Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

wtorek, 18 marca 2014

Bieszczady po raz pierwszy

5 października.
Bieszczady. Dzień pierwszy.
Droga i góry.

Pani GPS wyliczyła mi 650 kilometrów drogi, ale na szczęście w niecałe dwie godziny od wyjazdu z Leszna wjechałem na autostradę A4 i jechałem nią do końca, aż za Kraków, a już w okolicach Jasła zobaczyłem góry. Za Duklą wjechałem na drogę 897, tą, którą chciałem jechać już po pierwszym oglądaniu mapy Bieszczad. Poznałem ją na całej długości, obserwując stopniowe tworzenie się i wzrost Bieszczad – od przedgórza do Tarnicy zamykającej horyzont nad Ustrzykami. Jadąc górską drogą nierzadko widać góry szczelnie zamykające horyzont, a droga, jakby nie wiedząc o tych zaporach, dalej prowadzi prosto na nie; budzi się wtedy ciekawość (gdzie droga znajdzie przesmyk dla siebie?), a nawet odrobina zupełnie irracjonalnej obawy, że za najbliższym zakrętem wstęga asfaltu skończy się u stóp góry broniącej przejazdu. Mija się jeden zakręt, drugi, i nagle stwierdza się ze zdziwieniem, że te góry, które wydawały się nieprzejezdne, są już za nami, ale oto przed nami wyrastają następne, równie nieprzebyte, zbocza.
Jeśli stoki gór można obserwować w czasie ich mijania samochodem, potrafią zadziwić swoimi metamorfozami, nieustającym procesem przemian uruchomianych pędem samochodu i zmieniającą się perspektywą. Wydają się być w ciągłym ruchu, co dziwi, jako że fakt ten, potwierdzany przecież wzrokiem, przeczy wiedzy o ich stałości. Zbocza zmieniają kształty i wielkości, wyłaniają się zza innych, zamieniają miejscami i nikną w tyle, zastępowane pojawiającym się z nikąd małym szczytem przytulonym do głównego masywu lub zębatą granią rozcinającą swoimi skałami lasy zbocza.
Blisko celu podróży, na łysym szczycie góry, mignął mi… domek. Zatrzymałem się na pobliskim parkingu i porównując wspaniały widok wokół mnie z mapą, dowiedziałem się, że oto przede mną wznoszą się obie Połoniny, a domek na szczycie bliższej jest Chatką Puchatka, schroniskiem na grzbiecie Wetlińskiej. W głębi doliny błękitniały nieznane mi szczyty, a gdzieś u ich stóp były Ustrzyki.
Wiedziałem, że domek z moim pokojem stoi za kościołem, którego spodziewałem się znaleźć w centrum wioski. Jechałem więc powoli między pierwszymi domami rozglądając się, gdy po chwili… wioska skończyła się. Zawróciłem wiedząc już, że skrzyżowanie ze stojącą przy nim wiatą przystanku jest centrum osady. Dwa bary, dwa sklepu, garść domów, kościół schowany za drzewami, wieża anten telefonicznych i góry wokół. Ustrzyki Górne.
Przywitała mnie drobna kobieta, moja gospodyni i właścicielka tego drewnianego domku stojącego na końcu szutrowej dróżki. Za jej domem kończyła się wioska, a zaczynał las.
Gdy zapaliłem światło w pokoju, zmierzch za oknem zmienił się nagle w czarną noc nie rozjaśnioną żadnym światłem; zobaczyłem dwa regały z książkami, i gdy odruchowo szedłem ku nim, dotarło do mnie, że  jestem w Bieszczadach, u celu sześćsetpięćdziesięciokilometrowej podróży.

6 października.
Dzień drugi.
Tarnica. Dal.

