Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

poniedziałek, 17 marca 2014

Milton, Eos i lato


5 lipca.
Kołobrzeg.
Przyjechałem nad ranem i od razu poszedłem na brzeg morza. Była trzecia, rozwidniało się, ale na niebie była już Ona, boska Eos. Nieboskłon był lekko zachmurzony, co tylko przydało bogini urody, gdy kolorami swoimi barwiła pasemka chmur.
Do tego ranka sądziłem, że homerycki jej przydomek "Różanopalca" jest tylko poetycką przenośnią. Teraz wiem, że nie, bo patrząc na zmieniające się kolory świtu, w zaskoczeniu swoim rozpoznałem kolor ciemnego różu.
Eos naprawdę palce ma różowe!

Dopisek z 25 lipca.
W piątej księdze "Raju utraconego" Milton twierdzi, że Ona stopy ma różowe:

“Różanostopy poranek już nadszedł
I perły wschodu rozsiewał po ziemi...”

Jednakże szóstą księgę zaczyna innym twierdzeniem :

“Wreszcie, obrotem godzin przebudzony,
Powstał poranek i dłonią różaną
Bramy światłości odryglował.”

A może według niego cała Eos była różowa? Mnie bardziej podoba się homerycka tradycja, według której była piękną dziewczyną, a różowe miała tylko palce.
Ależ co za bluźnierstwo tutaj napisałem!: tradycja, według której... Nie, ona taka właśnie jest! Jest piękna, a uroda budzącego się dnia jest tylko odblaskiem jej urody. Eos nie jest żadną, za przeproszeniem, tradycją, ona jest boskiej piękności kobietą.

27 lipca.
Zadziwia mnie przypadkowość życia; to, jak jedno zdarzenie, czasami drobne, banalne, może uruchomić ciąg, który na skutek swoich zakrętów, rozgałęzień czy powiązań, niesie nas daleko od wydeptanych ścieżek, spotyka nas z ludźmi, których nie spotkalibyśmy, gdyby nie tamto, inicjujące zdarzenie i późniejszy cały szereg następstw, będących przyczynami kolejnych zdarzeń. Ów ciąg zdarzeń pozwala nam wrócić w stare miejsca, ale w tak odmiennych okolicznościach, że oglądamy je z zupełnie innej perspektywy.
Ta nieobliczalna cecha naszego życia fascynuje mnie coraz bardziej, bo pozwala mieć nadzieję graniczącą z pewnością, że wiele jeszcze może się zdarzyć w życiu - bez względu na to, jak unormowane czy monotonne ono jest teraz.
Ostatnie dni są wyjątkowo ładne - ciepłe i słoneczne. Niby nic wyjątkowego w lipcu, ale nie w tym roku. Słońce grzeje mocno, z lubością wystawiam ku niemu swoje ciało, a opalony jestem na brąz. Jednakże parę razy zauważyłem, że to ciepło jest bardzo kruche, takie powierzchowne, bo wystarczy wejść w cień, a czuje się chłód, od którego wstają włosy na ciele. Tyle tego ciepła, co od słońca - jakby ziemia i powietrze nie mogły zapomnieć zimna sprzed półrocza. Jakby lato było tylko cienką warstewką wody na skutej lodem rzece.
Lato jest krótką przerwą między zimowymi miesiącami.

03 sierpnia.
Trzeci dzień powstania. Nie pamiętam, którego dnia zginął Baczyński, ale chyba w pierwsze dni...
Minęła dziewiąta rano. Siedzę w pokoju, gotowy do rozpoczęcia pracy, popijam kawę i przez uchylone drzwi patrzę na zapłakany deszczem świat. Właśnie  uświadomiłem sobie, że lubię deszcz. W deszczu jest coś podobnego do fal morskich: tutaj i tam przyciągająca wzrok, hipnotyczna monotonia.
Siedzę więc i patrzę.
Parę dni temu, patrząc na wstające słońce, wydawało mi się, że ono niechętnie wschodzi, bo rozciągało się jak kropla, nie chcąc rozstać się z morzem. Znowu innego dnia, patrząc na zachód, widziałem, jak będąc tuż nad powierzchnią wody, czerwona kula słońca  wypuszcza długie, płomienne macki w dół, przysysa się do wody i wtedy jej zanurzanie się wyraźnie przyspiesza.
Czy jest możliwe, aby słońce nie lubiło dnia?

13 sierpnia.
Zmierzchało się, gdy wyszedłem z domu matki.
Ciepły, ale pochmurny i targany gwałtownymi podmuchami wiatru wieczór pełni lata, a we mnie pamięć poprzedniej mojej drogi ulicami Lublina na dworzec - tej z końca maja. Wtedy przez chwilę poczułem cudowną magię wiosny, dzisiaj towarzyszyła mi nostalgia - pierwszy zwiastun jesieni. Byłem trochę zły na siebie, doszukującego się śladów jesieni tam, gdzie jeszcze nie ma dla niej miejsca. Nie ma? Ona już jest, czai się w pobliżu, niewidoczna, ale czuję ją. Moja nostalgia jest potwierdzeniem jej bliskości. Lubię moją nostalgię. Jest zamyślona i wstecz patrząca jak ta starzejąca się kobieta z wiersza - uosobienie jesieni. Jest trochę smutna, ale jest też w niej pamięć przeżytego piękna i tęsknota za nowym. Spokojne oczekiwanie rezultatów niezmiennego cyklu przemian pór roku, ale i łagodny niepokój na myśl o jesieni i zimie.
Za dwa miesiące, razem z szarymi dniami i nagimi drzewami, przyjdzie bunt, który zburzy ten łagodny nastrój, ale tym będę martwił się później, gdy przyjdzie.
Teraz jest jeszcze lato.

Noc jest pamięcią zmierzchu.
Smutkiem i nostalgią.
Snem i odpoczynkiem.
Cichą tęsknotą.
Zapatrzeniem.

Świt jest brzemienny.
Nadzieja w nim i nieznane.
Niecierpliwość i gotowość.
Narodziny nowego.
Oczekiwanie.

Dzień jak młoda dziewczyna
W siebie zapatrzona:
Świtu nie pamięta,
A zmierzch tak daleki.
Roześmiana - żyje.

Zmierzchem jest kobieta
Wstecz patrząca:
Cienie coraz dłuższe,
Szarość wzbierająca,
Rozpamiętywanie.


20 sierpnia.
Znowu siedzę wśród świec kawiarni "Amadeusz" w Ustroniu. Szukam tutaj słów, ale i pożegnam się, bo za dwa dni pakujemy się i wyjeżdżamy. Jutro pójdę pożegnać morze; tylko morze, bo śladów Małgosi pewnie tam nie będzie. Była tutaj tylko tydzień, a przez te dni padało. Parę dni temu kupiłem sobie świece woskowe i teraz wieczorami zapalam je u siebie - jakbym bogatą w miód, czerwcową łąkę przenosił do pokoju, bo ich zapach kojarzy mi się z rumiankiem, słońcem i początkiem lata.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz