwytliwej i kolczastej plątaniny. Na mojej markowej, cholernie drogiej kurtce, o której szwedzki producent jakże kłamliwie pisze na swojej stronie, że jest z ojca na syna, zostały ślady wyciągniętych nitek. Szedłem, zawracałem i próbowałem w innym miejscu; macałem się po kieszeniach, trzymałem ręką czapkę i osłaniałem oczy. Gdy stanąłem na brzegu lasy, byłem spocony jak mysz, ale była to jedyna tego rodzaju przygoda w ciągu dnia. Wyniosło mnie w pobliże Sądreckich Wzgórz, odłożyłem więc odszukanie zgubionego duktu na później i poszedłem przed siebie. Dzięki tej decyzji najadłem się malin i poznałem urocze miejsce, które na pewno jeszcze odwiedzę. Droga wypadła mi między zabudowaniami jedynego gospodarstwa w Sądrecku; na podwórzu przywitałem się z gospodarzem, zapytałem o przejście, rozmawialiśmy parę minut. W podzięce dorwałem się do jego malin rosnących za domem. Jest ich tam mnóstwo, ze sto tysięcy krzewów (albo i więcej), owoce są wielkie jak pomidory… trochę przesadziłem, są jak koniec kciuka, malinowe i słodziutkie. Opychałem się nimi zerkając w stronę domu - niech mi gospodarz wybaczy.

Ten dzień był nie tylko malinowym obżarstwem. Jadłem też mirabelki, węgierki, jeżyny i brzoskwinie zrywane przez płot okalający stary, opuszczony dom; na zboczu Babińca, gdzie stałem patrząc na tak urokliwe zbocze Ptasiej i na szczyt Lastka, mojego Lastka, wzgórza, z którym łączą mnie przedziwnie poplątane związki, tuż obok, na miedzy, jak każe tradycja, rosła grusza ciężarna owocami – cudnie ciepły widok. Zerwałem jeden owoc, był miękki i bursztynowy, ale okazał się być przejrzały, sięgnąłem po twardszy, a gdy spróbowałem, napełniłem nimi kieszeń.



Wracam pod Sądrecko: niewiele dalej polna dróżka wiedzie wśród rżysk, na brzegu lasu zakręca i biegnie pod wychylonymi nad polem gałęziami drzew, a że znalazł tam miejsce swojego trwania płaski kamień, usiadłem nań i patrzyłem. Przy drodze kwitły chabry i rumianki, nade mną zwieszały się gałęzie dębów, poprzez ich liście patrzyłem na pofałdowane stoki łąk i pól.

Granica lasu i otwartej przestrzeni, okolony niskimi gałęziami drzew daleki widok, to ulubiony przeze mnie podwójny kontrast dali i bliskości.





Bystrzyca jest długą wioską nanizaną na nitkę szosy, nie znam jej całej. Dzisiaj, po raz pierwszy schodząc szosą z górnej części wsi, zobaczyłem tablicę informującą o starym cisie – jakże go ominąć? Wśród pozostałości parku i dworu stoi przysadzisty osiemsetletni cis, drugie najstarsze drzewo Polski. Jeśli wie się o przeciętnej wielkości cisów, ten czyni wrażenie: średnicę jego pnia oceniam 100-120 centymetrów! Tu i ówdzie ma dziuple po starych konarach, ale czerstwy z niego staruszek. Dziwnie się można poczuć dotykając drzewo, które było już stare, gdy szykowaliśmy do grunwaldzkiej bitwy…

Tak więc dwa najstarsze drzewa naszego kraju są cisami.

Na polach już jesień, jednak łąki i drzewa jeszcze w kolorach lata, a dla wielu roślin nadal jest czas kwitnienia. Widziałem śliczne dzwonki, chabry, rumianki, a kwiaty ostów jak zwykle czarowały mnie swoją oryginalną urodą i nasyconym kolorem głębokiego różu; widziałem wiele innych kwiatów, nieznanych mi, niektórym zrobiłem zdjęcia.







Źródło Złotego Strumienia odnaleźć łatwo: jest tam, gdzie na rozległym polu zaczyna się nitka drzew. Wszedłem między nie i nachyliwszy się nad głębokim korytem, doznałem zdumienia: źródło wyschło. Zszedłem paręset metrów niżej, woda pokazała się na samym dnie wstążką szerokości dłoni. Przyjdą deszcze, źródło odrodzi się, pomyślałem, ale z tego zaaferowania zupełnie zapomniałem odnaleźć ten wielki złoty samorodek, który niewątpliwie leży gdzieś tam i czeka na mnie. Nic to – pocieszyłem się idąc dalej – leży już milion lat, poleży do następnego mojego przyjścia tutaj.

Jest kilka miejsc wyjątkowo dla mnie ładnych w tych górach – obok dziesiątek, raczej setek, miejsc po prostu ładnych. Ot, dosłownie parę kroków od dzisiejszego miejsca parkowania mojego samochodu otwiera się piękny widok na zbocza Ptasiej, a gdy przejdzie się dolinę i stanie na jednej z tych nitek z nanizanymi nań drzewami, zobaczy się przełęcz i obok urokliwe, rozległe zbocza Babińca – kolejne moje miejsce. Jedno z tych najładniejszych jest na stoku Dzioba, nad lokalną szosą biegnącą z Bystrzycy na północ. Wymościłem sobie gniazdko na zboczu wzgórza, usiadłem i patrzyłem, patrzyłem. Gdy przyjdzie zły czas, gdy szarość będzie wokół mnie i we mnie, będę się ratować wspomnieniem tamtych widoków.






Pod wzgórze Pustak, stokiem którego wiedzie zagubiony dukt, podszedłem z drugiej strony i przejście znalazłem od razu. Wygodna dróżka leśna szybko wyprowadza na drugą stronę pasma wzgórz, a gdy wyszedłem na otwartą przestrzeń, zrozumiałem, dlaczego rano nie znalazłem przejścia: początek jest zarośnięty młodniakiem, trzeba dokładnie wiedzieć gdzie jest, bo można przejść obok i nie zauważyć go. Zawróciłem i przeszedłem przejście jeszcze raz i jeszcze raz. Teraz już nie zapomnę, gdzie się dukt zaczyna i gdzie kończy.

Słońce zaświeciło trzy godziny przed zachodem – świat od razu nabrał uroków i uśmiechnął się do mnie. Już się szykowałem do oglądania zachodu z przełęczy, gdy słońce… schowało się za chmurami. Samochód odetchnął z ulgą widząc mnie, ja z ulgą usiadłem w jego fotelu.

Na szlaku byłem ponad 12 godzin, przeszedłem około 25 kilometrów, odkryłem parę nowych miejsc wartych odwiedzenia, przypomniałem sobie poznane wcześniej, porządnie dałem sobie w kość i rozpocząłem kolejny sezon wędrówek sudeckich.











wtorek, 22 września 2015

O muzyce, erotyce i o zagadce szczęścia


Po założeniu bloga zamieszczałem w nim swoje teksty, ale raczej hurtowo. Później doszedłem do wniosku, że teksty (posty, jak tutaj się mówi), nie powinny mieć dziesiątków stron, a tak było u mnie, i powinny być raczej monotematyczne. Zrobiwszy porządki, zostało mi sporo tekstów, które sukcesywnie zamieszczam, starając się o zgodność pór roku. Ten tekst napisałem we wrześniu 2008 rok, w czasie pobytu w UK. W przygotowaniu tekst o pierwszej w tym sezonie wędrówce kaczawskiej; myślę, że opublikuję go jutro.

12 września.
“Nieco przerysowując, można powiedzieć, że dźwięki muzyczne to "supersamogłoski" (czyste częstotliwości, w przeciwieństwie do częstotliwości mieszanych, typowych dla prawdziwych samogłosek) i czyste spółgłoski (produkt rytmów i uderzeń niemal wszystkich instrumentów). Te cechy czynią z muzyki rodzaj silnego przeżycia dźwiękowego, które przesyła do kory mózgowej czyste, zintensyfikowane dawki tego, co zwykle ją pobudza."
(Pascal Boyer, "I człowiek stworzył bogów", przełożyła Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak, wydawnictwo Prószyński i S-ka, str. 133 i n.)
Te słowa Pascala Boyera przypomniały mi się dzisiaj, w czasie długiej drogi w poprzek Wyspy, a razem z nimi wspomniałem zielone wzgórza Walii, wśród których zapisałem je; wtedy dałem sobie obietnicę przemyślenia ich sensu. Nie wiem, chyba nie przemyślałem, tyle że właśnie dzisiaj, ni stąd ni zowąd, te słowa skojarzyły mi się z kilkoma utworami muzycznymi i z... erotyką.
Cóż, jestem facetem, mam męską płeć mózgu, więc myśleć i kojarzyć mogę tylko po męsku.
Wiele jest momentów w utworach muzycznych, w których występuje efekt – właśnie tak mi się pomyślało, nie znajduję w tej chwili lepszego określenia – efekt balansowania na krawędzi. Teraz, bez zaglądania do moich zbiorów, wspomnieć mogę takie miejsca w piątym koncercie fortepianowym Beethovena, także w jego koncercie skrzypcowym, w koncercie D-dur Brahmsa, oczywiście jest też w pierwszym poznanym przeze mnie utworze klasycznym, utworze, do którego odczuwam wielki sentyment - w koncercie e-moll Szopena, ale to tylko przykłady.
Ta chwila jest tuż po starannym przygotowaniu słuchacza przez kompozytora do pojawienia się najpiękniejszej melodii; wyobraźnia jego jest rozbudzona, zmysł słuchu wyostrzony, oczekujący, pragnienie usłyszenia tych cudnych dźwięków sięga szczytu, gdy nagle wszystko jakby zamiera, ustaje. Pobudzające dźwięki milkną na chwilę, i gdy już mamy zejść ze szczytu naszej gotowości ich przyjęcia, delikatnymi dźwiękami, zapowiedzią i zachętą bliskiej rozkoszy, kompozytor utrzymuje, a nawet wzmaga nasze pragnienia; i dopiero gdy dalsze balansowanie na tej krawędzi staje się nieprawdopodobieństwem, gdy dalsza zwłoka mogłaby ostudzić nasze pragnienia, w potoku tych jedynych dźwięków przychodzi objawienie piękna i... spełnienie.

15 września.
Wychodziłem do pracy gdy rozwidniało się – wracałem o zmierzchu. Cóż mi dał ten dzień - zwykły, najzwyklejszy dzień mojego życia? Coraz częściej podobne pytania słyszę w sobie, coraz bardziej żałuję mijających dni, coraz cenniejszych dla mnie. Chciałbym z każdego dnia ocalić jakąś cząstkę, niechby niewielką, niechby mało znaczącą, ocalić cokolwiek: jedną chociaż myśl, widok, radość, uśmiech, albo odwrotnie – smutek czy łzę. Zapamiętać tę sekundę dla uratowania dnia od zapomnienia. Czy ja chcę tak dużo? A jeśli nie, to dlaczego tak trudno o taką pamięć?
Gdy wjeżdżałem micrą na teren firmy, na wprost zobaczyłem wschodzące słońce, a wyżej niebo wyraziście zabarwione. Może ten wschód zapamiętam? – pomyślałem, ale bez przekonania – nie wiem dlaczego. Słońce pokazało się ponownie dopiero krótko przed zachodem, gdy wracałem do bazy jadąc na wschód, a więc jechałem goniąc cień mojego samochodu, radując oczy i serce widokiem krajobrazu oświetlonego najpiękniejszym słońcem, bo wrześniowym i zachodzącym. Właśnie teraz, w tym miesiącu, ma ono pod wieczór barwę najzłocistszą, najcieplejszą. Od czasu ponownej lektury książki Drzeżdżona, więc już od roku, w takich chwilach słyszę jego słowa, pragnienie zatrzymania w kropelce bursztynu wschodu słońca na swej dłoni, i jak zawsze myślę o swoim pragnieniu – zatrzymania zachodu słońca.
Wschód jest niewyspany (Eos wstaje stanowczo zbyt wcześnie, a ja nie potrafię jej tego oduczyć) i chłodny, kojarzy mi się z początkiem dnia wypełnionego pracą, o której tylko ostatni pacan mógł powiedzieć, że człowieka uszlachetnia; kojarzy się właśnie z zimnem i z zaspanymi oczami. Świt niech się spełnia, bo jest początkiem, a jeśli akurat ten jest początkiem dnia wolnego, to tym bardziej niech mu dane będzie rozpocząć się i trwać jak najdłużej. Chwytać trzeba jego kres, zachodzące słońce, koniec kolejnego dnia mojego życia, ale tak samo to możliwe, jak zastygnięcie wschodu w bursztynie. Chociaż... jeden sposób znalazłbym, tyle że nie wschód ani nie zachód trzeba mi więzić, a owe chwile między początkiem a końcem dnia. Tylko w ten sposób mogę uchwycić dzień, i tylko wtedy mogę spokojniej, a może nawet i bez żalu, patrzeć na zachodzące słońce.
Pisząc te słowa, ponownie, jak setki już chyba razy, wspomniałem Prousta piszącego o uchwyceniu rzeczywistości między chwilą obecną a przeszłością. W ciągu tego dnia też myślałem o nim, a nawet wydawało mi się, że jestem bliżej jakiejś głębokiej myśli (swojej myśli), ale ona znowu, jak tyle już razy, gdzieś mi umknęła nim zdążyła się wykrystalizować. Teraz, wieczorem tego zwykłego dnia wrześniowego, żałuję tej ucieczki tym bardziej, że miałem nadzieję na utrwalenie tego dnia w pamięci właśnie dzięki rozwiązaniu jednej z tych zagadek szczęścia, które podsuwa mi Proust, a których istota, pierwiastek najważniejszy, sens i radość dający, ciągle wymyka się mi.
Daremnie szukamy, a oto otwierają się... – pisał Proust. Więc same, znalezione przypadkowo? Nie jest to pocieszający wniosek. A może do rozwiązania zagadki szczęścia trzeba mieć szczęście? Albo geniusz Prousta? Chyba tak właśnie jest, ale trzyma się mnie uporczywa nadzieja, że jeśli nawet zdołam uchwycić niechby cząstkę tej zagadki – będę wygrany. Że możliwe to jest nie tylko dla umysłu sięgającego tak wysoko jak jego umysł, do wyżyn mi niedostępnych, ale dla wszystkich, którym te rozwiązanie jest potrzebne, więc i dla mnie. Chodzi tutaj o rzecz najważniejszą, o uchwycenie i zatrzymanie chwil dzisiejszego dnia, każdego wschodu i zachodu, ale jeśli nawet nie uda się – tutaj jest moje pocieszenie - to i tak wygrana będzie moja, bo wszak szukając, jestem w drodze, a mówi się, że droga może być ważniejsza od celu. Szukam. Szukam sam i szukam przy pomocy Prousta, chociaż co raz wydaje mi się, że moje drogi poszukiwań są rozbieżne z jego drogami; może w tych odmiennościach jest przyczyna moich kłopotów w jego zrozumieniu?

wtorek, 15 września 2015

Drzewa żagańskiego parku


Tekst napisałem parę lat temu, a w minioną niedzielę uzupełniłem zdjęciami, wyrwawszy się  na godzinkę do parku, wszak wiosną obiecałem wizytę sobie i drzewom. Słowa mają więc swój czas, zdjęcia są świeżutkie.


Dni pełne ciepłego blasku wrześniowego słońca, noce srebrzyste księżycową pełnią pod rozgwieżdżonym niebem, i ja wśród drzew żagańskiego parku – pięknie żegna mnie Lato.

Platany – imponujące wielkością i urokiem, jasne, pogodne, słoneczne olbrzymy. Odchylam dłonią nisko wiszącą gałąź i wchodzę pod drzewo, w zielony i chłodny cień, podnoszę głowę i w niemym podziwie patrzę na potężne, wielokrotnie rozgałęzione, powyginane konary rozjaśnione plamami słońca i świeżo odpadłej kory, a po głowie przebiegają myśli o Platonie i o Grecji.