Przed siódmą wyjechałem autobusem szkolnym do Wołosatego. Na końcu dostępnej drogi kierowca zawrócił, a ja wysiadłem i rozejrzałem się: skład drewna, kilka domów, budka kasy Parku, dalej ośrodek wypoczynkowy, wąska droga, a w górze Tarnica, cel mojej dzisiejszej trasy. Pusto tutaj. Trójka dzieciaków z plecakami weszła do czekającego na nich autobusu, i znowu zrobiło się pusto. Założyłem plecak, spojrzałem na chmurne niebo i ruszyłem. Było dziesięć po siódmej.
Szlak wiódł wygodną, acz pozbawioną widoków szutrową drogą ku Przełęczy Bukowskiej, czyli Tarnicę zostawiłem po lewej; wiedziałem, że zrobiwszy zakole, wrócę do niej. Widok po obu stronach dróżki zasłaniał młodniak jaworowy; chcąc upewnić się, brałem do ręki liście uważnie je oglądając, skoro nie mogłem rozpoznać drzewek po ich młodej, gładkiej jeszcze, korze: niewątpliwie jawory, tworzące tutaj zwarty las. Powyżej przełęczy wyszedłem z lasu na połoninę i obejrzałem się wydając westchnienie zachwytu po raz pierwszy.
Te góry są hojne w dawaniu dali, a nawet rozrzutne, pozwalając się oglądać ze wszystkich stron. W rezultacie gdy szedłem grzbietem, oglądałem się za siebie chcąc jeszcze raz nasycić wzrok ogromem i dalą, w której nikną stojące jeden za drugim coraz bardziej niebieskie szczyty, a jednocześnie goniła mnie do przodu ciekawość i nienasycenie: chciałbym już być na szczycie wzniesienia przede mną, aby zobaczyć dal jeszcze nie oglądaną i czekającą tam na mnie. Po drodze oglądałem kobierce czerwieniejących jagodzin przeplatanych jaskrawo zielonymi wyspami mchów i jasnoszarymi połaciami gołobórz, a to wszystko wśród falującego morza wysokich, żółtych traw.
Słońce, w tych rzadkich chwilach wychylania się zza chmur, równie szczodrze jak góry rozdawało swe uroki nasycając barwy drzew w dolinach i rozjaśniając żółć traw połonin.
Z głębokiej i rozległej doliny, gdzieś spomiędzy drzew rosnącego tam lasu, dobiegał mnie ryk jelenia wzywającego przeciwników na pojedynek. Ryk był odległy, ale czuć było w nim potęgę dźwięku. Ten odgłos przenosił mnie przez wieki – w jakieś przedhistoryczne czasy mojej zależności od przyrody. Szedłem nasłuchując i patrząc w dół, na stary las wspinający się po zboczach. Znowu dobiegł mnie ryk. Zadrżałem. Były w tym głosie moc i wyzwanie, a ja poczułem to, co pewnie czuje słabszy konkurent ryczącego byka: że ten las nie do mnie należy, a do siły większej ode mnie.
Gdy nieco później, na szczycie Halicza, zobaczyłem dziewczynę czytającą książkę, przyszła mi do głowy myśl o posłuchaniu w górach Brahmsa; nie wiem skąd ta myśl, a Brahms zapewne przez wspomnienie wędrówki polami po Roztoczu wiele lat temu, gdy przenikanie się odmiennych wrażeń zrobiło na mnie silne wrażenie. Koncert skrzypcowy D-dur Brahmsa i Dal oglądana ze szczytu góry…
Tarnicę widać było z daleka, już z Połoniny Bukowskiej, i później, gdy minąłem wyniosły Halicz i szedłem zboczem zębatego Krzemienia zbliżając się ku niej, góra chwaliła się sobą cały czas, rosnąc i potężniejąc aż do kulminacji na Przełęczy Goprowskiej u jej stóp. Wysoko, na siodle przełęczy pod szczytem, wolno poruszały się maleńkie drobinki ludzi, jakby błądziły tam bezradnie mrówki. Po drugiej stronie przełęczy nitka szlaku odważnie wspinała się na stromą ścianę Krzemienia, po chwili i tam zobaczyłem wolno przemieszczające się małe punkciki.

Szczyt przywitał mnie mgłą i wiatrem. Gnał wiechcie białawej waty od Wołosatego, a te przemykały obok mnie niczym przestraszone duchy, szarpiąc nogawkami spodni. Szybko zszedłem na Przełęcz Siodło i usiadłem otwierając plecak. Gdy zjadłem kanapkowy obiad, mgła przerzedziła się, więc wszedłem na szczyt ponownie. Tym razem czekała tam na mnie Dal. Pierwszą zobaczyłem nitkę szlaku opadającą stromym zboczem ku Wołosatemu doskonale widocznemu w dolinie, a później, gdy podniosłem głowę i obróciłem się, po raz kolejny tego dnia świat otwarł się ogromnym widnokręgiem wokół mnie: rozbiegany wzrok pobiegł ku szczytom i dolinom, a przy mnie trwała Zachłanność z Oczarowaniem.
Ogrom towarzyszył mi aż do granicy lasów, gdy przez Tarniczkę i Szeroki Wierch schodziłem ku Ustrzykom co chwila zatrzymując się, by jeszcze raz spojrzeć daleko i lepiej zapamiętać.

7 października.
Dzień trzeci.
Rawki, schronisko i Krzemieniec. Dal po raz drugi i spotkanie bez spotkania.

Idąc z Ustrzyk szosą 897, krótko po siódmej skręciłem w las śladem znaków szlaku na Wielką Rawkę. Drogowskaz informował o dwóch godzinach marszu na szczyt.
Długie podejście wiedzie lasem, w którym zobaczyć można metrowej średnicy olbrzymy rozsypujące się w pył i rosnące na nich młode drzewka – samosiejki; inne olbrzymy umierają tam stojąc i strasząc kikutami swoich ramion uparcie trzymających się próchniejących pni obrośniętymi hubami; bywa też, że taki martwy z pozoru olbrzym żyje jeszcze, bo oto wysoko dostrzec można zieloną jego gałąź. Liczne są tam klony jawory, częstokroć omszałe aż po konary; plamami porostów i swoją łuszczącą się korą czynią wrażenie bardzo starych, pierwotnych drzew górskich puszcz; natomiast świerki, tak liczne w Sudetach, tutaj są tylko uzupełnieniem bukowo-jaworowych lasów.
Wysoko, przy granicy połonin, liczne są krzewiaste, skarlałe buki tworzące zwarte zarośla, a jeszcze wyżej, już wśród traw i jagód połonin, spotyka się liczny tutaj endemit: olszę zieloną, funkcją i wyglądem przypominającą tatrzańską kosodrzewinę. Mój gospodarz podał mi lokalną ich nazwę: olcha kosa. Oczywistym wydaje się istnienie tutaj związku etymologicznego z pierwszym członem słowa kosodrzewina, ale jaki on może być – nie wiem. Spodziewałbym się starego znaczenia słowa kosa jako czegoś niskiego czy pokręconego (jak te drzewa), ale jedyne znane mi stare znaczenia to kosa – warkocz, i kosa – narzędzie do ścinania zboża, a przecież te drzewka ani nie są podobne do dziewczęcych warkoczy, ani nie kosiło się ich.

Późniejszy dopisek.
Tekst ten czytał pewien miłośnik przyrody (i dobry znawca języka, jak się okazało), i on przypomniał mi jeszcze jedno znaczenie słowa „kosa”: jako coś krzywego właśnie. Słowo to jest w zaniku, ale jeszcze bywa używane, na przykład w wyrażeniu „kose spojrzenie”.

Na najwyższych wysokościach – wracam w góry - gdzie nawet skarłowaciałe buki nie sięgają, olcha zielona dzieli się swoimi siedliskami jedynie z jarząbem pospolitym, czyli naszą jarzębiną, czym byłem tak zaskoczony, że pytałem mojego gospodarza, bieszczadzką encyklopedię, czy aby nie mylę się, widząc rachityczne krzewy z wyraźnym trudem radzące sobie na kilometrowej wysokości.
A w dolinach widziałem nasze lipy, jesiony, klony (te zwyczajne, wspaniale kolorowe jesienią), rubinie akacjowe, sumaki tak piękne jesienią, kaliny z cudnie czerwonymi owocami, zielone jeszcze modrzewie, oczywiście wierzby i brzozy, chociaż pnie tych ostatnich wydawały się inne, jakby chore, bo pokryte porostami.
Tuż przed szczytem – teraz wracam na szlak – już na wysokości połonin, wyprzedził mnie biegnący chłopak. Zapytałem o czas, spojrzał na zegarek i krzyknął: 35 minut. Podejście jest tam dwugodzinne. Później spotkałem go jeszcze raz: gdy zobaczył mój podniesiony kciuk, pokręcił głową i krzyknął, że dzisiaj ma słaby czas. Może po drodze zbierał maliny?..
Im byłem wyżej, tym wolniej szedłem, odwracając się i patrząc w dal, a widok otwierał się tam ogromny i szeroki: od zbocza Połoniny Caryńskiej na północy, poprzez grupę szczytów w pobliżu Tarnicy na wschodzie, po nieznane a liczne szczyty po ukraińskiej stronie na południu. Tam właśnie widziałem surrealistyczny widok: strażnika na motocyklu. Miałem mu krzyknąć, że chyba na światłach skręcił w niewłaściwą ulicę, ale nie zdążyłem, bo minął mnie podskakując na kamieniach i pojechał gdzieś w stronę Krzemieńca, może na złamanie karku.



Poszedłem i ja w stronę tego magicznego miejsca spotkania się trzech granic, a gdy doszedłszy usiadłem na pniaku i patrzyłem na otoczenie trójgraniastego słupa granicznego wyznaczającego stronę słowacką, polską i ukraińską, pomyślałem, że chociaż przestrzeń i drzewa są wszędzie jednakowe, to pójść mogę tylko prosto, na Słowację, a w lewo, na Ukrainę, iść nie mogę. Granice niemożliwe do swobodnego przekraczania są czymś niesamowicie nienaturalnym i idiotycznym. Ograniczającym przyrodzoną człowiekowi wolność.
Obiecałem sobie pójść jeszcze tej zimy do drugiego, sudeckiego miejsca styku trzech granic, i szerokim kołem, swobodnie, bez oglądania się za strażnikami, przejść ziemie dwóch naszych sąsiadów, a to dla doświadczenia poczucia wolności.
Powoli, zapisując sobie w pamięci widoki i chwile, minąłem rozgałęzienie szlaków ku Małej Rawce, i poszedłem grzbietem Działu; bez zamiaru dotarcia tam do Wetliny, ale dla samego marszu, dla drogi przede mną i widoków wokół mnie. Na południu ukraińskie szczyty coraz częściej zatrzymywały granatowe chmury, wiał silny wiatr, a gdy zaczęło kropić uznałem, że pora zawrócić, by idąc przez Małą Rawkę zejść do schroniska, w którym spodziewałem się znaleźć wiadomość zostawioną tam dla mnie przez internetową znajomą.
To była niesamowita chwila, gdy usiadłem na ławie, wziąłem w rękę książkę, i kartkując ją znalazłem kartkę adresowaną do mnie. Oto miałem w ręku dwa dowody: na istnienie w realnym, materialnym świecie osoby znanej mi jedynie jako autorki czarnych znaczków liter na ekranie komputera, i dowód jej pamiętania o mnie.
Olu, dziękuję za przeżycie, dziękuję za pamięć:)

8 października.
Dzień czwarty.
Dzióbek Polski: źródło Sanu. Pustka.

