Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

wtorek, 15 września 2015

Drzewa żagańskiego parku


Tekst napisałem parę lat temu, a w minioną niedzielę uzupełniłem zdjęciami, wyrwawszy się  na godzinkę do parku, wszak wiosną obiecałem wizytę sobie i drzewom. Słowa mają więc swój czas, zdjęcia są świeżutkie.


Dni pełne ciepłego blasku wrześniowego słońca, noce srebrzyste księżycową pełnią pod rozgwieżdżonym niebem, i ja wśród drzew żagańskiego parku – pięknie żegna mnie Lato.

Platany – imponujące wielkością i urokiem, jasne, pogodne, słoneczne olbrzymy. Odchylam dłonią nisko wiszącą gałąź i wchodzę pod drzewo, w zielony i chłodny cień, podnoszę głowę i w niemym podziwie patrzę na potężne, wielokrotnie rozgałęzione, powyginane konary rozjaśnione plamami słońca i świeżo odpadłej kory, a po głowie przebiegają myśli o Platonie i o Grecji.







Szare, wyniosłe, łuszczące się słupy jaworów przywołują wspomnienia górskich wędrówek i słyszanej w dzieciństwie ludowej piosenki o dziewczynie czekającej na kochanka pod takim właśnie drzewem.

Dotykam czerwonawej kory wyjątkowo prostego i wysokiego pnia cisu, a nade mną, wśród igliwia, mnóstwo owoców o barwie mięsistej, błyszczącej czerwieni. Budzi się we mnie wspomnienie rosochatego, pokręconego, wielkiego i tyleż razy podziwianego cisu z Trowbridge, ale też myśl o… rubinach, zapewne przez intensywność i piękno koloru.

Graby przyciągają mój wzrok urodą szarosrebrzystych pasemek na swoich pniach i jasną, pogodną barwą dojrzewających płatków lotnych swoich orzeszków. Ich pnie zdają się prężyć muskuły, całkiem jak buki. 
W zarośniętym kącie parku, z dala od ścieżek, oglądałem ogromny pień klonu pokryty wspinającą się po nim nieznaną mi rośliną nadającą mu wygląd bardzo starych wiązów; z tej gęstwiny wyrastała, chyląc się moją stronę, gałąź obwieszona seledynowymi, ładnymi lotkami. Klonowe skrzydlaki? Tak, ale liście nie takie… Podszedłem bliżej i zobaczyłem charakterystycznie ząbkowany kształt liści grabu, który schowany za zarośniętym olbrzymem wychylał się ku słońcu mieszając z tamtym swoje gałęzie.

Lipy, tak inne od wolnostojących – niskopiennych i szerokich: te strzelają w górę mocnymi, śmiałymi i szarymi wybuchami swej siły witalnej i dopiero wysoko, blisko słońca, rozwierają swoje gałęzie z liśćmi ułożonymi w tak charakterystyczny dla nich sposób – jakby chciały jak najoszczędniej zasłonić jak najwięcej słońca. 


Pod inną, niską i trzypienną, starą już, sypiącą próchnem, ale wciąż zieloną lipą stoją stoliki naszej jadalni, a drzewo szczodrze udziela nam nie tylko swojego cienia, ale i swoich nasion, sypiąc je do talerzy. Dzisiaj niskie już słońce, przesiane przez liście drzewa, świeciło na stoły, na mnie i na jedzenie. Słońce na stole, przy którym jem posiłek… Zwykła chwila i takiż widok, zdawałoby się, ale dla mnie były bardzo urokliwe, może przez kontrast z wszystkimi zimowymi posiłkami jedzonymi w pomieszczeniach i przy sztucznym świetle.

Tutaj nawet wiąz stoi prosty, strzelisty, nie strasząc swoją rosochatością jak tamte okazy widziane kiedyś w jakimś parku w UK. Uważnie oglądałem jego charakterystyczne przypory i asymetryczne liście – niewątpliwie wiąz. 


Patrząc na te liście, pomyślałem o zdarzeniu sprzed tysiącleci, które niewątpliwie nastąpiło: gdy jakiemuś odległemu przodkowi wszystkich obecnych wiązów przydarzył się błąd genetyczny objawiający się tą niesymetrycznością liści, a przypadek czy przeznaczenie sprawiły, iż przekazał swoje cechy, łącznie z tą, w następne pokolenia. Gładkie, muskularne buki, które kiedyś wydawały mi się drzewami zimnymi, odpychającymi, a teraz widzę je ciepłymi, zwłaszcza w swojej czerwonej odmianie, jak ten wiecznie opity słońcem buk z ulicy Chrobrego w Ustroniu. Buki fascynują swoimi ogromnymi, guzowatymi, muskularnymi korzeniami, które jakby zachłannie, drapieżnie, wbijają się w ziemię. Tutaj, w żagańskim parku, kilka lat temu, także we wrześniu, siedziałem w swoim pokoiku i przez otwarte drzwi patrzyłem na ociekający deszczem i jednocześnie oświetlony popołudniowym słońcem czerwony buk– niezapomniany widok drzewa skąpanego w świetlistym deszczu.

Akacja, o której dowiedziałem się niedawno, że wcale nie jest akacją, a robinią akacjową, ma dwa oblicza: jedno tworzy pokręcony, głęboko spękany, jakby stary i schorowany pień drzewa, drugie oblicze tworzą ładne liście i zapach kwiatów tego drzewa. Pamiętam noc przed laty, podróż ciężarówką do niepamiętanego już miasta, a zakończoną na ulicy dosłownie zasypanej opadłymi kwiatami akacji; szedłem nią, właściwie brodziłem po kostki w usychających, szeleszczących i nadal pachnących kwiatach. I dzień pamiętam sprzed paru lat, gdy na szlaku Gór Wałbrzyskich rozkoszowałem się właśnie tam odkrytą, wspaniale świeżą, nutą zapachową kwiatu tego drzewa.

Klony – wyniosłe drzewa o pięknych, wielkich liściach, obwieszone kiściami latawców z nasionami – teraz stoją w letniej jeszcze szacie, ale już za parę tygodni pokażą się w swoim bajecznie kolorowym stroju jesiennym, beztrosko rozrzucając wokół siebie królewski kobierzec ze złotogłowiu.

Spod mojego kampingu widzę klasyczny kształt buka, a zza niego wychyla się, górując ponad nim, inne drzewo. Gdy poszedłem tam, zobaczyłem ogromną topolę rosnącą nad samym brzegiem rzeki: tuż nad ziemią monstrualny pień o średnicy ponad dwóch metrów rozwidla się na cztery konary, a każdy jest wielkim, grubym drzewem. Parę razy odchodziłem od tego drzewa i wracałem chcąc jeszcze raz objąć wzrokiem jego majestatyczny ogrom i surową, trudno rozpoznawaną, urodę.

Właśnie oglądałem w internecie zdjęcia sekwoi olbrzymiej; ech, pojechać do USA i obejrzeć te cuda natury!

Na pocieszenie mam tutaj dęby: wspaniałe, mocne, nasze, polskie. Wysokie i proste wśród innych drzew – jak wiekowy Warcisław w lesie pod Ustroniem Morskim; a szeroko, niemal poziomo rozpościerające swoje konary gdy znajdą wolną przestrzeń – jak ten bezimienny staruszek w podleszczyńskim lesie.

W lesie pod Ustroniem oglądałem też dąb  Chrobry, uznawany za najstarszy w Polsce. Stojąc przed nim, dotykając go, miałem świadomość dotykania istoty żywej, dla której czas ma zupełnie inny wymiar i której życie jest dla mnie niepojęte.

Właśnie ta świadomość – istnienia obok siebie dwóch istot żywych nie mających żadnych możliwości kontaktu i możliwości porozumienia, nie opuszcza mnie i fascynuje, gdy oglądam wielkie drzewa.

Z drzew, a już zwłaszcza z brzóz, promieniuje na nas coś tajemniczego, coś, co uspokaja nas i wycisza. Czasami wydaje mi się, że właśnie to dziwne „coś” wysyłane przez drzewa i nasz odbiór tego jest kontaktem, jedynym możliwym naszym kontaktem z drzewami.



Dopisek.

W niedzielę mierzyłem krokami obwód poczwórnego pnia mojego ulubionego platana, tego, którego korona ma 35 metrów średnicy. Więc mierzyłem i jestem niemal pewny, iż ma nieco ponad 10 metrów!

Wczoraj, w zwariowany dzień demontażu lunaparku, udało mi się zrobić kilka zdjęć sumakowi mającemu uroczo przeplecione konary. Stoi sobie ten poplątaniec przy parkingu na ulicy Sobieskiego w Żaganiu.


9 komentarzy:

  1. Platany! Jakże późno poznałam się z tymi niezwykłymi drzewami! Pierwszy raz widziałam je chyba w Szczecinie, a potem podziwiałam aleję platanową w Kołobrzegu. Moje dzieciństwo upłynęło wśród lip, kasztanowców, jesionów. Była też jedna niezwykła akacja- wysoka i smukła, zdawała się sięgać nieba. Wysokością musiała dorównać wyniosłym jesionom, bo dopiero tam mogła liczyć na odrobinę słońca. Z ziemi nie widać było różnicy między jej liśćmi a liśćmi jesionów. Dopiero zapach i biały kobierzec kwiatów przypominał, że w tym gąszczu drzew stoi ona- piękna, smukła, mocna, giętka a jednocześnie bardzo delikatna robinia akacjowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też późno spostrzegłem platany – i nie tylko te drzewa. Chwilami żałuję tych lat niewiedzy i niewidzenia, ale z drugiej strony… Aniu, czasami próbuje zainteresować kogoś w pracy ładnym drzewem czy kwiatem, nigdy mi się to nie udało. Ta ich obojętność jest na swój sposób niesamowita.
      Platany poznałem dopiero w Żaganiu, chyba z 10 lat temu. Akurat w ich przypadku mam wytłumaczenie: na mojej rodzinnej Lubelszczyźnie rośnie ich niewiele, bo przez wschodnią Polskę przebiega granica ich zasięgu. Dużych mrozów te drzewa nie lubią.
      Akacje i mnie się podobają. Ich liście są delikatne i kształtne, a pokrój drzewa fantazyjny, oryginalny. Pamiętam niewielki lasek akacjowy pod Lublinem, chyba jeszcze trafiłbym tam. Była późna jesień, spokojne powietrze bez najmniejszego powiewu, ale było zimno po nocy z przymrozkiem. Listeczki akacji cichutko i spokojnie opadały… W listopadzie napiszę o tym raz jeszcze w poście, który będzie moją fantazją związaną z… Grecją. Mam nadzieję, że przeczytasz i ten fragment znajdziesz w nim. Zapach kwiatów akacji wydawał mi się taki sobie, trochę za słodki. Tak było do pewnego dnia spędzonego w Górach Wałbrzyskich. Przy ścieżce rosła akacja, kwiaty były nisko, podszedłem i wciągnąłem powietrze do dna płuc. Doznałem oczarowania tym zapachem, bo pod wierzchnią słodkością odkryłem inny zapach, świeży, lekki, wiosenny. Pamiętam, że odchodziłem od drzewa i wracałem, żeby jeszcze i jeszcze poczuć ten zapach.
      Aniu, dziękuję za odwiedziny:)

      Usuń
    2. Dla mnie akacja jest w pewien sposób drzewem szczególnym, to mój pierwszy i najtrwalszy internetowy nik. Dla wielu jestem najpierw Akacją, a dopiero potem Anią.

      Usuń
    3. Wybrałaś taki z powodu lubienia tego drzewa, czy przez przypadek? Mój długo używany nik to Krzysztof, ostatnio z nazwiskiem:)
      Aniu! Mówiłem Ci, że w niedzielę jadę w góry?! Więc jadę. Cieszę się tym wyjazdem, pierwszym od półrocza. Wstanę o 2.30, świt (mam nadzieję, że bezchmurny) obejrzę już na szlaku.

      Usuń
    4. Wydawało mi się, że do mnie pasuje, a przy tym zawiera pierwsze litery mojego imienia i nazwiska. Pozdrów góry ode mnie, ją pojadę dopiero w grudniu. Będę czekała na opis.

      Usuń
    5. Pozdrowię, Pierwsza Damo.
      Kiedyś miałem okres zainteresowania II wojną, od tamtej pory litery AK jednoznacznie kojarzą mi się z Armią Krajową, ale kto wie, jak będzie dalej? Może zaczną kojarzyć się z Tobą?..
      Wróciłem z pracy, przygotowałem wszystko do wyjazdu i na chwilę usiadłem. Dzisiejszy wieczór będzie króciutki, wcześnie się położę, bo wstanę o 2.30. Około szóstej będę w Górach Kaczawskich. Mam wybrane miejsce na oglądanie wschodu słońca. Aniu, tak się cieszę tym wyjazdem!

      Usuń
  2. A więc poznałeś, znasz i podziwiasz całkiem sporo gatunków drzew, w dodatku dorodnych okazów :-)
    Kiedyś, nawet zanim zaczęłam vidzieć drzewa, próbowałam poczuć jak to jest być drzewem (ubolewałam, że nie mają nóg i nie mogą się w żaden sposób przemieścić, że często są samotne, a ich życie jest nudne). Po chwili doznałam "olśnienia" - to nic nie szkodzi, że drzewa nie mogą oglądać dalekiego świata. Przychodzą do nich zwierzęta i ludzie, siadają na nich (i mieszkają) owady i ptaki, wiatr przywiewa im wiadomości, a słońce kręci się wokół nich - na tym polega ich ruchliwość. Wystarczy popatrzeć przez okno jadącego pociągu i odwrócić relację - to pasażerom wydaje się, że wszystko mijają szybko zdążając do celu podróży.
    A przecież po drodze pociąg widziało wiele drzew.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Albo inaczej.
      Jedno drzewo widziało wiele różnych pociągów.

      Usuń
    2. Witaj, Aniko.
      Ty wiesz, że niewiedza uwiera - patrzeć na drzewo i nie wiedzieć jak się nazywa. Teraz trochę wiem, ale jak czytam, już mnie przegoniłaś w moim rozpoznawaniu drzew, i nie trzeba było Ci paru lat, jak mnie, a paru miesięcy. Zauważam u siebie swoiste gapiostwo. Otóż patrzę na całe drzewo, a patrząc, słucham siebie, tego, co widok budzi we mnie. Gdy odchodzę, czasami coś niosę w pamięci, coś, co wydostało się z głębi mojego jestestwa, ale, bywa tak nierzadko, uświadamiam sobie wtedy, że nie zwróciłem uwagi na gatunek tego drzewa. Zresztą, ta moja cecha nie tylko w spotkaniu z drzewami się objawia…
      Ale i pochwalę się: dzisiaj, idąc przez parking przy biedronce, zauważyłem tak charakterystyczną lotkę (podsadkę) z dwoma orzeszkami lipy, spojrzałem i widząc żebrowania, odruchowo rozpoznałem: lipa szerokolistna.
      Oryginalne życie drzew nakreślasz tutaj, Aniko:) Całkiem podobne widziałem w młodości, mieszkając na starej, robotniczej dzielnicy Lublina. W oknach często można było zobaczyć poduszki, na których opierały się starsze kobiety, godzinami patrzące na uliczny ruch, na przechodzących ludzi i w okna innych domów.
      Ruch krajobrazu z okna jadącego pociągu czy samochodu fascynuje mnie. Jest nieustającym ciągiem przemian, wzajemnych zamian miejsc, przenikaniem się, pojawianiem i znikaniem; dziwi ta zmienność tym bardziej, że przecież wiem, iż wszystko jest stałe i tylko przemieszczanie się centrum świata, jego stałej odniesienia, czyli mnie, uruchamia nieruchomy krajobraz. To jeszcze jedno odwrócenie relacji: skoro centrum jest (z założenia naszego umysłu) stałe, to żeby wyjaśnić przemiany spowodowane ruchem, uruchamia się wszystko – poza nami samymi. Jak widzielibyśmy świat wokół siebie, gdyby nasz umysł potrafił tworzyć jego obraz takim, jakim jest naprawdę – bez automatycznego wyznaczania jego środka? Nie wiem. Zupełnie inaczej. Czasami takie myśli przychodzą mi do głowy, gdy mam w swojej pracy do czynienia z rysunkami technicznymi, bo w nich nie ma perspektywy, rzecz tak się rysuje, jakby patrzyło się na nią oczami tak dużymi, jak ten przedmiot.
      Drzewa ciekawią mnie też jako przykład wspaniałego uzupełniania się ze zwierzętami (czyli i z ludźmi), wzajemnej asymetrii potrzeb: to, co dla nas jest odpadem, dla nich surowcem potrzebnym do życia – i vice versa.
      Świadomość tego przydałaby się wielu ludziom, zwłaszcza tym, którzy podejmują decyzje dotyczące drzew.

      Usuń