Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

czwartek, 24 stycznia 2019

Nieznane Chełmy

200119

Na Pogórzu Kaczawskim.

Z parkingu przy rozdrożu pod wzgórzem Zamkowa w Chełmach do źródliska Staruchy, powrót brzegiem strumienia. Niebieskim szlakiem na Młynik, a stamtąd via rozdroże szlakiem na Górzec i Dębnicę. Powrót tą samą drogą. Poznanie Chaty pod Lipą.



Kilka lat temu pod Wielisławką zdarzyło mi się zauważyć w śniegu ślad buta, a wydał się znajomy; po jego obejrzeniu i przymierzeniu stwierdziłem, że to mój ślad. Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało, że szedłem tamtędy w przeciwną stronę. Dzisiaj miałem podobnie. Parę kilometrów szedłem brzegiem strumienia, często przechodząc na jego drugą stronę, a raz czy dwa odchodziłem nieco od wody dla ominięcia gąszczy zarośli. Wtedy właśnie trafiłem na kilka ludzkich śladów, a że to rzadkość w tych górach, przyjrzałem się im. Jeden z nich był mój i prowadził w przeciwną stronę.

W ten sposób dowiedziałem się, że rano, idąc lasem w górę strumienia, nie wiedziałem, że idę tak blisko niego. Gapowatość owszem, ale i te oznaczenia, w których czasami trudno mi znaleźć logikę lub konsekwencje. W sumie na dobre wyszło, ponieważ zgubiwszy w lesie znaki, szedłem na Czartowską Skałę orientując się według słońca. Wyszedłem dobrze i dzięki temu poznałem obszar źródliskowy strumienia Starucha.



Pomysł trasy zrodził się nad moją encyklopedią Gór Kaczawskich. Strumień Starucha i malowniczy, głęboki wąwóz mający nawet swoją nazwę Wądolno. Przeczytawszy te słowa zapragnąłem poznać strumień i jego okolice, a planu nie zmieniłem mimo zapowiadanego słońca, czyli dobrego czasu na wędrówki otwartymi przestrzeniami.

Cała dzisiejsza trasa biegła przez terra incognita, calutka. Mimo tylu już dni spędzonych na kaczawskich szlakach, nadal słabo znam Chełmy, duży obszar pogórza. Sam dojazd był ciekawy, ponieważ zaparkować miałem w lesie, przy szutrowej drodze, jeszcze będącej ulicą wiejską. Owszem, ale ostatnie dwa kilometry tej ulicy były wstążką asfaltu szerokości samochodu i nie miały pobocza. Trasę dokładnie rozpoznałem dzięki googlom, więc o zwykłej porze ruszyłem w drogę. Między drzewami świeciło niskie słońce, śniegu było na grubość kciuka, a powietrze miało kilka stopni na minusie.

O oznakowaniu wspomniałem, teraz dodam tylko, że na drogowskazach postawionych na rozdrożu moja późniejsza droga oznaczona jest niebieskim kolorem, na mapie czerwonym, a szlak pogodził różnice, ponieważ malowany jest na niebiesko i na czerwono. W odróżnieniu od sporadycznie oznakowanego zielonego, ten oznaczony jest wzorowo. Dość marudzenia, wracam na szlak i zmierzam ku… spotkaniu.

Lasy są tam ładne i widne. Dużo rosłych świerków, tu i ówdzie spotyka się daglezje i modrzewie, ale i liściastych gatunków nie brakuje, zwłaszcza masywnych, łuszczących się jaworów oraz oczywiście buków w otoczeniu brązowych młodniaków. Strumień nie płynie jarem, a dolinką o płaskim dnie, z obu stron ograniczonej wzgórzami, więc Wądolno, nazwa miejsca, pasuje, skoro można założyć, iż urobiona jest od wądołu. Od lustra wody do szczytów wzgórz różnica wysokości bywa spora, ale jest też odsunięcie w bok, które zostawiając dolinie malowniczość, zmniejsza wrażenie wysokości. W kilku miejscach spotyka się zarośnięte już stare wyrobiska – nienaturalnych kształtów zagłębienia czy wyrwy w zboczach – ślady dawnej ciężkiej pracy.

Zgodnie z opisem w encyklopedii, źródeł jest kilka, bez efektownego wytrysku z ziemi. Na otwartej przestrzeni łąk woda nieśmiało pojawia się w rowach, stoi tam albo rozlewa się w miniaturowe jeziorka, leniwie płynie wstążkami szerokości dłoni, chowa się w szuwarach i znowu zamiera. Niestety, w dwóch miejscach widziałem połamane plastiki wyrzucone wprost do koryta strumienia, cholera jasna.