Wstałem o szóstej i spojrzałem w okno: śnieg przygniatał gałęzie drzew. Gospodarz pocieszył mnie historyjką sprzed dwóch lat, gdy 10 października spadło metr śniegu i Ustrzyki przez 6 dni nie miały prądu. A dzisiaj szosa jest czarna – zakończył. Pojechałem, chociaż okazało się, że czarna była jedynie w pobliżu wioski. Wystraszony białą nawierzchnią górskiej drogi, jechałem na drugim biegu z szybkością niewiele ponad 20 kilometrów. Świerki wyglądały naturalnie i ładnie pod śniegiem, ale brzozy wydawały się być nim przygniecione, ich gałęzie były zwisające, jakby bliskie złamania; zieleń i żółć ich liści w połączeniu z czapami śniegu dawały ładne kompozycje, ale była w nich nienaturalność kompozycji, do której oczy nie przywykły.
Droga wiodła na północ do miejscowości Stuposiany, tam skręciłem w prawo w bezimienną drogę prowadzącą z powrotem na południe. Na dystansie 40 kilometrów minąłem tylko trzy czy cztery osady złożone z kilku domów i parę ośrodków turystycznych. Przy wjeździe na teren Parku bileterka sprzedająca mi bilet wstępu wyraziła zdziwienie moją decyzją wędrówki w taką pogodę. Dalej droga była jeszcze węższa i zupełnie już pusta. Wyglądała niesamowicie, jakby nie była używana od wielu lat, jakby ludzi i ich samochodów już nie było, a Przyroda, jedyna pani pustego świata, ponownie brała w posiadania zagrabione jej włości. Rosnące przy szosie drzewka, jakieś zarośla i badyle, dźwigając warstwę ciężkiego śniegu, pochylały się nad jezdnią tak mocno, że miejscami zasłaniały ją całą. Mimo zjeżdżania na brzeg jezdni, rozpychałem maską samochodu i przednią szybą śnieżno-zielone gałęzie. 


Bukowiec na końcu drogi nie był wioską, a jedynie miejscem: jest tam droga do leśniczówki, wyboisty parking, tablica informująca o braku zasięgu GSM, zakazy dalszej jazdy, las i góry. Drobna mżawka ustała, ale niebo dalej było buro chmurne, gdy założyłem plecak i zanurzyłem się w las. Drogowskaz informował o trzech godzinach drogi do źródła Sanu; trasa wiodła lekko pagórkowatym terenem, lasami lub łąkami, czy raczej byłymi polami.
Bieszczadzkie szlaki są dobrze oznaczone; w ciągu tych czterech dni tylko raz zawracałem, właśnie na tej trasie, ale o pomyłce popełnionej na śniegiem pokrytym polu wiedziałem już po przejściu stu metrów. Po kwadransie marszu poczułem charakterystyczny chłód na lewej stopie, po drugim kwadransie przemoczone miałem obydwa buty, a po godzinie cały ociekałem wodą. Kurtka okazała się być faktycznie nieprzemakalna, ale spodnie już nie, czułem zimny okład na kolanach, a wszystko przez chaszcze zagradzające ścieżkę szlaku. Na początku starałem się je odchylać rękoma, ale szybko przekonałem się o nieskuteczności tych starań, i ociekające zarośla rozpychałem tułowiem, tylko twarz zasłaniałem dłonią.
Szlak prowadził przez nieistniejące już wioski, folwark, po którym zostało kilka kamieni ledwie zauważalnych wśród zarośli, obok dwóch grobów dawnych właścicieli tych terenów. Dwa stare groby odwiedzane jedynie przez turystów jako ciekawostka na szlaku, a przy nich kamienny mur kapliczki bez dachu.
Beniowa, Sianki, Bukowiec… puste miejsca, napisy kursywą na mapie, zarastające pola, resztki fundamentów, rosła lipa ocieniająca nieistniejący od półwiecza dom, w którym kiedyś żyli ludzie, a obok, wśród zarośli, przerdzewiały krzyż i potargana wiatrem tablica informacyjna...
Gdy w Beniowej oglądałem kamienną chrzcielnicę stojącą wśród ruin i badyli, pomyślałem o matkach, które kiedyś kładły tam swoje małe dzieci i wierzyły w ich dobrą przyszłość. Teraz na resztkach fundamentów ich świątyni rosną drzewa…
A w spisach wyborczych nadal te wioski, widma przeszłości, są wymieniane jako przynależne do okręgu wyborczego – wiadomość o tym fakcie zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Te wywoływanie duchów przeszłości budzi żal minionego życia.
Wracam na szlak.
Za murkiem kapliczki było jeszcze dwa metry Polski kończącej się Sanem, strumykiem metrowej szerokości. Na środku nurtu kamień wystawał ponad wodę, już przymierzałem się do kroku, gdy przypomniałem sobie o ukraińskich strażnikach i tego kroku za granicę nie zrobiłem. To nie granica z Czechami czy Słowacją, gdzie człowiek ma prawo pójść tam, gdzie chce, i żaden strażnik nie będzie robić awantury z powodu jej przekroczenia.
Parę razy słyszałem grube posapywania, jakieś ryki… niedźwiedź, czy moja wyobraźnia?
Niebo rozjaśniło się, i słońce zaświeciło na milionach kropelek wody zdobiących końce świerkowych igieł, nadal ociekający wodą las uśmiechnął się do mnie, a ja pochwaliłem jego surowy urok.
Szlak kończy się przy miejscu uznawanym za źródło Sanu: spod kępki drzew, ze skalnej szczeliny, wypływa strumyk, któremu tamę można postawić jedną dłonią, a granica, rozdzieliwszy tę kapkę wody na dwie połowy, wspina się dalej łagodnym zboczem ku bezimiennemu szczytowi. Za nim, trzy kilometry dalej, jest Opołonek, szczyt i miejsce Polski najbardziej wysunięte na południe. Nie ma tam szlaku. Co prawda przesunięcie równoleżnikowe względem źródła wynosi jedynie około 300 metrów, ale jednak istnieje, a ja chciałem dojść na południowy cypel Polski… Dobrze, powiem jak było: kręciłem się tam dobre pół godziny nie mogąc się zdecydować. Iść tam, czy nie? Gdy trafię na strażników polskich, wymigam się, gdy na ukraińskich, zabiorą mnie (uprzedzano mnie o tym!) do Lwowa, a później na mój koszt do przejścia granicznego. Pójdę lasem! Po przejściu stu metrów, wyminięciu kilku rozłożystych świerków i przedarciu się przez gęstą kępę zarośli, zawróciłem.
Doszedłem aż tutaj i nie przejdę tych trzech kilometrów? – patrzyłem na pas wykarczowanego lasu poznaczonego polskimi i ukraińskimi słupami granicznymi. Pójdę! Poszedłem. Każdy dźwięk, realny i wyobrażony, był dla mnie odgłosem goniących mnie strażników. Po przejściu kilometra, przy naszym słupie granicznym numer 222, poddałem się i zawróciłem. Nie dałem rady psychicznie.
Przy źródle spotkałem dziewczynę, towarzyszkę mojej drogi powrotnej; chyba też słyszała te grube, złowrogie pomrukiwania w lesie (więc nie były one wytworem mojej wyobraźni?), i jak ja uznała, iż są to odgłosy niedźwiedzia:) Marsz rozgrzał mokre i marznące stopy, a spodnie na kolanach wysuszyłem ciepłem nóg. O zmierzchu zaparkowałem forda obok drewnianego domku moich gospodarzy.
Po co poszedłem na tamto pustkowie, skoro rozległych widoków tam nie ma? Bo chciałem być na samym końcu Polski, być tam, skąd dalej nie ma już gdzie iść. Chciałem poznać tamtą pustkę i posłuchać jej, aby usłyszeć siebie.
Zrobiłem to.

9 października.
Dzień piąty. Mgła i droga.
Połonina Caryńska i powrót do Leszna.

-Gdy wejdzie pan na szczyt, mgły już nie będzie – orzekł mój gospodarz, gdy krótko po świcie szykowałem się do wyjścia. Pomylił się po raz drugi.
W jego domu wieczór zamieniał się w noc już około godziny 21, a dzień zaczynał się o świcie, także w niedziele. Już pierwszego wieczoru poddałem się temu rytmowi, bo tam, w tej zapadłej wsi, w domu z drewnianą, skrzypiącą podłogą, z oknami przez które nie widać żadnego światła na dworze, taki rytm wydawał się naturalnym i oczywistym powrotem do natury.
W planach miałem wejście czerwonym szlakiem na Połoninę Caryńską, przejście jej grzbietem do drugiego szczytu, powrót do skrzyżowania szlaków, zejście do Przełęczy Przysłup i dalej dojście żółtym do Bereżki, skąd miałem nadzieję złapać okazję do Ustrzyk, albo przejść szosą te kilka kilometrów dzielących obie wioski.
W Bieszczadach wiele szczytów, i to nie małych, zalesionych górek stojących na uboczu zainteresowań turystów, ale i tych popularnych, nie ma swoich nazw. Połonina Caryńska jest nazwą wieloznaczną, używaną do określenia tej jednej konkretnej połoniny, obu szczytów odległych od siebie o około dwa kilometry, oraz całego masywu górskiego – a to tylko przykład. Gdy zapytałem się gospodarza o nazwę szczytu bliższego Ustrzykom, powiedział, że ta góra nie ma nazwy, a gdy pokazałem na mojej mapie nazwę o ukraińskim brzmieniu, powiedział, że nie jest używana.
W wielu miejscach Bieszczad została przerwana nić połączeń międzypokoleniowych, ludzie starsi nie przekazali młodym używanych nazw miejsc, bo w pewnej chwili, parę lat po wojnie, zabrakło tam jednych i drugich: obecna ludność Ustrzyk jest w całości napływowa. Mój gospodarz sprowadził się tam 40 lat temu, jako jeden z pierwszych osiedlających się leśników, i nie miał kto zaznajomić go z nazwami.
W tej zrozumiałej historii dziwi mnie jedynie brak potrzeby nadania swoich nazw górom i miejscom przez nowych mieszkańców tamtych okolic.
Dwugodzinne podejście na Połoninę (piszę z wielkiej litery mając na myśli nazwę masywu Połoniny Caryńskiej, albo z małej, gdy myślę o bezleśnym obszarze góry) zaczyna się w wiosce i wiedzie – jak wiele innych podejść tutaj – pięknym lasem bukowym. Dzisiaj uroku dodawała mu mgła (tak!, mgła czyni las urokliwszym), także jaskrawe kolory jesieni na niektórych drzewach, oraz świadomość przeżywania ostatniego dnia w Bieszczadach dodawały uroku. Szlak nie jest tam dokuczliwy, a połonina zaczyna się dość nisko, otwierając rozległe widoki… Nie dzisiaj. Szedłem we mgle, a dali jedynie domyślałem się. 



Dopiero na szczycie spotkałem pierwszego człowieka, porozmawialiśmy chwilę, uścisnęliśmy sobie dłonie i rozeszliśmy się. Zadziwiająca jest szybkość zmiany naszych reakcji na widok człowieka! Wystarczą góry, trochę odludzia, trochę samotności, by drugiego człowieka witać z radością jak dobrego znajomego.
Postanowiłem zejść na drugą stronę masywu do schroniska i zaczekać tam na poprawę pogody. Szlak wiódł stromym, śliskim dzisiaj bo gliniastym zboczem; szedłem nim w tempie żółwia starannie wybierając miejsca stawiania stóp, a niżej, już w lesie, gdy wyszedłem na niewielką polankę, zobaczyłem słońce prześwitujące przez rzadką już mgłę. Więc z powrotem na szczyt! Wejście było łatwiejsze od zejścia, ale na górze spotkałem… mgłę. Trudno – pomyślałem – miałem przejść całą długość masywu, więc przejdę. Naciągnąłem czapkę na uszy, zaryzykowałem chowając zgrabiałe dłonie w kieszeniach kurtki (nie pomyślałem o wysuszeniu przemokłych wczoraj rękawic), i poszedłem.
Szlak pojawiał się 20 kroków przede mną i tyleż za mną niknął, szedłem patrząc pod nogi, na bardzo utrudniające marsz pionowo wystające, cienkie i długie, kamienie masywu obnażonego do kości, bo pozbawionego traw i ziemi. Skały były niczym kostne płyty na grzbiecie stegozaura.
Na stromych zboczach i na najpopularniejszych szlakach wyraźne są procesy degradacji połonin. Gdy gęste krzaki jagód zostaną rozdeptane, woda spłukuje (wiatr rozwiewa, buty dalej rozdeptują) cienką, przez tysiąclecia tworzoną warstwę ziemi, odsłaniając nagą skałę, co uruchamia nowe i przyśpiesza już działające procesy denudacyjne. Czasami ścieżka szlaku znajduje się nawet pół metra poniżej pierwotnej powierzchni, i jest skalnym martwym rumowiskiem. W wielu miejscach szlaków postawione są tabliczki zakazujące marszu poza wyznaczoną ścieżką, a to w celu zahamowania tych degradacyjnych procesów.
Przyroda w górach ma bardzo delikatną równowagę. Chrońmy ją nie schodząc ze szlaku, nawet jeśli szlak jest grzbietem stegozaura – jak na Połoninie Caryńskiej.
Zbocza czasami przypominały łagodne górskie łąki, ale były też takie miejsca, gdzie opadając stromo i symetrycznie na obie strony, tylko zdążyły zafalować kładącymi się pod wiatrem trawami i zaraz ginęły we mgle – jakbym nie tylko ja szedł we mgle, ale i góra w niej płynęła. Na wprost zmaterializował się we mgle kształt człowieka przygniecionego plecakiem; właśnie tak to wyglądało, jakby mgła skupiła się wydając z siebie ludzki kształt.

Po lewej, na granicy widoczności, zobaczyłem mały, samotnie tam rosnący świerk; zapomniałbym o nim, gdybym nie zobaczył go ponownie, tym razem z dołu, z kilkukilometrowej odległości, gdy już opuszczałem Bieszczady. Zobaczyłem, rozpoznałem, i w tej jednej chwili wydał mi się swojski, bliski, mój.
Minąłem drugi szczyt, i gdy szlak zaczął stromo opadać ku przełęczy oddzielającej obie Połoniny, zawróciłem. Tym razem na szlaku było dużo ludzi; wyobraziłem sobie ich tłum tutaj w ładną pogodę, w letni dzień, i wtedy pomyślałem o Górach Kaczawskich. Tam nierzadko bywa, że przez cały dzień wędrówki nie spotykam nikogo, a tutaj w mglisty dzień jest tyle ludzi… 


Przez chwilę czułem smutek, żal i najzupełniej irracjonalną niechęć do tej lubianej i tak chętnie odwiedzanej Połoniny.
Może właśnie w tamtej chwili postanowiłem wracać już dzisiaj, nie czekać ranka jutrzejszego dnia, jak planowałem, a wyjechać wieczorem.
Na zboczu góry, jeszcze nad lasem, zszedłem poniżej mgły. Zatrzymałem się, i po prostu gapiłem się, stęskniony dali, jak gapi się zakochany w twarz kochanki. A twarz Dali miała wiele znajomych już rysów, co cieszyło mnie i napełniało dumą. Rozpoznawałem Wołosate, Tarnicę, Krzemień, gdzieś tam i dzióbek Halicza się wyłaniał; w dole, za grzbietem, niewidoczne stąd Ustrzyki, na prawo biegła schowana za zboczem szosa 897, którą już za 3 godziny miałem jechać, a dalej wznosiła się Rawka…
Te góry nie są już mi całkiem obce, mam w nich swoje miejsca.
O piętnastej byłem na dole, o szesnastej wyjechałem, i jadąc już zobaczyłem, że mgła ukrywa jedynie wyższy szczyt Caryńskiej. Na parkingu w okolicach Brzegów zatrzymałem się, chcąc jeszcze raz spojrzeć na rozpoznawane już szczyty. Daleko, na krańcu horyzontu, zobaczyłem jasne w tej chwili siodło między Tarnicą a Tarniczką, a bliżej plamy słońca pełzające po zboczu Połoniny. Góra pokazała mi się majestatyczna i ogromna; zobaczyłem tamten samotny świerk na jej zboczu, i nie czułem już żalu wiedząc, że wrócę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz