Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

piątek, 11 września 2015

Koniec lata i pękające opony


Pierwsze dni września, park w Żarach.

Budząca podziw z domieszką respektu ogromna topola, najprawdopodobniej kanadyjska; tak przypuszczam widząc długie i głębokie bruzdy w korze drzewa. Pamiętałem zmierzyć obwód jej pnia (ma 520 cm, czyli średnicę 165 cm) zdjęć zapomniałem zrobić, ale hołd drzewu złożyłem nie raz, stojąc pod nim i gapiąc się, albo chodząc wokół i dłońmi muskając pień. Ciągle kwitnące maleńkie bodziszki i kasztanowce w jesiennej już szacie, z brązowiejącymi liśćmi i pękającymi jeżami, z których wyłaniają się błyszczące kasztany. Po drugiej stronie ulicy, pod murem starego pałacu, kwitnie nawłoć, a wyżej, na połamanej ceglanej ścianie rośnie spora już brzoza; ale miejsce sobie znalazła!

Upał. Dłonie błyszczą potem, krople potu mam na szkłach okularów, pot ścieka mi do oczu. Chodziłem rozebrany do połowy, ale gdy na ramionach i plecach poczułem znane, charakterystyczne szczypanie skóry, uznałem, że pora założyć T-shirt. Po godzinie był przepocony, a rękaw, którym wycieram twarz (bo czym??), zrobił się czarny.

O 20.30 wyjechałem mając nadzieję na dotarcie do odległego celu wczesnym rankiem, a towarzyszył mi księżyc świecący na wprost mnie. Początkowo stał nisko nad horyzontem, był wielki, wyrazisty, czerwony i piękny. Podnosząc się, stawał się coraz mniejszy i coraz bardziej srebrny, wyrazistym i jasnym będąc nadal. W kabinie gorąco. Uchylam prawe okno, chłodny wiew wypełnia kabinę, ale po minucie kicham, wciskam więc przycisk podnoszenia szyby i znowu się pocę. Po dwóch godzinach spokojnej jazdy podrywa mnie odgłos wystrzału opony. Coś, co normalnie zdarza się nadzwyczaj rzadko, tutaj jest normą, ponieważ stare opony użytkuje się do ich nagłego i głośnego końca. Na dworze tylko odrobinę chłodniej niż w nagrzanej kabinie; nieco wcześniej mijałem przydrożny termometr, pokazywał 28 stopni. Kładę się na asfalcie i wczołguję pod dno skrzyni ładunkowej, latarkę próbując trzymać w zębach. Oceniam, czy mój podnośnik wejdzie pod płytę spinającą resory z osią i jak go ustawić w tej ciasnocie. Leżę przy kole zbierając uciekające mi chęci do pracy, na policzku czuję szorstki i jeszcze ciepły asfalt szosy; właściwie dobrze mi się tutaj leży, ale przecież muszę wziąć się za wymianę koła. Wycofuję się rakiem, T-shirt najwyraźniej chce tam zostać, bo zsuwa się ze mnie w stronę głowy.

W Głogowie wjechałem na drogę, którą dziesiątki razy przemierzałem swoim fordem jadąc na moje włóczęgi; myślami byłem w górach. W zimne dni często chodziłem po górach, w skwarne nie; w ten gorący letni wieczór pomyślałem, że chyba jednak mniej uciążliwa jest ta zimna skrajność. Zdarzało mi się być na szlaku przy 20 stopniach mrozu i przy silnym wietrze, ale nie zmarzłem nigdy, może tylko czasami w palcach stóp i rąk odczuwałem niewielki dyskomfort. W końcu komfort marszu w zimie jest tylko kwestią odpowiedniego ubrania. Co jednak zrobić, gdy powietrze ma ponad 35 stopni, w plecy grzeje plecak, a na stopach ma się grube skarpety i masywne buty?

Ech, poszedłbym i w ten upał! W najgorętsze godziny posiedziałbym wśród brzóz rosnących przy tamtej uroczej dróżce na stoku Ulina, a pod wieczór poszedł dalej i szedł do zmroku. Letni wieczór w górach, na szlaku…

Jak wygląda? Jakie ma zapachy?..