Dopiero paręset metrów dalej, już w lesie, strużki wody połączywszy swoje siły stają się strumieniem. Ten nad podziw szybko zagłębia się w ziemię, dosłownie z każdym dziesiątkiem kroków głębsze mając koryto, chociaż głębokiego jaru Starucha nie wypłukała sobie nigdzie.

– Nie jestem staruchą!

– A... a kim jesteś? – zapytałem zdumiony kobiecym głosem dobiegającym… nie wiem skąd. Jakby spod nóg.

– Jestem najadą. Wy nazywacie nas rusałkami.

– Pokaż mi się!

– Nie.

Odkąd wziąłem na plecy szósty krzyżyk, nimfy przestały mi się pokazywać. Właściwie nie mam do nich żalu…, dobrze, powiem prawdę: trochę mam. Ale tylko trochę!

– Jak długo tutaj mieszkasz?

– Pojawiłam się gdy ustąpiły Wielkie Lody, w waszym kalendarzu jakieś 20 tysięcy lat temu. – z przyjemnością słuchałem melodyjnego głosu młodej kobiety.

– Więc mówisz, że nie jesteś stara?

Woda uderzająca na zakręcie o korzenie drzewa wzburzyła się, strzeliła fontanną i obryzgała mnie.

– Oczywiście nie jesteś starą, nie. Widzę, że lubisz swoim biegiem pisać litery S.




– Lubię. Jak mój kuzyn Meander.

– Jak skręcający, szemrzący i szumiący strumień.

– Jak szept.

– O czym szepczesz, najado?

– O latach upalnych i zimach mroźnych, o nocach i dniach, o źródle i o ujściu.

– Szepczesz o czasie.

– Co to jest czas?

– To coś, czego ty masz w nadmiarze, a czego mnie brakuje.

– Dziwnie mówisz, człowieku. Dobrze, pokażę ci część siebie. Zobacz, mróz mnie schwytał i uwięził. Widzisz?

Stałem przy skalnym progu i patrzyłem na lodowe sople fantazyjnych kształtów.



– Widzę... – westchnąłem, zapatrzony.

– Nie jestem staruchą?

– Jesteś piękną Staruchą.

– A miałam ci się pokazać w ludzkiej postaci... – usłyszałem jej cichnący szept.

Szept jak bieg strumienia.



O pół godziny drogi od rozdroża jest odkryte wzgórze Młynik. Planowałem pójść tam dla poznania przejścia, ale i zobaczenia stamtąd Góry Diany, góry mojej zmarłej znajomej. Poszedłem i patrzyłem na Górę oraz ładną okolicę, a widoki z Młynika są rozległe. 


Z boku widać kres Chełmów za Myśliborzem, na wprost ledwie widoczne w dzisiejszej mgiełce szczyty Gór Wałbrzyskich. Siedziałem tam rozglądając się i ze smutkiem konstatując, iż widok Góry Diany nie budzi we mnie takich myśli i stanów, jakich spodziewałbym się i chciałbym. Westchnąłem i poszedłem z powrotem. Przed lasem obejrzałem się raz jeszcze i spojrzałem na Górę, a wtedy poczułem gorycz w gardle. Stanowczo zbyt szybko i łatwo czas zwycięża naszą pamięć i nasze serce.

Przeciąłem rozdroże i wszedłem na szlak niebiesko-czerwony. Chciałem poznać chociaż troszkę lasy, a nade wszystko chciałem zobaczyć dwie spore góry, Górzec i Dębnicę.

Dębnica zaskoczyła mnie wysokością, mierzy 466 metrów i jest drugim po Mszanie szczytem Chełmów. Właśnie, Mszana. Rozległy masyw tej góry woła mnie lasami liściastymi i czarnymi bazaltami powulkanicznego pochodzenia, licznie tam sterczącymi między drzewami. Byłem tam kiedyś, a w planach mam przejść wszystkie szczyty długiego masywu aż po Obłogę. Już się cieszę myślą o wędrówce bezdrożami tamtych lasów.

Szukając ruin wieży widokowej na Dębnicy, znalazłem granitowe bloki fundamentu wieży, najprawdopodobniej drewnianej. 


Cisza tam panuje, nie ma dróg i ludzkich śladów, a kiedyś góra była popularnym celem wycieczek.

Natomiast sąsiednie góra, Górzec, nie może narzekać na brak gości, wprost przeciwnie – jest zdeptana chyba bardziej niż drogi na Skopca i Okole. Szczytowe partie zboczy są bardzo strome, miejscami urwiste, porośnięte ładnym lasem; pod szczytem stoją kapliczki drogi krzyżowej, a na nich napisy i stosowne obrazki.