Szare, wyniosłe, łuszczące się słupy jaworów przywołują wspomnienia górskich wędrówek i słyszanej w dzieciństwie ludowej piosenki o dziewczynie czekającej na kochanka pod takim właśnie drzewem.

Dotykam czerwonawej kory wyjątkowo prostego i wysokiego pnia cisu, a nade mną, wśród igliwia, mnóstwo owoców o barwie mięsistej, błyszczącej czerwieni. Budzi się we mnie wspomnienie rosochatego, pokręconego, wielkiego i tyleż razy podziwianego cisu z Trowbridge, ale też myśl o… rubinach, zapewne przez intensywność i piękno koloru.

Graby przyciągają mój wzrok urodą szarosrebrzystych pasemek na swoich pniach i jasną, pogodną barwą dojrzewających płatków lotnych swoich orzeszków. Ich pnie zdają się prężyć muskuły, całkiem jak buki. 
W zarośniętym kącie parku, z dala od ścieżek, oglądałem ogromny pień klonu pokryty wspinającą się po nim nieznaną mi rośliną nadającą mu wygląd bardzo starych wiązów; z tej gęstwiny wyrastała, chyląc się moją stronę, gałąź obwieszona seledynowymi, ładnymi lotkami. Klonowe skrzydlaki? Tak, ale liście nie takie… Podszedłem bliżej i zobaczyłem charakterystycznie ząbkowany kształt liści grabu, który schowany za zarośniętym olbrzymem wychylał się ku słońcu mieszając z tamtym swoje gałęzie.

Lipy, tak inne od wolnostojących – niskopiennych i szerokich: te strzelają w górę mocnymi, śmiałymi i szarymi wybuchami swej siły witalnej i dopiero wysoko, blisko słońca, rozwierają swoje gałęzie z liśćmi ułożonymi w tak charakterystyczny dla nich sposób – jakby chciały jak najoszczędniej zasłonić jak najwięcej słońca. 


Pod inną, niską i trzypienną, starą już, sypiącą próchnem, ale wciąż zieloną lipą stoją stoliki naszej jadalni, a drzewo szczodrze udziela nam nie tylko swojego cienia, ale i swoich nasion, sypiąc je do talerzy. Dzisiaj niskie już słońce, przesiane przez liście drzewa, świeciło na stoły, na mnie i na jedzenie. Słońce na stole, przy którym jem posiłek… Zwykła chwila i takiż widok, zdawałoby się, ale dla mnie były bardzo urokliwe, może przez kontrast z wszystkimi zimowymi posiłkami jedzonymi w pomieszczeniach i przy sztucznym świetle.

Tutaj nawet wiąz stoi prosty, strzelisty, nie strasząc swoją rosochatością jak tamte okazy widziane kiedyś w jakimś parku w UK. Uważnie oglądałem jego charakterystyczne przypory i asymetryczne liście – niewątpliwie wiąz. 


Patrząc na te liście, pomyślałem o zdarzeniu sprzed tysiącleci, które niewątpliwie nastąpiło: gdy jakiemuś odległemu przodkowi wszystkich obecnych wiązów przydarzył się błąd genetyczny objawiający się tą niesymetrycznością liści, a przypadek czy przeznaczenie sprawiły, iż przekazał swoje cechy, łącznie z tą, w następne pokolenia. Gładkie, muskularne buki, które kiedyś wydawały mi się drzewami zimnymi, odpychającymi, a teraz widzę je ciepłymi, zwłaszcza w swojej czerwonej odmianie, jak ten wiecznie opity słońcem buk z ulicy Chrobrego w Ustroniu. Buki fascynują swoimi ogromnymi, guzowatymi, muskularnymi korzeniami, które jakby zachłannie, drapieżnie, wbijają się w ziemię. Tutaj, w żagańskim parku, kilka lat temu, także we wrześniu, siedziałem w swoim pokoiku i przez otwarte drzwi patrzyłem na ociekający deszczem i jednocześnie oświetlony popołudniowym słońcem czerwony buk– niezapomniany widok drzewa skąpanego w świetlistym deszczu.

Akacja, o której dowiedziałem się niedawno, że wcale nie jest akacją, a robinią akacjową, ma dwa oblicza: jedno tworzy pokręcony, głęboko spękany, jakby stary i schorowany pień drzewa, drugie oblicze tworzą ładne liście i zapach kwiatów tego drzewa. Pamiętam noc przed laty, podróż ciężarówką do niepamiętanego już miasta, a zakończoną na ulicy dosłownie zasypanej opadłymi kwiatami akacji; szedłem nią, właściwie brodziłem po kostki w usychających, szeleszczących i nadal pachnących kwiatach. I dzień pamiętam sprzed paru lat, gdy na szlaku Gór Wałbrzyskich rozkoszowałem się właśnie tam odkrytą, wspaniale świeżą, nutą zapachową kwiatu tego drzewa.

Klony – wyniosłe drzewa o pięknych, wielkich liściach, obwieszone kiściami latawców z nasionami – teraz stoją w letniej jeszcze szacie, ale już za parę tygodni pokażą się w swoim bajecznie kolorowym stroju jesiennym, beztrosko rozrzucając wokół siebie królewski kobierzec ze złotogłowiu.

Spod mojego kampingu widzę klasyczny kształt buka, a zza niego wychyla się, górując ponad nim, inne drzewo. Gdy poszedłem tam, zobaczyłem ogromną topolę rosnącą nad samym brzegiem rzeki: tuż nad ziemią monstrualny pień o średnicy ponad dwóch metrów rozwidla się na cztery konary, a każdy jest wielkim, grubym drzewem. Parę razy odchodziłem od tego drzewa i wracałem chcąc jeszcze raz objąć wzrokiem jego majestatyczny ogrom i surową, trudno rozpoznawaną, urodę.

Właśnie oglądałem w internecie zdjęcia sekwoi olbrzymiej; ech, pojechać do USA i obejrzeć te cuda natury!

Na pocieszenie mam tutaj dęby: wspaniałe, mocne, nasze, polskie. Wysokie i proste wśród innych drzew – jak wiekowy Warcisław w lesie pod Ustroniem Morskim; a szeroko, niemal poziomo rozpościerające swoje konary gdy znajdą wolną przestrzeń – jak ten bezimienny staruszek w podleszczyńskim lesie.

W lesie pod Ustroniem oglądałem też dąb  Chrobry, uznawany za najstarszy w Polsce. Stojąc przed nim, dotykając go, miałem świadomość dotykania istoty żywej, dla której czas ma zupełnie inny wymiar i której życie jest dla mnie niepojęte.

Właśnie ta świadomość – istnienia obok siebie dwóch istot żywych nie mających żadnych możliwości kontaktu i możliwości porozumienia, nie opuszcza mnie i fascynuje, gdy oglądam wielkie drzewa.

Z drzew, a już zwłaszcza z brzóz, promieniuje na nas coś tajemniczego, coś, co uspokaja nas i wycisza. Czasami wydaje mi się, że właśnie to dziwne „coś” wysyłane przez drzewa i nasz odbiór tego jest kontaktem, jedynym możliwym naszym kontaktem z drzewami.



Dopisek.

W niedzielę mierzyłem krokami obwód poczwórnego pnia mojego ulubionego platana, tego, którego korona ma 35 metrów średnicy. Więc mierzyłem i jestem niemal pewny, iż ma nieco ponad 10 metrów!

Wczoraj, w zwariowany dzień demontażu lunaparku, udało mi się zrobić kilka zdjęć sumakowi mającemu uroczo przeplecione konary. Stoi sobie ten poplątaniec przy parkingu na ulicy Sobieskiego w Żaganiu.


piątek, 11 września 2015

Koniec lata i pękające opony


Pierwsze dni września, park w Żarach.

Budząca podziw z domieszką respektu ogromna topola, najprawdopodobniej kanadyjska; tak przypuszczam widząc długie i głębokie bruzdy w korze drzewa. Pamiętałem zmierzyć obwód jej pnia (ma 520 cm, czyli średnicę 165 cm) zdjęć zapomniałem zrobić, ale hołd drzewu złożyłem nie raz, stojąc pod nim i gapiąc się, albo chodząc wokół i dłońmi muskając pień. Ciągle kwitnące maleńkie bodziszki i kasztanowce w jesiennej już szacie, z brązowiejącymi liśćmi i pękającymi jeżami, z których wyłaniają się błyszczące kasztany. Po drugiej stronie ulicy, pod murem starego pałacu, kwitnie nawłoć, a wyżej, na połamanej ceglanej ścianie rośnie spora już brzoza; ale miejsce sobie znalazła!

Upał. Dłonie błyszczą potem, krople potu mam na szkłach okularów, pot ścieka mi do oczu. Chodziłem rozebrany do połowy, ale gdy na ramionach i plecach poczułem znane, charakterystyczne szczypanie skóry, uznałem, że pora założyć T-shirt. Po godzinie był przepocony, a rękaw, którym wycieram twarz (bo czym??), zrobił się czarny.

O 20.30 wyjechałem mając nadzieję na dotarcie do odległego celu wczesnym rankiem, a towarzyszył mi księżyc świecący na wprost mnie. Początkowo stał nisko nad horyzontem, był wielki, wyrazisty, czerwony i piękny. Podnosząc się, stawał się coraz mniejszy i coraz bardziej srebrny, wyrazistym i jasnym będąc nadal. W kabinie gorąco. Uchylam prawe okno, chłodny wiew wypełnia kabinę, ale po minucie kicham, wciskam więc przycisk podnoszenia szyby i znowu się pocę. Po dwóch godzinach spokojnej jazdy podrywa mnie odgłos wystrzału opony. Coś, co normalnie zdarza się nadzwyczaj rzadko, tutaj jest normą, ponieważ stare opony użytkuje się do ich nagłego i głośnego końca. Na dworze tylko odrobinę chłodniej niż w nagrzanej kabinie; nieco wcześniej mijałem przydrożny termometr, pokazywał 28 stopni. Kładę się na asfalcie i wczołguję pod dno skrzyni ładunkowej, latarkę próbując trzymać w zębach. Oceniam, czy mój podnośnik wejdzie pod płytę spinającą resory z osią i jak go ustawić w tej ciasnocie. Leżę przy kole zbierając uciekające mi chęci do pracy, na policzku czuję szorstki i jeszcze ciepły asfalt szosy; właściwie dobrze mi się tutaj leży, ale przecież muszę wziąć się za wymianę koła. Wycofuję się rakiem, T-shirt najwyraźniej chce tam zostać, bo zsuwa się ze mnie w stronę głowy.

W Głogowie wjechałem na drogę, którą dziesiątki razy przemierzałem swoim fordem jadąc na moje włóczęgi; myślami byłem w górach. W zimne dni często chodziłem po górach, w skwarne nie; w ten gorący letni wieczór pomyślałem, że chyba jednak mniej uciążliwa jest ta zimna skrajność. Zdarzało mi się być na szlaku przy 20 stopniach mrozu i przy silnym wietrze, ale nie zmarzłem nigdy, może tylko czasami w palcach stóp i rąk odczuwałem niewielki dyskomfort. W końcu komfort marszu w zimie jest tylko kwestią odpowiedniego ubrania. Co jednak zrobić, gdy powietrze ma ponad 35 stopni, w plecy grzeje plecak, a na stopach ma się grube skarpety i masywne buty?

Ech, poszedłbym i w ten upał! W najgorętsze godziny posiedziałbym wśród brzóz rosnących przy tamtej uroczej dróżce na stoku Ulina, a pod wieczór poszedł dalej i szedł do zmroku. Letni wieczór w górach, na szlaku…

Jak wygląda? Jakie ma zapachy?..

Za Jarocinem wjechałem na drogę zapomnianą przez drogowców - trzydzieści kilometrów dziur w jezdni tak wąskiej, że lusterkami omalże całuję się z mijanymi tirami, w końcu z ulgą wjeżdżam na starą szosę warszawską, drogę 92. Jest równa i szeroka, scania uspokaja się, nie wyczynia już dzikich harców na wybojach, a spokojnie warczy silnikiem. Monotonia usypia, zwłaszcza, że minęła dwudziesta godzina pracy non stop. Raz i drugi świadomość urywa mi się, z sekundowego snu budzę się przestraszony, krzyczę lub biję się po policzkach dla odpędzenia snu. Zatrzymuję się na minutę, wypijam kawę z termosu i szybko ruszam w dalszą drogę walcząc o godziny spania. Jeśli nie pośpieszę się, nie będę mieć czasu na sen, bo na trzynastą zamówiona jest ekipa pogotowia, mają podłączyć prąd, a przecież wcześniej mam zmontować instalację elektryczną, muszę więc zacząć pracę nie później niż o dziesiątej.

Huk jak wystrzał armatni, tumany kurzu widziane w lusterku i chwiejący się  samochód skutecznie odpędzają senność. Zrezygnowany zatrzymuję scanię, biorę latarkę i wysiadam, chociaż wiem, co zobaczę. Gęsta sieć stalowych nitek opony sterczy zmechacona, a między nimi zieje wyrwa. Nie mam już zapasowego koła, ale na horyzoncie widzę bliską łunę miasta. 


Pojechałem na jednym kole i dojechałem jadąc trzydziestką.

Mimo starań wygospodarowałem tylko dwie i pół godziny snu.

Dawno temu ktoś dowcipny nazwał najgrubsze używane tutaj przewody walkmanami. Fama głosi, że to na skutek (przewrotnego) podobieństwa do cieniutkiego przewodu słuchawkowego walkmana. Przewody te mają średnicę około 8 cm i wagę taką, że jedna osoba nie przeciągnie na raz dłuższego odcinka przewodu niż dziesięciometrowy. Wczoraj chciałem więcej, ale stopy zabuksowały mi w piachu. Dzisiaj czarna guma przewodu parzy dłonie; nie zakładam rękawic, bo trudno mi znieść okropne gorąco odczuwane wtedy na dłoniach. Rozciąganie tego przewodu wysysa siły, wypaca wodę z organizmu i obciąża kręgosłup, ale na szczęście nowy plac jest duży i równy, można podjechać ciężarówką z wielkim bębnem, na którym nawinięte są walkmany, bez konieczności wleczenia ich po ziemi na dużą odległość.

Dzień pracy w mojej brygadzie w czasie przeprowadzki, to nie tyle tony przeniesionych ciężarów, co wiele, wiele kilometrów chodzenia po całym terenie lunaparku. Pamiętam swoje pierwsze przeprowadzki w tej firmie, chodziłem wtedy jak zbity pies ledwie włóczący nogami, a przecież miałem naście lat mniej. Szybko tracąc wagę wytrzymałem tę szkołę przetrwania, musiałem wytrzymać, a teraz te zwariowane dni nie odciskają właściwie żadnego śladu na moim organizmie.

Niestety, później, gdy przyzwyczaiłem się, znowu nabrałem wagi. Rok temu zawziąłem się, skrupulatniej niż zwykle liczyłem kalorie, w rezultacie wróciłem do swojej wagi z młodzieńczych lat, z czego jestem bardzo dumny. Do tego stopnia dumny, że kupiłem sobie wagę i dla poprawy nastroju staję na niej niemal codziennie.

Spod kuchni dobiega mnie babski jazgot, to kucharka i pomagająca jej w czasie przeprowadzki kasjerka znowu się kłócą. Skrzeczące i wysokie głosy świdrują w głowie, są nie do zniesienia. Gdyby to byli mężczyźni, poszedłbym i sypnął im wiązankę na uspokojenie, ale do bab nie pójdę, bo wtedy zjednoczą się i wspólnie zaczną jazgotać na mnie, a tego bardzo nie lubię.

Czasami zastanawiam się, co trzeba przeżyć, czego w życiu doświadczyć, żeby z pogodnej niegdyś, cichej i zapewne miłej dziewczyny przeobrazić się w taką babę. Wtedy na ogół przychodzą mi na myśl tysiące dni wypełnionych codzienną męczącą krzątaniną, niekończący się ciąg kłopotów, może i niezbyt wielkich, ale uciążliwych powtarzalnością, dawno miniona miłość i obecny jej brak – i wtedy bronię te kobiety przed własnym zbyt ostrym osądem. Nie dość, że mam zadatki na idealistę i marzyciela, to na dokładkę niewielką mam wiedzę o psychologii kobiet, ale nie chciałbym się mylić w twierdzeniu, iż kobieta komplementowana, doceniana, pieszczona, a nade wszystko kochana, zachowa w sobie te urocze cechy młodej marzycielki, jaką kiedyś była, i nie zamieni się w babsztyla. Tak, tylko wtedy należałoby uznać, iż ta jej nieprzyjemna metamorfoza jest winą mężczyzn. Ech.

O 18.30 lunapark ma prąd i wodę, podłączony też jest do kanalizacji ściekowej. Cichaczem, jako że pracować powinniśmy do godziny 19, zarządzam fajrant; chłodny prysznic jest rozkoszą dla ciała.

Po upalnym dniu i ciepłej nocy dzień wstawał chłodny i chmurny. Silny wiatr niósł drobne kropelki deszczu osiadające na szkłach okularów; wróciłem się do kampingu po sweter i czapkę z daszkiem. Z obawą, także z odrobiną niechęci, patrzyłem na szare, paskudne chmury pokrywające całe niebo. W takie dni lata wydaje mi się, że słońce utraciłem na długo, że wczorajszy dzień był ostatnim dniem lata, a teraz już tylko chmury przede mną i dni coraz krótsze. Wtedy budzi się we mnie tęsknota za słońcem tak silna, jakby karmiona była tygodniami bezsłonecznych dni i obiecuję sobie nigdy nie narzekać na upał. Nie narzekałem nawet wtedy, gdy pot dosłownie zalewał mi oczy.

Wieczorem tego dnia uświadomiłem sobie, iż sweter założyłem po raz pierwszy od trzech miesięcy. Od dzisiaj zakładać go będę coraz częściej, a za miesiąc przyrośnie mi do grzbietu na całe półrocze. Jego wyciągnięcie z szafy było jedną z wielu symbolicznych chwil końca lata – obok dni coraz krótszych, błyszczących kasztanów, pierwszych żółtych liści na brzozach i kwitnących nawłoci.

Lato się kończy.

wtorek, 8 września 2015

Dwa letnie wieczory w Ustroniu Morskim


070815

Założyłem buty górskie i siedzę w nich przy laptoku.

Pisownia „laptok” nie jest błędem, a pamiątką z dawnych lat. Tak mówiła moja mała Małgosia; używanie tego jej słowa jest dla mnie wspomnieniem pięknego czasu. Pisanie daty bez rozdzielających kropek jest starym, utrwalonym tradycją, „dopiskowym” zwyczajem.

Próbuję coś napisać, ale tak naprawdę oglądam buty i wsłuchuję się we wrażenia przy poruszaniu palcami stóp. Skarpet nie założyłem właśnie dla lepszego odczuwania dotyku skóry wyściółki butów. Trochę śmieję się z siebie, bo też i śmieszny to musi być widok mnie siedzącego w krótkich portkach i z gołymi stopami w ciężkich butach, ale wyrozumiały to śmiech. W szafie leży zwój grubej skóry, wołowego kruponu zabranego z zimowego pokoju, żeby zrobić nowe wkładki do roboczych kamaszy, najlepsze wkładki na upalne dni. Gdy otworzyłem drzwiczki i zobaczyłem tę skórę, pomyślałem o zrobieniu wkładek do butów górskich, ale zaraz przyszła refleksja: przecież mam ich kilka par. Niezasznurowane buty kłapią, nie mogę znaleźć czerwonych sznurówek do nich, może więc założę czarne? Zaraz, jakże to? Czarne sznurówki do moich szytych, skórzanych butów?? To już niech zostaną niezasznurowane. 



Na łóżku kładę swoją sztywną, foliowaną, mapę gór i wodzę po niej palcem i wzrokiem. Wysoczka. Dawno nie byłem na tej górze, jednej z moich ulubionych. Opodal rośnie grupa wysokich świerków, kiedyś poznanych z bliska. Za nimi zbocze stromo opada w Trzmielową Dolinę, chciałbym kiedyś zejść tamtędy na jej dno…

Ze zbocza widać moją małą Lipową Dolinkę, jej także dawno nie widziałem. A ta ładna droga na stoku Lisianki? Raz tylko byłem tam i zawróciłem przestraszony stojącym na niej bydlęciem, a tyle razy obiecałem sobie przejść całą! Chciałem też przejść raz jeszcze przynajmniej wschodni odcinek Dzwonkowej Drogi. Jedno z wielu posiadanych zdjęć tej drogi jest szczególnie przeze mnie ulubione, mam je na pulpicie, żebym nie musiał szukać po folderach. Pamiętam miejsce w pobliżu uroczego strumienia pod Rawką, gdzie je robiłem parę lat temu; teraz sprawdzałem na mapie, strumyk jest, ale bez nazwy. Może gdy pójdę tam, znajdę nazwę właściwą dla jego urody?

Po godzinie jest mi gorąco w stopy, ociągam się jeszcze kwadrans, w końcu zdejmuję buty. Nim odłożę je na półkę, oglądam ze wszystkich stron.

Czy coś mi jest? -:) Nie, to tylko tęsknota.



140815

Jak zwykle w słoneczne popołudnia jestem rozdwojony w swoich chęciach, bo i pisać lub czytać chciałbym, i pójść na spacer dla nacieszenia się słonecznym dniem. Jak niemal zawsze wychodzę pamiętając wyrzuty, jakie robię sobie w zimie o te nieoglądane chwile słonecznego lata.

Dobrze, że wziąłem wiatrówkę (swoją górską wiatrówkę, solidną, z kapturem, lubianą i jednoznacznie kojarzącą się z górami), bo na plaży wiał silny i chłodny wiatr. Zaskakująco duży był kontrast temperatur: na plaży zimno, a w nieodległej alejce, między drzewami wydmy, ciepła cisza pamiętająca upał południa. Był i drugi kontrast: światła. Tam niebo rozpłomienione niskim, ale silnym słońcem, grzywy sporych fal niosące słońce na brzeg, drzewa stojące we wciąż silnym, chociaż już nabierającym barw, świetle, a głębiej między nimi wieczór, światło uciekające w górę, tylko na nielicznych pniach widać jego kolorowe plamy. Stałem na brzegu alejki, w obie strony szli lub jechali ludzie, a ja patrzyłem na słońce uczepione pnia sosny. Znany widok, ale ilekroć patrzę na ostatnie ślady słońca na drzewach, odczuwam odrobinę żalu - takiego łagodnego, niedokuczliwego, a z nim najzupełniej dziecinną chęć zatrzymania słońca.

Myśli same, najzupełniej same, skręciły mi ku pisanemu opowiadaniu… To nie jest zwykłe zastanawianie się nad ułożeniem ciągu dalszego literackiej fikcji, a wrażenie zastanawiania się nad własnym życiem; czasami nawet pewność wejścia za chwilę w tamten świat i spotkania wypełniających go ludzi – efekt rozmywania się granicy między fikcją a rzeczywistością. Bywa, że światy mi się mieszają, że jestem tutaj i tam, albo ten prawdziwy wydaje się chwilowym i mniej realnym od tamtego, nieistniejącego. Bywa to kłopotliwe, czasami nawet bolesne, ale na ogół ma pozytywne oddziaływanie na mnie, w dziwny sposób wzbogacając mnie i czyniąc mniej podatnym na dokuczliwości codzienności; mając dwa światy, mam gdzie uciekać.

Skręciłem w stronę zejścia na plażę i w wąwozie alejki wcinającej się w nasyp wydmy zobaczyłem różowiejące niebo. Parę kroków dalej, gdy zobaczyłem cały horyzont, niebo w pobliżu zachodzącego słońca wydało mi się raczej pomarańczowe, jednak dalej miało niewielkie domieszki różu. Horyzont był idealnie czysty i wyraźny, a spore fale niosły na swoich białych grzbietach drobiny migotliwego światła. Słońce rzucało cienie na plażę do ostatniej swojej chwili, jasne jak rzadko kiedy w ostatnich minutach dnia. 






Opatulony kurtką stałem i patrzyłem, ale gdy tylko dzień się skończył, wróciłem gnany niecierpliwością, bo oto czekał już na mnie kolejny świat – niezmierzony ocean słów, w którym pragnąłem się zanurzyć. Ostrożnie niosłem garść słów i wrażeń, bojąc się coś uronić nim zapiszę je w dopiskach.

Pisanie jest dokuczliwym wrażeniem przeraźliwej pustki, wyjałowienia, zniechęcenia, gdy słowa opuszczają mnie i nie wiem co, lub nie wiem jak, napisać, ale gdy czekając na zapisanie ustawiają się w długim i drżącym niecierpliwością szeregu, gdy palce ledwie nadążają za nimi, pisanie jest radosną ekscytacją graniczącą z euforią.

Dzisiaj list, dopiski, opowiadanie, może coś na blogu – przypominam sobie plany na wieczór i cieszę się nimi - no i oczywiście Perseidy! Wczoraj przegapiłem ich kulminację, ale może dzisiaj zobaczę je? Mam już upatrzony w miarę ciemny kącik, pójdę tam w nocy. Od czego zacznę wieczór? Od zaparzenia kawy, w tym czasie uruchomi mi się laptok. Brahms? Mam chęć wysłuchać jego koncert d-moll na fortepian, syn zwrócił mi uwagę na pewne miejsce, ale musiałbym tylko słuchać, skupić się - pisanie jednak przeważa. Może coś dobrze znanego jako tło? Mszę h-moll Bacha? A może jego oratorium wielkanocne? Jest tam cudna aria na sopran. Ten głos, taki drżący i tęskny, tak pieściwy, idealny, tak bardzo kobiecy, wprowadza mnie w uroczy nastrój…

Siadam przy szafce pełniącej tutaj rolę stolika pod komputer i rozchylone palce zawieszam nad klawiaturą. Cudowna chwila. Opuszki palców dotykają pierwszych klawiszy, na ekranie pojawiają paciorki czarnych znaczków, a czas zaczyna pędzić jak zwariowany.

Jestem w swoim świecie.

A Perseidy? O północy przez kwadrans gapiłem się w niebo oparty o wielkie koło traktora, ale zobaczyłem tylko jednego Perseidka - malutką, ale wyraźną, oszałamiająco szybko pędzącą po niebie, nitkę światła – ostatnią chwilę grudki materii spoza Ziemi.