Za Jarocinem wjechałem na drogę zapomnianą przez drogowców - trzydzieści kilometrów dziur w jezdni tak wąskiej, że lusterkami omalże całuję się z mijanymi tirami, w końcu z ulgą wjeżdżam na starą szosę warszawską, drogę 92. Jest równa i szeroka, scania uspokaja się, nie wyczynia już dzikich harców na wybojach, a spokojnie warczy silnikiem. Monotonia usypia, zwłaszcza, że minęła dwudziesta godzina pracy non stop. Raz i drugi świadomość urywa mi się, z sekundowego snu budzę się przestraszony, krzyczę lub biję się po policzkach dla odpędzenia snu. Zatrzymuję się na minutę, wypijam kawę z termosu i szybko ruszam w dalszą drogę walcząc o godziny spania. Jeśli nie pośpieszę się, nie będę mieć czasu na sen, bo na trzynastą zamówiona jest ekipa pogotowia, mają podłączyć prąd, a przecież wcześniej mam zmontować instalację elektryczną, muszę więc zacząć pracę nie później niż o dziesiątej.

Huk jak wystrzał armatni, tumany kurzu widziane w lusterku i chwiejący się  samochód skutecznie odpędzają senność. Zrezygnowany zatrzymuję scanię, biorę latarkę i wysiadam, chociaż wiem, co zobaczę. Gęsta sieć stalowych nitek opony sterczy zmechacona, a między nimi zieje wyrwa. Nie mam już zapasowego koła, ale na horyzoncie widzę bliską łunę miasta. 


Pojechałem na jednym kole i dojechałem jadąc trzydziestką.

Mimo starań wygospodarowałem tylko dwie i pół godziny snu.

Dawno temu ktoś dowcipny nazwał najgrubsze używane tutaj przewody walkmanami. Fama głosi, że to na skutek (przewrotnego) podobieństwa do cieniutkiego przewodu słuchawkowego walkmana. Przewody te mają średnicę około 8 cm i wagę taką, że jedna osoba nie przeciągnie na raz dłuższego odcinka przewodu niż dziesięciometrowy. Wczoraj chciałem więcej, ale stopy zabuksowały mi w piachu. Dzisiaj czarna guma przewodu parzy dłonie; nie zakładam rękawic, bo trudno mi znieść okropne gorąco odczuwane wtedy na dłoniach. Rozciąganie tego przewodu wysysa siły, wypaca wodę z organizmu i obciąża kręgosłup, ale na szczęście nowy plac jest duży i równy, można podjechać ciężarówką z wielkim bębnem, na którym nawinięte są walkmany, bez konieczności wleczenia ich po ziemi na dużą odległość.

Dzień pracy w mojej brygadzie w czasie przeprowadzki, to nie tyle tony przeniesionych ciężarów, co wiele, wiele kilometrów chodzenia po całym terenie lunaparku. Pamiętam swoje pierwsze przeprowadzki w tej firmie, chodziłem wtedy jak zbity pies ledwie włóczący nogami, a przecież miałem naście lat mniej. Szybko tracąc wagę wytrzymałem tę szkołę przetrwania, musiałem wytrzymać, a teraz te zwariowane dni nie odciskają właściwie żadnego śladu na moim organizmie.

Niestety, później, gdy przyzwyczaiłem się, znowu nabrałem wagi. Rok temu zawziąłem się, skrupulatniej niż zwykle liczyłem kalorie, w rezultacie wróciłem do swojej wagi z młodzieńczych lat, z czego jestem bardzo dumny. Do tego stopnia dumny, że kupiłem sobie wagę i dla poprawy nastroju staję na niej niemal codziennie.

Spod kuchni dobiega mnie babski jazgot, to kucharka i pomagająca jej w czasie przeprowadzki kasjerka znowu się kłócą. Skrzeczące i wysokie głosy świdrują w głowie, są nie do zniesienia. Gdyby to byli mężczyźni, poszedłbym i sypnął im wiązankę na uspokojenie, ale do bab nie pójdę, bo wtedy zjednoczą się i wspólnie zaczną jazgotać na mnie, a tego bardzo nie lubię.

Czasami zastanawiam się, co trzeba przeżyć, czego w życiu doświadczyć, żeby z pogodnej niegdyś, cichej i zapewne miłej dziewczyny przeobrazić się w taką babę. Wtedy na ogół przychodzą mi na myśl tysiące dni wypełnionych codzienną męczącą krzątaniną, niekończący się ciąg kłopotów, może i niezbyt wielkich, ale uciążliwych powtarzalnością, dawno miniona miłość i obecny jej brak – i wtedy bronię te kobiety przed własnym zbyt ostrym osądem. Nie dość, że mam zadatki na idealistę i marzyciela, to na dokładkę niewielką mam wiedzę o psychologii kobiet, ale nie chciałbym się mylić w twierdzeniu, iż kobieta komplementowana, doceniana, pieszczona, a nade wszystko kochana, zachowa w sobie te urocze cechy młodej marzycielki, jaką kiedyś była, i nie zamieni się w babsztyla. Tak, tylko wtedy należałoby uznać, iż ta jej nieprzyjemna metamorfoza jest winą mężczyzn. Ech.

O 18.30 lunapark ma prąd i wodę, podłączony też jest do kanalizacji ściekowej. Cichaczem, jako że pracować powinniśmy do godziny 19, zarządzam fajrant; chłodny prysznic jest rozkoszą dla ciała.

Po upalnym dniu i ciepłej nocy dzień wstawał chłodny i chmurny. Silny wiatr niósł drobne kropelki deszczu osiadające na szkłach okularów; wróciłem się do kampingu po sweter i czapkę z daszkiem. Z obawą, także z odrobiną niechęci, patrzyłem na szare, paskudne chmury pokrywające całe niebo. W takie dni lata wydaje mi się, że słońce utraciłem na długo, że wczorajszy dzień był ostatnim dniem lata, a teraz już tylko chmury przede mną i dni coraz krótsze. Wtedy budzi się we mnie tęsknota za słońcem tak silna, jakby karmiona była tygodniami bezsłonecznych dni i obiecuję sobie nigdy nie narzekać na upał. Nie narzekałem nawet wtedy, gdy pot dosłownie zalewał mi oczy.

Wieczorem tego dnia uświadomiłem sobie, iż sweter założyłem po raz pierwszy od trzech miesięcy. Od dzisiaj zakładać go będę coraz częściej, a za miesiąc przyrośnie mi do grzbietu na całe półrocze. Jego wyciągnięcie z szafy było jedną z wielu symbolicznych chwil końca lata – obok dni coraz krótszych, błyszczących kasztanów, pierwszych żółtych liści na brzozach i kwitnących nawłoci.

Lato się kończy.

9 komentarzy:

  1. Jak pachnie letnia górska ścieżka? O... o tym mogę Ci opowiedzieć. Jako miłośniczka skwaru nieraz pokonywałam szlak w upale. Pachnie rozgrzanym igliwiem, grzybami , czasem pojawia się słodka woń naparstnicy, czasem innych niezidentyfikowanych kwiatów. W tę harmonię czasem wkrada się aromat niepokojący- slodko-gorzki, chciałoby się rzec lepki. Wtedy rozgladam się z niepokojem, bo to zwiastun klęski. Tę woń wydzielają owadzie szkodniki- brudnica mniszka lub modrzewianeczka. Pamiętam, że tak pachniały Izerskie lasy w czasie klęski. Jak jeszcze pachnie szlak? Kurzem i pyłem na polnych ścieżkach, ziołami, suchą trawą. I jest to jedyny czas, gdy z radością witam wiatr mieszający wonie jak w tyglu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Aniu.
      Czytając Twoje słowa, pomyślałem, że chciałbym poczuć to wszystko Twoim nosem:) Zauważyłem już nie raz, że zapachy są dla Ciebie ważne i z tego wyciągnąłem wniosek o wyczuleniu tego zmysłu u Ciebie.
      Widziałem usychające bory świerkowe w Sudetach, przeraźliwie smutny to widok, a zapach polnej drogi, zapach kurzu, ziół i suchej trawy, pamiętam z dzieciństwa. Cudny zapach.
      Być może uda mi się wyrwać na szlak w następną niedzielę, jeśli będzie ciepło i słonecznie, przypomnę sobie coś z tych zapachów.
      Modrzewianeczka... Urocze bywają te nazwy:)

      Usuń
    2. O tak, piękna nazwa dla szkodnika! Nie zniszczyłaby jednak lasu, gdyby człowiek ze swoją głupotą i arogancją najpierw nie zatruł go wyziewami z fabryk i kopalń.

      Usuń
    3. A mój nos...cóż, ludzie często pytają, czy ja naprawdę to wszystko czuję ;)

      Usuń
    4. Czytałem ciekawą książkę, „Pachnidło”. Rzecz jest o człowieku, którego czułość zmysłu węchu znacznie przekraczała wszelkie normy dla człowieka. Dla niego zapachy były tak ważna, jak dla nas wzrok. On świat widział zapachami. Polecam Ci tę książkę, powinna Cię zainteresować, Aniu.
      Nie tylko głupota i arogancja przyczyniły się do zniszczeń. Także nasze, konsumentów, oczekiwanie powszechnej dostępności tanich towarów i usług. Jadąc samochodem w góry, powinienem mieć świadomość zużywania takiej ilości tlenu, ile wytworzy zapewne kilka drzew; podobnie z dwutlenkiem węgla – a to tylko przykład, jeden z nieskończonej ich ilości.
      Twoja uwaga przypomniała mi o tekście, który kiedyś o tym napisałem, jeśli jeszcze nie ma go tutaj, to wyszukam i opublikuję na blogu.

      Usuń
    5. Czytałam "Pachnidło" zaraz po polskiej premierze, czyli pod koniec lat osiemdziesiątych. Masz rację, zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Nie tylko poprzez postać głównego bohatera , ale także socjologiczny obraz społeczeństwa i jego reakcji na inność, odmienność.

      Usuń
    6. Historia tego chłopaka pokazuje też, kim może stać się człowiek, którego dzieciństwo minęło w takich warunkach, w jakich wyrastał bohater powieści. Okropność.
      Mały człowiek potrzebuje miłości. Zresztą, duży też…

      Usuń
  2. Lato wciąż trwa i tego się trzymajmy, dobrze? Liście brzóz żółkną, a klonów obsychają, bo była/jest susza. I lato też jest!
    Jestem pod wrażeniem ile ogromnego wysiłku i czynności wymaga postawienie a potem likwidacja i transport całego lunaparku - dla mnie to wyczyn niemal ponadludzki, zwłaszcza, że (takie odniosłam wrażenie) lunapark często jest przenoszony w inne miejsce.
    A co do przemian człowieka (bo przecież nie tylko kobiety się zmieniają z wiekiem) - jestem skłonna stwierdzić, że okres dziecięcy to czas wykluwania się osobowości. W pewnym momencie pojawia się imago, ale to jakim (prawdopodobnie) będzie, często widać już na etapie piaskownicy :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Aniko, za komentarz.
      O tej piaskownicy wkrótce zamieszczę tekst napisany po przeczytaniu książki o wykluwaniu się osobowości, jak ładnie określiłaś ten skomplikowany proces psychiczny.
      Godzinę temu przyjechałem do bazy, sezon 2015 został dzisiaj zakończony. W tym roku lunapark zmieniał miejsce 17 razy, a w maju i w czerwcu 9, czyli co tydzień. Najdłuższą labę, oczywiście poza wakacjami nad morzem, mieliśmy na Malcie, gdzie staliśmy 3 tygodnie.
      Pakowanie sprzętu zaczyna się w poniedziałek rano, prace kończone są w czwartek w południe, czasami pod wieczór. W czasie tych dni każdy z ponad dwudziestu zatrudnionych ludzi przepracowuje 40-45 godzin, czyli zmiana miejsca lunaparku kosztuje około tysiąca godzin pracy. Wysiłek jest wielki, to prawda. Dzisiaj pracowałem „tylko” 17 godzin, a mój poniedziałkowy rekord, to 36 godzin pracy, w tym godzinna przerwa na sen z nosem na kierownicy.
      Owszem, lato trwa, według gwiazd jeszcze kilka dni, mam nadzieję, że faktycznie potrwa dłużej, niemniej kończy się. A wiesz, napisałem o tych żółtych liściach na brzozach jako jednym z symboli końca lata, a później pomyślałem, że nie wybrałem dobrego przykładu, bo brzozy długo zmieniają barwy. Pierwsze żółte liście mają już w sierpniu, ale ostatnie tracą późno, bo w listopadzie, na koniec tego miesiąca. Swoją drogą, te drzewa ładnie wyglądają nawet wtedy, gdy mają tylko kilka ostatnich liści.

      Usuń