Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

czwartek, 20 marca 2014

Góry Złote i Bialskie

24 października.
Po poprzedniej niedzieli spędzonej w pokoju na kichaniu i smarkaniu, byłem zdecydowany jechać nawet w pochmurny dzień, nawet deszczowy, oby tylko nie padało zbyt intensywnie; taka też miała być pogoda tego dnia dla Kotliny Kłodzkiej. Ubrałem się ciepło, i głęboką nocą, o pół do piątej, wyjechałem na południe. Z głównej drogi w boczną, z tej w boczną bocznej, a na końcu świata, w Stroniu Śląskim, okazało się, że są jeszcze bezimienne dróżki, a za końcem świata jest jego ciąg dalszy: Bielice, mała wioska z trzech stron otoczona górami. Koniec drogi, koniec Polski i góry wokół. Bez schronisk, z małą ilością szlaków i – miałem nadzieję – bez ludzi. Chciałem być sam na sam z górami i z jesienną przyrodą, chciałem pożegnać słoneczną aurę i oswoić się z późnojesiennymi krajobrazami, pogodzić się z nadchodzącym listopadem.
Nim wjechałem między zbocza gór, zobaczyłem obiecujące kolory świtu: wśród granatowych chmur mały fragment nieba świecił złotym blaskiem pomazanym smugami najprawdziwszego, intensywnego różu, ale gdy u celu wysiadłem z samochodu, szczytów gór już nie widziałem. Szedłem w gęstej mgle targanej silnym wiatrem, widząc przed sobą tylko kilka najbliższych drzew i kawałeczek ścieżki wśród traw i kamieni; momentalne, gnające z wiatrem, zmiany gęstości mgły czyniły silne wrażenie – jakby mleczne opary ożywały i mijając mnie pędziły gdzieś niczym zjawy. 



Moja czarna kurtka zmieniła kolor pokrywając się srebrzystym nalotem zatrzymanej mgły – miniaturowymi kropelkami wody, ale trzymała się dzielnie, nie przemokła.
Wszedłem na Kowadło, jeden z najwyższych szczytów Gór Złotych, a z niego poszedłem granicą biegnącą szczytami aż do końca szlaku. Gdy ten skręcił na czeską stronę, zrobiłem to, co chciałem, co planowałem, i na co cieszyłem się: poszedłem dalej granicą, bez szlaku, od słupka do słupka, prowadzony widoczną ścieżką – znak, że nie tylko ja chciałem zanurzyć się w to leśno-górskie pustkowie. 



Trudno było zabłądzić, a jednak pojawienie się znaków szlaku po około dziesięciu kilometrach wędrówki przywitałem z ulgą – może dlatego, że nareszcie wiedziałem gdzie jestem, a byłem pod Rudawcem. Tak przeszedłem z Gór Złotych w Góry Bialskie. Wiatr ucichł, mgła znikła, i w najgłębszej ciszy mogłem patrzeć na zaśnieżone już, biało-czarne zbocza Śnieżnika po drugie stronie przełęczy.
 Podobała mi się ta droga, mimo iż buty mi się zbuntowały przepuszczając wodę: szedłem wśród świerków wynurzających się dla mnie z mgły, a droga rozwijała się przede mną spokojnie i z nostalgicznym uśmiechem.
Droga w ogóle, a górski szlak w szczególności, mają w sobie urok, którego nigdy nie udało mi się do końca zdefiniować. Mam w swoich zbiorach zdjęcia dróżek, na które czasami patrzę chcąc… właśnie, nawet tego nie wiem, czy dla wzbudzenia tęsknoty, czy dla jej zaspokojenia, oglądam te zdjęcia. Po prostu widok drogi przede mną sprawia mi dziwną przyjemność, co nie jedyną jest jej kobiecą cechą. Chciałoby się iść przed siebie mając ją za towarzysza, zawsze taką samą i zawsze inną, znaną i nieznaną, a nieodmiennie pociągającą - kusicielkę i czarodziejkę.
Schodziłem w dolinę pięknymi, rozległymi zboczami, a towarzyszył mi strumień podążający w tę samą stronę i nieustannie szemrzący swoje opowieści; szarość skał i ciemną zieleń wysokopiennego boru świerkowego rozjaśniały drzewa w najżywszych kolorach jesieni. Gdy zatrzymywałem się i patrzyłem za siebie, w górę, szeroki i jasny stok góry zdawał się być schodami zikkuratu ze świątynią Natury na szczycie.