Pierwszy upadek pod ciężarem krzyża, drugi, obnażenie, płaczące kobiety…

Mam mieszane uczucia gdy widzę drogi krzyżowe, a spotyka się je w górach.

Fascynacja chrześcijan cierpieniem, ofiarowywanie swojego cierpienia Bogu jako czegoś w rodzaju daru dla Niego, rozpamiętywanie Jego cierpienia, budzi we mnie rezerwę i coś podobnego do obawy i obcości, jakie się odczuwa na widok niezrozumiałych a dziwnych praktyk. Myślę sobie, że skoro Bóg chrześcijan jest tak dobry i kochający jak mówią że jest, to raczej naszą radość, wszystkie nasze pozytywne stany należałoby mu ofiarowywać, nie cierpienie, nie bicie się w pierś przed obrazkiem męczonego człowieka. Byłoby to logiczne i prawdziwe, wszak mnie, kochającemu ojcu, dzieci nie mogą dać większego daru nad swoje pogodne, dobre i szczęśliwe życie. Natomiast ofiarowanie cierpienia i tak częste o nim myśli wydają się co najmniej dziwne, by nie powiedzieć dziwaczne, w religii chcącej uchodzić za religię miłości.

Ale to tylko myśli ateisty, który zapewne nie zna tajemnic tej religii ufności, wybaczania i radosnej nowiny.


Fragment szlaku wiedzie w pobliżu klasycznego jaru robiącego wrażenie stromizną zboczy i głębokością. Wygląda dziko, więc ładnie, a we mnie już pojawiają się myśli o jego przejściu. Wspomniałem podobny jar w masywie Żeleźniaka wyżłobiony przez Olszankę i zapragnąłem odwiedzić tamte miejsca. Czy będę pamiętać dojście do uroczej dróżki leśnej, którą kiedyś tak dobrze mi się szło w deszczowy dzień?

Ojej, tyle planów mi się układa, a czasu tak niewiele.

Pod rozdroże wróciłem na godzinę przed zmierzchem, uznałem więc, że jeszcze zdążę zobaczyć chatkę PTTK, którą można wynająć. Zgodnie z mapą gdzieś w pobliżu miała być lipa i cis. Dojście do chaty jest dobrze oznaczone, trudno zbłądzić, domek spory, porządnie zbudowany z kamieni i drewna. Obok rośnie wyjątkowo wysoka lipa, okaz szczególny, i cis mający 40, może 50 centymetrów średnicy, więc duży. To drugi wiekowy cis poznany w tych górach. Pierwszy rośnie we wsi Bystrzyca, ma ponad osiemset lat, więc wiekowym już był drzewem, gdy Kazimierz Wielki brał kolejny ślub, zamiast zatroszczyć się o dynastię. Cis pod chatą niewątpliwie jest młodszy, ale starym jest. Dla tych drzew czas płynie inaczej, skoro najstarsze żyją dłużej niż istnieje Polska. Jeśli już o drzewach piszę, wspomnę o dębie rosnącym w pobliżu rozdroża. Majestatyczny, o mocarnych konarach, zdrowy i ma ponad metrową średnicę. Roztacza wokół siebie aurę tajemniczego życia o początku ginącym w mroku dawnych wieków.

Wielki i jasny księżyc świecił nad drzewami, a zmierzch powoli zmieniał się w ciemność nocy, gdy doszedłem do samochodu. 













8 komentarzy:

  1. Kolejna fajna wyprawa, a opis wijącego się strumienia - tak baśniowy. Szkoda, że mało zimowy krajobraz. A może i nie, gdyby był duży śnieg zapewne utrudnioną Miałbyś wędrówkę. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Aleksandro.
      Mam znajomą Aleksandrę, mówię do niej Aleks.
      Nazajutrz po powrocie dzwonił kolega, z którym czasami chodzę w góry, był bardzo ciekaw ilości śniegu. Mówił, że w Karkonoszach jest go mnóstwo, wyraził zdziwienie małą jego ilością na kaczawskim pogórzu.
      Przypomniałem sobie brnięcie w śniegu w Górach Bystrzyckich. Na otwartej przestrzeni dwa czy trzy kilometry pokonałem w dwie godziny, sapiąc na parowóz. Parę razy podobnie miałem w moich górach. Wiadomo jak ładnie wygląda świat pod tak grubą poduchą świeżego śniegu, ale wiadomo też, jak bardzo uciążliwy jest wtedy marsz.
      Sporo napisałem różnych większych tekstów, parę fragmentów zamieściłem na blogu, a w każdym jest jakaś fantazja, baśń, nierzeczywistość. Podobają mi się takie tekstu :-)

      Usuń
  2. Krzysztof, podejrzewam, że wędrując po Kaczawach, kiedy jeszcze nie ma śniegu, zbierasz tajemne ziółka, parzysz z nich potem herbatkę do termosu, i ona pomaga Ci spotykać i słyszeć te baśniowe zjawy:-) tak, Wądolno od wądołów, jak najbardziej, w pobliżu mojego miasta też są malownicze pagóry, dolinka, którą płynie rzeczka i nazywa się Wądoły:-) u nas znowu dosypało śniegu, pod nim śliska, skalna warstwa zmrożonego śniegu, zamówiłam wczoraj "raczki" na buty, jako że poruszamy się teraz tylko po drogach, bo jak sam piszesz, szkoda sił na pokonywanie śnieżnych zasp; na ostatniej wędrówce, nad potokiem Łomna rosną 4 dęby, piękne, stare, pozostałość po dawnej wsi; kiedy podeszliśmy bliżej, okazało się, że tylko 2 z nich żyją, co widać było po młodych przyrostach na gałęziach, a dwa uschnięte; okazało się, że ktoś siekierką obciosał im całą korę wokół pnia, żeby odciąć drzewa od życiodajnych soków; okrutne to, człowiek jest okrutny; mapkę przestudiowałam, ciekawe miejsca, jak zwykle. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za pozdrowienia. Przyjmij moje, Mario.
      Nie ziółka, nie. One nie lubią się odurzać, chyba że miłością. Mario, wydaje mi się, że to kwestia wiary: Ty nie wierzysz w ich istnienie, więc ani nie widzisz, ani nie słyszysz. Mnie się zdarza słyszeć, bo wiem, że nimfy istnieją. Dokładnie tak, jak boska Eos, którą przecież sama możesz zobaczyć w pogodny świt. :-)
      Na poważnie powiem, że politeizm jest mi bliższy niż monoteizm, zwłaszcza w wydaniu patriarchalnym. Uwierzenie w piękną boginię jest takie łatwe i przyjemne…

      Tak potraktować królewski dąb!
      Przypomniałaś mi o sporym dębie widzianym w moich górach, opasanym grubym drutem wrzynającym się w tkankę pnia. Okropna bezmyślność.
      Widziałem takie raczki u kolegi. Nie były wielkości stopy, a mniejsze, po złożeniu zajmowały tyle miejsca, co mydelniczka. Wypróbowałem je, na nasze zwykłe szlaki są wystarczająco dobre. I ja powinienem kupić.

      Usuń
  3. Płynie, wije się rzeczka
    Jak błękitna wstążeczka...
    ...Biegnąc mruczy i szumi,
    Ale kto ją zrozumie?

    Tylko kamień i ryba
    Znają tę mowę chyba...

    I chyba Julian Tuwim był w błędzie, ponieważ Krzysiek potrafi rozmawiać z kaczawskimi potokami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie z potokiem rozmawiałem, bo woda mówić nie potrafi, a z boginką w wodzie mieszkającą :-)
      Masz zdolność dobierania cytatów, Janku.

      Usuń
  4. Piękny dialog i ta woda skuta lodem, uwielbiam to w leśnych strumieniach zimą. Drogi Krzyżowe w górach są fascynujące. Pokonanie ich wymaga od pątników jakiegoś wysiłku.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję, Aniu. Miałem chęć rozbudować dialog uznając, iż jest zbyt uproszczony, ale przecież miejsce nie pasowało na takie fantazje.
    Wiem, dlaczego na górach budowane są drogi krzyżowe, wiem też, że niektórzy pokonują ją na kolanach. Zapewne wierzą, że będą lepiej wysłuchani, prawda? To, o czym wspomniałem w tekście i co dla mnie, osoby w żaden sposób nie związanej z tą ani żadną inną religią, jest pytaniem dlaczego ludzie wierzą, iż Boga mogą przychylnie nakłonić ku sobie swoim zmęczeniem, a nawet cierpieniem. Przy okazji można zadać pytanie związane: jeśli Bóg chrześcijan chce takiej ofiary aby upewnić się w wierze i determinacji człowieka, dlaczego nie zapyta się swojej wszechwiedzy? Wszak może zajrzeć w głąb człowieka i tam znaleźć odpowiedź. Dlaczego przychylnie patrzy na ludzką udrękę mającą go zjednać, a nie, na przykład, na ludzką radość z przeżywania świata i życia? Dlaczego chrześcijanie nie modlą się taką radością do swojego Boga?

    OdpowiedzUsuń