Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

poniedziałek, 17 marca 2014

Internet i sieć GSM. Garść uwag o światowym obiegu pieniędzy

20 grudnia.
Parę słów o programistach, internecie i o pieniądzach.
Bankomaty, komputery, internet i pieniądze łączą się ze sobą w zadziwiający sposób.
Kiedyś pieniądz był prawdziwym pieniądzem. Był kawałkiem drogiego metalu o wartości określonej swoją wagą, a ta była potwierdzona pieczęcią króla lub mennicy państwowej. Proste i logiczne. Później namieszali Chińczycy, którzy umyślili sobie wypuszczenie w obieg samej pieczęci odbitej na kartce papieru. Idiotyczny pomysł płacenia karteluszką przyjął się na całym świecie, aczkolwiek ze zrozumiałymi oporami, wypierając nawet tak dobre i naturalne środki płatnicze, jak muszelki czy bobrze skóry. Teraz, na naszych oczach, dokonuje się następna zmiana, polegająca na zastąpieniu karteluszki papieru.... niczym. Tak, niczym! O ile banknot jest czystą umownością, o tyle teraz zastępowany jest czystą abstrakcją, bo liczbą. Owszem, na banknotach też są liczby, ale one mają swój materialny podkład, są wydrukowane na papierze, a teraz usuwa się z pod nich ten papier, zostawiając symbol. Abstrakcję zapisaną w abstrakcyjny sposób: w komputerowych pamięciach. Tak to od kawałka srebra, złota, czy miedzi, doszliśmy do krążenia elektronów we wnętrzach komputerów, czyli właściwie do niczego. To, co powinno zadziwiać nas wszystkich, a nie zadziwia, to normalne funkcjonowanie tej piętrowej już umowności (papier jako ekwiwalent złota, i dalej, już bez papieru, sama liczba określająca ten ekwiwalent), i to na obszarze całego niemal świata, co jest jeszcze dziwniejsze. Kiedyś było bardziej logicznie: muszelkami można było zapłacić tylko gdzieś tam, a tutaj już nie, no bo co komu z tych muszelek? A teraz jest nielogicznie: rozwoziłem artykuły spożywcze po sklepach jakiejś tam angielskiej firmy, dostając w zamian określoną liczbę umownych, niematerialnych pieniędzy, samą liczbę, komputerowy zapis, i za takie nie wiadomo co kupiłem benzynę pod Berlinem. Po co im te moje cyferki? Inaczej pytając: jaki jest związek między firmą kupującą paliwo w niemieckich rafineriach gdzieś pod Hamburgiem, a zyskiem sklepu spożywczego w Londynie? Jeszcze inaczej: jak wyobrazić sobie coś tak skomplikowanego i nierealnego, jak światowe krążenie wirtualnego pieniądza?
Aby to umożliwić, posłużono się internetem, to znaczy... nie wiem czym. Inaczej: wiem, ale nie wyobrażam go sobie, mimo codziennego korzystania z tego czegoś. Najbardziej dziwi nie tyle możliwość zajrzenia z dowolnego miejsca na świecie do pamięci komputera stojącego gdzieś w Bristolu czy Londynie dla sprawdzenia stanu moich cyferek zarobionych na rozwożeniu jedzenia po sklepach w Anglii – co przecież też graniczy z niemożliwością - ale pojemność i szybkość działania tego cudu nazwanego internetem.
Wkładam kartę bankomatową, współczesny odpowiednik wiszącego u pasa skórzanego woreczka na pieniądze, w maszynę stojącą w Lublinie, Tokio, albo gdzieś pod palmami Bahama, i w ciągu kilku sekund komputer tej maszyny łączy się z komputerem w angielskim banku, by zapytać się o stan mojego konta, które, nota bene, wcale nie jest żadnym kontem, a stanem namagnesowania żelazowych drobin na krążku zamkniętym w hermetycznym pudełku twardego dysku komputera stojącego nie wiadomo gdzie.
Internet. Kilka miliardów stron zawierających niewyobrażalną różnorodność informacji; internet, w którym jest wszystko i wszyscy. Nie mam w nim swojej strony, ale jeśli zapytać się wyszukiwarki Google o Krzysztofa piszącego coś o Prouście, ten fenomenalny program komputerowy znajdzie mnie, wyświetlając adres Biblionetki. Jest w internecie cała moja korespondencja, jest praca doktorska Mr Browna z Toronto, są pogaduszki dwojga zakochanych z Reykaviku, jest katalog obrazów w muzeum w Leningradzie, zdjęcia mieszkania Prousta, rozkład lotów lokalnej linii lotniczej w Argentynie i dokumentacja produkcyjna nowej toyoty. Wszystko. Gdzie jest to “wszystko”? Właśnie, gdzie? Fizycznie w tych metalowych kasetkach mieszczących wirujące krążki komputerowych pamięci, ale te mogą stać w dowolnym miejscu na Ziemi. Zadziwiające jest w internecie uniezależnienie adresu dostępu do informacji, od miejsca jej fizycznego zapisu. Wpisuję internetowy adres, i nie wiedząc, czy komputer mieszczący miliony plików będących Biblionetką mieści się we Wrocławiu czy Poznaniu, uzyskuję połączenie niezależnie od miejsca w którym jestem.
Oszałamiająca jest nie tylko różnorodność, ale i ilość informacji dostępnej przez internet. Przeciętnej wielkości książka zapisana w komputerze zajmuje około 1MB miejsca, a więc typowy komputer zmieści w swojej pamięci sto, albo i kilkaset, tysięcy książek, całą dużą bibliotekę, do przeczytania której życia mało. Do sieci podłączone są setki milionów komputerów, co razem daje objętość trudną do wyobrażenia. Trudną także dlatego, że używane słowa o zajmowanym miejscu, o objętości, mają tutaj inne znaczenie, zupełnie odmienne od tego, do którego przywykliśmy w świecie przedkomputerowym. Nie opisują przestrzeni fizycznej, a przestrzeń wirtualną, informacyjną. Niepojętą, jak ten cały internet.