Im bliżej byłem wioski, tym wolniej szedłem, chcąc odwlec chwilę powrotu…
Wrócę tam. Przejdę całe Góry Złote, znajdę złom kamienny z błyszczącymi drobinami złota i idąc szlakiem będę myślał o ludziach, którzy przez stulecia trudzili się dobywając złoto z tych gór.

13 stycznia.
Ciemność jest lepka, zimna, obłapiająca całe ciało jak przemoczone ubranie na zimnym wietrze, napierająca na mnie, materialna. Ciemność budzi atawistyczny lęk i pragnienie ucieczki. W ciemności czuje się swoją bezbronność i osamotnienie, fizyczny napór wszechobecnych skał wydzielających zatęchły, wilgotny smród wnętrza ziemi. Zapaliłem latarkę. Trzymając ją uważnie jakbym wygrany los trzymał w ręku, spojrzałem raz jeszcze w lewo i w prawo: ciasny i krzywy korytarz, właściwie szczelina w skale, zdawał się nie mieć końca. Moi dalecy przodkowie we mnie krzyczeli abym wracał, ich wołanie było przemożne, ale poszedłem dalej. Na rozgałęzieniu korytarzy, bojąc się zabłądzenia, dokładnie oglądałem ściany chcąc wyróżnić i zapamiętać szczegóły; zaświeciłem w głąb ciasnej szczeliny, opadała w czarną otchłań, więc poszedłem w drugą stronę. Buty raz i drugi pośliznęły się na pochyłym i mokrym dnie, zaświeciłem pod nogi: leżała tam mokra ziemia. Ziemia? Podniosłem głowę i zobaczyłem słabą, ale jakże piękną, jasność w górze – przez mały otwór w kamiennej powale widać było korzeń drzewa, a wokół niego szczelinę szerokości dłoni, przez którą zobaczyłem śnieg. Stałem i gapiłem się w górę jak na cud jakiś.
Myśl o moim towarzyszu czekającym u wejścia przeważyła – zawróciłem. Pamiętałem drogę, ale jednak z ulgą zobaczyłem światło wpadające przez otwór wejściowy. Przeszedłem na czworaka niski korytarz u wejścia, a już na zewnątrz swobodnie, bez obawy o całość głowy, wyprostowałem się. Świat jest piękny, zwłaszcza po wyjściu z jaskini.
Kiedyś obiecałem sobie wrócić w Góry Złote, tak mało znane, a tak tajemnicze, no i owiane swoją złotą legendą – dzisiaj udało mi się wrócić, zapewne nie po raz ostatni.
Cieszyłem się padającym wcześniej śniegiem wiedząc, iż w górach będzie go więcej; cieszyłem się na myśl o dziewiczym szlaku bez śladu ludzkich stóp, o lesie uśpionym pod śniegiem, o ciszy, w której najgłośniejszym dźwiękiem jest mój oddech; cieszyłem się tym bardziej, że miesiąc cały nie byłem w górach. Brakowało mi tego wyjątkowego poczucia swobody wędrówki, jaką odczuwam idąc niekończącą się drogą. Dzisiejsza droga dała mi to wszystko ze zwykłą u niej szczodrością, chociaż aura poskąpiła słońca.
Przed ósmą zaparkowałem samochód na brzegu Lądku Zdroju, obok znaków niebieskiego szlaku skręcającego w las. Naszymi pierwszymi celami była góra Trojak i ruiny zamku Karpień.
Dobrze się szło leśnymi dróżkami, czasami pod urokliwie wyglądającymi gałęziami drzew pochylonymi pod ciężarem śniegu; mijaliśmy choinki wystawiające nosy spod grubych, białych pierzyn puchowych, szliśmy wśród szarych, zamarłych i wiecznych, zdawało się, świerków. Wzrok przyciągały małe buki wyróżniające się brązem swoich liści i modrzewie mieszające biel dźwiganego śniegu z jasnym kolorem swoich młodych gałęzi. Wyżej pokazały się czarne skały, surowe i dzikie w tym czarno-białym świecie.


Tuż przed szczytem zobaczyliśmy wysoką a wąską skałę, w której mój towarzysz dopatrzył się podobieństwa do kamiennych głów z Wyspy Wielkanocnej; spojrzałem ponownie i faktycznie, zobaczyłem prosty, duży nos i wydłużoną brodę tamtych tajemniczych posągów. Skąd wziął się tutaj jeden z nich? 


Po drugiej stronie ścieżki piętrzyły się szczytowe skały, patrzyłem na nie pożądliwie, ale uznałem, że widzianym tam skalnym tarasem przysypanym śniegiem nie wejdziemy bezpiecznie. Na szczęście z drugiej strony znaleźliśmy dogodniejsze wejście na sam szczyt, który otworzył przed nami pół dalekiego widnokręgu.
Nieznanego, dodam do razu; wszak nie byłem w Kaczawskich, w których poznaję większość widzianych szczytów. Jedząc śniadanie, pijąc gorącą herbatę (chwała wynalazcy termosu!), posiłkując się mapą identyfikowaliśmy góry przed nami. W dolinie rozpoznaliśmy Stronie Śląskie częściowo zasłonięte Sowią Kopą, a dalej i wyżej, przez krótką chwilę, nim ponownie schował się w chmurach, pokazał się nam majestatyczny władca tych stron: Śnieżnik.
Schodząc południowym stokiem Trojaka przechodziliśmy przez Skalną Bramę, twór natury czyniący wrażenie wysoką ścianą przewieszoną nad ścieżką biegnącą po kamieniach w dole. Spojrzałem w górę na skały zasłaniające niebo i wspomniałem skalny labirynt na Szczelińcu Wielkim, a nisko, tuż obok, zobaczyłem skalne wybrzuszenia ozdobione lodowymi soplami – tymi zwykłymi, tak często spotykanymi, że nie zawsze dostrzeganymi, a przecież pięknymi soplami.



„Zdobyty i złupiony przez wojska husyckie” – przeczytałem na tablicy informacyjnej stojącej wśród resztek murów zamku Karpień. Nie on jeden w Sudetach, pomyślałem i westchnąłem: wyrzynać się z powodu innego wyobrażenia Boga i dla władzy?? Smętnie wyglądały te ruiny, niemi świadkowie dawno zapomnianych ludzi i ich życia, ale wyobraźnia podsuwała inny obraz – zamku nadal istniejącego i służącego ludziom w ich prawdziwie zbożnych staraniach poznania piękna Gór Złotych.
Wracaliśmy nieco inną drogą, leśnymi duktami pełnymi białej ciszy zimowej, a że minęło już południe, w pobliże Jaskini Radochowskiej podjechaliśmy samochodem. Warto było wejść do niej dla przeżytych wrażeń, dla poczucia tego intensywnego, pierwotnego lęku człowieka zależnego od dzikiej przyrody. Tamci ludzie swoje lęki zostawili nam w spadku – są nimi nasze lęki przed ciemnością, mimo iż teraz nie jest ona zagrożeniem.
Ostatnim celem była kopalnia złota w Złotym Stoku. Moja pani z gps zaproponowała dojazd boczną drogą przez Przełęcz Jaworową – oczywiście posłuchałem się jej. Droga meandrowała po zboczach gór wznosząc się nieustannie ku przełęczy, nierzadko trawersowała strome zbocza opadające ku głębokim dolinom, raz i drugi mignął mi daleki horyzont. Piękna trasa, którą chciałbym poznać w letni dzień. Kopalnia była zamknięta:( Zdaje się, że zamykana jest na głucho z końcem lata, a szkoda, bo widok oświetlonego korytarza wyciosanego w skalnym masywie – niestety, oglądanego przez zamkniętą kratę - czynił niemałe wrażenie.
Mam więc drugi pretekst do ponownego wyjazdu w Góry Złote; pierwszym jest dana sobie kiedyś obietnica znalezienia kamienia świecącego drobinkami złota.
On gdzieś tam leży i czeka na mnie.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz