Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 2 września 2015

Krople deszczu na szybie i Marcel Proust


Napisane w sierpniu.

Dzisiaj znowu deszczowo. Na krzaku pod oknem błyszczą krople wody – piękne jak zwykle. Pęcznieją, odrywają się od liści i wolno, takie mam wrażenie, spadają, ciągle błyszcząc. Ponownie, jak wiele już razy, wspomniałem podobne zapatrzenie sprzed laty, gdy z wojska jechałem na przepustkę; tego dnia padał deszcz, szyba okna w przedziale była mokra, ponaznaczana kropelkami wody. Te małe, przezroczyste wybrzuszenia na tafli szkła zsuwały się nierównym tempem, znacząc swą krętą drogę mokrym śladem, niczym ślimak, by po chwili, nie mając siły na przebrnięcie suchego odcinka drogi, zubożałe, zmniejszone, zatrzymać się. Czasem taka kropla, pchana przemożną siłą ciążenia, milimetr po milimetrze przesuwała się, aż w końcu, trafiwszy na ślimakowy ślad swojej siostry, ruszała w dalszą drogę. Bywało też tak, że drogi dwóch kropelek krzyżowały się: wtedy stapiały się w jedną, większą, i ta przyspieszała, czasem bardzo mocno, spływając błyskawicą zygzaków, porywając (jakby karmiąc się w ten sposób) inne, mniejsze drobiny wody, by po chwili zniknąć poniżej dolnej krawędzi szyby. Zwykły widok, najzwyklejszy, ale wtedy stało się coś dziwnego i znaczącego, coś, co w pełni doceniam dopiero w te ostatnie lata.

Otóż z zupełnie nieznanych mi wtedy powodów zachwyciłem się tym tuzinkowym widokiem; może nawet wstydziłem się – nie pamiętam - przyznać do tego zachwytu, bo i czym, prawda?, ale teraz wiem, że tak naprawdę wszystkie takie chwile ledwie inicjowane są zdarzeniami zewnętrznego świata; zdarzeniami, które w żaden racjonalny sposób nie są w stanie tłumaczyć naszych przeżyć - jak się wydaje nam, dorosłym, którzy tyle widzieli, że przez to mało widzą. Wtedy po raz pierwszy poczułem te nieokreślone, dziwne i piękne pragnienie pisania, i po raz pierwszy poddałem się mu – to powód drugi. (Niestety, szybko zrezygnowałem po uświadomieniu sobie skali trudności - chyba pojawiło się ono zbyt wcześnie.)

Trzeciej przyczyny ważności tamtej chwili na pewno nie uświadomiłem sobie, chociaż mogłem, ponieważ tkwiła ona między ową obudzoną potrzebą pisania, a siłą wrażenia, jakie wywarły na mnie ruchy kropel wody, ważności potwierdzonej pamięcią, o której już nie raz zdarzyło mi się myśleć jako o tej części naszego jestestwa, która bywa od nas mądrzejsza, bo lepiej od nas wiedząca co pamiętać, jakie chwile mają dla nas wartość, a jakie jej nie mają. Zapamiętałem tamte krople wody równie dokładnie, jak wygląd widzianej po raz pierwszy w życiu twarzyczki maleńkiej Małgosi śpiącej w beciku na moich kolanach w szpitalu – tuzinkowy widok i wyjątkowa dla ojca chwila. Dlaczego druga – wiadomo, można byłoby powiedzieć, ale pierwsza? Przyczyny najgłębszej, powodu wyboru tej, a nie innej chwili, nie jestem w stanie wskazać; mogę jedynie powiedzieć, iż obie były prawdziwie moje, a więc z tych, które tworzą życie wewnętrzne, i wcale nie chodzi tu o same krople (tak jak poznawany kształt twarzy Gosi, ani nawet świadomość patrzenia na nią po raz pierwszy w życiu, nie był najważniejszym powodem), co o wrażenie. O przeżywanie, którego intensywność daleko wykracza poza codzienne doznania, i które z tajemnych – mimo wszystkich prób wyjaśnienia – powodów pojawia się w zwykłej, niczym niewyróżniającej się chwili, czyniąc ją niezwykłą tylko swoją obecnością. Tutaj docieram, poprzez krople wody wiszące u wiosła, różową barwę śmietany z truskawkami, i tyleż innych drobnych, zdawałoby się nieznaczących chwil opisanych w powieści, do Prousta:

“...dane im będzie przetrwać w ich najbardziej ulotnych zjawiskach; a przecież ten zapach głogów wabiący wzdłuż żywopłotu, gdzie niebawem zastąpi go dzika róża, odgłos kroków bez echa na ścieżce, bańkę utworzoną na wodoroście przez strumień i pękającą natychmiast – wszystko to zachwyt mój uniósł i dał temu przetrwać tyle lat...”

“W stronę Swanna”, str. 188.

Czy to jest egzaltacja? W początkowym okresie mojej przygody z Proustem tak uważałem, mając go za człowieka egzaltowanego, chociaż wiem, iż sam przymiotnik może określać dość dużą rozpiętość cech osobowych w zależności od używającej go osoby, szczególnie, gdy używa się go do określenia cech innej osobowości niż własna.

Moja znajoma napisała kiedyś, że Prousta stać było na zapatrzenia i zachwyty, na rozpamiętywania i zgłębianie siebie, ponieważ nie miał żadnych obowiązków – do tego stopnia, że pewnie nie potrafił zaścielić łóżka. Ta jej praktyczna, ale przecież słuszna, uwaga była kiedyś powodem mojego zastanawiania się nad osobą Prousta, nad jego życiem i pisarstwem w wyimaginowanej sytuacji, mianowicie konieczności pracy dla własnego utrzymania się. Wcale nie jestem pewny napisania “Poszukiwania” w takiej sytuacji – ale to tylko uwaga a propos.

W powszechnym rozumieniu w określeniach “egzaltacja” i “egzaltowany” mieści się spora doza udawania, a już na pewno nienaturalności, może nawet odrobina zachowań z pogranicza patologii – i chociażby z tych powodów raczej nie pasują one do Prousta, a jeśli, to z zastrzeżeniem usunięcia z nich tych pejoratywnych odcieni znaczeniowych.

Krążę wokół owego zachwytu, który na wiele lat uniósł Proustowi zapach, echo i bańkę na wodoroście; w jednej chwili wydaje mi się, że rozumiem, w drugiej, że chyba jednak nie, ale cóż, w końcu piszę dla siebie, a piszę, ponieważ dostrzegam tutaj swój mały krok w kierunku lepszego zrozumienia Prousta. Otóż gdy po raz pierwszy przeczytałem te słowa, zrozumiałem je dosłownie: Proust zachwycił się czymś, czym w istocie trudno się zachwycić, ponieważ był egzaltowany. Teraz tak nie myślę, inaczej odczytując umieszczone tam słowo “zachwyt”, w czym pomogły mi moje przeżycia, łącznie z tamtą odległą chwilą przy mokrej szybie okna. Tyle piękności było w spływających kroplach wody, co i w bańkach powietrza wśród liści wodorostu, czyli niewiele, ale też zachwyt nie ich samych dotyczył, a tego, co w nas - chwytających w locie przemijającą chwilę naszego życia.


10 komentarzy:

  1. Dziś ja pierwsza, jeszcze przed Anią :)

    Gdy byłam małą dziewczynka i rzadko, bo rzadko, ale zdarzało mi się podróżować samochodem, widziałam podczas deszczu to, o czym napisałeś, to powolne toczenie się kropel deszczu po szybie, zostawianie po sobie przerywanego śladu, łączenie się dwóch samotnych kropli w jedną, grubszą, pędzącą szybciej... Często usiłowałam przewidzieć, czy ta i tamta dadzą radę się złączyć i kibicowałam im. Nie jesteś więc osamotniony w tych emocjach :)
    Nie wiem natomiast, kiedy nastąpił moment, że przestałam to robić... Czy może wtedy skończyło się dzieciństwo? Teraz samochodem jeżdżę bez porównania częściej a krople śledzę rzadziej. Muszę to przemyśleć. Muszę znów zacząć zagapiać się na nie.
    Co do Prousta i jego zachwytów, to z własnego doświadczenia wiem, że łatwiej dostrzec mi taniec małych muszek nad trawą w przedwieczornej ciszy, leniwie snujący się dym nad chałupą w dolinie, drganie płomienia świecy, światło latarni sączące się przez liście gdy nie miotam się między praniem a kotletami na jutrzejszy obiad. Tak więc chyba coś jest w tym, że Proust, nie ścielący swojego łóżka miał większe pole do popisu w kwestii DOSTRZEGANIA.

    Latorosłka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci, Latorosłko, za tak ładny komentarz.
      Zadziwia mnie podobieństwo wybranych przez Ciebie przykładów zapatrzeń do tych, które i ja wybrałbym; gdzieś tutaj, na tym blogu, o niektórych z nich nawet pisałem. Zbieżność nieprzypadkowa, mam nadzieję:) Podoba mi się połączenie przez Ciebie zaprzestania obserwacji kropel deszczu na szybach z końcem dzieciństwa. Myśl to ciekawa, połączenie słuszne, jak mniemam. My, dorośli, zwykliśmy uważać, że mamy swoje ważne sprawy i zainteresowania, a krople wody? Na co tu się gapić?, czym zachwycać?, ale czasami przychodzi do nas myśl o jałowości tych naszych dorosłych spraw, w większości kręcących się wokół spraw finansowych i kuchennych, jak słusznie zauważyłaś. Naturalnym ciągiem dalszym tej myśli, byłoby (powinno być) uznanie, iż to, co nas zajmuje, nie jest naszym prawdziwym życiem, będąc przymusem, koniecznością, szarością pokrywającą naszego ducha i oślepiającą go. Ponad sensem najpierwotniejszym naszego życia, a jest nim przekazanie życia dalej, jest drugi, bardziej osobisty i tylko nasz, nie dzielony z innymi żywymi istotami, więc autentycznie ludzki: pozytywne przeżywanie życia i uroków świata.
      Na swój poetycki sposób wyraził to dawno temu angielski poeta:

      Zobaczyć świat w ziarenku piasku,
      Niebiosa w jednym kwiecie z lasu,
      W ściśniętej dłoni zamknąć bezmiar,
      W godzinie – nieskończoność czasu.

      (William Blake, „Wróżby niewinności”)

      Egzaltacja? Dla mnie jest jej tutaj tyle, ile w tamtej dziewczynce z zaciekawieniem i pewną dozą fascynacji patrzącej na krople wody na szybie; albo w kobiecie, którą stała się po latach, obserwującej drganie płomyka świecy i zasłuchanej w siebie, w miłe odczucia budzone tym, jakże zwykłym, widokiem. Nie ma tutaj egzaltacji, jest świat dostrzeżony w ziarenku piasku i najprawdziwsze życie.
      Myślę, Latorosłko, że jeśli zdarzają się nam takie chwile mimo naszego zabiegania (w przeciwieństwie do Prousta, osoby niepracującej i bardzo zamożnej od zawsze) zabiegania z którego przecież nie możemy zrezygnować mając swoje niezbywalne potrzeby materialne i żyjąc w świecie stojącym na pieniądzu, więc jeśli mamy takie chwile, to tym samym mamy powód do dumy.

      Usuń
    2. Nie zgodzę się, że zaprzestanie obserwacji deszczu na szybie jest świadome, bo jestem już dorosła i duperelami się nie zajmuję. Myślę, że głowa dorosłego jest tak napakowana różnymi "ważnościami", "koniecznościami" i "pośpiechami", że one wypierają czynności w dorosłym świecie nieprzydatne. Ja nie zdecydowałam: od dziś koniec z kroplami deszczu, bo odebrałam dowód/zdałam maturę/wyszłam za mąż/podjęłam pracę/urodziłam dziecko, to samo się stało, bez mojej wiedzy, woli i zgody. Teraz, gdy jestem już starsza i żyję wolniej, krople znów - i znów jakoś same, bez pomocy - przedarły się do mojej świadomości i zdarza mi się im przyglądać.
      A że podobne obserwujemy, ja i Ty? Zdarza się. Nie zgapiłam od Ciebie :)

      Latorosłka

      Usuń
    3. Oczywiście, że zaprzestanie gapienia się na krople deszczu nie jest ani świadome, ani nagłe. Gdy już nie patrzymy (a przestaliśmy nie wiadomo kiedy) i któregoś dnia wspomnimy takie chwile, wtedy, bywa, wzruszymy ramionami i pomyślimy, że to było dziecinne, a teraz jesteśmy dorośli i mamy swoje ważniejsze sprawy, niż śledzenie drogi kropli wody. Jakoś tak powinienem napisać, nie wyraziłem się precyzyjnie.
      Zbieżności, o których pisałem, oczywiście zdarzają się – ludziom o podobnym widzeniu świata.
      Wiesz, jestem starszy, może nawet mocniej starszy, ale jakoś nie udaje mi się zwolnić. Obiecuję sobie to zwolnienie na emeryturze. Wyobraź sobie: całe dnie wolne, bez huku z głośników i kręcących się karuzel! Czyż nie piękna wizja?

      Usuń
    4. Gdy uświadomiłam sobie, że nie patrzę już na krople, to zrobiło mi się żal i smutno i przykro, nie poczułam niczego w rodzaju, że mam poważne sprawy i głupotami się już nie zajmuję. Miałam poczucie, że coś straciłam, coś umknęło. Tym bardziej cieszę się, gdy patrzę znów na szybę moczoną deszczem, że odzyskałam.
      Dni bez huku... Tak, piękna wizja i życzę Ci tego z całego serca. Bo ja bardzo źle znoszę hałas.

      Latorosłka

      Usuń
    5. Latorosłko, pod sąsiednim tekstem pisałem o różnych światach w których żyjemy, o niezliczonych granicach rozdzielających ten nasz, przecież jeden, świat. Gdy przeczytałem o Twoim złym znoszeniu hałasu, wspomniałem jakże liczne chwile, gdy na ulicy dobiega mnie dudnienie basów z przejeżdżającego samochodu – nie reklamowego, a takiego zwykłego, prywatnego, z włączonym wzmacniaczem. Czasami myślę wtedy o tych granicach: oto mija mnie samochód z człowiekiem o tak odmiennych upodobaniach od moich, jakbyśmy z innych byli planet, z innych światów.

      Usuń
  2. Mnie najlepiej wychodzi gapienie się w fale Bałtyku i taniec kurzu w promieniach słońca- co ciekawe, wcale nie przychodzi mi wtedy do głowy myśl, że skoro jest kurz,to trzeba posprzątać...
    Ale zgadzam się, że łatwiej zapatrzyć się, gdy nie myśli się o milionie spraw do załatwienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, kurz! Niekoniecznie w domu, ale na polnej drodze, na ścieżce w parku, na miedzy. Kurz oglądany pod słońce, pod wieczór upalnego dnia lata, kurz jak szaro-złota mgiełka, jest jednym z widoków mojego dzieciństwa, błogosławionej krainy dziecięcego przeżywania.

      Usuń
    2. O, fale! Niezmienne, stałe, obojętne na nasze ludzkie zmagania. Masz rację, Anno, zapomniałam o falach.

      Usuń
    3. Zapomniałam się podpisać, shame on me...

      Latorosłka

      Usuń