21 grudnia.
Ci, którzy pamiętają czas zamawiania rozmowy na poczcie i długie oczekiwanie na połączenie – a ja należę do tego właśnie, “przedkomórkowego”, pokolenia – chyba już nigdy nie przyzwyczają się w pełni do telefonów bez kabelka. Jeśli zdarzy mi się irytować brakiem możliwości połączenia gdzieś w lesie, czy na ulicy dalekiego miasta, przypominam sobie panią telefonistkę, przeszkadzającą mi w rozmowie wtrącaniem swojego “mówisieee?”, a później, gdy zakończyłem rozmowę, jakże często będącą daremnymi próbami porozumienia się z rozmówcą, uparcie przekonywującą mnie o dobrej jakości połączenia i konieczności zapłacenia; albo wspominam wieczorne wyjazdy do centrum nieznanego mi miasta w poszukiwaniu czynnego automatu telefonicznego.
A teraz mam telefon sieci GSM. Wszechobecne tutaj systemy komputerowe w ciągu sekundy od odebrania sygnału radiowego z mojego telefonu, po dokonaniu milionowych operacji i przeanalizowaniu tysięcy kombinacji, ustalają drogę mojego połączenia. Zamienione w skupioną wiązkę fal radiowych pobiegnie po masztach stacji nadawczych, później jako promień lasera popędzi czarodziejskimi nitkami szkła, omiatając Ziemię w oszałamiającym tempie siedmiu okrążeń na sekundę, by po kolejnej metamorfozie stać się znowu wiązką fal elektromagnetycznych wystrzeloną w kosmos z ogromnych talerzy anten kierunkowych, w stronę krążących wokół Ziemi satelitarnych stacji odbiorczo – nadawczo, które po wzmocnieniu skierują ją ponownie ku naszej planecie, na inny jej kontynent, gdzie chwytana będzie otwartą gardzielą anteny patrzącej w niebo. W błyskawicznych procesach przemian fizycznych sterowanych kolejnymi komputerami, wydzielone spośród milionów innych sygnałów, to moje połączenie zamienione będzie w prąd elektryczny, który po przebiegnięciu tysięcznych złączy i przewodów uruchomi dzwonek telefonu w moim domu.
-Małgosiu, to ty?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz